Ciekawostki Historyczne
Generic selectors
Tylko dokładne dopasowania
Szukaj w tytułach
Szukaj w treściach
Szukaj w postach
Search in pages

„Sąd Ostateczny” Hansa Memlinga. Padł ofiarą niemieckiej grabieży, później znalazł się w centrum konfliktu z Kościołem

Już na pierwszy rzut oka widać, że „Sąd Ostateczny” Hansa Memlinga skrywa w sobie niejedną tajemnicę.

fot.Hans Memling /domena publiczna Już na pierwszy rzut oka widać, że „Sąd Ostateczny” Hansa Memlinga skrywa w sobie niejedną tajemnicę.

Już na pierwszy rzut oka widać, że Sąd Ostateczny Hansa Memlinga skrywa w sobie niejedną tajemnicę. A gdyby tak krok po kroku wiernie odtworzyć historię tego obrazu? Po II wojnie światowej został głównym bohaterem zaskakującego konfliktu…

Choć ksiądz Michał doskonale znał gabinet arcybiskupa, przy każdej wizycie czuł się w nim onieśmielony. Był wspaniały. Więcej: księdzu Michałowi nie przychodziło do głowy określenie lepsze niż „bizantyjski”.

Po pierwsze, rozmiarami przypominał basen pływacki. Do tego gdyby rezydujący tu purpurat chciał, siedząc na koniu, władać kawaleryjską lancą, z powodzeniem zmieściłby się z taką bronią pod kasetonowym stropem zdobnym w malowidła obrazujące chwalebne momenty z historii Kościoła. Po drugie, całą długą ścianę gabinetu zalewało światło wpadające przez wielkie okna. Właściwie były to przeszklone drzwi wychodzące na taras, równie zresztą rozległy co gabinet.

Pozostałe ściany ozdobione były rzeźbionymi regałami wypełnionymi rozprawami filozofów czy ojców Kościoła w złoconej skórze i Bóg raczy wiedzieć, czym jeszcze. Ksiądz Michał, ilekroć patrzył na ten osobliwy księgozbiór, w którym wszystkie woluminy miały taką samą oprawę, grubość i format, podejrzewał, że lwia część z nich to atrapy, a tłoczone grzbiety kryją jedynie wypełnienie w postaci kartonowych pudełek. Nigdy jednak tego nie sprawdził, bo nie miał odwagi. Przypuszczał ponadto, że ksiądz arcybiskup mimo manifestowanej bezpośredniości nie byłby zachwycony taką bibliofilską inspekcją (…).

Bóg to sprawił!

Teraz dostojnik siedział odprężony z głową odchyloną na wyniosłe oparcie swego tronu i patrzył ciekawie na Michała, szybko przebiegającego wzrokiem wręczone mu przed minutą pismo z urzędowym nagłówkiem. Ksiądz Malak skończył i wypuścił powietrze, zabawnie wydymając policzki, co było u niego oznaką silnych emocji.

 Wreszcie! Wierzyłem… Nie… – Nieco teatralnym gestem wzniósł lewą dłoń z lekko ugiętym palcem wskazującym, tak jak czyni się podczas zawieszonej kadencji kazania dla podkreślenia wagi wypowiadanych mądrości. – Wiedziałem… Wiedziałem, że tylko wasza dostojność może to sprawić! To wspaniała wiadomość.

Arcybiskup, choć bardzo się starał, nie potrafił ukryć samozadowolenia. Uniósł ręce w geście każącego Piotra Skargi, tak jakby chciał odepchnąć od siebie pochwały subalterna.

– Bóg to sprawił! Prawda, że rękami naszych wpływowych przyjaciół i… hm…

„Sąd Ostateczny” Hansa Memlinga w Muzeum Narodowym w Gdańsku.

fot.Mike Peel/CC BY-SA 4.0 „Sąd Ostateczny” Hansa Memlinga w Muzeum Narodowym w Gdańsku.

Dostojnik zawiesił głos, zastanawiając się chwilę nad najwłaściwszym określeniem dla tych, których najwidoczniej nie chciał klasyfikować razem z „wpływowymi przyjaciółmi”. W efekcie nie dokończył zdania i kolejną myśl powierzył następnej frazie.

 Żebyś ty wiedział, kogo ja musiałem uruchomić i jakie to było dla mnie przykre. Wiesz, że najbardziej w świecie nienawidzę nadętych, pysznych kretynów, przekonanych o własnej magnificentii.

Purpurat celowo nie użył odpowiednika w polszczyźnie. Ksiądz Michał z uznaniem pomyślał o celności określenia. Wiedział doskonale, kogo musiał z taką przykrością i pogardą uruchomić jego przełożony. Przedmiotem rozmowy był duchowny o wpływach politycznych równie wielkich jak jego głupota, samouwielbienie, a także duchowa, moralna i intelektualna mizeria.

– Ale cóż… – ciągnął purpurat. – Cel uświęca środki. Nawet Jezus, Pan nasz, mówiąc do uczniów, którzy uciekali z Jerozolimy do Emaus, nazwał ich głupcami. Nadal jednak używał ich do swych boskich celów. Zresztą głupota i kretynizm, właściwie wykorzystane, mogą stać się pożyteczne i służyć wielkim dziełom. – Arcybiskup uśmiechnął się jadowicie do myśli, która najwidoczniej sprawiła mu przyjemność.

Czytaj też: Zagubiony Sąd Ostateczny, czyli zagmatwana historia bardzo pechowego ołtarza

Włócznia św. Jerzego

Na szczęście dla naszej sprawy wysoki urzędnik, od którego rzecz w dużej mierze zależała – wypowiedział tę część zdania z ledwie uchwytną nutą szyderstwa – nie jest specjalistą w materii, którą przyszło mu zawiadywać. Z wysokimi urzędnikami często tak bywa. Hašek i Bułhakow to, jak mi się zdaje, twoi ulubieni pisarze, więc nie muszę ci tłumaczyć, co mam na myśli. Uwaga, Michale! Gdy mówię, że Bóg sprawił to rękami moich przyjaciół, myślę przede wszystkim o tobie… – Dostojnik zawiesił głos, czekając na reakcję rozmówcy.

Ksiądz Malak nie potrafił ukryć rumieńca satysfakcji – zachował się jak każdy niedoświadczony połykacz duserów, gdy mu kadzą.

 Tak, Michale. Wszystkim to będę powtarzał. A przede wszystkim dziennikarzom. – Tu arcybiskup znów uruchomił błogosławiące dłonie i miarowymi gestami rytmizował swoje pochwały, a księdzu Michałowi, nie wiedzieć czemu, przypomniał się temat uczonej dysertacji Aramisa z powieści Dumasa. Tej o błogosławieniu trzema palcami. – To co najmniej w połowie twoja zasługa i proszę, bez fałszywej skromności.

Tekst stanowi fragment książki Mirosława Bujko „Sąd Ostateczny”, która ukazała się właśnie nakładem wydawnictwa Sonia Draga.

Tekst stanowi fragment książki Mirosława Bujko „Sąd Ostateczny”, która ukazała się właśnie nakładem wydawnictwa Sonia Draga.

Arcybiskup rozsnuwał swe kadzidło, a ksiądz Malak musiał w duszy przyznać, że sprawia mu to przyjemność. Nie zaprzeczał więc i nie grał na nucie udawanej skromności. Jego rumieniec był wystarczającym dowodem skuteczności pochwał. Komplementujący z pewnością to dostrzegał i nie krył satysfakcji, perorował więc z zapałem:

Twoje ekspertyzy były moją najskuteczniejszą bronią w walce z tymi urzędniczymi smokami. Moją włócznią Świętego Jerzego. Ale co tu dużo gadać, jesteś międzynarodowym autorytetem i teraz możesz iść tylko wyżej. Zresztą już o tym myślałem. Ba! – Purpurat splótł piękne dłonie i podparł nimi podbródek, pochylając się w stronę Michała. – Zarekomendowałem cię w Watykanie. Nie miałem innego wyjścia. – Arcybiskup uśmiechnął się szeroko, pokazując w ten sposób, jak wielką przyjemność sprawia mu rozmowa z ulubionym subalternem, Michał natomiast zadbał o to, by akceptującym potakiwaniem czynić ową przyjemność jeszcze bardziej smakowitą.

Wiem, wiem – ciągnął arcybiskup. – Ty jak zwykle wolałbyś pozostać w cieniu. To ze wszech miar godne pochwały, ale musisz wiedzieć, że w naszą sprawę udało mi się zaangażować najbliższych współpracowników Ojca Świętego. I to oni zasugerowali, żebyś po wszystkim, to znaczy po szczęśliwym i błogosławionym finale, stawił się u niego na audiencji.

– Ekscelencja wybaczy… – Ksiądz Malak ponownie sięgnął po dokument odłożony na biurko. – Nie doczytałem, kiedy… kiedy finis coronavit opus?

Czytaj też: Ewakuacja skarbów narodowych. Jak ratowano dorobek polskiej kultury przed niemieckim najazdem w 1939 roku?

„Tryptyk wróci na swoje miejsce”

Choć nie miał w sobie za grosz próżności, nie mógł się powstrzymać przed użyciem łacińskiej sentencji w czasie przyszłym. Poza wszystkim, jak na historyka sztuki przystało, był erudytą i lubił korzystać z posiadanej wiedzy. Niestety, z czego zdawał sobie sprawę, lubił się też ową wiedzą popisywać. Często zdarzało mu się nawet zagalopować w tych popisach.

Ganił potem sam siebie za brak umiaru i intelektualne fanfaronady sprowadzające audytorium do poziomu niezbyt rozgarniętych uczniów czwartej klasy podstawówki. Gdyby ktoś chciał przyjrzeć się bliżej tym intelektualnym zasobom uciułanym z lektur, studiów, rozmów i podróży, zobaczyłby imponujący stos cytatów, sentencji, definicji, informacji, obrazów, fragmentów muzyki, filmów, fotografii, wspomnień, przemyśleń i komentarzy. Owszem, ten stos imponował, wręcz przytłaczał wielkością, ale był usypany bezładnie, bez jakiegokolwiek porządku.

Ołtarz autorstwa Memlinga znajdował się w Kościele Mariackim w Gdańsku do 1807 roku.

fot. Bartłomiej Milwitz/domena publiczna Ołtarz autorstwa Memlinga znajdował się w Kościele Mariackim w Gdańsku do 1807 roku.

O dziwo ksiądz doktor, dysponujący świetną pamięcią oraz sprawnym i szybkim umysłem, zawsze potrafił na czas i bezbłędnie wyciągnąć z tej nieprawdopodobnej kupy szczegółów właściwy element i błysnąć nim przed rozmówcą lub zachwyconym audytorium. Nie była to umiejętność wytrenowana – raczej rzadki dar, który użyty w odpowiedniej chwili niczym popisowy numer prestidigitatora, nieodmiennie zjednywał mu nawet uprzedzonych do niego słuchaczy, a jego samego napawał bezkrytyczną dumą.

Arcybiskup podsunął mu papier i nie zwlekał z odpowiedzią.

– Minister zdecydował, że do końca roku. Ale ja chcę, żeby to się stało przed świętami Bożego Narodzenia. Po dziesiątym grudnia… Najpewniej w ostatni tydzień adwentu. Myślę, że to będzie środa. Tryptyk wróci na swoje miejsce. I zapewniam cię, Michale, że już nigdy nie oddamy go w świeckie ręce. Ci muzealnicy do końca łudzili się, że nie zdołamy spełnić warunków. Pisali odwołania, próbowali uruchomić urzędników i polityków. Ale ja zadbałem o to, żeby z boską pomocą mieć i urzędników, i polityków po naszej stronie. Lepiej nie pytaj, jak to zrobiłem. – Arcybiskup wstał zza swego monumentalnego biurka i kontynuował tyradę, chodząc po gabinecie. – Próżna ich nadzieja. Zresztą… Chodź, Michale. Ostatnie dni spędziłem bardzo pracowicie. Ja i nasi przyjaciele. Ty jako pierwszy powinieneś to zobaczyć.

Czytaj też: Einsatzkommando Paulsen. To oni mieli unicestwić polską kulturę i dokonać największej grabieży w dziejach Rzeczpospolitej

Kościelny „depozyt”

Przeszli przez nawę główną, budząc tysięczne echa wnętrza wyniesionego na 35 metrów ostrołukowymi sklepieniami, i skierowali się w stronę kaplicy Świętego Raynolda. Arcybiskup mówił, nie starając się dostosować tonu do akustyki świętego miejsca, wielokrotnie wzmacniającej nawet szept. W efekcie głos dostojnika wypełniał dudnieniem wszystkie zakamarki katedry.

– Mimo że ten minister nie jest najmądrzejszy, jednak przebił unijną pomoc o ponad sześć milionów. Remontujemy wszystko, co się da, i przede wszystkim dach. Tak, żeby na przyjęcie obrazu przygotować całość.

To była wspaniała wiadomość. Ksiądz Michał usłyszał ją po raz pierwszy. Jego zwierzchnik może sobie wygadywać, co chce, o urzędującym ministrze, ale nigdy w powojennej historii stosunków archidiecezji z ministerstwem nie udało się uzyskać tak wiele. Na dodatek bazylika zarządzana przez poprzedników obecnego proboszcza uwikłała się w niepotrzebne konflikty nie tylko z ministerstwem, ale również z dyrekcją Muzeum Narodowego. A ono od czasu sławetnego dekretu o porzuconym mieniu poniemieckim trzymało formalną i prawną zwierzchność nad pozostałą zabytkową częścią wyposażenia świątyni.

Owo wyposażenie to kilkanaście bardzo cennych średniowiecznych dzieł sztuki sakralnej: tablice Dziesięciorga Przykazań, rzeźba Pięknej Madonny, ołtarze, skrzynie i świeczniki, czyli wszystkie precjoza, które Sonderkommando zabrało niemieckiej gminie ewangelickiej i „ewakuowało” do Niemiec w 1945 roku, a które wróciły do bazyliki dwa lata później.

W trakcie wojny „Sąd Ostateczny” dostał się w ręce Niemców (na zdj. grabież zbiorów Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych w Warszawie).

fot.Stefan Bałuk/domena publiczna W trakcie wojny „Sąd Ostateczny” dostał się w ręce Niemców (na zdj. grabież zbiorów Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych w Warszawie).

Umowy zawierane z komunistycznym państwem wygasły w 2004 roku. Ówczesny proboszcz świątyni, nie wiedzieć czemu – chyba także z głupoty porównywalnej z tą komuszo-urzędniczą – odmówił podpisania kolejnych umów użyczenia średniowiecznych skarbów katedrze. Potem było już tylko gorzej. Urzędnicy, zirytowani postępkami proboszcza, zasypywali bazylikę pismami i monitami i nasyłali konserwatorów zabytków. Oficjalnie chodziło o sprawdzenie „stanu zachowania obiektów”, w rzeczywistości było to preludium ministerialnej kampanii prowadzonej po to, by ostateczna odmowa zwrotu tryptyku znalazła akceptację opinii publicznej.

W mediach ni stąd, ni zowąd pojawiły się informacje, że muzeum chce odebrać zabytki bazylice i wytoczyć jej proces o zwrot dzieł. Ówczesny minister kultury – człowiek światły, jak się zdawało, kompetentny i całkiem po ludzku sympatyczny – zapewniał, że nikt nie ma zamiaru odbierać Kościołowi „depozytu”. Jedynym problemem jest to, że proboszcz bazyliki Mariackiej kwestionuje jego własność. Ale już samo eufemistyczne użycie przez ministra wieloznacznego i podejrzanego słowa czyniło deklaracje niegodnymi zaufania. Myślenie ówczesnego proboszcza było na wskroś życzeniowe, a wkrótce zaczął z całym przekonaniem twierdzić, iż „depozyt” jest jego własnością. Nawet ludzie z jego kręgu podejrzewali, że duchowny ma problemy z głową.

Pokój, niezbędny do rozpoczęcia negocjacji w sprawie tryptyku, zawarł z ministerstwem dopiero arcybiskup. Zrobił to na tyle dyplomatycznie i sprytnie, że – jak przyznali sami ministerialni mądrale – „zaistniała szansa na rozpoczęcie ewentualnej procedury przewłaszczenia dóbr”. Jak można się domyślać, zmiana na stanowisku proboszcza dokonała się także za sprawą arcybiskupiej dyplomacji.

Źródło:

Tekst stanowi fragment książki Mirosława Bujko „Sąd Ostateczny”, która ukazała się właśnie nakładem wydawnictwa Sonia Draga.

 

 

Czy wiesz, że ...

...po II wojnie światowej liczbę ofiar obozu koncentracyjnego w Auschwitz obliczano w oparciu o ilość i przepustowość pieców krematoryjnych? Nadzwyczajna Radziecka Komisja Państwowa do Badania Zbrodni Niemiecko-Faszystowskich Agresorów oparła się na na zeznaniach ocalałych (w tym członków Sonderkommanda) i schwytanych esesmanów, a także na częściowo zachowanej infrastrukturze fabryki śmierci. Jej członkowie policzyli piece w krematoriach, ustalili ich dobową przepustowość oraz okres funkcjonowania. 

...w jednym z domów w Oszmianie czerwonoarmiści w 1939 roku spożyli właścicielce cały zapas kremu Nivea? Smarowali nim chleb, sądząc być może, że był to smalec ze specjalnymi dodatkami smakowymi.

...Stalin był tak zbulwersowany "zbyt namiętnym" pocałunkiem w jednej z rosyjskich komedii, że nakazał wycięcie nieprzyzwoitej sceny z filmu? Jego urzędnicy w obawie przed powtórką incydentu zakazali jakichkolwiek pocałunków we wszystkich radzieckich produkcjach kinowych.

...szpiegowskie gadżety mogły przybierać najbardziej niezwykłe formy? Posługujący się kodem Morse’a radionadajnik, który  informował żołnierzy U.S. Army o ruchach Wietkongu, miał kształt... psiej kupy!

Komentarze

brak komentarzy

Dodaj komentarz

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.