Kontrowersje, odkrycia, bohaterowie i łajdacy. Fascynujące opowieści na każdy dzień od najpopularniejszego magazynu o historii w Polsce

Najbardziej okrutny morderca w historii. Oto 10 rzeczy, które robił swym ofiarom

Wyniszczająca wojna litewsko-rosyjska doprowadziła w 1571 roku do fali głodu na pograniczu. Doszło wtedy do wielu aktów kanibalizmu. Grafika niemiecka z epoki (domena publiczna).Zanim zabił, poddawał swoje ofiary niewyobrażalnym torturom. Wyniszczał je powoli i nieubłaganie. Oślepiał i zasklepiał usta. Sprowadzał krwawe biegunki i przerażające choroby. Wiedział, co zrobić, by ciało po prostu… pękło. I odzierał z godności, bezlitośnie tłumiąc wszelkie ludzkie odruchy.

Jak zawsze wszystkie pozycje w TOP10 zostały oparte na publikowanych przez nas artykułach. Tym razem postanowiliśmy pokazać, jak brutalnym mordercą może być głód, który na przestrzeni wieków zabił miliony ludzi. I wciąż jeszcze nie udało się go pokonać…

To głód doprowadził do tego, że ludzie:

10. Zamiast ust mieli wielkie strupy

Straszliwy głód był codziennością Polaków zesłanych podczas II wojny światowej na Sybir. Przed śmiercią z niedożywienia ratowano się, szukając padliny na stepie. W łagrze na Workucie na śniadanie była zupa gotowana na zielsku dla bydła i naparstek oleju, przypominającego smar do maszyn. Chleb wyglądał i smakował jak kawałek gliny. Po pracy można się było pokrzepić łyżką kaszy z odrobiną oleju. Od święta była śmierdząca, słona ryba.

Tak właśnie wyglądały ofiary syberyjskiego głodu... (fragment ilustracji pochodzącej z książki Eufrozyny Antonowny Kersnowskiej, która spędziła w Gułagu 12 lat, a swoje wspomnienia spisała i zilustrowała).

Tak właśnie wyglądały ofiary syberyjskiego głodu… (fragment ilustracji pochodzącej z książki Eufrozyny Antonowny Kersnowskiej, która spędziła w Gułagu 12 lat, a swoje wspomnienia spisała i zilustrowała).

W garbarni jedzono tłuste oskrobiny z wyprawianych skór z kawałkiem czerstwego chleba. Były one tak obrzydliwe, że mimo potwornego głodu trudno było wziąć to paskudztwo do ust. Już łatwiejsze do przełknięcia były gurty z twardego jak kamień słonego sera. Trzeba je było przez godzinę trzymać w ustach, by dały się z trudem pogryźć.

Pewna dziewczynka od takiej diety miała brzuch spuchnięty tak bardzo, że nie widziała swoich stóp. Ciągle chorowała: na tyfus, czerwonkę i krwawą biegunkę. Przechodziła ataki ślepej kiszki i cierpiała na kurzą ślepotę. W końcu zapadła na szkorbut, który niemal ją zabił. Choroba przybrała potworną postać: jej usta zarosły, tworząc jeden wielki strup. Biedaczyna nie była w stanie jeść, a piła tylko przez słomkę (przeczytaj więcej na ten temat).

9. Byli słabi i wiotcy jak powrósła

W XIX wieku głód atakował Galicjan tak często, że całą krainę przezwano „Golicją i Głodomerią”. Jej mieszkańcy byli tak osłabieni, że pracowali „za pół człowieka”. Trudno się dziwić – jedli za ćwierć… Niedożywienie powodowało aż 50 tysięcy zgonów rocznie. Przeciętna długość życia na tym terenie nie przekraczała 30 lat.

W drugiej połowie XIX-wieku w Galicji głód zabijał nawet 50 tysięcy osób rocznie! Na ilustracji obraz Aleksandra Kotsisa pt. „Matula pomarli” (domena publiczna).

W drugiej połowie XIX-wieku w Galicji głód zabijał nawet 50 tysięcy osób rocznie! Na ilustracji obraz Aleksandra Kotsisa pt. „Matula pomarli” (domena publiczna).

Nawet w dobrych latach chłopi jedli co dzień to samo: kaszę, otręby, bób i kapustę. Chleb gościł na stołach rzadko, bo pszenica i żyto szły na sprzedaż – wszelką wartościową żywność wymieniano na ubrania czy buty. Mleko było tylko latem, mięso – wtedy, gdy padła krowa. Typowe posiłki stanowiły woda zagotowana z mąką, kasza gotowana z rzepą lub marchwią czy ziemniaki z olejem lnianym.

Sytuacja wyglądała najgorzej po lecie 1889 roku. Brakowało owsa, buraków i ziemniaków. Zimą masowo zabijano konie. Nie jedzono jednak ich mięsa, bo… kategorycznie sprzeciwiał się temu Kościół. Dzieci były blade i ciche jak ryby, a wycieńczeni gorączką głodową chłopi krążyli po okolicy niczym duchy (przeczytaj więcej na ten temat).

8. Chodzili głodni jak psy… i psy jedli

Walka z głodem podczas powstania warszawskiego była równie trudna, jak walka z okupantem. Jeszcze przez pierwsze tygodnie w kuchniach dla powstańców można było dostać treściwą zupę z zacierkami, fasolą i krojoną koniną. Konie bowiem nie tylko nosiły zaopatrzenie, ale i służyły po śmierci. Szybko jednak zaczęło ich brakować. Powoli wyczerpywały się też kolejne składniki. Na koniec kucharkom została już tylko kasza.

Praca w powstańczej kuchni do łatwych nie należała. Szczególnie w takiej polowej placówce. Dobrze chociaż, gdy było co do garnka włożyć... (domena publiczna).

Praca w powstańczej kuchni do łatwych nie należała. Szczególnie w takiej polowej placówce. Dobrze chociaż, gdy było co do garnka włożyć… (domena publiczna).

Powstańcy jedli od przypadku do przypadku. W zajmowanych mieszkaniach czasem znajdowali zapasy. Zwykle była to kasza pół na pół z robakami, czasem suchary, w wyjątkowych przypadkach konserwy. Za szczęściarza mógł uchodzić ten, kto znalazł butelkę z topionym masłem. Brak pożywienia był tak dotkliwy, że właściciele psów musieli strzec swoich czworonogów ze zdwojoną czujnością. Dla wygłodniałych sąsiadów były one tylko chodzącym jeszcze kotletem.

Z każdym dniem było gorzej. Pewien zapas jedzenia udało się zdobyć, kiedy powstańcy zajęli magazyny zbożowe na Powiślu. Ze znalezionego w nich nieoczyszczonego ziarna gotowali zupki-pluj. Nazwa ta nie wzięła się od paskudnego smaku, tylko od tego, że bez przerwy trzeba było wypluwać plewy. Do cienkiej zupki z rzadka trafiała się porcja chleba… I ta rezerwa w końcu się jednak wyczerpała. Powstańcy przestali dostawać jakiekolwiek jedzenie i chodzili głodni jak psy. Głód powoli gasił w nich nadzieję (przeczytaj więcej na ten temat).

7. Zapychali żołądek drewnem

Gdy wojska niemieckie we wrześniu 1941 roku otoczyły szczelnie Leningrad, trzy miliony cywilów zostało zamkniętych w nieprzygotowanym aprowizacyjnie mieście. Już w listopadzie do wypieku pieczywa, prócz mąki, dodawano wytłoki bawełniane, a także obrobioną celulozę ze strużyn sosnowych. Bochny tak wypieczone w smaku przypominały trawę, ale i tak na tle innych spożywczych wynalazków były prawdziwym rarytasem…

Podczas blokady Leningradu dochodziło do aktów kanibalizmu. Zwłoki należało więc chować jak najszybciej… Na zdjęciu mężczyźni grzebiący trupy na Cmentarzu Wołkowskim (fot. RIA Novosti archive, Boris Kudoyaro, lic. CC-BY-SA 3.0).

Podczas blokady Leningradu dochodziło do aktów kanibalizmu. Dlatego zwłoki należało więc chować jak najszybciej… Na zdjęciu mężczyźni grzebiący trupy na Cmentarzu Wołkowskim (fot. RIA Novosti archive, autor: Boris Kudoyaro, lic. CC-BY-SA 3.0).

Największym paskudztwem był tak zwany „ekstrakt drożdżowy”, wyrabiany ze sfermentowanych trocin brzozowych. Po rozpuszczeniu w gorącej wodzie podawano go jako „zupę drożdżową”. Obrzydliwa breja przedłużała życie o kolejne godziny. „Drewniana żywność” dostarczała mieszkańcom tylko około 300 kalorii dziennie. Odarci z sił i godności, snujący się jak cienie ludzie zaczęli więc w końcu szukać pożywienia na własną rękę.

Dla wielu z nich źródłem białka stały się walające się po ulicach trupy. Na terenie całego miasta znajdowano zwłoki pozbawione łydek czy pośladków. Pewna matka udusiła osiemnastomiesięczną córeczkę, by nakarmić nią siebie i trójkę starszych dzieci. Student zamordował i zjadł swojego współlokatora. Bezrobotny chłopak zamordował siekierą babcię, po czym ugotował i zjadł jej wątrobę oraz płuca… (przeczytaj więcej na ten temat).

Ten artykuł ma więcej niż jedną stronę. Wybierz poniżej kolejną, by czytać dalej.

Komentarze (6)

  1. Ada Odpowiedz

    Przepraszam, drobny komentarz do Wielkiego Glidu. Naukowcy twierdzą ze pochłonął 3 mln ofiar. Bardzo często nagina się na 7 aby później usprawiedliwić udział Ukraińców w Holocauscie.

Dodaj komentarz

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.