Damy - empik

Wiejski lekarz. Najgorszy zawód przedwojennej Polski?

Autor: | 25 października 2016 | 15,950 odsłon

Chłopi jako symbol zdrowia? W przedwojennej Polsce prawda wglądała zupełnie inaczej: chłopi chorowali jak wszyscy, a wiejscy lekarze nie dysponowali potrzebnym sprzętem i lekami (źródło: domena publiczna).

Chłopi jako symbol zdrowia? W przedwojennej Polsce prawda wglądała zupełnie inaczej: chłopi chorowali jak wszyscy, a wiejscy lekarze nie dysponowali potrzebnym sprzętem i lekami (źródło: domena publiczna).

Praca od świtu do nocy. Bieda, bezsilność i czarna niewdzięczność. A do tego klienci, którzy zamiast specjalisty, wołają baby i znachorów. Co tu wiele mówić: nie chciałbyś być lekarzem na przedwojennej wsi!

Dla lekarza praca na wsi lub w małym miasteczku była zwykle ostatecznością.  Wiejski medyk nie miał dostępu do sprzętu specjalistycznego, którym dysponowały miejskie szpitale i przychodnie. Brak odpowiedniego zaplecza ograniczał możliwości postawienia trafnej diagnozy oraz przeprowadzenia zabiegu chirurgicznego. Podstawowe wyposażenie laboratoryjne (np. mikroskop) wiejscy lekarze kupowali nierzadko za własne pieniądze. Był to wydatek rzędu tysiąca złotych, tymczasem za wizytę prywatną pacjent płacił około 4-5 złotych, jeśli w ogóle miał jakieś pieniądze. Jak pisze Remigiusz Piotrowski w książce „Absurdy i kurioza w przedwojennej Polsce”:

Majętniejsi mieszkańcy w przypadku choroby decydują się na wyjazd do najbliższego miasta, biedota odwiedza zazwyczaj lekarza dopiero wówczas, gdy ze stanem zdrowia chorego jest już bardzo źle. Ci ostatni nie mają też zwykle złamanego grosza na opłacenie wizyty i proponują lekarzowi wynagrodzenie w postaci jaj, masła lub mleka.

Mieszkańcy wsi, którzy nie mieli ubezpieczenia, nie mieli  też prawa do bezpłatnych wizyt lekarskich. Zdarzało się więc, szczególnie w przypadku najmłodszych pacjentów, że lekarz inkasował 5 złotych za badanie, a sam z własnej kieszeni wydawał 20, by kupić surowicę dla dziecka chorego na dyfterię. Bez tego chory mógł się udusić.

Autentyczna sala operacyjna z lat 30. XX w. Takie cuda były niedostępne dla mieszkańców wsi. Kadr z filmu "Znachor" z 1937 roku.

Autentyczna sala operacyjna z lat 30. XX w. Takie cuda były niedostępne dla mieszkańców wsi. Kadr z filmu „Znachor” z 1937 roku.

Wiele podobnych przypadków zostało opisanych w „Pamiętnikach lekarzy”, pracy zbiorowej, która powstała na podstawie relacji przesłanych na konkurs dla pracowników służby zdrowia. Konkurs został zorganizowany w 1936 roku przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych, a przedmowę do antologii napisał Melchior Wańkowicz. Znany reporter i pisarz nazwał lud wiejski, pozbawiony prawie w całości prawidłowej opieki medycznej, oceanem ludzkiego nieszczęścia.

Do szpitala dziecka nie dam, niech lepiej umrze w domu

Odkładanie wizyty lekarskiej na ostatnią chwilę często skutkowało tym, że choroba była już w tak zaawansowanym stadium, że pacjent wymagał hospitalizacji. Tymczasem wielu ludzi wierzyło, że do szpitala trafia się tylko po to, by umrzeć, więc lepiej dokonać żywota w domu, w otoczeniu najbliższych. Biorąc pod uwagę, jakie zwyczaje i warunki panowały w niektórych przedwojennych punktach medycznych, można poniekąd zrozumieć strach potencjalnych pacjentów. Remigiusz Piotrowski w cytowanej już książce tak opisuje sytuację w Czeladzi:

kierownictwo miejscowego szpitala wpada w drugiej połowie lat trzydziestych na pomysł iście genialny. Odtąd, o czym informują szpitalni decydenci, odwiedziny chorych będą płatne.

Odwiedziny szpitalne kosztowały 50 groszy, kwota nieduża, ale rodziny wiejskie musiały opłacić też koszt podróży do miasta.

Przesądów było znacznie więcej. Twierdzono na przykład, że zastrzyk może zabić. Fataliści mówili – piasek wyciągnie wszystko. O wiele trudniejszym zadaniem dla doktora, niż leczenie poważnej choroby, było przekonanie pacjenta do tego, by w ogóle zechciał poddać się terapii. W „Pamiętnikach lekarzy” jest opisany przypadek, gdy lekarce, wezwanej do chłopca chorego na zapalenie płuc, ojciec tłumaczył, że zdrowemu zastrzyk nie zaszkodzi, ale chorego może zabić, bo za bardzo go osłabi. Zaufanie wzbudzały leki, które można było przyjmować doustnie oraz opieka domowa.

Lekarz, specjalista od krów i swędzących pleców

Jak podaje „Mały rocznik statystyczny z 1939 roku”, tuż przed wojną Polska miała 12 917 lekarzy. Niby sporo, ale zaledwie 1466 z nich pracowało na wsi, gdzie mieszkało… 2/3 ludności! Skoro na obszarach wiejskich doktorów było „jak na lekarstwo”, wielu chorych musiało przebyć długą drogę, by skorzystać z porady medycznej. Pacjent, który zawitał do gabinetu lekarskiego po trzech godzinach marszu, miał wysokie wymagania.

Doktor Karasiówna w „Pamiętnikach lekarzy” wspomina kobietę z odległej wsi, u której stwierdziła ciążę. Po badaniu chora zażądała, by lekarka wyrwała jej jeszcze zęba, zapisała dla męża proszki na ból głowy, a dzieciom dała coś na kaszel i biegunkę. Troskliwa gospodyni nie omieszkała też poprosić o lek dla krowy. Specjalista w białym fartuchu mógł się też liczyć z prośbą o zapisanie czegoś na pluskwy.

Na wsi nierzadko proszono lekarzy nie tylko o leki dla ludzi... wymagano od nich także leczenia krów i walki z pluskwami... (źródło: domena publiczna).

Na wsi nierzadko proszono lekarzy nie tylko o leki dla ludzi… wymagano od nich także leczenia krów i walki z pluskwami… (źródło: domena publiczna).

Mimo ogólnego braku zaufania do służby zdrowia, na wsiach zdarzali się też hipochondrycy, którzy skazywali lekarza na długotrwałe szukanie wyimaginowanych chorób. Przeważnie wychodzili z założenia, że jeśli płacą składkę do Kasy Chorych, to opieka lekarska zwyczajnie im się należy. Potrafili więc przyjść do lekarza tylko dlatego, że swędziały ich plecy. Bywało, że osoba mieszkająca w pobliżu gabinetu lekarskiego, chciała się badać codziennie.

Terapie kosmiczno-magnetyczno-elektryczne

Na ogół chętniej niż do lekarza ludność wiejska chodziła do znachora, posiadacza tajemnej wiedzy oraz specjalisty od zagadkowych chorób typu „wewnętrzne zropienia w okolicy kości pacierzowej”. Z lektury „Absurdów i kuriozów przedwojennej Polski” możemy dowiedzieć się, jak leczył znachor:

A to zaproponuje olejek, a to naelektryzowaną promieniami wodę z kranu, a to herbatkę z ziółek, a gdy pacjent nie może stawić się osobiście, i na to znajdzie się rada, są bowiem specjaliści gotowi uzdrawiać na odległość za pomocą „kosmiczno-magnetyczno-elektrycznej terapii.

Ten artykuł ma więcej niż jedną stronę. Wybierz poniżej kolejną, by czytać dalej.

Strony: 1 2

Powiedz innym co myślisz:

Małgorzata Brzezińska - Dziennikarka, absolwentka Instytutu Dziennikarstwa UW. Zafascynowana dwudziestoleciem międzywojennym, a szczególnie ówczesną sceną kabaretową. Miłośniczka historycznych filmów dokumentalnych oraz spacerów miejskich śladami przedwojennej Warszawy.

Okupacja
Komentarze do artykułu (5)
  1. W innym artykule na tej stronie czytałem, że to nauczyciel był najgorszym zawodem. Czyżby rozdwojenie? Tak na poważnie każda praca jest ciężka, do tej pory w Polsce i na świecie ludzie wierzą w różne specyfiki i cudowne leki mające pomagać na wszystkie dolegliwości vide Afryka i amulety z albinosów. Poziom medycyny w przedwojennej Polsce, też nie należał do najwyższych. Pozdrawiam.

  2. Znachorzy, magiczne prądy elektryczne, bańki próżniowe i różne inne wynalazki były bardzo popularne także na zachodzie i w USA. Pseudonauka w medycynie do połowy XX wieku była powszechna, nawet wśród wykształconych lekarzy. Chorą na gruźlicę Arline żonę Feynmana leczono poprzez nacieranie olejem „omega”. Efekt placebo nie był tak dobrze poznany i brakowało rzetelnych badań a także podwójnie ślepych prób.
    Chorowanie w trakcie rewolucji przemysłowej i po niej równało się prawie śmierci. Gdyż wyparła ona tradycyjne i skuteczne metody leczenia jaką było ziołolecznictwo

  3. Poziom wiedzy medycznej poszybował od tego czasu o kilka poziomów w górę, ale opisane w artykule podejście wielu pacjentów i obciążenie pracą – jakby żywcem wyjęte ze współczesnych gabinetów.

    • Nie zdzierżyłem i muszę odpowiedzieć na ten wpis. Środowisko lekarskie w Polsce jest hermetyczne, za mało ludzi uczy się na lekarzy. Do tego „zwyczajowo uznane dowody wdzięczności”, etyka w środowisku lekarskim leży. Szanuję zawód lekarzy i ich ciężką pracę, ale… Znam z autopsji przypadki wołające o pomstę do nieba. Pozdrawiam dochtor_m

Dodaj swój komentarz:

Dodaj komentarz


Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu e-mail, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.
Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.

Nasze wydawnictwo

W mrokach średniowiecza Polską rządziły kobiety. I były piekielnie skuteczne

rycheza

Ich ambicja pozwoliła zbudować imperium. Ich duma unicestwiła królestwo. Bezkompromisowa opowieść przywracająca godność najważniejszym kobietom w dziejach polskiego średniowiecza. Już dzisiaj kup „Damy ze skazą” z autografem autora!

2 listopada 2016 | Czytaj dalej...

Damy ze skazą. Bez nich nie byłoby Polski

zapowiedz2-miniatura

Silne, bezwzględne i żądne władzy. Oto historia kobiet, które nie czekały bezczynnie, co przyniesie los. To właśnie one sprawiły, że początki państwa polskiego wyglądały tak, a nie inaczej. Poznaj „Damy ze skazą”, bohaterki naszej najnowszej książki, którą wydajemy wspólnie ze Znakiem Horyzont.

30 października 2016 | Czytaj dalej...

Epoki

Kategorie

Facebook


Polecamy

Imperium

Czy wiesz że...

Słynna tyrada Hitlera znana z filmu „Upadek” wydarzyła się naprawdę (il. kadr z filmu).
…w ostatnich dniach przed kapitulacją Berlina w bunkrze Hitlera odbywały się prawdziwe orgie suto zakrapiane alkoholem?

Jan_XXII
…w XIV wieku w istnienie piekła wątpił nawet sam papież? Jan XXII został tuż przed śmiercią zmuszony do publicznego wyrzeczenia się swych poglądów, które godziły w fundamenty Kościoła.

Virginia Oldoini
…Włosi w walkę o zjednoczenie zaangażowali nawet kobiece wdzięki? Ich najpiękniejsza rodaczka pracowała w alkowie cesarza, by przekonać go do poparcia włoskich aspiracji.