Kontrowersje, odkrycia, bohaterowie i łajdacy. Fascynujące opowieści na każdy dzień od najpopularniejszego magazynu o historii w Polsce

Nie uwierzysz, że oni tym handlowali. Hity czarnego rynku w okupowanej Polsce

Wiejska handlarka z prosiakiem. Wierzpowinę, w przeciwieństwie do mięsa króliczego ciężko było podrobić. (1940 rok, zdjęcie zrobione przez fotoreportera gadzinowego Wydawnictwa Prasowe Kraków-Warszawa)

Wiejska handlarka z prosiakiem. Wieprzowinę, w przeciwieństwie do mięsa króliczego ciężko było podrobić (1940 rok, zdjęcie zrobione przez fotoreportera gadzinowego Wydawnictwa Prasowe Kraków-Warszawa)

Kiedy zdobycie choćby najmniejszych pieniędzy jest kwestią przeżycia, granica tego, na czym można zarobić staje się ruchoma. W czasie drugiej wojny światowej handlowano dosłownie wszystkim. Współczesne serwisy aukcyjne ze swoimi dziwnostkami są niczym w porównaniu z tym, co ofiarowali kupcy w okupowanej Polsce.

W literackim reportażu z wojny autorstwa Aleksandra Maliszewskiego możemy przeczytać: „To, co dawniej legalnie kupowałeś w sklepie, teraz nielegalnie kupujesz u swojego kolegi w warsztacie, w biurze, w urzędzie lub ostatecznie na ulicy lub targu. Powstał i rozszerzył się cały nielegalny handel i przemysł”. Skala tego procederu była gigantyczna.

Historycy oceniają, że w żadnym mieście okupowanej Europy czarny rynek nie rozwinął się na taką skalę, co w Warszawie. W jego ramach handlowano różnościami, w które czasem aż trudno uwierzyć.

Filtr wypełniony fusami z kawy (zdj. domena publiczna).

Filtr wypełniony fusami z kawy (zdj. domena publiczna).

Fusy

W latach wojny herbata i kawa stały się towarem deficytowym, przez co ich cena wprost poszybowała w górę. Ze względu na to, jak wielką dziurę w domowym budżecie mógł zrobić zakup puszki herbaty, czy kawy, przestano pijać je na co dzień.

Fusy herbaciane z powodzeniem zalewano wielokrotnie. Przy dobrej jakości mieszance, nawet po kilkukrotnym potraktowaniu wrzątkiem, uzyskiwano aromatyczny i niepozbawiony koloru napar.

Tymczasem fusy z prawdziwej czarnej kawy zamiast do śmietnika, trafiały… na czarny rynek. Hanna Kramar-Mintkiewicz urodziła się w rodzinie oficerskiej. Jej ojciec został zmobilizowany w 1939 roku i po zakończeniu kampanii wrześniowej nie wrócił do domu. Utrzymanie rodziny spadło zatem na barki matki, która zajmowała się pieczeniem i gotowaniem.

Jak wspominała po latach Hanna Kramat-Mintkiewicz:

Mama robiła wszystko, i piekła jakieś torty, i piekła jakieś pasztety, i dostarczała to do jakichś sklepów, do jakichś kawiarni […]

Kobiety handlujące kwiatami i pieczywem na jednej z warszawskich ulic. Zdjęcie pochodzi z książki "Okupacja od kuchni".

Kobiety handlujące kwiatami i pieczywem na jednej z warszawskich ulic. Zdjęcie pochodzi z książki „Okupacja od kuchni”.

Wśród wypiekanych ciast znajdowały się też i te o smaku kawowym. W czasach niedoborów, nikt nie mógł sobie pozwolić na zużywanie do nich prawdziwej, świeżej kawy.

W kawiarniach kupowało się zatem zużyte fusy kawowe i to one lądowały w cieście.

Koty na zupę

W obliczu trudności z dostawami mięsa, jakie zapanowały w miastach okupowanej Polski, pojawiło się wielu cwaniaków chcących dobrze zarobić na niedoli sąsiadów.

Zamiast z narażeniem życia szmuglować żywność ze wsi, woleli oni oszukiwać swoich klientów i wciskać im to, co mieli pod ręką. Tym sposobem okupacja wyraźnie odcisnęła swoje piętno na bezpieczeństwie… kotów.

Los domowych myszołapów, które wpadały w ręce takiego kanciarza był przypieczętowany. Bardzo szybko traciły głowę, były oskórowywane i pozbawiane ogona oraz łap, po czym lądowały na straganie jako tuszka z królika. W pewnym sensie do łask wróciła… tradycja kulinarna poprzednich stuleci.

Ten artykuł ma więcej niż jedną stronę. Wybierz poniżej kolejną, by czytać dalej.

Komentarze (8)

  1. Członek redakcji | Redakcja Odpowiedz

    Wybrane komentarze do artykułu z naszego facebookowego profilu
    http://www.facebook.com/ciekawostkihistoryczne/posts/1178482938847030

    Panna A.:

    Polecam ksiazke, bardzo ciekawa:)

    Katarzyna F.:
    bimber. moja babcia wraz ze swoją sąsiadką robiły ponoć znakomity i cieszący się wielkim popytem Emotikon smile za uzyskane pieniądze kupowała słoninę i podroby, mieliła i wysyłała dziadkowi uwięzionemu w obozie koncentracyjnym – ta tłusta papka była bardzo smaczna, ale wygląd miała ohydny, więc Niemce to przepuszczali

    Zbyszek R.:
    Ciekawe, że w czasie wojny można było zjeść prawdziwą zupę żółwiową – teraz jest to naprawdę trudne.
    Kamil Janicki:
    Cóż, teraz transporty dla Wehrmachtu nie przechodzą przez Polskę

    Henryk R.:
    Często był handel wymienny

  2. Johnny Wieteska Odpowiedz

    Kto jadł pestki ten wie, a było to tak:

    Idzie człowiek ulicą i je pestki z ogryzka jabłka. Widzi go policjant i pyta człowieka:
    – Czemu pan zjada pestki z jabłek?
    – Bo ja je jem i staje się dzięki temu mądrzejszy, dobrze działają na intelekt.
    – To niech mi pan da kilka – poprosił policjant.
    – Dać to nie dam, bo mam mało, ale mogę panu sprzedać te pestki za 60 złotych.
    – No dobra – zgodził się policjant, zapłacił, zabrał pestki i ruszył ulicą zjadając od razu kilka sztuk.
    Zjadł, przeszedł kilkanaście metrów. Nagle szybko zawrócił i dogonił człowieka, który mu sprzedał pestki, wołając do niego:
    – Panie, panie, ale przecież za 60 złotych to ja mogłem kupić kilkadziesiąt kilogramów jabłek, a nie te parę pestek.
    – No widzi pan, już działają – odpowiedział człowiek.

Dodaj komentarz

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.