Kontrowersje, odkrycia, bohaterowie i łajdacy. Fascynujące opowieści na każdy dzień od najpopularniejszego magazynu o historii w Polsce

Lekarze w ogniu i we krwi. Zapomniani bohaterowie walk o Monte Cassino

Setki, a może tysiące żołnierzy nie mogłoby się cieszyć zwycięstwem gdyby nie ofiarność lekarzy, pielęgniarek i sanitariuszy.48 godzin bez snu, na kolanach, unurzani we krwi – tak pracowali polscy lekarze w czasie bitwy o Monte Cassino. Zdolni byli do największych poświęceń. Ich praca była równie wymagająca i niebezpieczna, jak żołnierzy na linii walk. Dziś próżno szukać pieśni o ich dokonaniach.

Planując natarcie na niemieckie pozycje pod Monte Cassino, dowództwo 2 Korpusu Polskiego liczyło się z dużymi stratami. Dzienny napływ rannych w pierwszej fazie walk szacowano na 500 żołnierzy. W takiej sytuacji niezwykle istotna była sprawna i szybka ewakuacja poszkodowanych piechurów.

Polacy nie prowadzili wcześniej samodzielnych działań na tak dużą skalę, w tak trudnym terenie. Mimo to wojskowa służba zdrowia pod kierownictwem płka dr Mariana Dietricha i naczelnego chirurga gen. bryg. Bolesława Szareckiego wywiązała się ze swych zadań znakomicie.

Czerwony krzyż? Ognia!

Medycy ponieśli pierwsze straty jeszcze przed bitwą. W wąwozie „Inferno” ulokowano punkt opatrunkowy 5 Kresowej Dywizji Piechoty. Cały kompleks składał się z 12 namiotów, w których znajdowały się m.in. izby przyjęć i sale operacyjne. Polacy przejęli je po Nowozelandczykach.

Broniący się żołnierze niemieccy mieli znakomity widok na alianckie pozycje w dolinach (fot. Bundesarchiv, Bild 146-1974-006-62 / Czirnich / CC-BY-SA 3.0).

Broniący się żołnierze niemieccy mieli znakomity widok na alianckie pozycje w dolinach (fot. Bundesarchiv, Bild 146-1974-006-62 / Czirnich / CC-BY-SA 3.0).

Położenie punktu było doskonale widoczne ze szczytu Monte Cairo, gdzie rozmieszczeni byli niemieccy obserwatorzy artyleryjscy. Liczono jednak na to, że skoro nieprzyjaciel już znał jego lokalizację, nie będzie go ostrzeliwał. Ponadto cały teren wokół wyłożony był sporych rozmiarów płachtami ze znakami Czerwonego Krzyża, które były doskonale widoczne z góry. Stało się jednak inaczej…

Czy wiesz, że ...

...w jednym z domów w Oszmianie czerwonoarmiści w 1939 roku spożyli właścicielce cały zapas kremu Nivea? Smarowali nim chleb, sądząc być może, że był to smalec ze specjalnymi dodatkami smakowymi.

...w okupowanej Polsce jednym ze sposobów na wmieszanie żydowskiego dziecka w tłum było "opalanie" go? Ukrywające się w piwnicach i innych zakamarkach maluchy zazwyczaj były tak blade, że natychmiast rzucały się w oczy. Trzeba było więc chodzić z nimi na spacery, by nabrały kolorów.

...Elżbieta Zawacka była jedyną kobietą wśród cichociemnych awansowaną na stopień generała brygady? Jako łączniczka podróżowała po Europie, przenosząc meldunki i informacje. Wielokrotnie przekraczała granicę Rzeszy, zawsze szczęśliwie wracając do kraju, czasami w brawurowy sposób.

...wielu brytyjskich pilotów służących z Polakami podczas II wojny światowej twierdziło, że dotrzymanie naszym lotnikom kroku w piciu było pewnego rodzaju nobilitacją? Gdy Johnny Kent, dowódca Dywizjonu 303, wytrzymał nocną imprezę i jeszcze odprowadził jednego z Polaków do łóżka, znacząco wzrosła jego reputacja.

Komentarze (14)

  1. Jarek Odpowiedz

    „Liczono jednak na to, że skoro nieprzyjaciel już znał jego lokalizację, nie będzie go ostrzeliwał.”

    Dlaczego cały świat zawsze ufa Niemcom, pomimo ich ciągłego oszukiwania, łamania wszelkich umów i porozumień, gdy tylko uznają to za wygodne?

  2. Anonim Odpowiedz

    W roku 1944 prof. Szarecki miał już 70 lat (rocznik 1874). Drobiazg, niezależnie od tej arytmetyki trzeba przyznać, że starszy pan miał kondycje i charakter!

  3. Leszek Odpowiedz

    Incydent w wąwozie Inferno ma tzw. „drugie dno”. Zasada oszczędzania punktów opatrunkowych, czy wstrzymanie ognia w godzinach pobierania wody,była przestrzegana przez obie strony. Pisze o tym m.in. Adam Majewski w „Wojna,ludzie i medycyna”, ale inni też. Wymagano tylko, aby przy punktach opatrunkowych nie składować niczego innego. Nasi kwatermistrze zignorowali tę zasadę. Niemieccy snajperzy dwukrotnie zestrzelili flagę z czerwonym krzyżem, a ponieważ nie było reakcji, w końcu położyli ogień. Dobrze, że nie było większych ofiar.
    Co do zmarłych po operacji, to przypominam, że w szpitalach wojennych operowano młodych zdrowych /poza urazami/ ludzi. Warto przeczytać u Wańkowicza rozdział „Zabijany na raty”.
    Pozdrawiam.

  4. czarny kot Odpowiedz

    Pozwólcie, że pozostawię bez komentarza podpis pod jednym ze zdjęć: „Stopień zrÓjnowania (…)”.

  5. Leszek Odpowiedz

    Odznaka w formie tarczy krzyżowców była noszona przez wszystkich żołnierzy 8 Armii Brytyjskiej.
    Polscy żołnierze uzyskali prawo noszenia jej po bitwie. Nie była zatem ustanowiona, jako specjalna.
    Raczej powszechna.

  6. Grzegorz Dziadek Odpowiedz

    Ostatni akapit jest tendencyjny. Chciałbym zwrócić uwagę, że w bibliografii jako źródło tej informacji jest podana POLEMIKA w wiarygodny sposób PODWAŻAJĄCA reprezentatywność tych danych. Nie warto psuć ciekawego artykułu dodając na końcu nic nie wnoszące przekłamanie. Z resztą, jaką wartość ma porównywanie tak różnych grup pacjentów jak młodzi żołnierze i całość dzisiejszej populacji?

  7. Aleksander Rutkiewicz Odpowiedz

    Choć niejednokrotnie korciło mnie okrutnie, aby to zrobić, dotychczas nie opublikowałem jakiegokolwiek komentarza pod jakimkolwiek artykułem internetowym. Czasem nie chciało mi się, w większości przypadków nie widziałem w tym sensu. Tym razem postanowiłem jednak postąpić inaczej. Anestezjologią i intensywną terapią jako lekarz zajmuję się zawodowo, a historią medycyny, w szczególności dziejami służby zdrowia Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie więcej niż hobbystycznie. Portal ciekawostkihistoryczne.pl jest wspaniały miejscem w Internecie, cieszy się dużym wzięciem i ma zbyt duży zasięg oddziaływania, aby pozostawić tekst „Lekarze w ogniu i we krwi. Zapomniani bohaterowie walk o Monte Cassino” bez takiego komentarza.

    Nie trudno zgadnąć, że chodzi przede wszystkim o rozdział pt. „Niezwykła skuteczność”. Dariusz Kaliński, autor powyższego artykułu, pisze o wysokim kunszcie chirurgów przytaczając dane statystyczne: Polski szpital w Venafro między 1 a 30 maja 1944 r. przyjął 1061 rannych, w tym 296 w stanie ciężkim, oraz 293 chorych. Wykonano wówczas 438 zabiegów chirurgicznych i 197 transfuzji. W okresie bitwy o Monte Cassino spośród wszystkich hospitalizowanych tam rannych zmarło tylko czterech pacjentów! Mowa tu o 3. Sanitarnym Ośrodku Ewakuacyjnym dowodzonym przez mjr. dr. Leona Kehle. Dane te pochodzą najpewniej z mojego artykuły pt. „Szpital na wojnie, czyli 3. Casaualty Clearing Station w kampanii włoskiej 1944–1945”, który znalazł się w bibliografii. W artykule o 3.CCS starałem się wytłumaczyć skąd brała się tak niska śmiertelność. Tymczasem redaktor Kaliński albo nie przeczytał go do końca, albo z premedytacją nie odniósł się do tego fragmentu, a niską śmiertelność w szpitalach przypisuje umiejętnościom lekarzy.

    Czytelnikom należy się więc krótkie wyjaśnienie. Tak niska śmiertelność paradoksalnie jest dowodem na olbrzymie problemy w ewakuacji rannych żołnierzy. Wydobycie ich spod ostrzału i transport przez noszowych do batalionowych punktów opatrunkowych możliwy był niejednokrotnie pod osłoną ciemności, a ranni bardzo często leżeli na polu bitwy kilka-kilkanaście godzin. Transport do głównego punktu opatrunkowego zajmował kolejne kilka godzin. Dopiero w GPO ranni przechodzili pierwsze zabiegi operacyjne. Długa ewakuacja była więc swoistą selekcją – przeżywali tylko najsilniejsi, oraz ci, których obrażenia nie powodowały szybkiej śmierci. Zainspirowany tym, co przeczytałem na portalu ciakwostkihistoryczne.pl postanowiłem omówić nieco szerzej na swoim blogu kwestię niskiej śmiertelności w polskich szpitalach pod Monte Cassino. Jest to niejako odpowiedź na tezy red. Kalińskiego – serdecznie zapraszam i zachęcam do zapoznania się z treścią najnowszego wpisu: //skalpelikarabin.blogspot.com/2015/12/cud-w-szpitalach-pod-monte-cassino.html

    Niska śmiertelność w szpitalach to zasługa polskich (w domyśle wybitnych) chirurgów – tak twierdzi red. Kaliński. To najprostsze, najbardziej ponętne i tak bardzo rozbudzające naszą dumę narodową wytłumaczenie. Przykuwa ono uwagę czytelników. Niestety nie wytrzymuje ono konfrontacji z dokumentami archiwalnymi i relacjami lekarzy. Zresztą dr Adam Majewski, który w późniejszym okresie dowodził jedną z polskich polowych czołówek chirurgicznych miał wiele merytorycznych zastrzeżeń do swoich kolegów po fachu służących w II Korpusie Polskim.

    Jeżeli interesuje nas jaka była prawdziwa śmiertelność w urazach bojowych pod Monte Cassino wystarczy wykonać prosty rachunek. Dodajemy liczbę wszystkich rannych do liczby poległych. Następnie liczbę rannych podzielimy przez uzyskaną liczbę i pomnóżmy przez 100. Wysoka ta śmiertelność, prawda? Zapewniam, że śmiertelność w obrażeniach bojowych w dzisiejszych czasach, w tym pośród żołnierzy polskich misji zagranicznych jest o wiele mniejsza.

    Aby wzmocnić przekaz o „kunszcie polskich chirurgów” red. Kaliński zastosował trik nieładny. Otóż porównał on osiągnięcia polskich chirurgów spod Monte Cassino z rzekomo olbrzymią śmiertelnością okołooperacyjną we współczesnych polskich szpitalach. A na koniec „pozostawił to bez komentarza”. I prawdę mówiąc ten zabieg najbardziej mnie zirytował.

    Kiedyś, to byli lekarze! – można sobie pomyśleć. Nie to co teraz – brudasy, łapówkarze, partacze, stawiający złe diagnozy, czyhający na życie naszych dzieci, nie robiący nic, tylko liczący kasę. Zresztą cała polska służba zdrowia jest do d… Całe szczęście mamy w naszym kraju wąskie grono „bogów” (najczęściej profesorów) – przeszczepiają serca, przeszczepiają twarze, przyszywają odrąbane ręce. Gdyby nie oni, to polska medycyna przedstawiałaby obraz nędzy i rozpaczy. Wielkie oskarżenia, insynuacje, czy drobne uszczypliwości pod adresem lekarzy można rzucać do woli. Taka jest teraz moda. Poza tym „my ich utrzymujemy”, „żyją za nasze pieniądze”, „wykształcili się za nasze pieniądze”. To możemy im dokopać. Nawet przy okazji historycznego artykułu.

    Redaktor Kaliński pozostawia „to” bez komentarza. Więc ja to skomentuję. Dzień w dzień w polskich szpitalach ratuje się zdrowie i życie setek ludzi. Młodych i starych. Robią to lekarze, pielęgniarki, ratownicy medyczni. W szpitalach małych – powiatowych, i tych dużych – wojewódzkich, w klinikach. W większości robią to fachowo i z poświęceniem. Polska medycyna boryka się z wieloma problemami. Trzeba je rozwiązywać. A nierzetelność personelu medycznego, jeśli się zdarza, należy zwalczać. Nie jest jednak prawdą, że w polskich szpitalach po operacjach ginie blisko 20% pacjentów. Wiem to z własnego doświadczenia, wiemy to ze statystyk.

    Badanie na które powołuje się Dariusz Kaliński zostało opublikowane w jednym z najbardziej renomowanych czasopism medycznych, brytyjskim „The Lancet”. Przypomnijmy: według badaczy śmiertelność okołooperacyjna w polskich szpitalach, które wzięły udział w badaniu przekroczyła 17%. Przerażające jest to, że w tak poczytnym czasopiśmie możliwe było opublikowanie takiego bubla. Nikt nie zwrócił uwagi na nieprawdopodobnie wysoką śmiertelność w Polsce. Nikt z badaczy tego nie zweryfikował. Po sprawdzeniu przez polskie instytucje tych informacji okazało się, że prawdziwa śmiertelność w szpitalach, które brały udział badaniu była niższa niż w innych krajach! Rozumiecie?!

    Skąd wziął się błąd? Nie wiadomo. Przekaz poszedł jednak w świat. Nic nie dały sprostowania pisane do „The Lancet”. Nic nie dały pisma Polskiego Towarzystwa Anestezjologii i Intensywnej Terapii oraz Ministerstwa Zdrowia. Mleko się rozlało. Wpłynęło pod progi, klepki parkietu i teraz zaczyna kisnąć i śmierdzieć. Redaktor Kaliński podkręcił grzejnik, by ten proces przyspieszyć. A państwom zachodnim taki stan rzeczy odpowiada. Przecież kraje Europy Środkowo-Wschodniej nie mogą być lepsze od Wielkiej Brytanii, czy Holandii. Opublikowane badanie nie jest dla nas ujmą. Wręcz przeciwnie – powinni wstydzić się autorzy tego nierzetelnego badania i komitet redakcyjny „The Lancet”!

    Zbliżając się do końca podaję link do artykułu opublikowanego na ten temat w oficjalnym czasopiśmie Polskiego Towarzystwa Anestezjologii i Intensywnej Terapii: file:///C:/Users/Olo/Downloads/20374-26341-3-PB%20(3).pdf A redaktora Kalińskiego proszę by nie powielał tych nieprawdziwych informacji. Godzi to w dobre imię polskiej medycyny, polskich lekarzy i Polski w ogóle.

    Porównywanie śmiertelności wewnątrzszpitalnej w szpitalach polowych sprzed 70 laty ze śmiertelnością okołooperacyjną we współczesnych szpitalach, nieważne jak wysoka lub jak niska by ona nie była, jest metodologicznym błędem. Ja też takich błędów się nie ustrzegłem. Choćby w artykule, który znalazł się w bibliografii. Z kolei bezkrytyczne patrzenie na dane statystyczne może wywieźć na historyczne manowce. I jeszcze jedna uwaga – ciekawostka nie zawsze jest tym samym co sensacja.

    Artykuł dobry, ciekawy i potrzebny. Tylko po co ten ostatni akapit?

    Serdecznie pozdrawiam,
    Aleksander Rutkiewicz

    P.S. Do redakcji piszę osobny e-mail.

    • Arek Mioduszewski Odpowiedz

      Mam i czytałem A.Majewskiego „Wojna, ludzie i medycyna” Doskonała książka napisana przez uczestnika wydarzeń. Obszernie opisuje walki o Monte Cassino. Co do ostrzelania placówki medycznej to to Majewski wspomina ten fakt dodaje jednak że tużobok punktu medycznego został urządzony skład amunicji a niemieccy snajperzy kilkukrotnie ostrzegawczo zestrzeliwali oznaczenie czeronego krzyża. Dopiero po tych ostrzeżeniach ostrzelali skłąd amunicji, a punkt sanitarny dostał przy okazji.

Dodaj komentarz

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.