Damy - empik

Lekarze w ogniu i we krwi. Zapomniani bohaterowie walk o Monte Cassino

Autor: | 26 października 2015 | 7,866 odsłon

Setki, a może tysiące żołnierzy nie mogłoby się cieszyć zwycięstwem gdyby nie ofiarność lekarzy, pielęgniarek i sanitariuszy.48 godzin bez snu, na kolanach, unurzani we krwi – tak pracowali polscy lekarze w czasie bitwy o Monte Cassino. Zdolni byli do największych poświęceń. Ich praca była równie wymagająca i niebezpieczna, jak żołnierzy na linii walk. Dziś próżno szukać pieśni o ich dokonaniach.

Planując natarcie na niemieckie pozycje pod Monte Cassino, dowództwo 2 Korpusu Polskiego liczyło się z dużymi stratami. Dzienny napływ rannych w pierwszej fazie walk szacowano na 500 żołnierzy. W takiej sytuacji niezwykle istotna była sprawna i szybka ewakuacja poszkodowanych piechurów.

Polacy nie prowadzili wcześniej samodzielnych działań na tak dużą skalę, w tak trudnym terenie. Mimo to wojskowa służba zdrowia pod kierownictwem płka dr Mariana Dietricha i naczelnego chirurga gen. bryg. Bolesława Szareckiego wywiązała się ze swych zadań znakomicie.

Broniący się żołnierze niemieccy mieli znakomity widok na alianckie pozycje w dolinach (fot. Bundesarchiv, Bild 146-1974-006-62 / Czirnich / CC-BY-SA 3.0).

Broniący się żołnierze niemieccy mieli znakomity widok na alianckie pozycje w dolinach (fot. Bundesarchiv, Bild 146-1974-006-62 / Czirnich / CC-BY-SA 3.0).

Czerwony krzyż? Ognia!

Medycy ponieśli pierwsze straty jeszcze przed bitwą. W wąwozie „Inferno” ulokowano punkt opatrunkowy 5 Kresowej Dywizji Piechoty. Cały kompleks składał się z 12 namiotów, w których znajdowały się m.in. izby przyjęć i sale operacyjne. Polacy przejęli je po Nowozelandczykach.

Artykuł powstał m.in. w oparciu o książkę Normana Daviesa pt. „Szlak nadziei” (Rosikon Press 2015).

Artykuł powstał m.in. w oparciu o książkę Normana Daviesa pt. „Szlak nadziei” (Rosikon Press 2015).

Położenie punktu było doskonale widoczne ze szczytu Monte Cairo, gdzie rozmieszczeni byli niemieccy obserwatorzy artyleryjscy. Liczono jednak na to, że skoro nieprzyjaciel już znał jego lokalizację, nie będzie go ostrzeliwał. Ponadto cały teren wokół wyłożony był sporych rozmiarów płachtami ze znakami Czerwonego Krzyża, które były doskonale widoczne z góry. Stało się jednak inaczej…

8 maja, około godz. 17.30, niemiecka artyleria ostrzelała nasz punkt opatrunkowy. Pociski uderzyły w bezpośredniej bliskości namiotów izby przyjęć. Lekarz Julian Maj wspominał:

U wejścia do namiotu leżał na noszach ranny żołnierz, przed chwilą przywieziony, a obok na ziemi ciężko ranny w głowę konający por. lek. Wincenty Napora (…) – na jego nogach zwalone ciało ks. kapelana Bolesława Huczyńskiego, twarzą zwrócone do ziemi, również z drążącą raną głowy. (…)

Dalej w drugim namiocie, z podobną raną głowy, ciało por. lek. Adama Grabera, wreszcie ciała kaprala Wincentego Girucia i sanitariusza Wacława Jaworskiego, a wśród pozostałych – wielu rannych.

Niemcy nie respektowali znaku Czerwonego Krzyża, sami jednak mieli nadzieję, że zapewni im ochronę (fot. Bundesarchiv, Bild 183-J26141 / Zscheile / CC-BY-SA 3.0).

Niemcy nie respektowali znaku Czerwonego Krzyża, sami jednak mieli nadzieję, że zapewni im ochronę (fot. Bundesarchiv, Bild 183-J26141 / Zscheile / CC-BY-SA 3.0).

W wyniku ostrzału zginęło 5 ludzi, a 17 zostało rannych. Po tym incydencie punkt przeniesiono nieco dalej, w bezpieczniejsze miejsce. Już nie znakowano go czerwonym krzyżem, tylko osłonięto siatkami maskującymi.

Na pierwszej linii

Żołnierze byli przeszkoleni w użyciu indywidualnych środków opatrunkowych i w przypadku lżejszej rany mogli opatrzyć się sami. Ponadto w skład każdej kompani piechoty wchodziło czterech sanitariuszy.

Warto dodać, że przed pierwszym natarciem Polacy otrzymali 2,5 tys. tubek amerykańskiej morfiny. Był to rodzaj jednorazowego pojemnika-strzykawki ze znajdującym się wewnątrz silnym lekiem przeciwbólowym. Dzięki temu można było go zaaplikować rannemu nawet na pierwszej linii walk pod ogniem nieprzyjaciela.

Wielką ofiarnością wykazywali się sanitariusze, którzy wśród gwiżdżących kul i fruwających odłamków skalnych przeczesywali pole walki, poszukując rannych kolegów. Sanitariusz strzelec Brzeziński opatrzył na stoku wzgórza 593 aż 37 polskich żołnierzy. Aby nie zostali dobici, odciągnął ich i pochował po różnych dziurach w oczekiwaniu na ewakuację. W ten sposób ocalił wszystkim życie.

Gdyby nie ofiarność sanitariuszy, maki na Monte Cassino wypiłyby znacznie więcej polskiej krwi (fot. domena publiczna).

Gdyby nie ofiarność sanitariuszy, maki na Monte Cassino wypiłyby znacznie więcej polskiej krwi (fot. domena publiczna).

Na wzgórzu Widmo sanitariusz st. strzelec Falbowski nałożył aż 50 opatrunków, ręce dosłownie mdlały mu od pracy. Inny sanitariusz, Radziszewski, nagi do pasa biegał jak szalony wśród poszkodowanych. Po zużyciu wszystkich bandaży opatrywał ich strzępami własnej koszuli. Za swoje wyczyny Brzeziński i Radziszewski otrzymali ordery Virtuti Militari.

Sztafeta po życie

Odznaka specjalna, nadana żołnierzom II Korpusu Polskiego po bitwie o Monte Cassino (fot. Jurek281, CC BY-SA 3.0).

Odznaka specjalna, nadana żołnierzom II Korpusu Polskiego po bitwie o Monte Cassino (fot. Jurek281, CC BY-SA 3.0).

Bataliony piechoty idące do boju w pierwszej linii wspierały Batalionowe Punkty Opatrunkowe (BPO), skąd ewakuowano rannych do Wysuniętego Punktu Opatrunkowego (WPO). Następnie transportowano poszkodowanych do Głównego Punktu Opatrunkowego (GPO), a potem do szpitali polowych.

Czas ewakuacji rannych na tyły, w zależności od położenia BPO, miał wynosić od 1 do 4 godzin. Najtrudniejsza trasą była droga od BPO 3 Dywizji Karpackiej, umieszczonego w legendarnym „Domku Doktora”, do WPO u podnóża Colle Maiola i Monte Castellone.

Różnica wysokości w tym przypadku wynosiła 400 m, a długość trasy, mocno ostrzeliwanej, 2200 m. Do ewakuacji rannych na tym odcinku wyznaczono 180 noszowych. Umieszczono ich w schronach po 8–12, co około 150 m. Rannych przerzucano etapami z jednej takiej stacji do drugiej, wymieniając tylko załadowane nosze na puste. Nasi nazwali ten system ewakuacji sztafetą.

Polscy żołnierze na wzgórzu zwanym „Widmo” (fot. domena publiczna).

Polscy żołnierze na wzgórzu zwanym „Widmo” (fot. domena publiczna).

Pierwszy szturm

12 maja o godz. 1.00, kiedy żołnierze 2 Korpusu ruszyli do szturmu, punkty opatrunkowe niemal od razu zaczęły przyjmować pierwszych rannych. Do GPO w wąwozie „Inferno” przybył gen. Szarecki. Ten 68-letni chirurg, ignorując brytyjskie przepisy, przez niemal dwie doby bez ustanku operował rannych piechurów. Łącznie przez główny punkt opatrunkowy 5 KDP przeszło w tym czasie 447 rannych.

Ten artykuł ma więcej niż jedną stronę. Wybierz poniżej kolejną, by czytać dalej.

Strony: 1 2

Powiedz innym co myślisz:

Dariusz Kaliński - Specjalista od II wojny światowej i działań sił specjalnych, a także jeden z najpoczytniejszych w polskim internecie autorów z tej dziedziny. Od 2014 roku stały publicysta "Ciekawostek historycznych.pl". Wielbiciel zlotów militarnych, zespołu Dżem i talentu aktorskiego Clinta Eastwooda.

Okupacja
Komentarze do artykułu (13)
  1. „Liczono jednak na to, że skoro nieprzyjaciel już znał jego lokalizację, nie będzie go ostrzeliwał.”

    Dlaczego cały świat zawsze ufa Niemcom, pomimo ich ciągłego oszukiwania, łamania wszelkich umów i porozumień, gdy tylko uznają to za wygodne?

  2. Incydent w wąwozie Inferno ma tzw. „drugie dno”. Zasada oszczędzania punktów opatrunkowych, czy wstrzymanie ognia w godzinach pobierania wody,była przestrzegana przez obie strony. Pisze o tym m.in. Adam Majewski w „Wojna,ludzie i medycyna”, ale inni też. Wymagano tylko, aby przy punktach opatrunkowych nie składować niczego innego. Nasi kwatermistrze zignorowali tę zasadę. Niemieccy snajperzy dwukrotnie zestrzelili flagę z czerwonym krzyżem, a ponieważ nie było reakcji, w końcu położyli ogień. Dobrze, że nie było większych ofiar.
    Co do zmarłych po operacji, to przypominam, że w szpitalach wojennych operowano młodych zdrowych /poza urazami/ ludzi. Warto przeczytać u Wańkowicza rozdział „Zabijany na raty”.
    Pozdrawiam.

  3. Odznaka w formie tarczy krzyżowców była noszona przez wszystkich żołnierzy 8 Armii Brytyjskiej.
    Polscy żołnierze uzyskali prawo noszenia jej po bitwie. Nie była zatem ustanowiona, jako specjalna.
    Raczej powszechna.

  4. Ostatni akapit jest tendencyjny. Chciałbym zwrócić uwagę, że w bibliografii jako źródło tej informacji jest podana POLEMIKA w wiarygodny sposób PODWAŻAJĄCA reprezentatywność tych danych. Nie warto psuć ciekawego artykułu dodając na końcu nic nie wnoszące przekłamanie. Z resztą, jaką wartość ma porównywanie tak różnych grup pacjentów jak młodzi żołnierze i całość dzisiejszej populacji?

  5. Choć niejednokrotnie korciło mnie okrutnie, aby to zrobić, dotychczas nie opublikowałem jakiegokolwiek komentarza pod jakimkolwiek artykułem internetowym. Czasem nie chciało mi się, w większości przypadków nie widziałem w tym sensu. Tym razem postanowiłem jednak postąpić inaczej. Anestezjologią i intensywną terapią jako lekarz zajmuję się zawodowo, a historią medycyny, w szczególności dziejami służby zdrowia Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie więcej niż hobbystycznie. Portal ciekawostkihistoryczne.pl jest wspaniały miejscem w Internecie, cieszy się dużym wzięciem i ma zbyt duży zasięg oddziaływania, aby pozostawić tekst „Lekarze w ogniu i we krwi. Zapomniani bohaterowie walk o Monte Cassino” bez takiego komentarza.

    Nie trudno zgadnąć, że chodzi przede wszystkim o rozdział pt. „Niezwykła skuteczność”. Dariusz Kaliński, autor powyższego artykułu, pisze o wysokim kunszcie chirurgów przytaczając dane statystyczne: Polski szpital w Venafro między 1 a 30 maja 1944 r. przyjął 1061 rannych, w tym 296 w stanie ciężkim, oraz 293 chorych. Wykonano wówczas 438 zabiegów chirurgicznych i 197 transfuzji. W okresie bitwy o Monte Cassino spośród wszystkich hospitalizowanych tam rannych zmarło tylko czterech pacjentów! Mowa tu o 3. Sanitarnym Ośrodku Ewakuacyjnym dowodzonym przez mjr. dr. Leona Kehle. Dane te pochodzą najpewniej z mojego artykuły pt. „Szpital na wojnie, czyli 3. Casaualty Clearing Station w kampanii włoskiej 1944–1945”, który znalazł się w bibliografii. W artykule o 3.CCS starałem się wytłumaczyć skąd brała się tak niska śmiertelność. Tymczasem redaktor Kaliński albo nie przeczytał go do końca, albo z premedytacją nie odniósł się do tego fragmentu, a niską śmiertelność w szpitalach przypisuje umiejętnościom lekarzy.

    Czytelnikom należy się więc krótkie wyjaśnienie. Tak niska śmiertelność paradoksalnie jest dowodem na olbrzymie problemy w ewakuacji rannych żołnierzy. Wydobycie ich spod ostrzału i transport przez noszowych do batalionowych punktów opatrunkowych możliwy był niejednokrotnie pod osłoną ciemności, a ranni bardzo często leżeli na polu bitwy kilka-kilkanaście godzin. Transport do głównego punktu opatrunkowego zajmował kolejne kilka godzin. Dopiero w GPO ranni przechodzili pierwsze zabiegi operacyjne. Długa ewakuacja była więc swoistą selekcją – przeżywali tylko najsilniejsi, oraz ci, których obrażenia nie powodowały szybkiej śmierci. Zainspirowany tym, co przeczytałem na portalu ciakwostkihistoryczne.pl postanowiłem omówić nieco szerzej na swoim blogu kwestię niskiej śmiertelności w polskich szpitalach pod Monte Cassino. Jest to niejako odpowiedź na tezy red. Kalińskiego – serdecznie zapraszam i zachęcam do zapoznania się z treścią najnowszego wpisu: //skalpelikarabin.blogspot.com/2015/12/cud-w-szpitalach-pod-monte-cassino.html

    Niska śmiertelność w szpitalach to zasługa polskich (w domyśle wybitnych) chirurgów – tak twierdzi red. Kaliński. To najprostsze, najbardziej ponętne i tak bardzo rozbudzające naszą dumę narodową wytłumaczenie. Przykuwa ono uwagę czytelników. Niestety nie wytrzymuje ono konfrontacji z dokumentami archiwalnymi i relacjami lekarzy. Zresztą dr Adam Majewski, który w późniejszym okresie dowodził jedną z polskich polowych czołówek chirurgicznych miał wiele merytorycznych zastrzeżeń do swoich kolegów po fachu służących w II Korpusie Polskim.

    Jeżeli interesuje nas jaka była prawdziwa śmiertelność w urazach bojowych pod Monte Cassino wystarczy wykonać prosty rachunek. Dodajemy liczbę wszystkich rannych do liczby poległych. Następnie liczbę rannych podzielimy przez uzyskaną liczbę i pomnóżmy przez 100. Wysoka ta śmiertelność, prawda? Zapewniam, że śmiertelność w obrażeniach bojowych w dzisiejszych czasach, w tym pośród żołnierzy polskich misji zagranicznych jest o wiele mniejsza.

    Aby wzmocnić przekaz o „kunszcie polskich chirurgów” red. Kaliński zastosował trik nieładny. Otóż porównał on osiągnięcia polskich chirurgów spod Monte Cassino z rzekomo olbrzymią śmiertelnością okołooperacyjną we współczesnych polskich szpitalach. A na koniec „pozostawił to bez komentarza”. I prawdę mówiąc ten zabieg najbardziej mnie zirytował.

    Kiedyś, to byli lekarze! – można sobie pomyśleć. Nie to co teraz – brudasy, łapówkarze, partacze, stawiający złe diagnozy, czyhający na życie naszych dzieci, nie robiący nic, tylko liczący kasę. Zresztą cała polska służba zdrowia jest do d… Całe szczęście mamy w naszym kraju wąskie grono „bogów” (najczęściej profesorów) – przeszczepiają serca, przeszczepiają twarze, przyszywają odrąbane ręce. Gdyby nie oni, to polska medycyna przedstawiałaby obraz nędzy i rozpaczy. Wielkie oskarżenia, insynuacje, czy drobne uszczypliwości pod adresem lekarzy można rzucać do woli. Taka jest teraz moda. Poza tym „my ich utrzymujemy”, „żyją za nasze pieniądze”, „wykształcili się za nasze pieniądze”. To możemy im dokopać. Nawet przy okazji historycznego artykułu.

    Redaktor Kaliński pozostawia „to” bez komentarza. Więc ja to skomentuję. Dzień w dzień w polskich szpitalach ratuje się zdrowie i życie setek ludzi. Młodych i starych. Robią to lekarze, pielęgniarki, ratownicy medyczni. W szpitalach małych – powiatowych, i tych dużych – wojewódzkich, w klinikach. W większości robią to fachowo i z poświęceniem. Polska medycyna boryka się z wieloma problemami. Trzeba je rozwiązywać. A nierzetelność personelu medycznego, jeśli się zdarza, należy zwalczać. Nie jest jednak prawdą, że w polskich szpitalach po operacjach ginie blisko 20% pacjentów. Wiem to z własnego doświadczenia, wiemy to ze statystyk.

    Badanie na które powołuje się Dariusz Kaliński zostało opublikowane w jednym z najbardziej renomowanych czasopism medycznych, brytyjskim „The Lancet”. Przypomnijmy: według badaczy śmiertelność okołooperacyjna w polskich szpitalach, które wzięły udział w badaniu przekroczyła 17%. Przerażające jest to, że w tak poczytnym czasopiśmie możliwe było opublikowanie takiego bubla. Nikt nie zwrócił uwagi na nieprawdopodobnie wysoką śmiertelność w Polsce. Nikt z badaczy tego nie zweryfikował. Po sprawdzeniu przez polskie instytucje tych informacji okazało się, że prawdziwa śmiertelność w szpitalach, które brały udział badaniu była niższa niż w innych krajach! Rozumiecie?!

    Skąd wziął się błąd? Nie wiadomo. Przekaz poszedł jednak w świat. Nic nie dały sprostowania pisane do „The Lancet”. Nic nie dały pisma Polskiego Towarzystwa Anestezjologii i Intensywnej Terapii oraz Ministerstwa Zdrowia. Mleko się rozlało. Wpłynęło pod progi, klepki parkietu i teraz zaczyna kisnąć i śmierdzieć. Redaktor Kaliński podkręcił grzejnik, by ten proces przyspieszyć. A państwom zachodnim taki stan rzeczy odpowiada. Przecież kraje Europy Środkowo-Wschodniej nie mogą być lepsze od Wielkiej Brytanii, czy Holandii. Opublikowane badanie nie jest dla nas ujmą. Wręcz przeciwnie – powinni wstydzić się autorzy tego nierzetelnego badania i komitet redakcyjny „The Lancet”!

    Zbliżając się do końca podaję link do artykułu opublikowanego na ten temat w oficjalnym czasopiśmie Polskiego Towarzystwa Anestezjologii i Intensywnej Terapii: file:///C:/Users/Olo/Downloads/20374-26341-3-PB%20(3).pdf A redaktora Kalińskiego proszę by nie powielał tych nieprawdziwych informacji. Godzi to w dobre imię polskiej medycyny, polskich lekarzy i Polski w ogóle.

    Porównywanie śmiertelności wewnątrzszpitalnej w szpitalach polowych sprzed 70 laty ze śmiertelnością okołooperacyjną we współczesnych szpitalach, nieważne jak wysoka lub jak niska by ona nie była, jest metodologicznym błędem. Ja też takich błędów się nie ustrzegłem. Choćby w artykule, który znalazł się w bibliografii. Z kolei bezkrytyczne patrzenie na dane statystyczne może wywieźć na historyczne manowce. I jeszcze jedna uwaga – ciekawostka nie zawsze jest tym samym co sensacja.

    Artykuł dobry, ciekawy i potrzebny. Tylko po co ten ostatni akapit?

    Serdecznie pozdrawiam,
    Aleksander Rutkiewicz

    P.S. Do redakcji piszę osobny e-mail.

Dodaj swój komentarz:

Dodaj komentarz


Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu e-mail, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.
Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.

Nasze wydawnictwo

W mrokach średniowiecza Polską rządziły kobiety. I były piekielnie skuteczne

rycheza

Ich ambicja pozwoliła zbudować imperium. Ich duma unicestwiła królestwo. Bezkompromisowa opowieść przywracająca godność najważniejszym kobietom w dziejach polskiego średniowiecza. Już dzisiaj kup „Damy ze skazą” z autografem autora!

2 listopada 2016 | Czytaj dalej...

Damy ze skazą. Bez nich nie byłoby Polski

zapowiedz2-miniatura

Silne, bezwzględne i żądne władzy. Oto historia kobiet, które nie czekały bezczynnie, co przyniesie los. To właśnie one sprawiły, że początki państwa polskiego wyglądały tak, a nie inaczej. Poznaj „Damy ze skazą”, bohaterki naszej najnowszej książki, którą wydajemy wspólnie ze Znakiem Horyzont.

30 października 2016 | Czytaj dalej...

Epoki

Kategorie

Facebook


Polecamy

Imperium

Czy wiesz że...


…już w 1956 roku w Związku Radzieckim zaplanowano załogową misję na Marsa? Kosmonauci mieli spędzić na czerwonej planecie cały rok, a zabrać miał ich tam statek kosmiczny o masie 1600 ton, prawie czterokrotnie cięższy niż Międzynarodowa Stacja Kosmiczna.

warta
w XVIII wieku w Szkocji cmentarzy musiały pilnować straże, by zapobiec wykradaniu zwłok? Złodziejami byli studenci medycyny lub szajki tzw. rezurekcjonistów. Na wsiach mogił pilnowali sami mieszkańcy, siedząc przy ognisku, nierzadko popijając whisky i wesoło się bawiąc.

January_Sucholdovski_A_kircholmi_csata_1858-600x446
…bitwa pod Kircholmem wcale nie była zmarnowanym zwycięstwem? Tak naprawdę starcie to pozwoliło przyjść z odsieczą obleganej przez Szwedów Rydze, czyli drugiemu co do wielkości miastu ówczesnej Rzeczpospolitej.