Historia z mniej (choć nie zawsze) poważnej strony. Ciekawostki, odkrycia, kontrowersje, czyli „jak to naprawdę było” w formie przystępnej dla każdego.

Zakazane pocałunki. Cenzura filmów w przedwojennej Polsce

Rys. Nowy Dekameron, 1924.Druga Rzeczpospolita była państwem demokratycznym, ale jednak nie do końca. Wolność miała sztywno określone granice i mógł się o tym boleśnie przekonać… każdy miłośnik filmu.

To nie były łatwe czasy dla kinematografii. Filmy dźwiękowe zdobyły szturmem serca widzów. Pierwsze popularne produkcje z pełną ścieżką dźwiękową trafiły na ekrany kin w 1927 roku. Pięć lat później ludzie nie chcieli już oglądać niczego innego. Technika z trudem nadążała za oczekiwaniami mas. Problemów było multum, ale nic nie sprawiało reżyserom takiego kłopotu jak pocałunki.

„Prawdziwy pocałunek wychodzi przed mikrofonem jak grzmot albo jak zgrzyt noża po szkle, albo nawet jak turkot lekkiej bryczki” – wyjaśniał w październiku 1932 roku dziennikarz brukowca „Dobry Wieczór! Kurier Czerwony”. – „Dotychczas nie pomogły liczne próby z wszystkimi artystami i artystkami Hollywood. Dość powiedzieć (…), że pocałunek Ramona Navarro brzmi w filmie dźwiękowym jak… świst pary z wybuchającego kotła”.

Nie całuj! Uszy mnie od tego bolą!

Nie całuj! Uszy mnie od tego bolą!

Receptę opracowano po wielu latach starań: „Trzeba wziąć tafelkę szklaną o powierzchni dwudziestu kwadratowych centymetrów, posmarować grubo na centymetr żywicą i zwykłym korkiem pociągnąć po niej rytmicznie, żeby skrzypiało. Aparatura dźwiękowa przerabia to skrzypienie na idealnie namiętny pocałunek” .

Technika wreszcie pozwoliła zawrzeć na filmowej taśmie scenę prawdziwej pasji. Dużo trudniej było jednak przekonać polską cenzurę, by pozwoliła na jej pokazanie.

Artykuł stanowi fragment nowej książki Kamila Janickiego pt. "Epoka hipokryzji. Seks i erotyka w przedwojennej Polsce".

Artykuł stanowi fragment nowej książki Kamila Janickiego pt. „Epoka hipokryzji. Seks i erotyka w przedwojennej Polsce”. Pozycja ta ukazuje się jako pierwsza publikacja książkowa pod marką „Ciekawostek historycznych”.

Cenzura… na koszt cenzurowanego

Kontrola przedwojennej prasy funkcjonowała w sferze niedopowiedzeń, nieformalnych zasad i kompromisów. W przypadku filmów o żadnych niejasnościach nie było mowy. Już 7 lutego 1919 roku Józef Piłsudski wydał Dekret o widowiskach. I jak na Piłsudskiego przystało – nie zamierzał się cackać z filmowcami. Warunkiem wyświetlania jakiejkolwiek produkcji było uzyskanie w Wydziale Prasowym Ministerstwa Spraw Wewnętrznych specjalnej „karty filmowej”.

Wszystko odbywało się na koszt petentów: zarówno za ocenzurowanie filmu, jak i wydanie karty urzędnicy pobierali specjalne opłaty. Zgodnie z art. 6 przepisów wykonawczych surowo wzbronione było wystawianie filmów o „treści pornograficznej i w ogóle przeciwnych moralności lub prawu”. Bardziej beztrosko nie dałoby się tego ująć. Film mógł być grzeczną komedyjką w 100% zgodną z przepisami karnymi, ale określenia „w ogóle” i „lub” robiły swoje. Jeśli cenzorowi materiał się nie spodobał i nie przypasował jego prywatnej moralności – to lądował w koszu.

Filmowa Ochrana

Podobne restrykcje dało się zrozumieć w warunkach chaosu i niepewności panujących w pierwszych latach wolnej Polski. Wszystkie powstania, plebiscyty i walki z bolszewikami wpędzały polityków w osobliwy stan umysłu. W 1920 roku w Sejmie przeszła nawet ustawa wprowadzająca w Polsce częściową prohibicję alkoholową. O ile jednak ten niesławny bubel prawny nigdy nie był traktowany serio, o tyle cenzura filmowa z roku na rok tylko przybierała na sile.

Leon Łuskino. Postrach polskich filmowców

Leon Łuskino. Postrach polskich filmowców

Anonimowa grupa nieudolnych skreślaczy na przestrzeni lat przepoczwarzyła się w klub hipokrytów z politycznego nadania, którzy wedle własnego gustu próbowali rozdawać karty w świecie filmu. Wszystkim trząsł Leon Łuskino – emerytowany pułkownik znany z napisania piosenki Piechota, ta szara piechota i z porażającej pruderii.

Tygodnik „Jutro Pracy” nazwał jego ludzi „filmową Ochraną”. Antoniemu Słonimskiemu jawili się oni jako największe zagrożenie dla rodzimej kinematografii. W felietonie z maja 1931 roku przekonywał, że nie ma nic gorszego niż „urzędnik działający w myśl mętnych rozporządzeń albo własnego mętnego umysłu. Cenzura w Polsce jest ostatnią instancją i nie ma apelacji od jej wyroków, wydawanych z całą nonszalancją i pełnym brakiem odpowiedzialności”.

Publicysta wyliczał, że filmy podlegają cenzurze każdego możliwego rodzaju: politycznej, obyczajowej, wojskowej, religijnej. A nawet zupełnie bezczelnej cenzurze artystycznej. Wiedział, że czytelnicy nie potraktują jego wywodów poważnie. Informacje o działaniu cenzury nie docierały do widzów. Wszystko działo się za zamkniętymi drzwiami i bez żadnej kontroli, a do kin trafiały filmy pozbawione jakiegokolwiek sensu lub jakiegokolwiek podobieństwa do wyświetlanych zagranicą oryginałów.

W tekście z września 1931 roku Słonimski podał przykład niemieckiej produkcji Spór o sierżanta Griszę. „Wszystko to razem trwało czterdzieści minut. Nie było ani sporu, ani sierżanta, ani Griszy, było tylko jedno »o«. Jeżeli cenzura zostawiła jedną trzecią filmu, zwyczajnym oszustwem jest pokazywać taką brednię za biletami kosztującymi normalnie. Trzeba ogłaszać, że dzisiaj pół porcji i cena biletów wynosi złoty dwadzieścia pięć” – pisał.

Ten artykuł ma więcej niż jedną stronę. Wybierz poniżej kolejną, by czytać dalej.

Komentarze

Dodaj komentarz