Ferdynand Magellan dotarł na Filipiny jako dowódca wyprawy, która dokonała rzeczy wcześniej niewyobrażalnych. Wydawało się, że największe niebezpieczeństwa ma już za sobą. Tymczasem na niewielkiej wyspie Mactan podjął decyzję, która miała przesądzić o jego losie
W południe 7 kwietnia dotarli do portu na Cebu, wprawiając ludność w popłoch wystrzałami z dział. Król wyspy, Humabon, powitał ich kordialnie, ale zaznaczył, że w porcie zwyczajowo oddaje mu się hołd. Magellan nie był skłonny do pojednawczych gestów. Natychmiast oświadczył przez tłumacza, że „nie składa hołdów żadnemu panu na świecie i że jeśli król chce pokoju, będzie miał pokój, a jeśli nie, wojnę”. Trzeba było przebywającego tam kupca z Syjamu, który znał już Portugalczyków, by wyjaśnić królowi sytuację.
Wziął go na bok i powiedział, że ci ludzie są groźni: „Jeśli potraktuje się ich dobrze, odpłacą dobrym traktowaniem, ale jeśli potraktuje się ich źle, odpowiedzą tak samo, a nawet gorzej, jak zrobili w Kalikacie i Malakce”. Humabon zaopatrzył przybyszów w żywność, zastanowił się nad tym, co usłyszał, i na drugi dzień odstąpił od żądania, by złożyli mu hołd.
Potem nastąpiły rytuały fraternizacji: przekazywanie darów, uczty, braterstwo krwi, pokazy symulowanych walk, którymi Hiszpanie chcieli zarazem zaimponować tubylcom i ich zastraszyć. Stosowali taktykę kija i marchewki: „nasza broń jest łagodna wobec naszych przyjaciół i surowa względem wrogów, pokonuje i niszczy wszystkich przeciwników tak, jak chusteczki wycierają pot”.
fot.MesserWoland and Petr Dlouhý – own work created in Inkscape, based on Image:Magellan-Map-En.png by Knutux / CC BY-SA 3.0Trasa podróży dookoła świata.
Magellan podniósł stawkę, anektując wyspę w imieniu Hiszpanii, a jednocześnie szukając sojuszników, którymi można by sterować. W rezultacie Humabon sam zaoferował, że złoży daninę najpotężniejszemu władcy na świecie. Tymczasem Pigafetta opisywał ze szczegółami życie wyspiarzy, ich wierzenia i zdumiewające zwyczaje seksualne. Żeglarze (w tym sam Pigafetta) w pełni korzystali z rozkoszy oferowanych przez miejscowe kobiety.
Wydaje się, że w pewnym momencie Magellan zapłonął żarem religijnym i uległ złudzeniu, że jest wszechmocny. Osobiście przekonywał Humabona o potędze wiary chrześcijańskiej i nakłonił go do przyjęcia chrztu. Jego datę wyznaczono na 14 kwietnia. Magellan wyreżyserował misterny spektakl teatralny. Obrzędowi towarzyszyły salwy z dział, a odbył się on na przybranej flagami platformie, na której główny dowódca wyprawy i król zasiedli na krzesłach wyściełanych czerwonym aksamitem. Magellan, odziany w biel, był mistrzem ceremonii. Według Pigafetty na poczekaniu ochrzczono setki ludzi. „Nim minął tydzień, ochrzczeni byli wszyscy na tej wyspie i niektórzy z innych wysp”. Królowi i jego żonie nadano chrześcijańskie imiona – Karol i Joanna – po czym królowej wręczono drewnianą figurkę Dzieciątka Jezus i oddano drugą salwę z dział. Z oczu wdzięcznej kobiety popłynęły łzy.
Potem przybysze pokazali żelazną pięść: „Spaliliśmy jedną wioskę, która położona była na sąsiedniej wyspie, ponieważ odmówiła posłuszeństwa królowi i nam. Postawiliśmy tam krzyż, gdyż tamtejsi ludzie byli poganami”.
Tyle mówią obłudne relacje chrześcijan, ale nie sposób się dowiedzieć, co z tego zrozumieli król Cebu i jego poddani. Nie zniszczyli drewnianych bożków i nadal się przed nimi modlili. Magellan w swoim ryzykanckim stylu zaproponował, że uzdrowi poważnie chorego człowieka. Ochrzcił go, a tamten wyzdrowiał. Bez względu na to, co się rzeczywiście wydarzyło, wprawiło to mieszkańców w podziw. Według Pigafetty „zaczęli sami z siebie krzyczeć «Kastylia! Kastylia!» i burzyć swoje świątynie”.
Magellan unosił się na fali wiary w swoje nieograniczone możliwości. Spodziewał się, że w imieniu Humabona obejmie władzę nad sąsiednimi wyspami. Wyszedł teraz na jaw jego zamiar ustanowienia własnego królestwa, który być może krył się za owym dziwnym zapisem o zatrzymaniu dla siebie dwóch wysp, wprowadzonym do umowy zawartej przez niego z królem Karolem I. Od królewskich rozkazów dzieliły go oceany i mógł wprowadzić w czyn swoje oświadczenie, że „gdy znajdzie się na morzu, będzie mógł postępować, jak zechce”. Jednak na małej sąsiedniej wyspie Mactan, gdzie władza była podzielona między dwóch królów, spotkał się z oporem. 26 kwietnia jeden z nich, Sula, wysłał do niego swego syna z darami, natomiast drugi, Lapu-Lapu, nie mógł zrozumieć, dlaczego ma się podporządkować Humabonowi, więc odmówił. Gdy Sula poprosił go, by wysłał łódź z ludźmi, którzy rozprawią się z Lapu-Lapu, Magellan dał się nabrać i postanowił sam skruszyć opór.
fot. Nieznany – Laurence Bergreen: Poza krawedz swiata, Rebis, Poznan 2005, ISBN 83-7301-575-2 / domena publicznaW cieśninie Magellana.
Tego dnia zaplanował atak. Humabon zaoferował mu wsparcie militarne, ale brawura nie pozwoliła Magellanowi go przyjąć. Podziękował Humabonowi, ale powiedział, że powinien „patrzeć, jak walczą hiszpańskie lwy”. Mądrzejsze głowy radziły dowódcy wyprawy, żeby tego nie robił. „Miał więcej odwagi niż rozumu – skrytykował go po latach Ginés de Mafra. – Człowiek, który zajmował się tak ważnymi sprawami, nie musiał sprawdzać swojej siły […] a zwycięstwo wydałoby małe owoce, natomiast flota, która była dalece ważniejsza, znalazłaby się w zagrożeniu”. „Kilkakrotnie błagaliśmy go, by [tam] nie płynął”, wspominał nawet zawsze wierny mu Pigafetta.
Również Juan Serrano odradzał podjęcie niepotrzebnej walki. Po raz pierwszy rozległy się głosy, które wprost kwestionowały rozsądek kapitana generalnego, „i przez to stracił wiele ze swego autorytetu”. Magellan mimo wszystko zdecydował się wyruszyć bez pomocy miejscowych. Pewność siebie przeistoczyła się w niebezpieczne ryzykanctwo. Uwierzył, że jeden jego zakuty w zbroję i wsparty siłą artylerii żołnierz jest naprawdę wart tyle, ile setka miejscowych wojowników.
Ostatnia bitwa
Pigafetta opisał przebieg ataku. „O północy sześćdziesięciu z nas wyruszyło w pancerzach i hełmach”. Towarzyszyli im Humabon i jego ludzie w dwudziestu czy trzydziestu łodziach. Trzy godziny przed świtem przybili do odległej o pięć mil przystani na Mactanie. Magellan od razu wysłał do Lapu-Lapu wiadomość o tym, jakie ma zamiary: niech się poddadzą Humabonowi i złożą daninę, „bo w przeciwnym razie przekonają się, jak ranią lance. Odpowiedzieli, że jeśli my mamy lance, oni też mają bambusowe lance i częstokół z utwardzonych ogniem pali”. Lapu-Lapu poprosił go, by nie ruszał do ataku przed brzaskiem, bo później będzie miał większe siły. Magellan zignorował jawną zachętę do przypuszczenia szturmu w ciemnościach, w których jego ludzie wpadliby w starannie zamaskowane wilcze doły.
Nastał świt. Był odpływ i niski poziom wody. Z powodu raf nie można było podpłynąć łodziami blisko brzegu. Musiały się trzymać z dala od niego. Czterdziestu dziewięciu ludzi wskoczyło do głębokiej po pas wody i zaczęło brnąć do oddalonego o pół mili lądu. Jedenastu, wraz z posiłkami Humabona, zostało na łodziach, dalej stały Trinidad, Concepción i Victoria. Każdy aspekt tego natarcia był nieprzemyślany. Hiszpanie nie wykorzystali elementu zaskoczenia, ich łodzie były za daleko, by pomóc oddziałowi szturmowemu, a znajdujące się jeszcze dalej statki nie mogły udzielić wsparcia artyleryjskiego. Rozpoczęli inwazję przy niskim stanie wody, co oznaczało, że musieli tracić siły, brodząc w ciężkich zbrojach do brzegu. Sprzymierzeńców pozostawili w roli biernych widzów. Magellan liczył na to, że zwycięstwo da mu brawura.
Zawsze lojalny Pigafetta był jednym z tych, którzy przedzierali się do brzegu odległego „o ponad dwa strzały z kuszy”, czyli mniej więcej milę. Obrońcy mieli znaczną przewagę liczebną. Na Hiszpanów czekało „ponad tysiąc pięciuset” wojowników Lapu- -Lapu. Każdy z ludzi Magellana powinien teraz okazać się wart setki przeciwników. „Gdy nas zobaczyli, natarli na nas z wielkim wrzaskiem, dwoma oddziałami na flankach i jednym z przodu”. W tej sytuacji Magellan też podzielił swoją małą grupę na dwa oddziały, „i tak zaczęliśmy walczyć”. Przez pół godziny jego ludzie strzelali z muszkietów i kusz, ale bez wielkiego efektu. Z takiej odległości kule i bełty z trudem przebijały się przez drewniane tarcze obrońców. Magellan krzyknął, by przerwano ogień, ale w zamieszaniu nie posłuchano jego rozkazu. Przeładowywanie broni zajmowało dużo czasu. „Krajowcy nie stali nieruchomo, lecz skakali to tu, to tam, kryjąc się za tarczami”. Jednocześnie zasypywali Hiszpanów gradem strzał, bambusowych oszczepów, zaostrzonych drągów i kamieni. „Ledwie mogliśmy się bronić”. Magellan postanowił spalić kilka chat, by zastraszyć miejscowych i odwrócić ich uwagę, ale to jeszcze bardziej ich rozwścieczyło. Dwóch z podpalaczy zabito. Położenie Hiszpanów coraz bardziej się pogarszało. Strzała raniła Magellana w nogę.
Nie pozostawało nic innego niż uporządkowany odwrót. Jednak według Pigafetty część Hiszpanów rzuciła się do ucieczki, zostawiając przy dowódcy jedynie garstkę ludzi. „Krajowcy strzelali tylko w nasze nogi, bo były gołe, a ciskali w nas tak wiele włóczni i kamieni, że nie mogliśmy stawić im oporu. Nie mogły nam pomóc moździerze z naszych okrętów, gdyż były zbyt daleko”. Hiszpanie wciąż się cofali, po kolana w wodzie, utrzymując dystans na strzał z kuszy, zawzięcie ścigani przez zaciekłych przeciwników, którzy „podnosząc po cztery czy sześć razy te same włócznie, ciskali je ponownie”. Tubylcy rozpoznali Magellana i celowali w niego. Dwukrotnie strącili mu hełm z głowy.
Na płytkiej wodzie najeźdźcy ustawili ostatnią linię obrony. Stawiali opór przez godzinę. Śmierć Magellana przedstawiona została w różnych relacjach. Pigafetta tak opisuje ostatnie chwile swego bohatera:
Jeden Indianin cisnął bambusową włócznią w głowę kapitana, ale został natychmiast zabity przez niego lancą […] potem, starając się wydobyć miecz, [Magellan – A.J.] zdołał wysunąć go tylko do połowy, gdyż został zraniony bambusową włócznią w ramię. Gdy krajowcy to ujrzeli, wszyscy się na niego rzucili. Jeden z nich ciął go dużym kordelasem w nogę […] to spowodowało, że kapitan padł na twarz, a wtedy natychmiast skoczyli na niego z żelaznymi i bambusowymi włóczniami i z kordelasami, [i dźgali go – A.J.], dopóki nie zabili naszego zwierciadła, naszego światła, naszej pociechy i naszego prawdziwego przewodnika.
fot.Nieznany – Laurence Bergreen: Poza krawedz swiata, Rebis, Poznan 2005, ISBN 83-7301-575-2 / domena publicznaŚmierć Magellana na wyspie Mactan.
Część Cebuan przyszła mu z pomocą, ale było już za późno. Pigafetta sugeruje, że Magellan poniósł męczeńską śmierć, pisząc, że nim zatroszczył się o własne bezpieczeństwo, zadbał o to, by wszyscy pozostali dotarli na okręty. „Zaraz potem my, ranni, wycofaliśmy się najszybciej, jak mogliśmy, na łodzie, które już odpływały […] gdyby nie nasz kapitan, któremu niestety przestało sprzyjać szczęście, ani jeden z nas nie zostałby uratowany przez te łodzie”.
Lapu-Lapu zignorował prośby Hiszpanów o wydanie ciała Magellana. Zaoferowali mu wszystkie towary, jakich by sobie zażyczył, ale odpowiedział im, że „nie oddaliby go za żadne skarby świata, lecz zamierzają zatrzymać go na pamiątkę”. Tymczasem flota musiała szybko wybrać nowego dowódcę. Skończyło się na wspólnym dowództwie Portugalczyka Duartego Barbosy, szwagra Magellana, i Kastylijczyka Juana Serrano, ale sprawowali je tylko dwa dni.
Klęska miała również inne konsekwencje. Humabon pozornie opłakiwał śmierć Magellana, ale zmienił rachuby. Okazało się, że Hiszpanie nie są niezwyciężeni. Po bitwie na Mactanie nie mogli mu zapewnić ochrony przed odwetem ze strony Lapu-Lapu. Traktat z intruzami był martwy. 1 maja Humabon zaprosił dowódców floty na ucztę, podczas której miał im dać klejnoty obiecane Magellanowi.
Na brzeg popłynęło około trzydziestu ludzi, mniej więcej jedna czwarta stanu wszystkich załóg. Tymczasem Pigafetcie nadal dopisywało szczęście; ponieważ miał na twarzy ranę po zatrutej strzale, został na okręcie. Był zaskoczony, gdy ujrzał dwóch powracających ludzi. „Powiedzieli nam, że człowiek, który został cudownie uzdrowiony, zabrał księdza do swojego domu. Podejrzewając, że dzieje się coś złego, opuścili tamto miejsce. Ledwie wypowiedzieli te słowa, usłyszeliśmy głośne krzyki i lamenty”. W wiosce dokonywano masakry. Okręty podniosły kotwice i zbliżyły się do brzegu, bombardując domy pociskami z moździerzy.
Na plaży pojawił się jeden człowiek, ranny i ze związanymi rękoma. Był to Juan Serrano. Rozpaczliwie błagał o ratunek; krzyknął, że wszyscy pozostali oprócz tłumacza Enriquego zostali zabici. Wysłano go, by zaproponował wymianę: jego życie w zamian za pewne artykuły. W tym punkcie relacje się różnią. Według Pigafetty Serrano został z zimną krwią pozostawiony na pastwę losu przez swego przyjaciela, João Carvalha, który odpłynął z dźwięczącym mu w uszach przekleństwem Serrana proszącego Boga, by w dniu sądu ostatecznego strącił go do piekła. Inni przedstawiają odmienną wersję tego wydarzenia. Ceną za życie Serrana miały być dwa działa. Carvalho kazał dostarczyć je na brzeg, ale wtedy zażądano więcej. Serrano przejrzał ich grę i przekonany, że chcą zająć statek, krzyknął do kapitana, by odpłynęli, „gdyż lepiej, żeby on zginął, niż żeby wszystko przepadło” . Odpłynęli, słysząc jego przedśmiertne krzyki. Tubylcy obalili krzyż wzniesiony na pobliskim wzgórzu.
fot.Gnsin – Praca własna / CC BY-SA 3.0Zrekonstruowany statek „Nao Victoria”
Śmierć zebrała obfite żniwo. Flota straciła obu nowych wodzów, Barbosę i Serrana, astrologa Andrésa de San Martín, księdza i wielu innych członków. Niektórzy zostali być może wzięci do niewoli. Wydaje się, że jedynym, który nie zginął, był tłumacz Enrique. Twierdzono, że przyczynił się do masakry z zemsty za złe traktowanie go przez Barbosę po śmierci Magellana. W tym momencie zniknął ze sceny. Magellan pragnął sławy i być może własnego królestwa, które dorównałoby królestwu jego przyjaciela, Francisca Serrão. Zapuścił się w świat wartości plemiennych i struktur władzy, których nie pojmował, i zapłacił za to najwyższą cenę.
Tekst jest fragmentem książki Rogera Crowleya „Walka o przyprawy”, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2026.
KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.