Kontrowersje, odkrycia, bohaterowie i łajdacy. Fascynujące opowieści na każdy dzień od najpopularniejszego magazynu o historii w Polsce

Generic selectors
Tylko dokładne dopasowania
Szukaj w tytułach
Szukaj w treściach
Szukaj w postach
Search in pages

„Kulami go wpół przecięli…”. Wstrząsające wspomnienia piętnastoletniej sanitariuszki z powstania warszawskiego

Hanna spędziła powstanie jako sanitariuszka na Mokotowie. Zdjęcie z książki "Powstańcy".

fot.materiały prasowe Hanna spędziła powstanie jako sanitariuszka na Mokotowie. Zdjęcie z książki „Powstańcy”.

W 1944 roku „Hanka” była w drugiej klasie gimnazjum. Mimo młodego wieku dołączyła do punktu sanitarnego na Mokotowie. Po latach opowiada o swoich przeżyciach i wyznaje, kiedy po raz pierwszy poczuła strach. Jak poradziła sobie z koszmarem wojny?

[Opowiada Hanna Stadnik, pseudonim „Hanka”:]

Doskonale pamiętam godzinę „W”. Obie z siostrą – już po pożegnaniu z rodzicami – wychodzimy z bramy i tuż za nami mają iść trzej chłopcy. Mamy na ramieniu torby sanitarne, ale żadnych charakterystycznych znaków, by nas nie było można rozpoznać jako powstańców.

Idziemy i nagle ci chłopcy zaczynają nucić: „Hej, chłopcy, bagnet na broń!”. Wtedy my im też odpowiadamy: „Hej, chłopcy, bagnet na broń!”. I tak doszliśmy do ulicy Marszałkowskiej. Oni pojechali na Żoliborz, a my na Mokotów. Nigdy więcej ich nie widziałam, ale to było niezwykle wzruszające (…).

Pierwsi ranni

Pamiętam, że 1 sierpnia miałam na sobie tylko podkolanówki, granatową spódniczkę i jakąś cienką niebieską bluzeczkę. I to wszystko przez dwa miesiące nie było prane! Nie wiem, jak to możliwe! Przez lata, już po Powstaniu, zastanawialiśmy się z koleżankami i kolegami z oddziału, jak to było, że w jednym ubraniu wytrwaliśmy tyle czasu. W jednej bieliźnie! Nawet dłużej niż dwa miesiące, bo po Powstaniu byłam przecież w obozie. Później chłopcy zdobyli jakieś wojskowe stroje i porządne buty, ale my byłyśmy zbyt drobne, za małe, by były na nas dobre. Nie mogłyśmy ich nosić. Na szczęście przez całe Powstanie była przepiękna pogoda (…).

Pierwszego dnia była wielka euforia. Nie wiem, skąd to się wzięło, ale w domach od razu było widać biało-czerwone flagi. My od razu dostałyśmy biało-czerwone opaski. Widać było tę Polskę, którą żeśmy kochali i którą znaliśmy ze swoich dziecięcych lat. Zobaczyć po tylu latach niewoli biało-czerwoną flagę to była ogromna radość i ogromne wzruszenie (…).

Zobaczyć po latach biało-czerwone flagi, to było wielkie wzruszenie - wspomina Hanna.

fot.domena publiczna Zobaczyć po latach biało-czerwone flagi, to było wielkie wzruszenie – wspomina Hanna.

Codziennie było po kilku nowych rannych. Walki trwały cały czas, od rana do nocy. Jak kogoś udało nam się odnieść do szpitala, to pojawiali się kolejni. Całą wodę, jaką miałyśmy, oddawałyśmy im. By mieli czego się napić, by obmyć im rany, zmienić opatrunek. To było bardzo czynne życie, przez te niecałe dwa miesiące. Przez pierwsze dwa tygodnie było spokojniej, ale potem robiło się coraz gorzej. Zaczynaliśmy rozumieć, że to jest przegrana sprawa.

Ogromnym przeżyciem dla mnie było pojawienie się pierwszego rannego. Nagle wszędzie mnóstwo krwi! Został postrzelony, ale na szczęście okazało się, że pocisk przeszedł na wylot i niewiele uszkodził. Wystarczył opatrunek uciskowy i chłopak pobiegł dalej walczyć. To był pierwszy moment, w którym pojawił się strach.

W drugim dniu Powstania trafił do nas ranny Niemiec. Dylemat – co mamy robić?! Przecież to nasz wróg! Mimo to zdecydowałyśmy, że się nim zajmiemy, bo jak nie pomóc, skoro potrzebował pomocy? Na kursach nas uczyli, że ranny to ranny. Każdemu trzeba pomóc. Wzięłyśmy go do punktu sanitarnego i opatrzyłyśmy. Był w takim stanie, że nie mógł chodzić. Musiał u nas zostać. Nie rozumiałyśmy, co mówił, ale go karmiłyśmy.

Dwa dni później nagle do mieszkania, w którym byliśmy, wpadła brygada dowodzona przez Bronisława Kaminskiego . To byli Rosjanie o mongolskich twarzach. Już wcześniej słyszeliśmy o ich okrucieństwie. Gwałcili i mordowali w przerażający sposób. Chcieli nas wszystkich rozstrzelać i on nas uratował! Wezwał swojego dowódcę, oficera niemieckiego, który ich przegonił. To była forma transakcji, przysługi. My się nim zaopiekowałyśmy, więc on nie pozwolił nas zabić i puścił nas wolno. Paradoksalnie to właśnie dzięki Niemcowi przeżyłyśmy ten atak! Później się dowiedziałyśmy, że tej nocy oddział Kaminskiego wymordował w okolicy mnóstwo ludzi (…).

Artykuł stanowi fragment książki Magdy Łucyan "Powstańcy. Ostatni świadkowie walczącej Warszawy" (Znak Horyzont 2019).

Artykuł stanowi fragment książki Magdy Łucyan Powstańcy. Ostatni świadkowie walczącej Warszawy (Znak Horyzont 2019).

„Proszę, dobijcie mnie”

Czy panował głód? Jadło się to, co było, najczęściej niestety kaszę i płatki owsiane z robakami. Przez lata nie mogłam przez to patrzeć na krupnik. Na szczęście czasem udawało nam się zdobyć coś dobrego. Pamiętam nawet, że raz robiłam kluski kładzione, bo ktoś zdobył mąkę…

I tu od razu przypominam sobie kolejny straszny moment. Chrześniak mojego taty – Roman Bańka ps. „Jurand”, też Powstaniec – był bardzo głodny. Szybko mu szykowałam te kluski, żeby zjadł, bo na froncie nigdy nic nie wiadomo. Nagle wpadają koledzy i mówią: „Niemcy atakują! Chłopcy, zbierajcie się!”. Na szybko zjadł jeszcze dwie łyżki i pobiegł.

Niestety chwilę później dostał serię z karabinu i zginął. Kulami go wpół przecięli… Wtedy zginęło trzech naszych kolegów. Ktoś mi później opowiadał, że ostatnie słowa chrześniaka mojego taty to: „Ja nie doczekałem wolnej Polski. Może ktoś inny doczeka. Proszę, dobijcie mnie”. Z jednej strony była radość, że udało nam się zdobyć mąkę, a za chwilę rozpacz, bo ginie ktoś bardzo bliski.

Jak pojawili się pierwsi ranni, jak polała się pierwsza krew, to wtedy było po nas widać, że powoli ogarnia nas strach. Już pierwszego dnia na ulicy Rakowieckiej zginął nasz dowódca – porucznik „Felek”. Zginęła też jego łączniczka „Wanda”. Znaliśmy ich dobrze i to było dla nas bardzo przykre. Potem przez chwilę było spokojnie, ale na krótko.

Doskonale pamiętam jedno ze swoich ogromnych przeżyć… Był taki moment, że przez kilka godzin była cisza. Nic złego się nie działo. Nagle ktoś wpada do naszego punktu sanitarnego i mówi: „Ranny jest! Dziewczynki, ranny jest!”. Z siostrą szybko bierzemy nosze, bierzemy nasze torby i idziemy do parku Dreszera. Patrzę, a tam leży mój kolega – Leszek Kulawiński ps. „Leszek”. Miał niespełna dziewiętnaście lat, w tym roku [1944] zrobił maturę. Żeśmy się nawet w tym samym parku, w parku Dreszera, w którym teraz leżał, ganiali w berka.

Praca sanitariuszek była wyczerpująca i niebezpieczna. Na zdjęciu patrol sanitarny na ulicy Moniuszki.

fot.Eugeniusz Lokajski/domena publiczna Praca sanitariuszek była wyczerpująca i niebezpieczna. Na zdjęciu patrol sanitarny na ulicy Moniuszki.

Podbiegamy do niego z siostrą, patrzymy, a on biały. Ani nie ma ran, ani krwi nie widać. Siostra łapie go za rękę, sprawdza mu tętno. Ja klękam, podkładam mu rękę pod głowę… I niestety mózg wypłynął mi na rękę. Wczoraj w berka żeśmy się ganiali, a dziś on już nie żyje. I to było straszne… Do parku Dreszera nie chodziłam do czasu, jak wybudowaliśmy tam pomnik. Nie mogłam tam chodzić, bo tam był właściwie cmentarz. Mały cmentarz powstańców (…)…

Przede wszystkim kompania

Takie momenty, gdy umierali nasi bliscy lub po prostu towarzysze broni, były bardzo ciężkie… Ale myśl o tym, że Polska może być wolna, dodawała nam sił. I nawet gdy już wiedzieliśmy, że nie damy rady, to chcieliśmy zrobić tyle, ile mogliśmy. To nas podtrzymywało na duchu. Zamiast myśleć o tych, którzy zginęli, myśleliśmy o tym, że może kogoś uda nam się uratować.

Wtedy liczyła się dla nas przede wszystkim kompania. Koledzy i koleżanki – byliśmy bardzo zżyci, pomagaliśmy sobie. Wzajemnie się o siebie troszczyliśmy. Po prostu wiedzieliśmy, że jakoś musimy to przetrwać. Czasem w chwilach ciszy myśleliśmy o rodzicach…

Że mama z tatą się o nas martwią… I my się o nich martwiliśmy. Rodziców nie widziałam całe Powstanie. Nie miałam też od nich żadnych wieści, mimo że wysłałam do nich karteczkę z informacją, że żyjemy. Ale na co dzień nie było czasu tego wszystkiego analizować. Były inne sprawy, ciągle coś się działo.

Takie momenty, gdy umierali nasi bliscy lub po prostu towarzysze broni, były bardzo ciężkie… Ale myśl o tym, że Polska może być wolna, dodawała nam sił - wspomina "Hanka".

fot.Wiesław Chrzanowski/domena publiczna Takie momenty, gdy umierali nasi bliscy lub po prostu towarzysze broni, były bardzo ciężkie… Ale myśl o tym, że Polska może być wolna, dodawała nam sił – wspomina „Hanka”.

W naszym punkcie sanitarnym bezustannie miałyśmy rannych. Same musiałyśmy dla nich zdobywać jedzenie, opatrunki, bo nic nie było. Trzeba było działać, to się działało. Musieliśmy się z tym pogodzić. Nie pamiętam momentów załamania, ale były sytuacje, w których człowiek padał ze zmęczenia.

Koledzy pomagali, organizowali nam miejsce, byśmy mogły się chociaż chwilę przespać. To, ile my wszyscy dostaliśmy wtedy ludzkiej dobroci, będę pamiętała do końca życia. To było niesamowicie budujące.

Źródło:

Powyższy tekst ukazał się pierwotnie w ramach książki Magdy Łucyan Powstańcy. Ostatni świadkowie walczącej Warszawy, wydanej nakładem wydawnictwa Znak Horyzont.

Tytuł, lead, ilustracje wraz z podpisami, wytłuszczenia, wyjaśnienia w nawiasach kwadratowych oraz śródtytuły pochodzą od redakcji. Tekst został poddany podstawowej obróbce redakcyjnej w celu wprowadzenia częstszego podziału akapitów. Dla zachowania integralności tekstu usunięto przypisy, które znajdują się w wersji książkowej.

Czy wiesz, że ...

... zdarzało się, że ciała Polaków pomordowanych na Wołyniu grzebali później ci sami ludzie, którzy ich zabili? Po wrzuceniu ciał do mogił, ubijali łopatami ziemię i odchodzili jak gdyby nigdy nic.

...chcąc zwrócić na siebie uwagę i skłonić Hitlera do małżeństwa z nią, Ewa Braun dwukrotnie próbowała popełnić samobójstwo, w 1932 i 1935 roku. Mimo to Hitler pozostawał niewzruszony na jej wołanie o uwagę i nie zamierzał wchodzić z nią w formalny związek.

...szacuje się, że aż 80 procent żywności dostarczanej do warszawskiego getta pochodziło z przemytu? Wyznaczane przez Niemców racje żywnościowe nie przekraczały bowiem 400 kalorii dziennie, a w niektórych okresach były niższe niż 200 kalorii.

Komentarze (4)

  1. Andre3000 Odpowiedz

    Przepraszam, ale tego nie przeczytałem nawet, gdy czytam zapiski z Powstania Warszawskiego, to łzy napływają mi od oczu. Nie jestem masochistą.
    Mam fajne powiedzenie, nie wiem co wtedy można było zrobić lepiej, ale powiedz mi, co można było zrobić gorzej? Tzn. kiedy Warszawa byłaby bardziej zniszczona, więcej ludzi by zginęło, komuniści weszli jak po swoje? Mamy taki scenariusz? Tak samo w 1939 roku, rozegraliśmy to najgorzej jak się dało, co mogliśmy zrobić gorzej? Ciężko wymyślić. No sorry, Anglia i Francja nie były gotowe do żadnej wojny, trzeba się było dogadać z Niemcami lub ZSRR, to drugie odpadało, więc zostają Niemcy.
    Przez lata byłem temu przeciwny, ale dane statystyczne są bezlitosne – Żyd w kraju satelickim (Włochy, Węgry, Słowacja, Rumunia) miał 10 x większe szanse na przeżycie niż w kraju podbitym. I tak po wojnie nas Sowieci oskubali z Kresów Wschodnich, nie wiem co mogliśmy byli zrobić gorzej, takich strat jak Polska nikt nie poniósł i na koniec został z ch..em w ręce w ruskiej strefie wpływów. Możemy się podniecać bohaterstwem naszych żołnierzy, ale nic w sumie z tego nie było, Powstanie Warszaskie, Monte Cassino, Wrzesień 39, Falaise, Archem, Narwik, Tobruk, także Katyń i co z tego mamy? Jedno wielkie nic, świata po wojnie to nie interesowało. Oddali nas jak miedzę za stodołą, a Angole polskim bohaterom kazali spadać po wojnie, bo za długo „jedliśmy angielski chleb” po wojnie.
    O braku WP na defiladzie w Londynie, szkoda nawet gadać. Wstyd i hańba, ale taki jest świat, a my zawsze pod prąd, a na Tygrysy mamy visy, warszawskie dzieci bagnet na broń, nawet w piosenkach to wygląda na jakieś posrane akcje, kto strzela do Tygrysa z 9 mm, a kto posyła dzieci do walki. To wszytko Polska, a teraz pretensje do świata, że nikogo to w sumie nie obchodzi.
    Żeby była jasność, chwała bohaterom, zawsze i wszędzie, ale od tego są dowódcy, stratedzy, żeby nie dopuszczać do takich rzezi.
    Powstanie trzeba było zakończyć po 2 tygodniach, a nie po 2 miesiącach, skoro Ruscy wpuścili nas na minę, to po co się wykrwawiać? Idiotyczna decyzja, w każdej armii, dowódcy, za takie decyzje poszliby pod sąd.
    Wcześniej, trzeba było się dogadać z Niemcami w 38 roku, albo z Czechami, no z ZSRR to wiadomo, nie możliwe wtedy. Hitler zaprosił Becka i proponował za Gdańsk (wtedy 75% i tak Niemców tam mieszkało i dla nas to był żaden plus ten Gdańsk) całą Ukrainę i dostęp do Morza Czarnego.
    I tu nas pięknie wpuścili na minę Angole (jednostronne gwarancje), tylko żeby Hitler poszedł najpierw na wschód. Wiadomo, w przypadku ataku na Francję, Polska by go uderzyła z tyłu, ale w 1939 roku, po aneksji Czechosłowacji nie mieliśmy ŻADNYCH szans na obronę takiej granicy!!! Do tego armie Anglii i Francji były zupełnie nie przygotowane do wojny. Tak jak pisałem wcześniej, proszę o odpowiedź, co mogliśmy zrobić gorzej … trudno sobie to wyobrazić.
    Jesteśmy największymi przegranymi tej wojny i nic nie zmieni odurzanie się bohaterski postawami naszych żołnierzy ….

Dodaj komentarz

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.