Ciekawostki Historyczne
Generic selectors
Tylko dokładne dopasowania
Szukaj w tytułach
Szukaj w treściach
Szukaj w postach
Search in pages

Odsiecz, która nie nadeszła. Dlaczego Armia Krajowa nie zareagowała, gdy Ukraińcy mordowali Polaków w Wołyniu?

Gdyby 27 Wołyńska Dywizja Piechoty AK powstała wcześniej, bilans ofiar rzezi byłby zdecydowanie zmniejszy. Dlaczego powołano ją do życia dopiero w 1944 roku?

Gdyby 27 Wołyńska Dywizja Piechoty AK powstała wcześniej, bilans ofiar rzezi byłby zdecydowanie zmniejszy. Dlaczego powołano ją do życia dopiero w 1944 roku?

Rzeź wołyńska stanowi jedną z najmroczniejszych kart w historii relacji polsko-ukraińskich. Mordy na Polakach w latach 1943–1945 pochłonęły od 80 do nawet 130 tysięcy istnień. Ofiar mogło być znacznie mniej, lecz zabijanym… nikt nie pomógł. Gdzie była AK, gdy UPA wyrzynała naszych rodaków?

Z pomocą broni, prymitywnych narzędzi rolniczych – siekier, wideł i cepów – oraz gołymi rękami w latach 1943–1945 ukraińscy nacjonaliści wymordowali dziesiątki tysięcy Polaków. Jak to się stało, że dobrze zorganizowane i funkcjonujące Polskie Państwo Podziemne na to pozwoliło? Dlaczego Armia Krajowa tak późno zareagowała na eksterminację polskich mieszkańców Wołynia?

Zignorowane wołanie o pomoc

Błędy oraz spóźnione reakcje Komendy Głównej AK na sytuację na Wołyniu wynikały w dużej mierze z lekceważącego stosunku do przekazywanych z tego terenu raportów. Nie było bowiem tak, że KG nie wiedziała o napiętej sytuacji i rosnącej ukraińskich narodowców względem Polaków.

Wszelkie działania podziemia były jednak przede wszystkim nastawione na wsparcie powszechnego powstania przeciw Niemcom. Niestety, polscy przywódcy w tym względzie wykazali katastrofalny w skutkach brak orientacji w realiach. Jak zaznacza Dariusz Faszcza:

Informacje o rosnącym zagrożeniu ludności polskiej na Wołyniu początkowo były traktowane w Warszawie z niedowierzaniem. Wynikało to z fałszywej opinii panującej w kierowniczych ośrodkach polskiego państwa podziemnego o małym uspołecznieniu mieszkańców Wołynia, ich przychylnym nastawieniu do Polaków w związku z większym dorobkiem rządów polskich na tym terenie, a przede wszystkim z lekceważenia aspiracji narodowych Ukraińców i wpływów jakie wśród nich miała OUN.

Partyzancka przysięga żołnierzy 27 Wołyńskiej DP AK, zima 1944. Gdzie byli ci żołnierze, gdy Polacy zamieszkujący Wołyń potrzebowali ich najbardziej?

fot.domena publiczna Partyzancka przysięga żołnierzy 27 Wołyńskiej DP AK, zima 1944. Gdzie byli ci żołnierze, gdy Polacy zamieszkujący Wołyń potrzebowali ich najbardziej?

Dowódców Armii Krajowej zgubiło również przekonanie, że wszelkie działania, które mogą im grozić ze strony Ukraińców, będą skoncentrowane na terenach Galicji Wschodniej i – już po pokonaniu niemieckiego okupanta – we Lwowie, jak miało to miejsce w 1918 roku po upadku Cesarstwa Austro-Węgierskiego. Wołyń w oczach decydentów z AK był krainą lojalną i niestanowiącą problemu, o czym wspominał generał Grot-Rowecki jeszcze pod koniec maja 1942 roku.

Bańkę mydlaną optymizmu, która miała dowodzić dobrej sytuacji tych terenów, współtworzył również oficjalny Biuletyn Informacyjny. W nim to rozwodzono się nad propolskimi postawami ukraińskich mieszkańców Wołynia, zarówno w 1942, jak i marcu 1943 roku, gdy mordy na Polakach stały się już faktem. Jak wymienia Piotr Zychowicz w książce „Wołyń zdradzony, czyli jak dowództwo AK porzuciło Polaków na pastwę UPA”:

Warszawa żyła w błogim przekonaniu, że ze strony wołyńskich Ukraińców Polakom nie grozi żadne poważniejsze niebezpieczeństwo, bo:

1. Wołyń zamieszkany jest przez uległych, poczciwych i słabo uświadomionych narodowo ruskich chłopków.
2. Ukraińskie masy Wołynia nastawione są pozytywnie wobec Polski, bo pamiętają okres łagodnych rządów wojewody Henryka Józewskiego.
3. Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów jest na Wołyniu słaba i nie cieszy się takim poparciem jak w Galicji Wschodniej.
4. Konflikt polsko-ukraiński na Wołyniu da się rozwiązać za pomocą negocjacji.

Artykuł powstał m.in. w oparciu o najnowszą książkę Piotra Zychowicza „Wołyń zdradzony, czyli jak dowództwo AK porzuciło Polaków na pastwę UPA”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Rebis.

fot.materiały promocyjne Artykuł powstał m.in. w oparciu o najnowszą książkę Piotra Zychowicza „Wołyń zdradzony, czyli jak dowództwo AK porzuciło Polaków na pastwę UPA”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Rebis.

Niestety to, co chcieli widzieć przywódcy w stolicy, nie pokrywało się z tym, co widzieli oraz raportowali Ci, którzy znajdowali się na miejscu. I choć do centrali docierały niepokojące doniesienia, nikt w 1942 roku nie traktował ich poważnie.

W Warszawie trwano w przekonaniu, że raporty są wyolbrzymione. Poza tym nadrzędnym celem było przecież pokonanie Niemców. Z tym przeświadczeniem powołano w końcu Okręg Wołyń AK na czele z pułkownikiem Kazimierzem Bąbińskim, który początkowo dowodził nim z okręgu lwowskiego.

Problemy wołyńskiego podziemia

W porównaniu do innych obszarów, niegdyś wchodzących w skład II Rzeczypospolitej, na Wołyniu struktury Armii Krajowej zaczęto budować późno. Nie bez znaczenia był fakt, że – wbrew temu, co uważano w stolicy – ziemia wołyńska nie sprzyjała Polakom od wybuchu II wojny światowej. Jak słusznie sygnalizuje Dariusz Fraszka:

na taki stan wpływ miała (…) planowana i konsekwentnie realizowana polityka deportacji ludności polskiej, aresztowania oraz pobór dwóch roczników do Armii Czerwonej. Doprowadziło to do znacznego zmniejszenia liczby ludności polskiej na terenie Wołynia. Trzeba również pamiętać, że działania te wymierzone były w najbardziej wykształcone i politycznie świadome grupy społeczne, a to z kolei miało poważny wpływ na możliwości konspiracyjno-wojskowe na tym terenie.

Tymczasem z perspektywy dowództwa Polskiego Państwa Podziemnego w Warszawie Wołyń wydawał się odległą prowincją. Oczywiście została mu wyznaczona rola w szykowanym planie powstania powszechnego, ale miała ona polegać przede wszystkim na odcinaniu przez tamtejsze oddziały AK niemieckich dostaw z frontu wschodniego.

Kazimierz Bąbiński nie znał podległego mu terenu, co również przyczyniło się do opóźnienia akcji ratunkowej. Na zdj. oficerowie baonu KOP Troki: ppłk K. Bąbiński i por. S. Zalfresso-Jundziło, Troki 1934 rok.

fot.archiwum rodzinne pani Marii Zagorowskiej/domena publiczna Kazimierz Bąbiński nie znał podległego mu terenu, co również przyczyniło się do opóźnienia akcji ratunkowej. Na zdj. oficerowie baonu KOP Troki: ppłk K. Bąbiński i por. S. Zalfresso-Jundziło, Troki 1934 rok.

Była to jedna z głównych przyczyn tego, że słynna 27 Wołyńska Dywizja Piechoty AK powstała w 1944 roku – w czasie, gdy rzeź powoli stawała się już historią. Z tego względu jej działania miały charakter przede wszystkim odwetowy. Jak wspominała jedna z członkiń 27 DP: „jednostka zajmowała się przede wszystkim walką z Niemcami, ale z Ukraińcami również zdarzało się stoczyć potyczki. Pamiętam, że na naszym terenie znajdowała się ukraińska wieś Gnojno. Nasi udali się do tej wsi, spalili parę domów i zabili w odwecie cywilów”.

Jeszcze długo po kulminacji mordów banderowców dokonywano aktów zemsty. Nastąpiły one jednak w zdecydowanej mierze post factum – były odpowiedzią na dawny krzyk o pomoc, która nadeszła za późno dla wołających.

Co więcej, pułkownik Bąbiński, pseudonim Luboń, który stanął na czele wołyńskiego podziemia, nie znał podległego mu terenu. Był to dla niego obszar nowy i obcy. Wyposażony w wytyczne ze stolicy, dopiero w marcu 1943 roku przedostał się do Kowla, gdzie na własne oczy zobaczył jeden z pochodów ocalałych Polaków, o których pisze Piotr Zychowicz:

Do miast zaczęły napływać upiorne widma. Najpierw pojedynczo, potem grupkami, grupami, a w końcu całymi kolumnami. Widma te okazały się ludźmi. Ledwie powłóczącymi nogami, słaniającymi się z wycieńczenia. W strzępach wisiały na nich popalone ubrania, a rozszerzone w niemym przerażeniu oczy świadczyły, że przeszli przez piekło.

Był to niewątpliwie moment przebudzenia dla Bąbińskiego, kiedy „(…) zrozumiał, że Komenda Główna Armii Krajowej zupełnie nie przygotowała go do wyzwań, z którymi musiał się teraz mierzyć. A instrukcje, które otrzymał na odprawie w Warszawie, w ogóle nie przystają do wołyńskiej rzeczywistości”.

Ośrodki samoobrony w województwie wołyńskim w 1943 roku.

fot.Lonio17/CC BY-SA 4.0 Ośrodki samoobrony w województwie wołyńskim w 1943 roku.

Skazani na samoobronę

Luboń, gdy w końcu przejrzał na oczy, zaczął wysyłać do stolicy raporty o zatrważającej sytuacji, którą zastał na miejscu. Warszawa otrzymywała wiadomości o masowych rzeziach, których ofiary były liczone w setkach już w kwietniu 1943 roku. „Morderstwa odbywały się w sposób straszliwy” – alarmował Bąbiński. – „Palenie żywcem, rąbanie, wykręcanie stawów”.

Jednocześnie donosił o jednostkach samoobrony, które organizowała lokalna ludność polskiego pochodzenia; chwalił się nawet, że powstają one na jego rozkaz. Tyle tylko, że Polacy w rzeczywistości wpadli na ten pomysł znacznie wcześniej, wychodząc z założenia, że czekanie na pomoc zewnętrzną może jedynie zaprowadzić ich szybciej do grobu. Metodyczne działania w celu zatrzymania rzezi AK podjęła natomiast dopiero po tym, jak apogeum mordów minęło. Jak relacjonuje Grzegorz Motyka:

Masakry z 11 lipca 1943 roku skłoniły Kazimierza Banacha i pułkownika Kazimierza Bąbińskiego do współdziałania. 19 lipca wspólnie wydali rozkaz o scaleniu Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa i administracji cywilnej z wojskiem. Następnego dnia dowództwo AK podjęło decyzję o natychmiastowym tworzeniu oddziałów partyzanckich, które miały uzyskać gotowość 28 lipca.

Dla dziesiątków tysięcy pomordowanych Polaków było już jednak za późno. Pomoc przyszła poniewczasie i okazała się niewystarczająca. Ponadto, wbrew temu, co pisał pułkownik Kazimierz Bąbiński, podległe mu struktury nie dokonały niemal żadnych akcji likwidacyjnych banderowskich prowodyrów. Jeszcze wiosną 1943 roku zbrodniarze mogli na Wołyniu czuć się zupełnie bezpiecznie. Kilka wyroków „w imieniu Rzeczypospolitej” – w Łucku i Włodzimierzu Wołyńskim – wykonano dopiero w drugim półroczu 1943 roku.

Artykuł powstał m.in. w oparciu o najnowszą książkę Piotra Zychowicza „Wołyń zdradzony, czyli jak dowództwo AK porzuciło Polaków na pastwę UPA”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Rebis.

fot.materiały promocyjne Artykuł powstał m.in. w oparciu o najnowszą książkę Piotra Zychowicza „Wołyń zdradzony, czyli jak dowództwo AK porzuciło Polaków na pastwę UPA”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Rebis.

Jednak nie tylko opieszałość ze strony dowództwa miała wpływ na opóźnienie działań podziemnego wojska na Wołyniu. Jak podkreśla Piotr Zychowicz w książce „Wołyń zdradzony”:

Zlekceważenie siły UPA, kurczowe trzymanie się absurdalnych planów powstańczych i obojętność Komendy Głównej nie były bowiem jedynymi powodami zdumiewającej bierności Armii Krajowej. Kolejnym niezwykle bulwersującym powodem było to, że przywódcy polskiego podziemia na Wołyniu się… pokłócili (…).

Stronami tego konfliktu był z jednej strony wołyński dowódca Armii Krajowej pułkownik Kazimierz Bąbiński „Luboń”, z drugiej zaś – wołyński delegat rządu na kraj Kazimierz Banach posługujący się pseudonimem „Jan Linowski”.

Ten pierwszy – piłsudczyk, były żołnierz Legionów i peowiak, wyraźnie nie przepadał za drugim – działaczem radykalnego społecznie i sekowanego za czasów sanacji Stronnictwa Ludowego. I z wzajemnością. Panowie zamiast działać wspólnie na rzecz lokalnej ludności, rywalizowali o władzę. Dochodziło między nimi do karczemnych awantur, na przykład o to, które struktury powinny zajmować się walkami z UPA (Bąbiński opowiadał się za przekazaniem tego w gestię Podziemnej Policji, tymczasem Banach chciał zbroić ludność).

Tymczasem kiedy oni spierali się o to, kto powinien kierować akcją ratowania Polaków, sama akcja stała w miejscu.

Czemu odsiecz nie nadeszła?

Oczywiście nie wszystkie działania AK w tym czasie należy oceniać negatywnie. Mimo zamieszania i dezorganizacji panującej na szczytach struktur Polskiego Państwa Podziemnego, w historii Wołynia nie brakuje również przykładów heroicznej walki lokalnych przywódców oraz działaczy.

Zwłoki zamordowanych Polaków podczas napadu UPA na kolonię Lipniki 26 marca 1943 roku. Gdyby Armia Krajowa zareagowała szybciej, ofiar mogłoby być znacznie mniej.

fot.Sarnicki/domena publiczna Zwłoki zamordowanych Polaków podczas napadu UPA na kolonię Lipniki 26 marca 1943 roku. Gdyby Armia Krajowa zareagowała szybciej, ofiar mogłoby być znacznie mniej.

Warto tutaj wspomnieć chociażby Henryka Cybulskiego „Harry’ego” i Ludwika Malinowskiego „Lwa”, których szeroko zakrojone i bohaterskie akcje obronne były solą w oku banderowców. Ich poświęcenie pozwoliło nie tylko uratować wiele polskich istnień, ale także doprowadziło do znacznego osłabienia sił ukraińskich narodowców w 1944 roku.

Niestety, nie można nie zadać pytania: co by było gdyby… Gdyby reakcja przyszła szybciej? Gdyby raporty nie były ignorowane? Gdyby wsparcie zostało wysłane wcześniej? Wreszcie gdyby posiłki były liczniejsze? Jak wylicza Piotr Zychowicz w „Wołyniu zdradzonym”:

Latem 1943 roku, gdy ludobójcze mordy na wołyńskich Polakach sięgnęły szczytu, miejscowe struktury Armii Krajowej nie mogły udzielić rodakom żadnej poważniejszej pomocy. Wynikało to z pięciu zasadniczych powodów:

1. Struktury polskiej konspiracji na Wołyniu powstały zbyt późno.
2. Wołyńska AK, konsekwentnie lekceważąc zagrożenie ze strony UPA, nie sformowała oddziałów partyzanckich, które mogłyby bronić żyjących tam Polaków.
3. AK kurczowo trzymała się antyniemieckich planów powstańczych i większą część swoich wysiłków skupiała na szykowaniu się do operacji „Burza”.
4. Skuteczne działanie wołyńskiego podziemia paraliżował ostry konflikt między dowódcą AK a delegatem rządu na kraj.
5. Wołyńska AK – mimo wielu apeli i próśb – nie doczekała się dostaw broni i ludzi z centralnej Polski.

Najbardziej niepokojącym jest jednak fakt, iż faktyczna lista powodów była jeszcze dłuższa.

Bibliografia:

  1. Anna Herbich, Dziewczyny z Wołynia, Znak Horyzonty, Kraków 2018.
  2. Dariusz Faszcza, Komenda Okręgu AK “Wołyń” wobec eksterminacji ludności polskiej w 1943 r., „Niepodległość i Pamięć” 20/3–4 (43–44), s. 73–97, 2013.
  3. Grzegorz Motyka, Od rzezi wołyńskiej do akcji “Wisła”. Konflikt polsko-ukraiński 1943–1947, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013.
  4. Piotr Zychowicz, Skazy na pancerzach. Czarne karty epopei Żołnierzy Wyklętych, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2018.
  5. Piotr Zychowicz, Wołyń zdradzony. Czyli jak dowództwo AK porzuciło Polaków na pastwę UPA, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2019.

Sprawdź, gdzie kupić „Wołyń zdradzony. Czyli jak dowództwo AK porzuciło Polaków na pastwę UPA”:

Komentarze (32)

  1. ANNA Odpowiedz

    Piotr Zychowicz znowu w akcji. Dziennikarz, a nie historyk, propagandzista, piszący z założóną wczesniej tezą, oczywiście antyAK-owską. Dla niego AK to idioci i zdrajcy. Korzysta z faktu, że bohaterowie juz nie żyją.

    • Anonim Odpowiedz

      Całkowicie się z Panią zgadzam. Praktycznie każdą tezę da się uzasadnić.Cyt „.Metodyczne działania w celu zatrzymania rzezi AK podjęła natomiast dopiero po tym, jak apogeum mordów minęło.” Ciekawe kiedy byłoby apogeum mordów gdyby AK działań nie podjęło. Zastanawiam się jakim bohaterem byłby Pan Piotr gdyby żył w tamtych czasach, z pisania bajek pewnie by nie wyżył. Teraz jest bardzo mądry kiedy siedzi sobie spokojnie przy kawie , czy koniaku i pisze co mu jest wygodnie.

      • Anonim Odpowiedz

        Bo ta bohaterska armia miała na celu walkę o władze, w przypadku odzyskania przez Polskę niepodległości mieli przejąć władze i rządzić krajem dlatego nawet zwalczali inne ugrupowania bojowe walczące przeciw niemcom, wiem to z opowiadań starego akowca nie z podręczników pisanych pod dyktando obecnej polityki

        • tomek

          jak mieli przejac wladze?to oni byli „wladza” AK to byla polska podziemna armia, byl polski rzad i oni reprezebtowali polski rzad, pozostale organizacje to byly takie „zmilitaryzowane bojowki partyjne”
          AK byla jedyna legalna organizacja

      • Elka Pietrzak Odpowiedz

        To co wtedy się działo nie da się opisać ci co przeżyli to mogli mówić co widzieli ale nie byli wszędzie bo gdzie indziej było podobnie jacy by nie byli należy im się wielki szacunek i hołd oczywiście nie piszę o zdrajcach którzy pracowali z wrogiem na nie korzyść naszej ojczyzny to dzięki im jesteśmy gdzie jesteśmy

  2. Darek Lenovo Odpowiedz

    A gdyby a gdyby. [*** komentarz edytowany z uwagi na wulgaryzmy***] oskarżającego AK kiedy samo było niszczone w całej Polsce. Uwielbiam takich cieci od siedmiu boleści, którzy z perspektywy lat, po fakcie oskarża zamiast wytłumaczyć kontekst sytuacyjny. Komu w tamtych strasznych czasach przyszło do głowy że Ludność Cywilna Ukraińska za pomocą wideł, siekier wymorduje 100.000 cywili Polskich? A no znalazł się jeden

    • Marco Polo Odpowiedz

      Panu Zychowiczowi już dziękujemy. Pokazał jak fachowym i rzetelnym jest „historykiem”. Odsyłam do konfencji po ukazaniu się jego książki o żołnierzach wyklętych w której to Leszek Żebrowski punktuje go zwracając uwagę że książka nie bazuje na prawdziwych dokumentach albo dokumenty są manipulowane pod narrację książki. Panie Zychowicz. Historii nie wolno uprawiać, nie można pisać jej tak żeby pasowała którejś ze stron.

    • Roni Bydlak Odpowiedz

      Armii Krajowej tam nie było zbyt wiele, szczególnie po wsiach które- jakby nie patrzeć- w większości były ukraińskie. To i nie było komu przybyć z odsieczą, a już wcale w 1944, kiedy wszystko szlo na Burzę….

      • Zeed Odpowiedz

        Dlatego ludzie powinni mieć w domach broń, żeby nie powtórzyła się taka tragedia znowu. I niech nie wmawia nam jakiś postkomuch, że Policja zadba o nasze bezpieczeństwo.

  3. Agrestor Odpowiedz

    Czy po latach my Polacy jesteśmy mądrzejsi ? Ściągamy tysiącami „przyjaciół ” z ukrainy .Tłumaczymy ,że kult bandery to u nich sprawa marginalna , a ukraińcy to naród bardzo przyjaźnie nastawiony do Polaków .
    Jan Kochanowski napisał „Polak i przed szkodą i po szkodzie głupi”

  4. Rob Odpowiedz

    AK nie była liczną organizacją a każdy oddział działał na własną rękę. Dzisiaj propagandowo wszystko się przypisuje do AK a o innych ugrupowaniach o wiele liczniejszych celowo zapomina. Akowcy bardziej byli zajęci walką z Ruskimi i polskim wojskiem nadciągającymi ze wschodu, ochroną majątków. Dochodziło nawet do tego że dogadywali się z Niemcami, otrzymywali od nich mundury i broń za co po wojnie ich ścigano i sądzono. Nie chcieli się narażać Niemcom broniąc Polaków na Wołyniu bo Ukraińcy byli sprzymierzeńcami Niemców. Były oddziały AK zacięcie i patriotycznie walczących z Niemcami ale było ich za mało żeby cokolwiek zrobić. Myślę, że wtedy i Niemcom, i Ukraińcom i Ruskim zależało na tym żeby oczyścić te tereny z Polaków.

  5. sensacjoner Odpowiedz

    Słuchajcie no syfowicz za obłęd 44 masz solidnego kopa w du…. od mojego Stryja Powstańca jak cię tylko spotkam.Kiedy sklecisz kolejna pseudo sensacyjkę o Ewie zbałamuconej przez węża ty pismaczyno.

  6. Prawda historyczna Odpowiedz

    Całe to AK to propagandowa wydmuszka obecnej kapitalistyczne propagandy. Polacy ocaleli tylko dzięki kochanemu STALINKOWI i kierowanej przez niego niezwyciężonej Armii Czerwonej.To są fakty oczywiste a reszta to fikołki pseudointelektualne płatnych pismaków.

  7. Aliżo Odpowiedz

    Historia i Polityka to są dwie siostry: ***
    Politycy, rządzący i generałowie to są ***

    [komentarz edytowany z uwagi na wulgaryzmy]

  8. Anonim Odpowiedz

    Piotr Zychowicz jak zwykle, w sposób może za bardzo emocjonalny ale trafny komentuje fakty i opisuje historie taką jaką ona była. Pisze to z perspektywy polskiej racji stanu a była ona taka że Polacy mieli wygrać wojnę za jak najmniejszą cenę. Niestety było na odwrót. Ktoś kto zarzuca autorowi że ,,teraz to łatwo tak pisać” jest po prostu głupi bo P. Zychowicz zawsze kieruje się tym że wśród ówczesnych Polaków byli ludzie którzy potrafili przewidzieć bieg wydarzeń na podstawie zwykłej logiki a ich prognozy były słuszne, np. S. Cat- Mackiewicz, Niestety nie słuchano ich a przecież wspomniany ,,Cat” przewidział jak się potoczy wojna.
    A teraz do meritum- jednym z głównych naszych błędów jest sentymentalność- dziś wpuszczamy Ukraińców widząc w nich braci a wtedy twierdziliśmy że Rusini to takie chłopki- roztropki z którymi się dogadamy i nie zrobią oni nam krzywdy. Druga sprawa to taka że na Wołyniu mieszkali prości wieśniacy o których władze polskie nie za bardzo się troszczyły. Umówmy się że ani władze sanacyjne ani na uchodztwie i w podziemiu nie były wobec naszego społeczeństwa humanitarne i nie nie liczyły się z ofiarami (Powstanie Warszawskie). I nawet całe lata po wojnie nie chciano o rzezi pamiętać bo ważniejsza była mrzonka o dobrych relacjach polsko- ukraińskich. A prawda jest taka że na Ukraińców działa jeden argument- jest nim SIŁA.
    To co jeszcze stanowi hańbę dla naszych władz podziemnych to to że zabraniano wstępowania do polskiej policji pod dowództwem niemieckim i partyzantki radzieckiej oraz zabraniano odwetu. Na szczęście z reguły nie słuchano tych rozkazów bo chłopi jednak swój rozum mają.

  9. Anonim Odpowiedz

    Brawo Panie Piotrze jest Pan jednym z najciekawszych autorów książek o polskiej historii. Historii nie koloryzowanej a rzetelnej z całą paletą barw. Od bezgranicznej odwagi i poświęcenia do aktów z których dumni nigdy nie będziemy. Niestety tym się charakteryzują dzieje dzieje każdego narodu nie tylko naszego

    • Sławek Odpowiedz

      Nie można chwalić człowieka który porusza ważne kwestie nie oddając tego co ludzie w tych czasach czuli, w jakim byli stanie emocjonalnym.
      Teraz czytelnik biorąc do ręki książkę, w ciepłym, domowym zaciszu, przy filiżance kawy nigdy nie poczuje tego co czuli ci ludzie podejmując decyzję z których teraz są rozliczani.

  10. Marek Odpowiedz

    Zychowicz i wszystko jasne. On jest jakimś fantastą, a nie historykiem i jak zwykle oskarża podziemie, jak w tym paszkwilu „Skazy na pancerzach”. Szkoda, że zapomniał, że AK uratowała 2/3 Wołyniaków, przewożąc ich do większych wsi, ochraniając przy żniwach itp. Zresztą jak on sobie wyobraża działanie AK na tym terenie wcześniej i ilu ludzi musiało tam być? Na terenie, gdzie rządzili Niemcy, którzy byli uzbrojeni po uszy, podczas kiedy AK zupełnie odwrotnie. W Polsce było inaczej, bo przecież podziemie to żyło głównie dzięki ludności cywilnej, a więc w Polsce miało pomoc od ludzi. Tam, gdzie przeważali Ukraińcy sprzymierzeni z nazistami, a wioski były polsko-ukraińskie, byłoby zupełnie inaczej. AK nastawiłaby się na rzeź, a efekt byłby taki sam. No i ostatnie, niech Zychowicz nie zapomina, że AK było podległe rządowi w Londynie. Pewnie, gdyby się sprzeciwili, to by napisał, że nie zachowali się, jak prawdziwi żołnierze, bo złamali rozkaz. Ot, cały Zychowicz piszący na zamówienie. No to czas zapytać, na czyje zamówienie Pana ostatnie dwa paszkwile Panie Zychowicz?

  11. Anonim Odpowiedz

    Komu na rękę był zament na zapleczu frontu sowiecko-nimieckiego tylko sowietom i oni te walki sprowokowali i podsycali a

    • Anonim Odpowiedz

      I robią to samo teraz na Ukrainie i w Polsce i Izraelu i znowu dogadują się z Adolfami. A najgorsze jest to, że dajemy się manipulować

    • Andrzej Dąbrowski Odpowiedz

      100% słuszności tak postępowali od roku Pańskiego 1919 aż potąd.Zresztą przed an.Domini 1919 czynili to samo wywołując poprzez swych AGENTÓW WSŁAWIANE w PROPAGANDZIE SOCJALISTYCZNEJ powstania w czerwcu an.Domini 1768 – lipiec Anno Domini 1768 Maksyma Żeleźniaka – poddanego moskali , Kozak zaporoski, który wzywał do antypolskich wystąpień, powołując się przy tym na fikcyjny ukaz Katarzyny II, tzw. Złotą Hramotę, w którym caryca miała nakazywać wypędzanie z Ukrainy prawobrzeżnej polskiej szlachty, Żydów oraz kapłanów unickich.

Dodaj komentarz

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.