Kontrowersje, odkrycia, bohaterowie i łajdacy. Fascynujące opowieści na każdy dzień od najpopularniejszego magazynu o historii w Polsce

Gdyby nie był królem, wykastrowaliby go albo ścięli. W jaki sposób Kazimierz Wielki został bigamistą?

Kazimierz Wielki według wzoru Tytusa Maleszewskiego. Litografia z drugiej połowy XIX wieku.

Kazimierz Wielki według wzoru Tytusa Maleszewskiego. Litografia z drugiej połowy XIX wieku.

Był rok 1356. Kazimierz Wielki wygnał właśnie swoją żonę, Adelajdę Heską i postanowił zawrzeć nowy związek. Ceremonia nie była huczna. Nie sproszono setek gości, nie zorganizowano zabaw dla gawiedzi. Król żenił się niemal w tajemnicy. Nic dziwnego. Małżeństwo było poniżające, grzeszne i nielegalne.

Nigdy wcześniej nie zdarzyło się jeszcze, by polski monarcha poślubił kobietę spoza swego stanu. Nie królewnę czy księżniczkę, nie arystokratkę, ale… zwyczajną mieszczkę. On sam był przekonany, że wchodzi w związek z prażanką Krystyną Rokiczaną z miłości. Rzeczywistość wyglądała inaczej. Ponętną kochankę podsunął mu król Czech i cesarz, Karol IV Luksemburski. A Krystyna była w rzeczywistości agentką wrogich interesów.

O kulisach tego niedorzecznego związku pisałem już w innym artykule (kliknij, aby go przeczytać). Król i mieszczka poznali się w Pradze, podczas wizyty Kazimierza u południowego sąsiada. Do Krakowa jechali już wspólnie, Krystyna była jednak stanowcza. Stwierdziła, że z monarchą zamieszka tylko, jeśli ten odprawi żonę, a z nią samą weźmie ślub. Właśnie dlatego Kazimierz, już od lat starający się pozbyć bezpłodnej Adelajdy, ostatecznie zerwał z żoną i oświadczył się nowej partnerce.

Ślub odbył się niemal natychmiast. Sakramentu udzielił nawet nie żaden biskup, lecz opat Tyńca. Człowiek oddany monarsze, ale i tak zupełnie świadomy, że błogosławi związkowi ze wszech miar niegodnemu i nielegalnemu. Bo przecież wcześniejsze małżeństwo Kazimierza nie zostało unieważnione przez Kościół.

Kazimierz Wielki z jedną ze swoich kochanek na obrazie Franciszka Żmurki (koniec XIX wieku).

Kazimierz Wielki z jedną ze swoich kochanek na obrazie Franciszka Żmurki (koniec XIX wieku).

Średniowieczne kary za bigamię

Gdyby Kazimierz nie był królem, a do tego żył gdzieś w zachodniej Europie, za czyn, którego się dopuścił, mogłyby mu grozić nawet kastracja albo odrąbanie ręki. Tak postępowano z bigamistami na przykład w północnych Włoszech. W sporo bliższym Wrocławiu wielożeńców ścinano, jakby byli mordercami. W Krakowie sądy też nie były zbyt wyrozumiałe. Znany jest chociażby miejscowy XIV-wieczny przypadek bigamisty, którego publicznie wychłostano, wygnano z miasta, a jego ohydny postępek nakazano obwieścić poprzez heroldów wszystkim mieszkańcom stolicy.

Podwójne małżeństwo króla też musiało być na językach całego miasta. Kazimierza nie mogli jednak ukarać rajcy ani nawet biskupi. Instancja była jedna – papież. I to właśnie do niego natychmiast zwróciła się oddalona i poniżona żona króla, Adelajda. Od 1357 roku skarżyła się już nie tylko na porzucenie i wygnanie, ale również na nowy, perfidny związek króla.

Czy wiesz, że ...

...podczas wyboru Karola V na króla niemieckiego w 1519 roku opór elektorów trzeba było pokonać… łapówką, zwaną eufemistycznie „namaszczeniem ręki”? Młody Habsburg wydał na ten cel astronomiczną kwotę ponad 850 tysięcy guldenów.

...piwo w Anglii było tak ważnym trunkiem, że regulacje go dotyczące znalazły się w prawie miejskim? Przykładowo w statutach Worcester określono, że testerami piwa mogą być tylko obywatele okręgu oraz "osoby smutne i dyskretne". Nie wiadomo jednak czy "smutek" odnosił się do nastroju, czy był synonimem pozazawodowej wstrzemięźliwości.

...święta Jadwiga śląska znalazła nietypowe zastosowanie dla wody, w której obmywały nogi mniszki? Mianowicie polewała nią swoją twarz i głowę, a w dodatku urządzała w niej kąpiel dla... swoich wnucząt!

Komentarze (28)

  1. Bartosz W. Odpowiedz

    Jedyny „rynsztok” jaki tutaj widzę to słownictwo i poziom argumentacji pana autora. Naprawdę panie Janicki, czy postawił pan sobie za cel życia przekraczanie kolejnych limitów żenady, do której może się posunąć dyplomowany historyk? Tak z ciekawości pytam. No chyba, że robi to pan odpłatnie. Wtedy zwracam „honor”.

    Do warstwy stricte „merytorycznej”, to nie ma co się nawet zbytnio odnosić bo bez zmian, czyli właściwie nie istnieje.

    Już nie mogę się doczekać kolejnej odsłony tej telenoweli. Normalnie lepiej jak w „Koronie Królów”.

    • Anonim Odpowiedz

      Zgadzam się z Przedmówcą. Każdy kolejny artykuł Pana Janickiego na temat Kazimierza Wielkiego jest coraz bardziej żałosny. Tylko nagonka na króla Polski. Uwidacznianie wad przy braku ukazania zalet panowania Wielkiego. Zaiste, telenowela warta oczekiwania. Kiedy kolejna część?

      • Bartosz W. Odpowiedz

        Pewnie niedługo, pocieszające jest to, że materiał jest praktycznie na wyczerpaniu (o Jadwidze żagańskiej właściwie nie ma co za bardzo pisać). Powałkuje jeszcze trochę tą nieszczęsną Rokiczanę (tak jak powyżej, w praktyce będzie to kopiuj-wklej wcześniejszego tekstu) i może po pewnym czasie wreszcie da sobie spokój. Jest to jednak raczej gorzka satysfakcja, bo kiedy skończy się „obsikiwanie” prawdopodobnie najwybitniejszego polskiego monarchy, to znajdzie się szybko nowy temat np. odwieczny klasyk pt. „Polacy: zbrodniarze, prześladowcy i mordercy przenajświętszych górali z Góry Synaj”. Oczywiście wszytko zależy też od tematu najnowszej książki wiadomego autora. To będzie najpewniej czynnik rozstrzygający.

  2. Bartosz W. Odpowiedz

    Słabo, bardzo słabo. Właściwie kopiuj-wklej z poprzedniego tekstu. Nie wiem doprawdy jaki jest sens powtarzania w kółko tego samego. Rozumiemy, autor nienawidzi z jakiegoś niezrozumiałego powodu osoby króla Kazimierza Wielkiego i szczerze nim gardzi, naprawdę pojmujemy to wszyscy. Teraz może czas najwyższy przejść dalej?

    • Anonim Odpowiedz

      Każdy artykuł Janickiego na temat polskiego króla jest taki sam. Niczym się nie różni. Autor przeszedł dalej. Teraz jest krytyka społeczeństwa miedzywojnia. Ciekawe co dalej…

    • Bartosz W. Odpowiedz

      Aha i jeszcze jedno na sam koniec. Dalsze lansowanie absurdalnej tezy, że to „coś” z Rokiczaną to był poważny ślub. No , ale przecież gdyby autor napisał prawdę (że był to najprawdopodobniej teatrzyk w kiepskim wydaniu obliczony tylko i wyłącznie na zasięgnięcie do łóżka kobiety, która „bez ślubu nie chciała”) to całą jego „misternie” budowana narracja o, za przeproszeniem wszystkich państwa, „debilu Kazimierzu”, znalazłaby się tam gdzie jej miejsce, czyli dosadnie mówiąc na śmietniku. A tego byśmy przecież nie chcieli, prawda?

    • Członek redakcji | Anna Dziadzio Odpowiedz

      Szanowny Panie Bartoszu, a jednak świat jest paradoksalny. Czyżby Pan też nie powtarzał w kółko tego samego? ;) Pozdrawiamy :)

  3. Anonim Odpowiedz

    Panie Bartoszu W. skoro nie lubi pan artykułów Pana K.Janickiego to po co Pan czyta? Proszę omijać artykuły i wszystkim ulży. Nie pozdrawiam

    • Bartosz W. Odpowiedz

      Bo taki mam kaprys. Głupie pytanie i adekwatna do niego odpowiedź. Zrewanżuje się ponadto propozycją: jak się nie podobają moje komentarze, to proszę nie czytać i „wszystkim ulży”. Również nie pozdrawiam.

      • Członek redakcji | Anna Dziadzio Odpowiedz

        Panie Bartoszu pytanie Anonima nie było głupie. Było bardzo zasadne. Natomiast Pana odpowiedź była takim „oko za oko, ząb za ząb”. Jeśli ma Pan taki kaprys – proszę bardzo. Nie przestaniemy publikować tekstów, więc będzie miał Pan dużo czytania. No chyba że Pan już po prostu widzi w nagłówku „Kazimierz Wielki” i po prostu komentuje. Mam jednak nadzieję, że tak nie jest :)

        • Bartosz W.

          Nie, praktycznie zawsze czytam przed skomentowaniem, za kogo mnie pani ma? Choć przyznaję bez bicia, że zaczyna mnie to nudzić. Po prostu teksty redaktora Janickiego o KW nie są już nawet śmieszne. Stają się zwyczajnie bezwartościowe. Ileż to razy musi on jeszcze pokazywać, że tego konkretnego monarchy chyba autentycznie nienawidzi (chyba był po prostu za dobry dla nas i stąd ta obsesja w mieszaniu go z błotem)? Chyba wszyscy potrafiący czytać ze zrozumieniem już dawno to pojęli. Po co wałkować w kółko to samo?

          A komentuje głównie po to, że może ktoś zajrzy do tych komentarzy i poczyta sobie, jak bzdurne i nie mające praktycznie nic wspólnego z rzeczywistością są teorie zawarte w tych tekstach. To zawsze zasługa i sukces jeśli choćby jedna osoba da się odwieść od wtłoczenia sobie do głowy nieprawdziwej wersji.

        • Członek redakcji | Anna Dziadzio

          Panie Bartoszu, to Pana subiektywna opinia, że teksty te są bezwartościowe, więc proszę nie wypowiadać tego w sposób autorytarny jako prawdy objawionej. Jeśli ktoś zajrzy i poczyta komentarze, niech się dowie, że Pan nie zgadza się z tezami Autora. To jednak nie znaczy, że nie są one zgodne z prawdą historyczną. Pozdrawiam.

  4. Czytacz Odpowiedz

    Witam szanownych przedmówców na froncie walki o dobre imię króla Kazimierza. Pozdrawiam p. Bartosza W. Oczywiście jako wielbiciel Kazimierza kibicuję panu Bartoszowi. Pozdrawiam:-)

    • Członek redakcji | Anna Dziadzio Odpowiedz

      Drogi Czytaczu, my natomiast nie kibicujemy nikomu bo to nie ring, ale historyczny portal. A bić się o źródła historyczne nie zamierzamy. Zachęcamy w dalszym ciągu do czytania i inicjowania ciekawych dyskusji. Pozdrawiamy :)

      • Czytacz Odpowiedz

        Pani Anno, historia to nieustanna walka! O sposób widzenia i rozumienia przeszłości przez obecne pokolenie. Brak mi oczywiście obiektywizmu albowiem „Kazimierz III …. wielkim królem był” w moim mniemaniu. Dziwię się natomiast, iż ślub z Krystyną Rokiczaną ma być osią sporu. Mam wątpliwości co do legalności tego ożenku. Można stwierdzić jednakże, że w tym wypadku król myślał „małą głową”, a przypuszczenia, że została ona podstawiona przez Karola IV są moim zdaniem uzasadnione. Pozdrawiam.

        • Bartosz W.

          Nawet jeśli była podstawiona to nie miało to znaczenia. Z przebiegu wypadków widać doskonale, że Kazimierz nie traktował tego „ślubu” poważnie. Przecież miał mu go udzielić biskup, a on kazał przebrać jakiegoś podrzędnego duchownego w szaty biskupie… przecież po czymś takim banalnie łatwo można było taki „związek” uznać za niebyły (i tak chyba zrobiono) właśnie na podstawie udzielenie go przez „oszusta” podszywającego się za biskupa… (bo jak to powiedział w „Potopie” Sakowicz do Bogusia Radziwiłła: „jak majster kiepski, to i da się łatwo unieważnić”). Przecież później nie potrafili sobie wytłumaczyć o co chodziło w tej całej sprawie i wymyślali różne historyjki o świerzbie itd. A według mnie prawda jest bardziej prozaiczna. Otóż król chciał sobie pofiglować, tamta powiedziała: „po ślubie”, no to ślub urządził… tylko, że lipny i bezwartościowy. A kiedy już wziął co chciał to ją bezceremonialnie kopnął w tyłek i powiedział: „won”. Nie no faktycznie, super agentka Karola IV, która została pogoniona jak tylko ten, którym miała tak niby kręcić (w wyobraźni autora) się z nią przespał kilka razy… Normalnie nie wiem czy się śmiać z ludzi wierzących w takie bzdety, czy też ich żałować. Oczywiście z punktu widzenia moralnego było to niewłaściwie, ale byli tacy co dużo gorsze rzeczy robili i uchodziło im to płazem (Kazimierzowi też uszło). Doprawdy nie wiem jaki ma cel budowanie takiej fałszywej narracji jakby nie wiadomo co się stało.

        • Czytacz

          W „Potopie” to Sakowicz do Bogusia Radziwiłła powiedział: „A że kiepski majster i do cechu nie należy, łatwo będzie po nim rozpruć”. Poza tym nie było czego pruć, skoro Kazimierz był w myśl prawa kanonicznego jeszcze żonaty. Bardziej mi w naszym królu nie leży, że nie wydał którejś z swoich córek za kogoś z bliższej rodziny, żeby zachować dynastię. Ponadto był zbyt mało zdecydowany jeśli chodzi o niechciane małżonki. W którymś z moich wcześniejszych komentarzy pisałem, iż należało je uczyć trudnej sztuki oddychania mułem z Wisły. Wiem, że to okrutne, ale sukces kraju i dynastii jest najważniejszy. Pozdrawiam cię Bartoszu coś długo się nie udzielałeś na tym portalu.

        • Bartosz W.

          To ja też pisałem, że jedyne co można zarzucić Kazimierzowi to zbyt miękkie serce w stosunku do Adelajdy. Dobrze to o nim świadczy jako o człowieku, ale jednak bardziej korzystne byłoby zaaranżowanie „nieszczęśliwego wypadku”.

          Co do tej drugiej sprawy (zachowania dynastii) to osobiście nie winię go za takie, a nie inne myślenie. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta, otóż winne były w tym przypadku wieki rozbicia dzielnicowego (a za to trzeba podziękować pra-pra-pradziadkowi Krzywoustemu i jego skrajnej naiwności politycznej/zdominowaniu przez drugą żonę, niewiarygodną wręcz szkodniczkę). Nie tylko Polska była w porównaniu do sąsiadów (Węgier i Czech) dziadowskim państewkiem (dopiero Kazimierz sporo wyrównał, choć wciąż były poważne braki), a co za tym idzie związanie ją z jedną z tych dwóch silnych dynastii nie wydawało się wtedy złym pomysłem, ale dodatkowo Piastowie nie stanowili jedności tak jak przywoływani już przeze mnie Kapetyngowie francuscy. Tam zostało jasno uregulowane w XIV w., że wszyscy męscy potomkowie Hugo Kapeta (u nas takim odpowiednikiem byłby zapewne Mieszko I) to „jedna rodzina” (co przecież według dzisiejszych standardów było oczywistością). Nie ważne, czy linia główna (z angielska tzw. „Direct Kapetians”), czy Walezjusze (de Valois), czy Burbonowie (de Bourbon). U nas od Mieszka I do Bolesława III mamy „linię główną” Piastów, a potem poszczególne linie: śląską, wielkopolską, małopolską, które następnie dzielą się na mniejsze odłamy. Inaczej niż we Francji (niestety) u nas to poczucie wspólnoty niejako… rozjeżdża się. Dla takiego Kazimierza Wielkiego zdecydowanie bliższy był jego własny wnuk, a nawet siostrzeniec Ludwik, chociaż żaden z nich nie był Piastem, a odpowiednio Gryfitą i Andegawenem. Przecież we Francji po śmierci Karola IV Pięknego/Łysego jednym z pretendentów do tronu był jego siostrzeniec Edward III z angielskich Plantagenetów. W końcu bezpośrednimi związkami krwi był bliższy zmarłemu niż jego kuzyn pierwszego stopnia (brat stryjeczny) Filip de Valois… Ale to właśnie ten ostatni został królem Filipem VI. Zwyciężyła tam idea „Domu Francuskiego” i jedności dynastii Kapetyngów… U nas przez rozbicie poszło to w innym, gorszym kierunku. Czy wiec można winić Kazimierza za to, że był tak, a nie inaczej ukształtowany przez większą część dziejów swojego rodu? Tak miał po protu „ustawioną” mentalność i już.

          CO do cytatu literackiego to oczywiście wiedziałem, że przedstawiam go mocno niedokładnie (delikatnie mówiąc), ale chodziło mi z grubsza o oddanie sensu. Przecież tamten biedny kleryk, prosty ksiądz czy kto to tam był też nie „należał do cechu” (na rozkaz króla udawał biskupa, a to było niedopuszczalne). Ponadto jak sam zauważyłeś, Kazimierz był cały czas żonaty, więc cały ten „ślub” i tak był farsą. Dlatego już kiedyś pisałem, że ostatnie małżeństwo z Jadwigą było aktem desperacji. I gdyby Kazimierz był bardziej ostrożny to kto wie. W końcu Adelajda przeżyła go nieznacznie, a po jej śmierci jego aktualny związek mógłby zostać w pełni zalegalizowany. Mieli trzy córki, a każde następne dziecko mogło być synem, zaś Kazik był jeszcze w dobrej formie… ale to niestety gdybologia.

          W każdym razie nie ma u mnie zgody na lansowanie takich dziwacznych tez jak w powyższym artykule. Tez, które mają niewiele wspólnego ze znanymi faktami, nie mówiąc już o logice. Np. twierdzenie, że król tym pseudo-ślubem sobie cokolwiek zaszkodził w sprawie unieważnienia małżeństwa… Bzdura, jak nie otrzymał owego unieważnienia przez 15 lat, to naprawdę musiałby być głupcem żeby sądzić, że papieżowi coś się nagle odwidzi i mu go udzieli. Prawdopodobnie już wtedy czekał aż bezużyteczna żona zemrze (oczywiście licząc na to, że zrobi to przed nim), Albo kolejne twierdzenie, że był głupi licząc na pomoc Karola IV. Po pierwsze nikt nie wie czy poważnie na nią liczył. Osobiście wątpię, raczej podszedł do tego tak, że jak jest możliwość, nawet nikła, to nie zaszkodzi jej wysondować. Naturalnie tak robiło wielu władców (sondowało różne możliwości, nawet te bardzo wątłe), ale dla redaktora Janickiego jest to oczywisty dowód na upośledzenie umysłowe znienawidzonego monarchy. Pomijam już, że mam poważne wątpliwości co do tezy, że Luksemburgowi tak się paliło do sukcesji andegaweńskiej w Polsce (bo tylko to wchodziło realnie w rachubę jak pokazała przyszłość)… Patrząc na elementarne interesy jego rodu to tak jakoś nie bardzo. Tak więc logika Kazimierza (jeśli na serio liczył się z jakimś wsparciem ze strony Karola) nie była taka znów zła jak się temu przyjrzeć od innej strony.

          Można tak wymieniać i wymieniać. Powoli staje się to nudne. Ponieważ autor jest kompletnie niereformowalny w tym swoim zacietrzewieniu i popełnia coraz to gorsze teksty na ten temat… To jest normalnie jak walka don Kichota z wiatrakiem…

        • Członek redakcji | Anna Dziadzio

          Drogi Panie Bartoszu, Kichot w końcu zakończył swoją walkę. Może czasem warto brać przykład ze słynnych bohaterów literackich? Pozdrawiamy.

        • Bartosz W.

          Pisałem raczej o autorze powyższych… „rewelacji” i jego groteskowej „krucjacie”, a nie o sobie. Ale skoro tak sobie to państwo interpretujecie, cóż… Wasza wola.

  5. Tofik Odpowiedz

    Patrząc na historię Kazimierza Wielkiego i jego bigamicznego związku można wręcz cieszyć się (lub żałować), że nie doszło w Polsce do sytuacji podobnej do tej, kiedy to Henryk VIII poślubił Annę Boleyn. W przeciwieństwie do Anglii, kraj Kazimierza mógłby tego nie wytrzymać.

    • Bartosz W. Odpowiedz

      Czyli co niby? Jakieś „reformatorskie” brednie (i zbrodnie)? Na szczęście nasi monarchowie nie mieli na ogół odchyłów heretyckich (aż do Augusta Mocnego będącego różokrzyżowcem).

      • Czytacz Odpowiedz

        Co do odchyłów, to w moim przekonaniu już jego elekcja to jakaś farsa. Religię traktował raczej instrumentalnie popatrz na jego przejście na katolicyzm:-) Różokrzyżowcem i masonem był z powodów koniunkturalnych. Jego rządy to tragedia w czterech aktach. Dodaj do tego jego „uroczyste” zrzeczenie się tronu polskiego wplątanie w wojnę północną. reasumując PORAŻKA.

        • Bartosz W.

          Pomijając walory moralne, to tragedią Augusta (i Rzeczpospolitej) był… brak szczęścia, tak po prostu. Nie można królowi odmówić tego, że miał on swoje konkretne plany, które (gdyby doszły do skutku) mogłyby autentycznie przysłużyć się państwu polsko-litewskiemu. Powiedziałbym nawet, że w tym przypadku górował August II nad swoim poprzednikiem Janem III, tj. posiadaniem jakieś konkretnej wizji politycznej i próbie jej stopniowej realizacji. Tak stereotypowo wychwalany Sobieski był bardzo dobrym wodzem, ale miernym politykiem (a przez to mocno przeciętnym królem), który nie potrafił nawet wznieść się ponad fakt, że nie jest już jednym z magnatów, lecz koronowanym monarchą.

          Co do zrzeczenia się tronu przez Augusta w rokowaniach pokojowych z Karolem XII to nowsze badania, jeśli dobrze kojarzę, dowodzą, że nie udzielił on swoim komisarzom plenipotencji (jakby ktoś nie kojarzył to chodzi po prostu o to, że nie mieli uprawnień) do składania w jego imieniu tak daleko idących zobowiązań, a tym bardziej przyrzeczeń, i zrobili to na własną rękę, co rozwścieczyło Augusta, ale było już po fakcie (to trochę jak z traktatami welawsko-bydgoskimi, gdzie dyplomata cesarski Lisola reprezentujący Jana Kazimierza udał, że nie dotarły do niego nowe instrukcje królewskie zakazujące zrzekania się zwierzchnictwa lennego nad Prusami Książęcymi i poszedł całkowicie na rękę elektorowi brandenburskiemu). Tak więc akurat z tą rezygnacją z tronu polskiego przez Augusta Mocnego to bym uważał, bo to śliska i niejednoznaczna sprawa. Zresztą kto jak nie August? Leszczyński? Ta miernota, bezwolna marionetka Karola XII, który obiecywał w zamian za poparcie znaczne koncesje terytorialne na rzecz króla Prus Fryderyka Wilhelma I, chana krymskiego i sułtana osmańskiego? Nie, temu panu już dziękujemy.

Dodaj komentarz

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.