Ciekawostki Historyczne
Generic selectors
Tylko dokładne dopasowania
Szukaj w tytułach
Szukaj w treściach
Szukaj w postach
Search in pages

Na ile zajęcy było stać golibrodę? Ceny i pensje w renesansowej Polsce

Kupka pieniędzy... (fot. christmasstockimages.com; lic. CC A 3.0)Zagadnienia monetarne XVI wieku mogą przyprawić o ból głowy. Autorzy książek historycznych nonszalancko podają kwoty w dukatach, florenach, talarach, skudach czy złotych. I chyba żadnemu nie przyszło do głowy, by próbować wyjaśniać o co w tym wszystkim chodzi. Pora wreszcie ustalić: ile zarabiali nowożytni Polacy? I co właściwie mogli za swoje pensje kupić?

W „złotym wieku” złote były także pieniądze – przynajmniej oficjalnie. W listach, dokumentach i innego rodzaju źródłach, wartości pieniężne były podawane z zasady w złotych monetach. Stąd właśnie talary, skudy czy floreny. System finansowy renesansowej Europy był niezwykle zagmatwany, ale głównie ze względu na mnogość nazw.

W rzeczywistości większość z nich oznaczała mniej więcej to samo. Kwotę odpowiadającą monecie zawierającej około trzy i pół grama złota i wartej około trzydziestu groszy. W Polsce taki nominał nazywano florenem lub złotym polskim. Drugim popularnym określeniem były dukaty.

Chaos kontrolowany

Za panowania Zygmunta Starego 1 floren (czyli 1 złoty polski) przeliczał się oficjalnie na 0,7 dukata, a jeden dukat na 1,4 florena. Wartość florena była zapisana ustawowo i niezmienna, z kolei cenę dukatów regulował rynek. Mówiąc w dużym uproszczeniu floreny to waluta, natomiast dukaty (nazywane też czerwonymi złotymi) – fizycznie istniejący pieniądz.

Na ile zajęcy było stać golibrodę? Zaraz przejdziemy do tej właśnie kwestii...

Na ile zajęcy było stać golibrodę? Zaraz przejdziemy do tej właśnie kwestii…

W rzeczywistości sprawa jest bardziej skomplikowana. Po pierwsze, realnie istniejących złotych monet było w obiegu bardzo mało. Prawdziwe rozliczenia odbywały się w groszach. Po drugie, zależnie od kontekstu różnica wartości pomiędzy dukatami i florenami może być zerowa lub wynosić kilkanaście do kilkudziesięciu procent.

Po prostu autorzy źródeł oraz historycy piszący o florenach często mieli na myśli tak naprawdę dukaty lub odwrotnie. Najlepiej (i najprościej) przyjąć, że pieniądze te miały zbliżoną wartość.

Biedni mieszczanie…

Dobre wyobrażenie o wartości florenów dają informacje o zarobkach i cenach za panowania Zygmunta Starego, a przede wszystkim – Zygmunta Augusta (do 1572 roku). Urzędnik państwowy średniej rangi otrzymywał nie więcej niż 30, a często tylko 10 florenów rocznie.

Panorama nowożytnego Lublina.

Panorama nowożytnego Lublina.

Podobny był pułap zarobków elit w dużych miastach. Szczegółowe dane z Lublina wskazują, że skarbnik miejski otrzymywał niespełna 20 florenów rocznie. Gaża organisty wynosiła około 9 florenów, a nauczyciela – poniżej 6 florenów za dwanaście miesięcy pracy.

Podobnie kształtowały się zarobki wielu rzemieślników, a robotnicy niewykwalifikowani nie mogli liczyć nawet na tyle. Ogółem w miastach mało kto zarabiał więcej niż 30 florenów rocznie. To zresztą i tak była astronomiczna kwota dla prostych chłopów: ludzi, którzy zwykle przez całe swoje życie nie mieli okazji zobaczyć choćby jednej złotej monety.

…i bajecznie bogaci dworzanie

Prawdziwy majątek w renesansowej Polsce można było zbić jako właściciel dóbr ziemskich lub – człowiek na usługach dworu. Najwyżsi urzędnicy dworscy otrzymywali pensje w wysokości około 200 florenów. Pokrywano im także koszty utrzymania orszaków i sług.

W przypadku marszałka nadwornego Zygmunta Augusta było to łącznie nawet 1000 florenów rocznie. Podobną pensję podstawową Jagiellonowie płacili swoim lekarzom, choć najbardziej zaufani z nich dostawali nawet 700 florenów rocznie. Także królewski golibroda zgarniał okrągłą sumę stu florenów rocznie.

Artykuł powstał w związku z najnowszą książką Kamila Janickiego. „Damy złotego wieku” (Znak Horyzont 2014).

Artykuł powstał w związku z książką Kamila Janickiego „Damy złotego wieku” (Znak Horyzont 2014). Kup z rabatem na empik.com.

Z kolei królowa Bona Sforza mamce opiekującej się jej synem i karmiącej go piersią podarowała 240 florenów i szesnaście łokci czarnego aksamitu. Na swoje pensje nie mogli narzekać nawet szeregowi członkowie królewskiej orkiestry. Dostawali po 40 florenów rocznie.

Nieco mniej opłacało się bycie księdzem. Wprawdzie pracujący na krakowskim uniwersytecie doktor teologii otrzymywał 400 florenów, a nadworny kapelan nawet więcej, ale już szeregowi duchowni mogli liczyć co najwyżej na kilkadziesiąt florenów rocznie.

Kogo było stać na konia?

Wiele towarów pozostawało zupełnie poza zasięgiem szerokich warstw społeczeństwa. Konie pociągowe kosztowały co najmniej sześć, siedem florenów, a koń pod wierzch – od kilkunastu do nawet powyżej dwudziestu.

Tylko dworscy utracjusze lub magnaci mogli sobie pozwolić na bycie gołym i wesołym. Reszta społeczeństwa co najwyżej była goła... Bo przy swoich zarobkach to wesoła być nie mogła.

Tylko dworscy utracjusze lub magnaci mogli sobie pozwolić na bycie gołym i wesołym. Reszta społeczeństwa co najwyżej była goła… Bo przy swoich zarobkach to wesoła być nie mogła.

Wół stanowił wydatek dwóch, trzech florenów. Floren lub dwa mogła kosztować w mieście para dobrych butów, podobnie elegancki kożuch. Dużo bardziej dostępne były za to czapki. Za jednego florena dało się ich kupić nawet pięć.

Piekielnie drogie było nawet podstawowe oświetlenie domu. Litr oliwy kosztował ćwierć florena. Za taką kwotę można też było dostać jakieś trzy, może cztery świece. Łatwo przeliczyć, że mało który mieszczanin mógł sobie pozwolić na zapalanie światła przez całą zimę…

 

Przeżyć dzień za jeden grosz

Rynkowe ceny żywności też były dość wysokie. W połowie XVI wieku dzienne wyżywienie sługi folwarcznego w starostwie korczyńskim kosztowało poniżej połowy grosza, a personelu zamkowego – poniżej jednego grosza.

W innych miejscach kwoty te kształtowały się podobnie, rzadko przekraczając jeden grosz. Tak więc za cenę jednego florena można było zapewnić sobie dobre wyżywienie na cały miesiąc, albo przeciętne – nawet na kwartał. 

Bona Sforza była gotowa płacić za karmienie swojego syna piersią NAPRAWDĘ duże pieniądze.

Bona Sforza była gotowa płacić za karmienie swojego syna piersią NAPRAWDĘ duże pieniądze.

Floren za sto litrów piwa

W Sieradzu około 1540 roku bochenek chleba żytniego można było kupić za 1/10 grosza (chleb na cały rok za florena!). Droższe było mięso. Andrzej Wyczański w „Studiach nad konsumpcją żywności w Polsce w XVI i w pierwszej połowie XVII wieku” podaje cenę 1 grosza za kilogram. Rzadszą przyjemnością były z kolei sery – droższe dwukrotnie od mięsa.

Z drugiej strony za jednego florena można było kupić aż sto litrów piwa, podobną ilość gorzałki lub jakieś trzydzieści, czterdzieści kur. Albo też… sześć zajęcy.

Rozrzut płac, potęgowany jeszcze przez koszty życia, był prawdopodobnie największy w dziejach Polski. Niesamowite bogactwo sąsiadowało z piszczącą biedą, pozwalając magnatom na zatrudnianie setek służących i werbowanie prywatnych wojsk. Tak właśnie narodził się polski „Złoty wiek”.

Źródła:

Artykuł powstał w oparciu o źródła, literaturę i materiały, które zebrałem podczas prac nad swoją najnowszą książką. „Damy złotego wieku”, opowiadającej o losach Bony Sforzy, Barbary Radziwiłłówny i Anny Jagiellonki, ukazał się nakładem wydawnictwa Znak Horyzont.

Kliknij, żeby rozwinąć wybraną bibliografię.
  1. Adamczyk Władysław, Ceny w Lublinie od XVI do końca XVIII wieku, Instytut Popierania Polskiej Twórczości Naukowej, 1935.
  2. Bogucka Maria, Anna Jagiellonka, Ossolineum, 2009.
  3. Bogucka Maria, Gdańscy ludzie morza w XVI-XVIII wieku, Wydawnictwo Morskie, 1984.
  4. Ihnatowicz Ireneusz, Mączak Antoni, Zientara Benedykt, Społeczeństwo polskie od X do XX wieku, Książka i Wiedza 1979.
  5. Pociecha Władysław , Królowa Bona 1494-1557. Czasy i ludzie odrodzenia, t. I-IV, Poznańskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk, 1949-1958.
  6. Sucheni-Grabowska Anna, Zygmunt August. Król polski i wielki książę litewski 1520-1562, Universitas, 2010.
  7. Sucheni-Grabowska Anna, Odbudowa domeny królewskiej w Polsce 1504-1548, Muzeum Historii Polski, 2007.
  8. Tomkowicz Stanisław, Na dworze królewskim dwóch ostatnich Jagiellonów, Gebethner i Wolff, 1924.
  9. Wojtyska Henryk Damian, Papiestwo – Polska 1548-1563. Dyplomacja, Towarzystwo Naukowe Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, 1977.
  10. Wyczański Andrzej, Studia nad konsumpcją żywności w Polsce w XVI i w pierwszej połowie XVII wieku, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, 1969.
Artykuł został uzupełniony 15 września 2014 zgodnie z sugestiami czytelników.

Czy wiesz, że ...

...26 maja 1604 roku król Francji Henryk IV cudem uniknął śmierci w wyniku otrucia. Zabójczy specyfik próbował mu podać ksiądz – podczas komunii. Władcę uratował jego pies, który chwycił zębami królewskie szaty i go odciągnął. Do spożycia trucizny zmuszono za to duchownego. Mężczyzna zmarł na miejscu. 

...książę Karol Stanisław Radziwiłł „Panie Kochanku” słynął z rozrzutności i dzikich wybryków. Pewnego razu latem chciał pojeździć na saniach. A ponieważ nie było śniegu, to kazał wysypać dziedziniec nieświeskiego zamku cukrem i na nim urządzono kulig.

...w noc poślubną Piotr, mąż przyszłej carycy Katarzyny II nie spieszył się do żony, bo w międzyczasie… zamówił kolację. A gdy w końcu zjawił się w komnacie, śmierdzący alkoholem i tytoniem, niemal natychmiast zasnął.

...podczas egzekucji przez powieszenie zdarzały się poważne błędy? Jeśli kat użył za krótkiego sznura, śmierć nie przychodziła dostatecznie szybko, gdy za długiego – skazaniec często kończył bez głowy, bo ta urywała się pod jego ciężarem.

Komentarze (43)

  1. zaz Odpowiedz

    Z artykułu wynika, że przeciętnego chłopa nigdy w życiu nie było stać na złapanie w polu trzech zajęcy i opchnięcie ich w mieście.

    • Nasz publicysta | Autor publikacji |Kamil Janicki Odpowiedz

      Przede wszystkim nie byłoby mu wolno tego zrobić. Polowanie w lasach było co do zasady uprawnieniem królewskim. Tak samo prawo prowadzenia handlu było w miastach ściśle regulowane. Przypadkowy chłop nie mógł porzucić gospodarstwa i po prostu pojechać do najbliższego miasta sprzedać upolowanego królika… Zresztą sama taka wyprawa do prostych by nie należała.

      Poza tym – ogółem chłopi w tej epoce funkcjonowali w zasadzie poza systemem monetarnym. Rozliczali się w naturze, co miało i dobre i złe strony. Rzeczywiście często na wsi można było za darmo lub pół darmo zdobywać to, co w miastach kosztowało krocie.

      • zaz Odpowiedz

        Zające szaraki akurat nie żyją w lasach, nawet królewskich. To zwierzęta typowo stepowe, nawet wikipedia o tym informuje. Do czasu wprowadzenia szczepionek na wściekliznę, które spowodowały rozrost populacji lisów i co za tym idzie spadek zajęcy, zając był na polskich polach najbardziej popularnym szkodnikiem. Mnożył się jak królik, a nikt na niego nie chciał za bardzo polować, bo mięso z niego suche, bez szpikowania słoniną nawet dla biednego chłopa mało jadalne. Podręczniki survivalu wręcz zakazują polowań na zające, bo więcej z tego wysiłku niż kalorii. Zresztą po kiego grzyba polować na takiego chwasta, wystarczy założyć wnyki i w jedną noc w sadzie można było tego wyłapać kilkanaście. I teraz drogi autorze piszesz powtarzając za kimś bezkrytycznie, że za trzy można było dostać florena ? Taż nawet gdyby chłopi byli niewolnikami, to nic by ich nie powstrzymało przed masowym handlem zającami pod miejskimi murami. To przecież rynek wart miliony florenów rocznie. A nie byli niewolnikami, pańszczyzny do odróbki mieli w XVI najwyżej dwa dni w tygodniu od łanu. A i z mobilnością ówczesnych (i dawniejszych) Polaków nie było tak źle, skoro ja współczesny mieszczuch potrafię dziennie 50 km na piechotę zrobić, to człowiek który całymi dniami pracował fizycznie, na pewno wolałby i 200km raz na tydzień zrobić by dostać florena, niż zapieprzać przy zrywce drzew. A przecież per pedes nie był jedyną możliwością. Kilkadziesiąt lat temu na własne oczy widziałem jak pracując wiosłem rybacy z Broku w dwa dni potrafili po Bugu pod prąd dopłynąć pod Drohiczyn i z powrotem. Nurt Bugu w tym miejscu zasuwa co najmniej 5km/h, szybciej niż Wisła pod Krakowem. Po kiego grzyba łowić ryby jak można łapać zające i dostawać za nie florena za 3 ? Etc.
        Jak się chcesz autorze wziąć za takie wyliczenia, to sugeruję zdecydowanie bardziej krytyczne spojrzenie na źródła. Pomijając błędy w kronikach, pomijając przekręty w rachunkach, warto tez pamiętać że i ówcześni kronikarze miewali poczucie humoru.

        • Nasz publicysta | Autor publikacji |Kamil Janicki

          Drogi zazie, informacja o zającach ogółem znalazła się w artykule jako dodatek humorystyczny, nie przywiązywałbym do niej większego znaczenia.

          W każdym razie cena (6 zajęcy za 3,5 grama srebra) pochodzi z tablic cen dla Lublina (szczegóły w bibliografii). Dokumenty miejskie notowały sprzedaż zajęcy i ceny właściwie dla każdego roku, więc handel nimi musiał być dość rozpowszechniony. Co zaś do powszechności zajęcy – obawiam się, że przenoszenie dzisiejszej sytuacji na wiek XVI jest cokolwiek niebezpieczne .Nie bierzesz pod uwagę jak wielu naturalnych drapieżników miał w tamtej epoce zając. Nie znam osobiście żadnej pracy, która jasno wskazywałaby, że w XVI wieku zające były plagą. Ogółem prawdę mówiąc nie pamiętam, abym w źródłach spotkał się z jakimiś zającami nie licząc rachunków kuchni królewskiej czy właśnie danych handlowych. A czy ich mięso było smaczne? Myślę, że gusta XVI-wiecznych mieszczan i XXI-wiecznych autorów podręczników survivalu mogą się różnić.

        • Piotr "Zegarmistrz" Muszyński

          Takie ogromne ceny w stosunku do niewielkich zarobków wynikają z tego, że w XVI wiecznej Polsce panowała gospodarka agrarna, a nie rynkowa. Oznacza to, że ludzie w 90 lub 95% żyli z tego, co udało im się uzyskać z roli. Jedli to, co urosło na polach, co dały zwierzęta lub co urosło w ogrodzie. Kto nie miał pola lub przynajmniej małego ogródka: ten albo był karmiony przez pracodawce, albo żebrał. Na bogatych natomiast pracowali najczęściej chłopi. Gospodarstwa były w dużej mierze samowystarczalne i dotyczyło to także miast, które były otoczone polami. Zresztą, spora część potrzeb była załatwiana w ramach wspólnot sąsiedzkich: jeden uprawiał konopie, drugi hodował świnię i jak przyszło co do czego, to się zamieniali bez udziału pieniędzy.

          Sprzedawano tylko nadwyżki, kupowano tez tylko za nadwyżki. Ogromna część zajęć, w tym duża część rzemiosła była zwyczajnie zajęciami dodatkowymi.

      • mg Odpowiedz

        Nie wiem czy z tezą, że „Chłopi funkcjonowali poza systemem pieniężnym” w XVI wieku zgodziłby się autor tego opracowania: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/32885/chlopi-i-pieniadze-na-przelomie-sredniowiecza-i-czasow-nowozytnych . Generalnie to poziom upieniężnienia gospodarstw chłopskich wynosił 10-30 % wartości ich produkcji. Resztę zużywano na własne potrzeby. Już w XIII wieku w Polsce teza ta nie byłaby prawdziwa. http://ww.w.sredniowieczna.com/1968,kamil-radomski-%E2%80%93-upienieznienie-gospodarstw-kmiecych-w-malopolsce-w-latach-1253-1370.html.

  2. macko Odpowiedz

    Jaka piszcząca bieda, przecież nasi chłopi już w XV wieku umieli czytać, niektórzy nawet pisać, a mięso jedli 3 razy w tygodniu. W tym czasie Francja co 6-9 lat przeżywała kolosalne klęski głodu.
    Poza tym brak odniesienia w artykule np. do cen towarów codziennej potrzeby, wysokości podatków, cen nieruchomości itd itp, taki na wyrywki pisany. Co z tego, że za florena kupowało się 6 zajęcy, jeśli nie można odnieść tego do cen innych towarów, np chleba, albo chociaż zboża? To drogo, czy niedrogo? W ogóle zając był popularnym posiłkiem, czy jedzono go jako luksus? Przydałoby się także przybliżenie całego, dosyć skomplikowanego systemu monetarnego. Były przecież jeszcze monety o dużo drobniejszej wartości, mówienie tylko i wyłącznie o czerwonych złotych to jak rozprawianie o banknotach 1000-dolarowych… No fajnie, ale są jeszcze 10-, 5- i jednodolarówki, nie wspominając już o centach :)

    • Nasz publicysta | Autor publikacji |Kamil Janicki Odpowiedz

      Drogi Macko,
      Dzięki za komentarz. Celem artykułu była (chyba dość karkołomna) próba opowiedzenia o skomplikowanym temacie w możliwie prosty sposób. Stąd pewne trywializacje. Przede wszystkim ograniczyłem się do waluty „obrachunkowej” czyli do florenów (złotych polskich, a nie tak zwanych czerwonych złotych, będących środkiem płatniczym). To jak ta waluta przekładała się na fizyczne monety i jak postępowała w XVI wieku inflacja grosza jest osobnym, bardzo skomplikowanym tematem. Omówienie wszystkich zagadnień w jednym miejscu zaciemniłoby chyba wywód, a w efekcie to co miało był przystępną prezentacją renesansowych cen i płac stałoby się kolejnym hermetycznym wykładem z historii finansów.

      Co do drugiego z Twoich zastrzeżeń. Tabele cen są dość łatwo dostępne dla wieków XVII-XVIII, ale na ile zauważyłem dla XVI wieku trudniej o ścisłe informacje na temat towarów pierwszej potrzeby. Przykładowo podawane są raczej ceny zbóż, niż chleba. Z kolei wiele innych towarów trudno przeliczyć na dzisiejsze systemy miar. Mam chociażby problem z odgadnięciem co dokładnie mogła oznaczać „kopa sera” albo „ćwierć mięsa woła” (jakieś sugestie?).

      Chętnie natomiast przyjmę wszelkie rady co do tego gdzie Twoim zdaniem można szukać dodatkowych informacji albo w jaki sposób warto uzupełnić artykuł. Postaram się na pewno dorzucić jutro informację o przykładowych cenach nieruchomości, akurat o to nie trudno.

      • Nasz publicysta |Agnieszka Wolnicka Odpowiedz

        Ćwierćtusza wołowa to wielkość do dziś używana w handlu mięsem. Ze względu na wielkość zwierzęcia trudno go transportować w całości i dlatego tuż po uboju należy go podzielić (no i oczywiście wyjąć podroby). Obecnie dorosłe osobniki potrafią mieć ok. tony wagi. Podejrzewam, że w XVI w. było to znacznie mniej. Oceniłabym wagę takiej ćwierci wołowej sprzed wieków na ok. 150 kg, jednak bez dokładniejszych badań na temat wielkości ówczesnego bydła jest to tylko wartość szacunkowa…

      • bk Odpowiedz

        „Kopa sera” to może kopa (60 sz.) serowych gomółek? Tylko, zabij a nie wiem, jakiej wielkości była w danym miesjcu i czasie taka gomółka.

        Art ciekawy. Dyskusja pod nim – inspiprująca.

    • Nasz publicysta | Autor publikacji |Kamil Janicki Odpowiedz

      A! Jeszcze kwestia tych nieszczęsnych chłopów. To akurat – mówiąc krótko – bujda i propaganda. No ale spróbuję napisać na ten temat osobny artykuł i zapraszam do dyskusji pod nim.

  3. adam Odpowiedz

    Proponuję pochodzić po polach z wykrywaczem metalu. Będą panowie wtedy wiedzieli czy chłopi mieli monety i jakie :D Pozdrawiam

    • Nasz publicysta | Autor publikacji |Kamil Janicki Odpowiedz

      Zakładanie z góry, że moneta znaleziona w jakimś polu musiała należeć do chłopa jest cokolwiek ryzykowne. Naprawdę przeróżne rzeczy lub osoby mogły się znajdować na tym polu 500 lat wcześniej. Swoją droga bardzo nieprawdopodobne wydaje mi się odnalezienie XVI-wiecznych, a co dopiero złotych monet…

    • Anonim Odpowiedz

      Mnóstwo boratynek, ale mam wrażenie, że boratynki gubiło pospolite ruszenie przewalające się po polskich polach, bo chłopi w pole z monetami nie wychodzili, mam wrażenie że liczyli każdy szeląg, a wojacy jak to wojacy, zdrowo sobie popijali, wszystko nosili przy sobie i pewnie gubili ile wlezie.

      • Nasz publicysta | Autor publikacji |Kamil Janicki Odpowiedz

        Baratynki były przede wszystkim naprawdę niewiele warte. Dopiero cały kilogram tych monet był wart dukata. Tak więc zgubienie jednej boratynki raczej nikogo nie bolało. Zgubienie kilku też.

        No ale to już jest zepsuty pieniądz z połowy XVII wieku, bity w milionach egzemplarzy. Znalezienie monet z XVI wieku ot tak w polu wciąż wydaje mi się wysoce nieprawdopodobne :).

  4. Lena Odpowiedz

    Andrzej Wyczański w „Studiach nad konsumpcją żywności w Polsce w XVI i pierwszej połowie XVII wieku” podaje, że koszt wyżywienia sługi folwarcznego wynosił dziennie około 0,30 grosza. To może pokazywać mniej więcej ile kosztowało dzienne utrzymanie jednej osoby.

    • Nasz publicysta | Autor publikacji |Kamil Janicki Odpowiedz

      Leno, dzięki za informację, choć tutaj nasuwa się parę problemów… Pracę Wyczańskiego czytałem parę lat temu, ale nie pamiętam jak odniósł (i czy odniósł?) to wyliczenie do inflacji grosza. Na początku XVII wieku grosz był wart już przynajmniej kilkanaście razy mniej niż w pierwszej połowie XVI wieku. Stąd trudno właściwie powiedzieć co oznacza 0,30 grosza. W 1518 roku było to całkiem sporo. W 1650? Bardzo mało. Aby zabezpieczyć się przed tym problemem w powyższym artykule oparłem się na cenie towarów i wysokości płac w gramach złota, te zaś przeliczałem na walutę sztywną, czyli floreny.

      Druga sprawa – pytanie co oznacza dzienne utrzymanie? Jeśli tak zwaną trofę, to też trzeba pamiętać, że trofy są co do zasady zaniżone. Przykładowo dzisiaj jedna trofa wynosi – zdaje się – około 8 złotych. Trudno nazwać to realnym kosztem wyżywienia na dzień, nawet w przypadku gorzej sytuowanych grup społecznych.

      • Anonim Odpowiedz

        Ta konkretna wartość dotyczy lat 1536-56, w 1649 wzrosła do 3,94. Wyczański podaje też różne wartości dla różnych grup społecznych i terenów. To tak dla jasności.

  5. Wojciech Dastych Odpowiedz

    Para butów pospolitych wahała się w XVI wieku 7 do 17 groszy, a trzewików, od 4 do 12 groszy. Stwierdzenie, że para dobrych butów kosztowała tyle, co wół rzeźny (od 70 do 295 groszy) lub wół pociągowy (75 – 107 groszy), to absurd.Koń pociągowy kosztował od 270 do 700 groszy, natomiast koń pod wierzch – od 480 do sum przekraczających 20 dukatów. Ubrać się jednak mógł każdy. Uszycie spodni gorszego gatunku kosztowało zaledwie 2 grosze. czyli tyle co bochenek chleba. Cena za uszycie chłopskiego kożucha wynosiła 10 groszy, kapelusz chłopski był dostępny za 2 grosze, buty za 7-17 groszy, koszula lniana za 5-8 groszy. Ba, wykonanie rycerskiego kapelusza dobrego wynosiło zaledwie 6 groszy, a pary butów rycerskich wysokich z podwójnymi podeszwami – 20 groszy. Za: J.A. Szwagrzyk, „Pieniądz na ziemiach polskich”. Nie ma pan racji panie Kamilu, pisząc, że nieprawdopodobne jest znalezienie monet na polskim polu. Przeciwnie, powiem, że mało prawdopodobnym jest, że przejdzie pan jakieś pole i nie znajdzie ani jednego szeląga. Miedziany potop zalał Polskę w XVII wieku, a boratynka, nazywana przez niektórych „solą polskiej ziemi”, była monetą bitą w milionach egzemplarzy i była w użyciu jeszcze w II połowie XVIII wieku. W XVIII wieku nastąpiła talka inflacja, że transakcje były nierzadko dokonywane przy udziale całych beczek wypełnionych boratynkami. Biorąc pod uwagę ich małą średnicę, nie należy sie dziwić, że wszędzie tego pełno i pewnie niejeden raz pan po boratynkach depcze

    • Nasz publicysta | Autor publikacji |Kamil Janicki Odpowiedz

      Panie Wojciechu,
      Swoje dane dotyczące cen oparłem na tabelach dla miasta Lublina, w każdym przypadku dla najwcześniejszego dostępnego roku: Adamczyk Władysław, Ceny w Lublinie od XVI do końca XVIII wieku, Instytut Popierania Polskiej Twórczości Naukowej, 1935.

      Grosz to jest bardzo niemiarodajny punkt odniesienia. Pisze Pan o XVI wieku, a przecież na koniec XVI wieku grosz był wart kilka razy mniej niż na początku. Lepiej opierać się chyba na sztywnych miarach – gramach złota lub srebra, które można, również w sposób sztywny, przeliczać na floreny.

      Co do znajdywania monet – chodziło mi tylko o monety XVI-wieczne, kiedy pieniądz nie był jeszcze zepsuty. To, że baratynkę można znaleźć z wielką łatwością jest zupełnie oczywiste.

    • Nasz publicysta | Autor publikacji |Kamil Janicki Odpowiedz

      Panie Wojtku, nigdy nie usuwamy komentarzy, chyba że naruszają polskie prawo (mowa nienawiści i takie sprawy). O treści artykułu chętnie z Panem podyskutuję, a jeśli będzie trzeba – przyznam się do błędów.

      Pozwoliłem sobie podać powyżej na jakich danych ja się oparłem. Z czego widzę nie są one w wielu punktach wcale tak bardzo rozbieżne. Jeśli brać pierwszą liczbę i odnosić do wartości florena w groszach wychodzi:

      za konia pociągowego – 8,5 florena
      za woła – 2 floreny

      Tak więc podobne liczby, jak podawane przeze mnie. Przechodząc do pozostałych cytowanych przeze mnie cen – niestety lubelskie tablice, choć szczegółowe, to nie podają jakości – tylko średnią cenę produktu. Dla lat 70 XVI wieku na podstawie kilku zapisek źródłowych są to ceny do 2 florenów (6 gramów złota) za kożuch/parę butów. Nie wiem jak Pan by tłumaczył tak dużą rozbieżność? Nie sądzę by był to błąd w przytoczeniu danych.

      • Wojciech Dastych Odpowiedz

        Moneta groszowa została wprowadzona na mocy Konstytucji z 1526 roku i jej wartość pozostawała stała aż do schyłku XVI wieku, więc strzela Pan trochę na ślepo (cyt. „Grosz to jest bardzo niemiarodajny punkt odniesienia. Pisze Pan o XVI wieku, a przecież na koniec XVI wieku grosz był wart kilka razy mniej niż na początku”). Dlatego też można przyjąć, że przy omawianiu XVI wieku, po 1526 roku rzecz jasna, można uznać grosz jako wiarygodny punkt odniesienia. Dla przykładu, we Wrocławiu cena talara w latach 1585 i 1598 była taka sama i wynosiła 36 groszy, podczas gdy cena talara również wzrosła w tym okresie niewiele, bo od 54 do 58 groszy.
        Nie wierzę, że w Lublinie ubrania osiągały tak niewiarygodnie wysokie ceny, źródło, do którego się Pan odwołuje, jest niewiarygodne. Pan Szwagrzyk podaje siłę nabywczą grosza na przestrzeni XVI wieku, powołując się na dane z wielu miast, od Gdańska. Poznania, Torunia i Krakowa, po Sląsk, Warmię i Mazury. Sporadycznie pojawia się Lublin. Ceny ubrań naprawdę są niewielkie.

        • Wojciech Dastych

          Podejrzewam, że przytacza Pan ceny polskiej odzieży pochodzące z XVII wieku, a to już inna sprawa, bo na przełomie XVI i XVII wieku zaczęła się postępująca deprecjacja polskich jednostek monetarnych, która z czasem przerodziła się w głęboki kryzys

        • Nasz publicysta | Autor publikacji |Kamil Janicki

          Ceny są z początku lat 70. XVI wieku – nie z XVII wieku. I sa, jak już pisałem, wyliczane z ceny w gramach złota, a nie w groszach, aby zniwelować wpływ deprecjacji wartości monety.

  6. Anonim Odpowiedz

    A tak odnośnie tych zajęcy to w żadnym spisie nie znalazłem cen dziczyzny. Jeśli wyłączne prawo do zabijania zajęcy miał pan na włościach to mógł windować ceny wedle własnego widzimisię, nie sądzę natomiast żeby chłopi kwapili się do kłusownictwa, jeśli złapanie ich na gorącym uczynku oznaczało dekapitację, a to samo groziło w przypadku donosu przez „życzliwego” sąsiada lub potencjalnego nabywcy.

  7. Monika Odpowiedz

    Panie Kamilu, ze świetnego artykułu i odpowiedzi na komentarze wynika, że ma Pan wielką wiedzę i jeszcze większą cierpliwość.

    • Nasz publicysta | Autor publikacji |Kamil Janicki Odpowiedz

      Pani Moniko, dziękuję, Pani komentarz bardzo mnie cieszy! Co zaś do dyskusji – sam wiele się z niej dowiedziałem i miałem okazję sięgnąć po nowe lektury. Udział w takich dyskusjach to czysta przyjemność – nawet jeśli czasem trzeba się trochę pokłócić :). Przy okazji myślę, że dzięki komentarzom moja nowa książka („Damy złotego wieku”) będzie nieco lepsza. Na ostatniej prostej wprowadziłem kilka poprawek dotyczących właśnie cen i płac. Pozdrawiam!

  8. Dona Odpowiedz

    Przed wiedzą Pana Wojciecha i Pana Kamila chylę czoło. Uwielbiam czytać takie komentarze- czasami lepiej wyjaśniają istotne sprawy i pochodzą z różnych źródeł. Taka ilość wiedzy mi imponuje. Brawo PANOWIE. Pozdrawiam świątecznie- Dona.

  9. Terenna Odpowiedz

    Bardzo ciekawy artykuł, serdeczne gratulacje dla autora za ogrom pracy, który włożył. spory akademickie nad drobnostkami, o które tu się niektórzy kłócą, napawają mnie zdziwieniem. niemniej zadziwiły mnie niektóre fakty, zwłaszcza w kontekście współczesnej tzw. płacy minimalnej. pozdrawiam autora i czekam na nowe ciekawe teksty.

  10. pracuś Odpowiedz

    1 floren = 1000 zł. Wszystkie anomalie cenowe można wytłumaczyć. Nauczyciel pracował za 500 zł – zapewne raz w tygodniu, wobec braku przymusu szkolnego. Buty po 1000 – dobrej jakości, dzisiaj też są takie. Oliwa po 250 za litr – wożona z Włoch kóńmi – cena zapewne rosła z kwadratem odległości. A chłop miał parobków (czyli pracowników), zdrowe żarcie, własny dom, żonę bez ryzyka rozwodu – po co mu pieniądze? Turystyki przecież nie było. Poza tym wszystko wygląda jak dzisiaj. Tak więc proszę nie wyciągać zbyt daleko idących wniosków co do rzekomej biedy w tamtych czasach – wszystko było w normie.

  11. InsidePRL Odpowiedz

    Czytając artykuł zastanawiam się jak Karol V Habsburg byłby stanie zadłużyć się na 3mln florenów w augsburskiej rodzinie bankierów Welserów.

  12. Agnieszka Krajewska Odpowiedz

    Dzięki, że jesteś! Mieszczka łowicka ufundowała w swej parafii w 1601 roku altarię w kwocie 500 florenów. Podejrzewałam, że dużo. Szacując po obecnych cenach, że opłata codziennej Mszy św. w kościele przez rok, to kwota około 2000 zł. Jeśli to np 10% od kwoty fundacji, czyli 20000, to dziś nie tak dużo… Z Twojego artykułu dowiedziałam się, że to kwota na tamte czasy ogromna! Nasza mieszczka była prawdopodobnie matką Jakuba Roszka, burmistrza Krakowa z lat 1610 – 1618 i osobistego lekarza biskupa Piotra Tylickiego . Czy załatwiła synowi tą fundacją lepszą pozycję (społeczną ), czym otworzyła drzwi do patrycjatu krakowskiego? Tak podejrzewam.
    A w sprawie kopy sera, to z racji wieku ( emerytalnego) pamiętam domowy wyrób serów i ich sprzedaż na targu. Z 5 litrów mleka otrzymuje się około 1 kilograma sera białego. Jest to wygodny krążek wielkości dużego płaskiego talerza i grubości od 3 do 5 cm, w zależności, „jak wyjdzie”, no i wagę miał w zależności od tego „wyjdzie” różną (ale ciągle około kilograma). Taki krążek sera jest ilością ekonomiczną do wyprodukowania w warunkach domowych nawet codziennie na własne potrzeby albo na sprzedaż. Produkcja bardzo prosta: ze zsiadłego mleka zdjąć śmietanę (i zrobić z niego masło – mikserem chwila) mleko ogrzać, bez wrzenia. Jak pływa w nim twaróg – czyli zwarzone (nie ma błędu) – odcedzić przez gazę (luźno tkaną szmatkę) na sicie. Niech postoi godzinę, aby zeszło jak najwięcej serwatki (frakcji ciekłej). Co zostanie w szmatce – twarożek (można już zjeść albo) – odcisnąć zawinięty ciągle w szmatce i włożony między dwie deski (np kuchenne do krojenia) oraz obciążony np 5 litrowym garnkiem z wodą przez noc. Pycha. Poleży dłużej, podeschnie, będzie droższy, lecz łatwiejszy w transporcie. Posolony z wierzchu i posypany ziołami, przetrwa długo. Jak pokryje go z czasem pleśń – ciągle jadalny, wszak Francuzi najbardziej go cenią! Smacznego.
    Myślę, że 60 takich, dobrze odciśniętych i obsuszonych krążków, może nawet ciągle zawiniętych w „macierzysta szmatkę lnianą” to właśnie ta kopa sera, o którą pan pyta. Spokojnie mozna ją było załadować na wóz z prowiantem na wyprawę wojenną.

Odpowiedz na „Agnieszka WolnickaAnuluj pisanie odpowiedzi

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.