Kontrowersje, odkrycia, bohaterowie i łajdacy. Fascynujące opowieści na każdy dzień od najpopularniejszego magazynu o historii w Polsce

Największe absurdy w pracy polskich dyplomatów

Typowy dzień w powojennym MSZ. Kadr z filmu "Nie lubię poniedziałku".

Typowy dzień w powojennym MSZ… Kadr z filmu „Nie lubię poniedziałku”.

Urzędowa instrukcja mycia szklanek. Poszukiwania zastępczej żony. Walka z siłami nadprzyrodzonymi oraz szmuglowanie ludzi. Czy to sceny z niezrealizowanej komedii Stanisława Barei? Nie, to codzienność życia polskich ambasadorów.

Jak piszą autorzy wydanej właśnie książki „Ambasadorowie”, swego czasu po korytarzach budynku Ministerstwa Spraw Zagranicznych krążyło powiedzenie opisujące typową karierę dyplomaty: „Radca, starszy radca, i bardzo stary radca”.

Awanse były szybsze w PRL-u, gdy kluczowe znaczenie miały punkty za pochodzenie. Nic dziwnego, że ambasadorem w Londynie na przełomie lat 50. i 60. został… włókniarz. Największy problem polegał na tym, że miał nieprzepartą potrzebę dotykania ubrań swych rozmówców. Był zbyt ciekawy, z jakiego materiału zostały wykonane.

Przerażony, czym może się to skończyć na Wyspach, szef protokołu dał mu tuż przed wyjazdem radę: „Towarzyszu ambasadorze, królowej nie macajcie, ona ma wszystko ze stuprocentowej wełny”.

Awantura o meble

Za najgorszą zsyłkę uważano za komuny wyjazd na placówkę w Ułan Bator. Tymczasem zdarzyło się, że w stolicy Mongolii rezydowało aż dwóch polskich dyplomatów – drugi, Tadeusz Strójwąs, wysłany był z ramienia ONZ.

W Ułan Bator kilkadziesiąt lat temu zdobycie mebli graniczyło z cudem. Polski ambasador przekonał się o tym bardzo boleśnie... Pchli targ w stolicy Mongolii w 1972 roku (fot. Vadaro, lic. CC BY-SA 4.0, 3.0, 2.5, 2.0 i 1.0).

W Ułan Bator kilkadziesiąt lat temu zdobycie mebli graniczyło z cudem. Polski ambasador przekonał się o tym bardzo boleśnie… Pchli targ w stolicy Mongolii w 1972 roku (fot. Vadaro, lic. CC BY-SA 4.0, 3.0, 2.5, 2.0 i 1.0).

W biednym Ułan Bator wiele produktów było niedostępnych. Jak choćby meble. Polski ambasador zaproponował więc Strójwąsowi, by zabrał kilka starych i zniszczonych rupieci: komodę, szafkę, stół i krzesła. ONZ-owski przedstawiciel je odnowił – i to tak dobrze, że wkrótce spotkał się z… żądaniami oddania mebli! Jak wspomina Strójwąs:

Ambasador posadził mnie naprzeciwko okna. Był ranek, właśnie wzeszło ostre słońce i świeciło mi prosto w twarz. I jak na przesłuchaniu zaczęło się: „Skąd wyście, Strójwąs, wzięli te meble? A dlaczego wyście je wzięli?”.

I Strójwąs musiał zwrócić z trudem odrestaurowane wyposażenie.

Byle nie do Wenezueli

Jerzy Bahr w 1976 roku otrzymał propozycję wyjazdu na placówkę. Jedyny człowiek w MSZ, który znał język rumuński, miał wyjechać do… Wenezueli. Osłupiały Bahr, który nie miał nic wspólnego z Ameryką Południową, usłyszał, że przecież hiszpański i rumuński to takie podobne języki…

Artykuł powstał między innymi na podstawie książki Łukasza Walewskiego i Marcina Pośpiecha pod tytułem "Ambasadorowie" (Wyd. SQN 2016).

Artykuł powstał między innymi na podstawie książki Łukasza Walewskiego i Marcina Pośpiecha pod tytułem „Ambasadorowie” (Wyd. SQN 2016).

Jakimś cudem udało mu się wymigać. I chyba dobrze na tym wyszedł. Jak piszą Łukasz Walewski i Marcin Pośpiech, przedstawiciele w Caracas walczyli wówczas z… klątwą! Żony kolejnych ambasadorów umierały przedwcześnie w wyniku nagłych zachorowań lub wypadków. W domu nieraz nieoczekiwanie spadały obrazy ze ścian, a szafy same się otwierały.

To ambasada, czy burdel?

Placówka zagraniczna – wizytówka Polski w obcych stolicach – powinna mieścić się w reprezentacyjnej dzielnicy. Ale w 2003 roku nowy ambasador w Bangkoku Bogdan Góralczyk z przerażeniem odkrył, że nie dość, że jego siedziba znajduje się w drewnianej ruderze, to jeszcze ulokowanej w centrum ulicy czerwonych latarni. Po działce walały się nawet zużyte kondomy.

Ambasador postanowił zmienić siedzibę, ale centrala miała kłopot z wyskubaniem pieniędzy na ten cel. Wreszcie zakupił piętro w wieżowcu. A dawny budynek ambasady? Został sprzedany właścicielowi sąsiedniego lokalu i stanowi teraz część obiektu nocnych rozkoszy…

Jerzemu Bahrowi udało się uchronić się przed wyjazdem na przeklętą placówkę w Caracas, za to później przeżył niejedną przygodę rezydując w... Kaliningradzie (fot. Mariusz Kubik, lic. CC BY 3.0).

Jerzemu Bahrowi udało się uchronić się przed wyjazdem na przeklętą placówkę w Caracas, za to później przeżył niejedną przygodę rezydując w… Kaliningradzie (fot. Mariusz Kubik, lic. CC BY 3.0).

Natomiast budynek naszej ambasady w Algierze w czasach II wojny światowej był sławnym burdelem dla francuskich oficerów. Jeszcze przez wiele dziesięcioleci podawanie jej adresu we Francji powodowało ironiczne uśmieszki w towarzystwie.

Absurdogenny szef

Choć Krzysztof Skubiszewski położył ogromne zasługi w dziedzinie polskich stosunków zagranicznych, jego codzienna postawa szokowała. Ten szef MSZ w latach 1989-1993 potrafił zacząć wizytę na placówce od zapytania ambasadora ze zdziwiem w głosie: „To ja pana jeszcze nie odwołałem?”.

Częstym motywem jego wizyt była odmowa jedzenia – do legendy przeszły kanapki „Skubiego”. Jednemu ambasadorowi najpierw zrobił awanturę, że nie będzie jadł z nim kolacji i zawołał o swoją kanapkę. Tymczasem do stołu usiedli zaproszeni przedstawiciele Polonii. A Skubiszewski na to: „To wy tam ucztujecie, a mnie jakieś kanapki przynosicie?!”.

"Panie Ministrze, oto Pańska kanapka" (fot. kanapki autorstwa leigh wolf (Flickr), lic. CC BY 2.0, fot. "Skubiego" autorstwa Eteru, lic. CC BY-SA 3.0).

„Panie Ministrze, oto Pańska kanapka” (fot. kanapki autorstwa leigh wolf (Flickr), lic. CC BY 2.0, fot. „Skubiego” autorstwa Eteru, lic. CC BY-SA 3.0).

Kiedy indziej przyleciał do Moskwy nocą, lokując się w hotelu przy ambasadzie. Skromny posiłek był wliczony w cenę. Ale kiedy Skubiszewski zobaczył jedzenie, którego nie zamawiał, zaczął łajać podwładnych, że urządzili „wystawną kolację”. Od razu zapytał o kanapkę, którą zrobił w samolocie. Po przetrząśnięciu bagaży została odnaleziona, a minister ostentacyjnie się nią posilił. Gdyby tylko wiedział, że została znaleziona w jego bucie…

Ten artykuł ma więcej niż jedną stronę. Wybierz poniżej kolejną, by czytać dalej.

Komentarze (5)

  1. mariner Odpowiedz

    Skubiszewski to przyklad jak ludziom wladza idzie do glowy bez wzgledu na ideologie.Czy komuchy czy solidaruchy to wladza odbiera klase nawet profesorom ata wlasnie w dyplomacji powinna stanowic podstawowa zasade.

Dodaj komentarz

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.