Kontrowersje, odkrycia, bohaterowie i łajdacy. Fascynujące opowieści na każdy dzień od najpopularniejszego magazynu o historii w Polsce

Najbardziej krwawi seryjni mordercy PRL-u [18+]

Milicja Obywatelska to nie tylko gaz łzawiący i armatki wodne podczas tłumienia strajków. Nie zapomnijmy, ze milicjanci na co dzień zajmowali się łapaniem przestępców. Kadr z kultowego serialu "07 zgłoś się".

Kadr z kultowego serialu „07 zgłoś się”.

Zwłoki porzucone na pustkowiu lub w bocznych uliczkach miast. Okaleczone, obnażone, wykorzystane. Z takimi widokami musieli się mierzyć PRL-owscy milicjanci. Jak schwytać seryjnego zabójcę, jeśli oficjalnie władza zaprzecza, że taki grasuje? Poznajcie opowieści o czterech polskich zwyrodnialcach i o pogoni za potworami w ludzkiej skórze…

Szły samotnie ciemną ulicą. Był późny wieczór. A może już noc? Spieszyły się, by jak najszybciej dotrzeć na miejsce, w którym pewnie czekał na nie ktoś bliski. Nigdy jednak nie wróciły do domów, gdyż na ich drodze stanął on – niepozorny, miły, być może nawet przystojny mężczyzna. Miał tylko jedną wadę – był seryjnym mordercą.

„Elegancki morderca”: ten pierwszy

Władysław Mazurkiewicz był człowiekiem bogatym i szanowanym. W trudnych, powojennych czasach wyróżniał się tym, że jeździł luksusowym samochodem i pachniał drogimi, zachodnimi perfumami. Zabawny, atrakcyjny, dobrze wychowany i zawsze elegancki, wzbudzał podziw wśród mężczyzn i zachwyt u kobiet. Nikt nawet przez chwilę nie domyślał się, że był on okrutnym seryjnym mordercą. Pierwszym w powojennej Polsce, popełniającym przestępstwa wyłącznie dla zysku.

Drugie, znacznie bardziej przerażające oblicze, mężczyzna odkrył w sobie jeszcze w czasie wojny, w roku 1940. Swoje ofiary uśmiercał cyjankiem potasu. Truciznę podawał w herbacie lub kanapkach z szynką. Po zabójstwie zabierał pieniądze i biżuterię, a ciała nieszczęśników topił w Wiśle. Wyjątek zrobił tylko dla swoich dwóch sąsiadek, których zwłoki zamurował w podłodze własnego garażu.

Władysław Mazurkiewicz miał aparycję amanta filmowego. Kto mógł podejrzewać, że tak na prawdę jest krwawym mordercą? (zdjęcie prasowe z 1956 roku).

Władysław Mazurkiewicz miał aparycję amanta filmowego. Kto mógł podejrzewać, że tak na prawdę jest krwawym mordercą? (zdjęcie prasowe z 1956 roku, domena publiczna).

Wkrótce zamienił truciznę na pistolet. Swoim ofiarom strzelał w głowę. Uważał, że tak jest szybciej. W 1955 roku popełnił jednak błąd, który zaprowadził go na szubienicę. Podczas podróży samochodem jego współpasażer zasnął. Mazurkiewicz postanowił to wykorzystać. Zatrzymał się i strzelił do mężczyzny.

Niczego nieświadomy biznesmen uciekł, spłoszony nagłym hukiem. Nie miał świadomości, że w jego czaszce tkwi kula. Odkrył to dopiero lekarz, do którego człowiek ten zgłosił się z bólem głowy. Podejrzenia od razu padły na Mazurkiewicza.

W toku śledztwa odkryto, czym naprawdę zajmował się szanowany dżentelmen, który latem 1956 roku stanął przed sądem. Najpierw Mazurkiewicz nie przyznał się do winy, jednak po przedstawieniu niepodważalnych dowodów zmienił nastawienie. Od tego momentu z dumą opowiadał o swoich morderstwach. Przyznał się do zabicia 30 osób, w większości kobiet.

Więzienie przy ulicy Montelupich w Krakowie. To tutaj stracono "Pięknego Władzia" (źródło: domena publiczna).

Więzienie przy ulicy Montelupich w Krakowie. To tutaj stracono „Pięknego Władzia” (źródło: domena publiczna).

Opinia publiczna bardzo interesowała się jego procesem. Prasa szybko nadała mu przydomki „Eleganckiego mordercy” i „Mordercy-dżentelmena”. Milicjanci woleli go jednak nazywać „Upiorem Krakowskim”. Udowodniono mu jedynie sześć zabójstw.

To jednak wystarczyło, by skazać go na śmierć. W sądzie podczas procesu Mazurkiewicz zachowywał się dostojnie. Był dumny ze swoich czynów, uśmiechnięty, grzeczny i elegancki. Taki sam też poszedł na szubienicę pod koniec stycznia 1957 roku.

Historia pierwszego polskiego seryjnego mordercy ma swoje niemal filmowe zakończenie. Zapytany o ostatnie słowo, „Elegancki morderca” uśmiechnął się i ukłonił wszystkim, po czym powiedział: „Do widzenia panowie! Niedługo spotkamy się tam wszyscy!”

„Wampir z Zagłębia”: potwór czy ofiara?

Gdy w latach 60. XX wieku na Górnym Śląsku i w Zagłębiu doszło do serii brutalnych morderstw kobiet, na mieszkańców tych okolic padł blady strach. Gdzieś w ciemnych zakamarkach grasował seksualny maniak. Sposób napaści był zawsze podobny. Sprawca atakował kobiety na otwartym terenie, najczęściej blisko ich miejsca zamieszkania.

Śledził je, następnie zakradał się od tyłu i uderzał tępym narzędziem w głowę. Martwe ofiary zaciągał w ustronne miejsce, gdzie po ich rozebraniu, dokonywał najróżniejszych czynności seksualnych. Jednak nigdy nie dochodziło do waginalnego gwałtu.

Odkrywano ciała kobiet z rozchylonymi udami. Ich bielizna była pocięta, a narządy płciowe obnażone. Kiedy okazało się, że wszystkich ataków dokonuje ten sam seryjny morderca, sprawca szybko otrzymał od milicji operacyjny przydomek – „Wampir z Zagłębia”.

Poszukiwania "Wampira z Zagłębia" stały się sprawą polityczną, gdy ofiarą psychopaty padła bratanica pierwszego sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka. Morderca po prostu musiał się znaleźć (źródło: domena publiczna).

Poszukiwania „Wampira z Zagłębia” stały się sprawą polityczną, gdy ofiarą psychopaty padła bratanica pierwszego sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka. Morderca po prostu musiał się znaleźć (źródło: domena publiczna).

Służby oficjalnie nie informowały społeczeństwa o grasującym psychopacie. Jednak „ulica” wiedziała swoje. Ludzie szeptali i powtarzali zasłyszane plotki. Tymczasem ginęły kolejne kobiety. W ciągu pierwszych dwóch lat swojej działalność „Wampir z Zagłębia” zaatakował 16 kobiet.

Siedemnasta ofiara mordercy sprawiła, że nastąpił przełom w śledztwie. 11 października 1966 roku znaleziono zwłoki 18-letniej Jolanty Gierek, bratanicy Edwarda Gierka, który był wówczas I sekretarzem KW PZPR. Polskie władze postanowiły dopaść „Wampira z Zagłębia” za wszelka cenę. Nagle sprawa przybrała polityczny charakter – pojawiło się przekonanie, że sprawca „podniósł rękę” na władzę ludową. Do marca 1970 roku zwyrodnialec zaatakował 21 razy, dokonując 14 morderstw.

Ten artykuł ma więcej niż jedną stronę. Wybierz poniżej kolejną, by czytać dalej.

Artykuł porusza następujące tematy:

Czas akcji:

Miejsce akcji:

Komentarze (10)

  1. Czytacz Odpowiedz

    Dodam tyko, że z wykrywalnością takich zbrodniarzy w PRL bywało różnie. Z drugiej strony taki Ted Bundy też wpadł bo nie mógł się powstrzymać od mordowania.

    • Nasz publicysta | Adam Spodaryk Odpowiedz

      Faktycznie nie zaszkodziłoby dodać Józefa Pluty. Pewnie znalazłoby się jeszcze kilku morderców, o których można by wspomnieć. W artykule wszyscy by się nie zmieścili.
      Cieszymy się z takich komentarzy. Może jeszcze ktoś zna innych morderców wartych wspomnienia?

    • Nasz publicysta | Krakus Odpowiedz

      Moja babcia mieszkała w latach 50. przy ul. Poselskiej w centrum Krakowa. Niedaleko na rogu Poselskiej i Plant w obecnym budynku Muzeum Archeologicznego było więzienie i sąd. „Piękny Władzio” został stracony na Montelupich, ale z relacji babci wynika, że sądzili go przy Poselskiej. Proces był jawny i dźwięk z sali sądowej był transmitowany przez megafony na zewnątrz. Ponoć przysłuchiwało mu się mnóstwo ludzi. A Władzio naprawdę był jak filmowy amant. Babcia wspomina: „Oj, babki płakały jak go skazali”.

  2. Anonim Odpowiedz

    Szkoda ze niema mordercow takich zboczencow a teraz co? Panie Ziobro morderca przykladowo 20 lat i ma 35 i jest wolny? zwyrodnialec? I takiego skurwiela karmic jeszcze!!!Nawet jak dales zycie a i niedales nikomu nieodbieraj nigdy a najlepiej ,jezeli ktos kogos chce zabic to bedzie najlepiej jak sam sie zajebie!!!!!!!!!!!!

Dodaj komentarz

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.