Dzieci w sowieckich łagrach przechodziły twardą szkołę życia – trzy lata w przyłagiernym żłobku, cztery w domu dziecka dla przedszkolaków, siedem w sierocińcu dla uczniów, a po 14. urodzinach – praca w kołchozie lub sowchozie. O ile oczywiście zdołały przeżyć tak długo. Odebrane matkom, pozbawione opieki, były dziesiątkowane przez głód i choroby zakaźne. Często umierały w męczarniach...
W 1936 roku Józef Stalin zapoczątkował Wielką Czystkę, czyli polowanie na tzw. wrogów narodu. A tych w Związku Radzieckim najwyraźniej nie brakowało, skoro znajdowali się i wśród szarych obywateli, i wśród najbliższych współpracowników dyktatora.
„Dziękujemy, towarzyszu Stalinie, za nasze szczęśliwe dzieciństwo!”
Wrogiem narodu mógł być każdy – wystarczyło nie takie spojrzenie, nieprzemyślany dowcip, słówko szepnięte nieodpowiedniej osobie, a nawet kilkuminutowe spóźnienie do pracy!
Gdy już ofiara wpadła w trybiki stalinowskiej machiny terroru, sprawy toczyły się niezwykle sprawnie: aresztowanie, brutalne tortury, przyznanie się do winy, łatka trockisty, kułaka, szpiega obcego mocarstwa, antyrewolucjonisty lub szkodnika, a potem kara śmierci lub zsyłka do łagru.
Wrogiem narodu zostawało się razem z całą rodziną. Jeśli domniemany szpieg żył z kobietą, zostawała ona Członkiem Rodziny Zdrajcy Ojczyzny – i również trafiała do łagru. Magdalena Grzebałkowska w swojej najnowszej książce „Wojenka” opisuje:
Gdyby oboje mieli dzieci, każde z nich staje się wrogiem narodu i musi wraz z matką zostać ukarane zesłaniem, a następnie poddane resocjalizacji w domu dla dzieci wrogów narodu. Może się zdarzyć, że wróg narodu urodzi wroga narodu już w łagrze. Wówczas takie dziecko powinno zostać matce odebrane i przekazane do wyżej wymienionego domu dziecka.
Każdy dzień nieletniego wroga narodu musi zaczynać się wspólnym, wesołym okrzykiem: – Dziękujemy, towarzyszu Stalinie, za nasze szczęśliwe dzieciństwo!
Czytaj też: Przedszkolaki w pasiakach? Stalin zsyłał do łagrów nawet kilkuletnie dzieci
„Rząd radziecki nie karze tylko wychowuje”
Jak to „szczęśliwe dzieciństwo” wyglądało w rzeczywistości?
Rzadko mamy mięso i to w bardzo małych ilościach. Chleb tylko ciemny, a cukru nie widzieliśmy od trzech miesięcy. Młodsi nie mogą wytrzymać, zbierają obierki od ziemniaków i jedzą je. Czasami, z braku innych produktów, gotujemy kaszę z owsa – coś w rodzaju świńskich pomyj. […]
Dzieci noszą tę samą bieliznę miesiącami, a czasem nawet dłużej, bez zdejmowania, bo nie ma nic na zmianę. W łaźni pali się dwa razy w miesiącu i nawet wówczas dzieci muszą się myć bez mydła, więc atakują je pasożyty. Nie ma bielizny pościelowej, są materace, ale nieczyszczone od roku, koce są w strzępach i roją się od wszy.
Ten dramatyczny opis pochodzi z listu napisanego przez mieszkańców sierocińca w wiosce Mojka w 1926 roku, lecz – jak podkreśla Anne Applebaum – był to typowy opis domu dziecka w czasach sowieckich i mógł powstać w dowolnym momencie w latach 20., 30. lub 40.
Sytuacja małych łagierników była jeszcze trudniejsza. Jako wrogowie narodu, na dodatek niezdatni do pracy z uwagi na wiek, nie przedstawiali dla komendantury obozów większej wartości. Mimo oficjalnej linii propagandy, głoszącej, iż „rząd radziecki nie karze tylko wychowuje”, dla dzieci w łagrach samo codzienne życie miało być formą kary. Jak opisuje Applebaum:
Kwaterowano je najczęściej w najgorszych, najstarszych i najgorzej ogrzewanych budynkach – jeden z inspektorów stwierdził, że temperatura w barakach dla karmiących matek nigdy nie przekracza 11 stopni Celsjusza; inny trafił na dom dziecka, w którym ze ścian płatami odłaziła farba i nie było żadnego oświetlenia, nawet lamp naftowych.
Czytaj też: „Miałam straszne życie, ciężkie”. Dina Szulkiewicz, którą II wojna światowa ograbiła z dzieciństwa
Fabryki aniołków
Sowieckie sierocińce nazywano „fabrykami aniołków” już w latach 20. XX wieku. Nigdzie jednak to określenie nie było tak brutalnie trafne, jak w łagrach. Zaczynało się od samych narodzin. Magdalena Grzebałkowska w „Wojence” opisuje, jak wyglądała opieka nad niemowlętami uznanymi za „społecznie niebezpieczne”:
Trzy razy dziennie kobiety wchodzą do baraku żłobka w łagrze AŁŻIR, w całkowitym milczeniu. Odpinają koszule, do piersi przystawiają dzieci podane im przez opiekunki. (…) Dzieci wrogów narodu mają wyrosnąć na ludzi przyszłości, bez rodzinnych sentymentów. Kobiety, które je urodziły, powinny pozostać im obce, dlatego nie wolno się do córek i synów odzywać, uśmiechać ani im śpiewać. Kto by rozmawiał z własnym dzieckiem podczas karmienia, poniesie karę.
Gdy kobietom kończył się pokarm, zabraniano im dłużej przychodzić.
Tymczasem maluchy były pozostawione same sobie. Jedna z więźniarek urodzonych w łagrze, Lilia Salomonowna Wiercholewska, której historię opisuje w swojej książce Grzebałkowska, wspominała, że dopóki dzieci nie nauczyły się chodzić, leżały w łóżeczkach. Nie było mowy o czułościach, piosenkach, zabawkach.
Opiekunki miały jedynie utrzymać niemowlęta przy życiu. Co zresztą nie zawsze się udawało.
Czytaj też: Ojciec WSZYSTKICH dzieci. Galeria najbardziej kuriozalnych ilustracji Stalina z dziatwą
Życie roślin
Kiedy już dzieci opanowywały umiejętność chodzenia, wyprowadzano je na zewnątrz, przed barak. Inny z bohaterów „Wojenki”, Gieorgij Karitnikow, który pierwsze lata życia spędził w łagiernej ziemiance (alternatywie dla żłobka, o której władze obozu oficjalnie nie miały pojęcia), opisywał:
Wiedliśmy życie roślin. Można powiedzieć, że przez siedem lat spałem, jadłem, siedziałem na łóżku albo spacerowałem. Nikt nas niczego nie uczył, nikt z nami o niczym nie rozmawiał, nie bawił się z nami, nie śpiewał piosenek. Nie umiałem czytać ani pisać, mój zasób słów był bardzo ubogi. Kontakty między dziećmi chyba nie były zbyt wielkie, skoro nie pamiętam już nikogo z tamtego czasu.
Los dzieci z ziemianki i tych ze żłobkowych baraków niewiele się różnił – wszystkie głodowały tak samo. Wszystkie chorowały i umierały jedno po drugim. Wszystkim tak samo brakowało matczynej opieki. Tyle tylko, że te drugie po trzech latach musiały opuścić żłobek, by w domu dziecka zostać poddanym „resocjalizacji”.
Jewgienia Ginzburg, która pracowała jako wychowawczyni w obozowym sierocińcu, wspominała, że większość maluchów trafiających do placówek dla przedszkolaków nawet nie potrafiła mówić. Tylko niektóre czterolatki wypowiadały pojedyncze słowa:
– Popatrz – powiedziałam do Stasika, pokazując mu narysowany przeze mnie domek. – Co to jest? – Barak – dość wyraźnie odpowiedział chłopczyk. Kilkoma ruchami ołówka posadziłam przy domku kotka. Ale nikt go nie rozpoznał, nawet Stasik. Nigdy nie widziały takiego rzadkiego zwierzęcia. Oprowadziłam wtedy domek idyllicznym tradycyjnym płotkiem. – A to co? – Zona! Zona! – radośnie zawołała Wieroczka i zaklaskała w rączki.
Czytaj też: Mali żołnierze. Ile dzieci walczyło w Powstaniu Warszawskim?
Śmierć wrogom ojczyzny
Jak wylicza w „Wojence” Magdalena Grzebałkowska, w tzw. AŁŻIR-ze (Akmolińskim Łagrze Żon Zdrajców Ojczyzny, Akmolinskij Łagier’ Żon Izmiennikow Rodiny), stanowiącym część rozciągającego się 200 kilometrów wszerz i 300 kilometrów wzdłuż Karłagu, w latach 1938–1953 urodziło się 1507 dzieci. Przeżyła zaledwie setka. A była to przecież tylko jedna z wysp archipelagu Gułag.
Równie tragiczny był współczynnik śmiertelności wśród maluchów, które przyjeżdżały do łagrów z matkami. „Zimą, kiedy nie można ich pochować, bo ziemia jest zamarznięta, ich zwłoki trafiają do beczek, gdzie mają czekać do wiosny” – pisze autorka „Wojenki”.
W niektórych sierocińcach dzieci umierały z głodu. Wcześniej wyjadały trawę w promieniu wielu metrów od baraków. Inne maluchy konały w męczarniach przez choroby zakaźne. Julian Better, który urodził się w więzieniu, wspominał:
Tu mam taką szramę – ślady po czyrakach. To się nazywa furunkuloza, czyli czyraczność. To jest śmiertelne. Czyraki przechodzą przez skórę do wnętrza, robi się zakażenie krwi, ropa, straszne rzeczy. Ale miałem szczęście.
Wyobraź sobie, że znalazłem instrukcję samego Jeżowa, ówczesnego szefa NKWD, żeby dezynfekować wanienki dla dzieci, bo to strasznie zaraźliwe, zbierało wielkie żniwo wśród dzieci. Ale jak oni mieli to robić w tych warunkach! (…) Nie było właściwie żadnych lekarstw. W ogóle nam nie przysługiwały lekarstwa; jeżeli były, to dla „wolnych”. Kto przeżył, to przeżył.
Krwawe żniwo zbierała też gruźlica oraz dyzenteria, czyli czerwonka.
Czytaj też: Imperium pogardy. Co były gotowe zrobić kobiety, by przetrwać w stalinowskim gułagu?
Wilcze dzieci
Mimo to sowiecka propaganda robiła swoje – o dziwo, również wśród więźniów Gułagu. Wylewała się z radioodbiorników i telewizorów, atakowała z plakatów na murach i gazet. Powtarzano ją w szkołach i podczas partyjnych spotkań.
Anne Applebaum zauważa, że „triumfowała nad codziennym doświadczeniem, które pokazywało, że jej obraz świata różni się od rzeczywistości”. Przekonała się o tym także Lilia, która na kartach „Wojenki” zdradza:
Taka durna byłam, patriotka. Tak bardzo kochałam Stalina, że gdy umarł, to myślałam, że lepiej, żebym i ja umarła. Rozpaczałam tak, że nie sposób tego opisać. A moja mama powiedziała tylko: „Ten zwierz powinien dawno był zdechnąć”. Ja wtedy wrzasnęłam: „Widać, że ty sprawiedliwie w łagrze siedziałaś”.
I ze smutkiem dodaje: „My, wychowankowie domów dziecka, byliśmy jak wilczęta, szorstkie z zewnątrz, w środku jednak dobre, tylko nie mogliśmy sobie pozwolić na okazywanie uczuć. Bardzo się potem związałyśmy z moją mamą, ale nigdy w życiu nie powiedziałam jej słowa „kocham”, nigdy nie przytuliłam, nie pocałowałam. Trudno to sobie nawet wyobrazić”.
Bibliografia:
- A. Applebaum, Gułag, Agora 2018.
- C. A. Frierson, S. S. Wileński, Dzieci Gułagu, PWN 2011.
- M. Grzebałkowska, Wojenka. O dzieciach, które dorosły bez ostrzeżenia, Agora 2021.
- D. Passent, Byłem dzieckiem gułagu, „Przegląd” (dostęp: 23.05.2021).
KOMENTARZE (4)
Słowo „sowiecki”, jest rusycyzmem, odpowiednikiem polskiego „radziecki”. Zwrot „Związek Sowiecki” ma zabarwienie pejoratywne i historyka kompromituje. Nie czytuję wypocin.
Aż tak kochasz Stalina ?
No to szczęka opada – i to nieźle. Czytać o skazywaniu na śmierć dzieci i czepiać się jednocześnie, ze ktoś kupę gówna nazywa kupą gówna… super…
Jeśli opisane wydarzenia działy się jeszcze za czasów Stalina to ciężko było o telewizor.