Ciekawostki Historyczne
Generic selectors
Tylko dokładne dopasowania
Szukaj w tytułach
Szukaj w treściach
Szukaj w postach
Search in pages

Dlaczego naziści porwali dwieście tysięcy polskich dzieci?

Zabrane polskim rodzicom dzieci miały stać się modelowymi Aryjczykami (źródło: domena publiczna).

Zabrane polskim rodzicom dzieci miały stać się modelowymi Aryjczykami (źródło: domena publiczna).

Niebieskie oczy. Blond włosy. Wiek maksymalnie 10 lat. Spełnienie tych trzech warunków wystarczyło, by z polskiego dziecka uczynić nowego Aryjczyka.

4-letnią Basią z Łodzi zainteresowali się podczas rutynowej kontroli niemieccy lekarze. Babci powiedzieli, że potrzebne są dodatkowe badania. Już nigdy nie zobaczyła wnuczki. 18-miesięcznego Krzysia podczas nieobecności mamy porwało dwóch gestapowców. Opiekującego się nim dziadka i dwie siostry o bardziej semickich rysach brutalnie pobili.

6-letnią Zosię z poznańskiego sierocińca wraz z kilkoma koleżankami po szybkiej selekcji zabrała komisja ekspertów rasowych. Tak zaczynała się gehenna, która miała zabrać tożsamość tysiącom polskich dzieci. I zrujnować im życie.

Lebensborn – więcej niż tylko pomoc dla ciężarnych

Odnowienie krwi niemieckiej i hodowla nordyckiej rasy nadludzi – takie były zadania założonej w 1936 roku przez Heinricha Himmlera instytucji o nazwie Lebensborn (Źródło życia). Swój cel miała ona realizować między innymi poprzez wspieranie wartościowych rasowo kobiet podczas ciąży i porodu nieślubnych dzieci. Działała też na rzecz ograniczenia liczby aborcji.

Twórca Lebensborn Reichsführer SS Heinrich Himmler (źródło: domena publiczna).

Twórca Lebensborn Reichsführer SS Heinrich Himmler (źródło: domena publiczna).

W praktyce Lebensborn często służył jako miejsce, gdzie łączono przyjemne z pożytecznym. Tak wspomina sąsiadka jednego z ośrodków w rozmowie z Anną Malinowską, autorką „Brunatnej kołysanki”:

Tam, za tym ośrodkiem, była polana. Wieczorami ustawiali tam stół. I ucztowali. Dorodni esesmani i dorodne kobiety: blondyny, niebieskookie, biuściaste, Polki, Żydówki, wszystko jedno. Byleby dobrze wyglądały. Potem, jak się ściemniało, dzielili się w pary i szli w las. No i kobiety były w ciąży. Rodziły, znowu zachodziły i tak z kilka razy. Dzieci zabierali do Niemiec. A kobieta jak się po kilku takich porodach zużyła, to do gazu.

Instytucja miała też jednak „wspomagać” procesy adopcyjne. W placówkach Lebensbornu, często w tragicznych warunkach, przechowywano polskie dzieci. Czekały tam na moment adopcji przez nową, niemiecką rodzinę.

Artykuł powstał między innymi na podstawie książki Anny Malinowskiej pod tytułem „Brunatna kołysanka” (Agora 2017).

Artykuł powstał między innymi na podstawie książki Anny Malinowskiej pod tytułem „Brunatna kołysanka” (Agora 2017).

Dobrą krew należy albo zniszczyć, albo… zdobyć

Naturalistyczna polityka rasowa była oczkiem w głowie Himmlera. Swoich esesmanów pouczał:

Wszelką dobrą krew, gdziekolwiek ją na wschodzie napotkacie, możecie albo zdobyć, albo zabić (…) Jest jasne, że w tej mieszaninie narodów pojawiać się będą zawsze pewne typy bardzo dobre pod względem rasowym. Naszym zadaniem jest zabrać ich dzieci do nas (…).

Nic dziwnego, że już w listopadzie 1939 roku Urząd Rasowo-Narodowy NSDAP przygotował pierwsze wytyczne dla kolonizacji ziem polskich. Były proste: likwidować kogo się da, a pozostałych wykorzystywać do niewolniczej pracy na rzecz III Rzeszy. Z czasem, po wygranej wojnie z bolszewikami, planowano przesiedlić Polaków wraz z innymi Słowianami daleko w głąb Azji. Dla wartościowych rasowo dzieci naziści robili jednak wyjątek. Zamiast mordować, chcieli je przejąć, pozbawić tożsamości i wychować na idealnych Niemców.

Dom zdrojowy Luisenbad w Bad Polzin (Połczyn-Zdrój) został zmieniony w ośrodek Lebensbornu Pommern. Ilustracja oraz podpis z książki "Brunatna kołysanka" (Agora 2017).

Dom zdrojowy Luisenbad w Bad Polzin (Połczyn-Zdrój) został zmieniony w ośrodek Lebensbornu Pommern. Ilustracja oraz podpis z książki „Brunatna kołysanka” (Agora 2017).

Dzieci nie będą nic pamiętać

Fachowcom od germanizacji zależało na tym, żeby dzieci po praniu mózgu pamiętały jak najmniej, a najlepiej nie pamiętały nic, ze swojej prawdziwej tożsamości. Dlatego interesowano się tylko takimi, które nie miały więcej niż osiem, w ostateczności dziesięć lat. Warunkiem koniecznym było też oczywiście zerwanie jakichkolwiek więzów z dotychczasową rodziną.

Urzędnicy Lebensbornu ze szczególną starannością zacierali ślady, zrywając z niemiecką obsesją, że dokumenty muszą być w porządku. Każde dziecko otrzymywało nowe imię i nazwisko, które w źródłosłowie musiało być jednoznacznie germańskie.

Ten artykuł ma więcej niż jedną stronę. Wybierz poniżej kolejną, by czytać dalej.

Uwaga! Nie jesteś na pierwszej stronie artykułu. Jeśli chcesz czytać od początku kliknij tutaj.

Rzadko wykazywano się tutaj szczególną inwencją, co podkreśla w „Brunatnej kołysance” Anna Malinowska. Witaszek zamieniano na Witschke, a Ogrodowczyk stawał się Gaertnerem (ogrodnikiem). Gdy nazwisko było beznadziejnie słowiańskie w brzmieniu, jak Cieślak – zastępował je pospolity Schueller. Czasem, zwłaszcza w przypadku dość dużych dzieci, dbano o to, by pierwsze głoski nowego nazwiska brzmiały identycznie jak polskie. Wszystko po to, żeby młody umysł z czasem zlał je w jedno.

Polskie dzieci w mundurkach Hitlerjugend

Nowych obywateli Tysiącletniej Rzeszy pozyskiwano nie tylko przez porwania. Naturalizowano na przykład dzieci rodziców pochodzenia niemieckiego lub mieszanego. Młodych Aryjczyków szukano też wśród dzieci przebywających w zakładach opiekuńczych i rodzinach zastępczych, dzieci rodziców pomordowanych, deportowanych lub wysiedlonych, a nawet wśród dzieci polskich robotnic przymusowych w Niemczech.

Barbara Paciorkiewicz była jednym z dziesiątek tysięcy polskich dzieci porwanych przez nazistów (źródło: archiwum domowe Barbary Paciorkiewicz).

Barbara Paciorkiewicz była jednym z dziesiątek tysięcy polskich dzieci porwanych przez nazistów (źródło: archiwum domowe Barbary Paciorkiewicz).

Przechwycone osobniki obiecujące rasowo umieszczano w ośrodkach Lebensborn do czasu ich adopcji przez niemiecką rodzinę. Warunki były tam bardzo ciężkie. Na lepsze warunki i wyżywienie mogli liczyć tylko młodzi Niemcy. Polakom już za samo mówienie w ojczystym języku groziły surowe kary fizyczne. Poddawano ich bezwzględnej germanizacji.

Kiedy dziesięcioletni Johann Buchner, wcześniej Janusz Bukorzycki, trafił do domu dziecka w Austrii, od razu został przebrany w mundurek Hitlerjugend. Mimo tego polskie dzieci starały się trzymać razem. Te starsze uświadamiały maluchom, że są i muszą pozostać Polakami.

Chcę mieć tatę esesmana!

Wysiłki nazistów, by z młodych Polaków zrobić dobrych Niemców, czasem bywały zwieńczone sukcesem. Alfred Hartmann (Alojzy Twardecki) trafił do niemieckiego sierocińca jako pięciolatek i wzrastał przy pieśniach Wehrmachtu oraz Deutschland, Deutschland über alles. Podobnie jak większość dzieci, w każdą niedzielę wypatrywał cioć i wujków z nadzieją, że ktoś go zabierze. I marzył o tym, by zostać adoptowanym przez władczego mężczyznę w nienagannym mundurze i wypastowanych oficerkach.

W Austrii Janusz Bukorzycki został ubrany w mundurek Hitlerjugend (fot. WerWil; lic. CC BY-SA 2.5).

W Austrii Janusz Bukorzycki został ubrany w mundurek Hitlerjugend (fot. WerWil; lic. CC BY-SA 2.5).

Kiedy w końcu zjawił się po niego pan w cywilnym garniturze, oficer rezerwy, Alfred w pierwszym odruchu był niepocieszony. Potem stwierdził jednak, że lepszy taki tata niż żaden. A gdy nowy rodzic zapytał go, czy pamięta rodziców, odparł natychmiast: Mój tata został zabity przez polskich bandytów!

Nowa, lepsza rodzina?

Nie zawsze historie wywożenia polskich dzieci do Niemiec kończyły się źle. Wiele niemieckich rodzin przyjmowało je z prawdziwą radością. Czasem u nowych rodziców młodzi czuli się lepiej, niż gdyby zostali u własnych krewnych… Tak było w przypadku Alodii Witaszek, córki Franciszka i Haliny Witaszków, członków polskiego ruchu oporu.

Po aresztowaniu rodziców (tata został zamordowany przez gestapo, mama trafiła do Auschwitz), dziewczynka wraz z jedną z sióstr trafiła do niemieckiego sierocińca. Pozostałą trójkę dzieci udało się ukryć.Alodia została wkrótce adoptowana przez niemiecką rodzinę, gdzie traktowano ją jak księżniczkę. Tymczasem jej rodzeństwo trafiło do krewnych w Polsce, którzy od początku odnosili się do dzieci wrogo, a w końcu… zdecydowali się ich pozbyć.

Artykuł powstał między innymi na podstawie książki Anny Malinowskiej pod tytułem „Brunatna kołysanka” (Agora 2017).

Artykuł powstał między innymi na podstawie książki Anny Malinowskiej pod tytułem „Brunatna kołysanka” (Agora 2017).

Ja trafiłam do Niemców i byłam kochana, rozpieszczana. Moja siostra została w Polsce u rodziny… Czy to nie ironia losu? – pytała Alodia Annę Malinowską.Warto dodać, że przybrana rodzina dziewczynki nie wiedziała, że dziecko zostało wywiezione z Polski. Nigdy nie adoptowałbym dziecka porwanego żyjącym rodzicom – zapewniała później Alodię jej Mutti.

Polskie dzieci ofiarą zimnej wojny

Po wojnie tysiące polskich rodziców rozpaczliwie próbowało się dowiedzieć czegokolwiek o losie swoich pociech. Matka łatwiej przeboleje wiadomość o śmierci dziecka, aniżeli pogodzi się z myślą, że żyje ono gdzieś wśród obcych, nieświadome swego pochodzenia – pisał mecenas Roman Hrabar, Pełnomocnik Rządu Polskiego (lubelskiego) ds. Rewindykacji Dzieci Polskich, który całe życie poświęcił odzyskiwaniu porwanych dzieci.

Ten artykuł ma więcej niż jedną stronę. Wybierz poniżej kolejną, by czytać dalej.

Uwaga! Nie jesteś na pierwszej stronie artykułu. Jeśli chcesz czytać od początku kliknij tutaj.

To, czy odzyskanie zaginionego syna lub córki będzie możliwe, zależało od powojennych niemieckich władz i aliantów zachodnich. Ich postawa była bardzo chwiejna. Zdarzało się, że wysyłano do Polski całe transporty dzieci odebranych niemieckim rodzinom zastępczym. Nikt nie martwił się szczególnie tym, że w Polsce trafią do sierocińców… Wraz z nasilaniem się zimnej wojny stopniowo zamykano jednak granice. Władze odmawiały nawet zwrotu dzieci o udokumentowanym pochodzeniu, o które ze wszystkich sił walczyli polscy rodzice.

Żmudne poszukiwania…

Nawet bez administracyjnych utrudnień proces łączenia rozdzielonych w trakcie wojny rodzin był trudny. Odnalezienie rodziców porwanych dzieci, jeśli w ogóle żyli, było w większości przypadków praktycznie niemożliwe. Mówi, że nazywa się Stronk, ma 6 lat. Ojciec był wysoki. Mieszkał przy ulicy, po której jeździł tramwaj – często tylko takie wskazówki w aktach napotykał Hrabar.

Zdjęcie paszportowe Romana Hrabara, to on po wojnie poszukiwał porwanych przez nazistów polskich dzieci (źródło: IPN - reprodukcja Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta).

Zdjęcie paszportowe Romana Hrabara, to on po wojnie poszukiwał porwanych przez nazistów polskich dzieci (źródło: IPN – reprodukcja Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta).

Polski prawnik twierdził przy tym kategorycznie, że do ojczyzny muszą wrócić wszystkie porwane polskie dzieci. Nawiązał współpracę z polskim gazetami, w których zamieszczał anonse podobne do tego:

Krystyna Mrozik urodziła się 29.11.1935 roku w Murckach. Dziecko podaje, że matce było na imię Paulina, ojcu Karol. Ojciec był prawdopodobnie górnikiem. Ona sama znajduje się teraz u Niemca Lattnera w Schönau. Lattner twierdzi, że Krystyna Mrozikówna nie posiada rodziców. Dziecko mówi dziś tylko po niemiecku. Do Polski wracać nie chce. Karolu i Paulino Mrozkowie, jeżeli żyjecie, odezwijcie się!

…i trudne powroty

Kiedy mimo wszystko rodziców udawało się znaleźć, dochodziło czasem do dantejskich scen. Dzieci były odrywane od niemieckich opiekunów, których uważały za swoich rodziców. Przewożono je do kraju, o którym nic nie wiedziały i umieszczano pod opieką osób, które były dla nich obce. Tak, jak wcześniej w Rzeszy były karane za używanie języka polskiego, teraz wyśmiewano ich niemiecki akcent – jeśli w ogóle mówiły po polsku.

Artykuł powstał między innymi na podstawie książki Anny Malinowskiej pod tytułem „Brunatna kołysanka” (Agora 2017).

Artykuł powstał między innymi na podstawie książki Anny Malinowskiej pod tytułem „Brunatna kołysanka” (Agora 2017).

Spotkanie z biologiczną mamą i rodzeństwem często przebiegało według podobnego schematu. W pierwszych godzinach panowało wielkie wzruszenie, ale z czasem narastało poczucie obcości, a nawet wrogości. Poza więzami krwi rodzin „z odzysku” nic już nie łączyło… Tak podsumowuje ich historie Anna Malinowska:

Oderwanie od kochających osób wypaliło w sercach tych dzieci dziury. W trakcie tych rozmów padało pytanie: czy trzeba nas było powtórnie odbierać – tym razem niemieckim rodzinom? Zwłaszcza wtedy , gdy dziecko dostawało w nich miłość i opiekę, a w Polsce czekało na nie jedynie piekło sierocińców? Albo tułaczka po dalekich – nie zawsze życzliwych – krewnych? Czy zawsze polska rodzina była lepsza od niemieckiej?

Pamiątkowa tablica. „W domu tym w latach 1943–1945 przebywały odebrane przez hitlerowców polskim rodzinom dzieci przeznaczone do zniemczenia” (fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta).

Pamiątkowa tablica. „W domu tym w latach 1943–1945 przebywały odebrane przez hitlerowców polskim rodzinom dzieci przeznaczone do zniemczenia” (fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta).

Co czterdzieste dziecko!

Z szacunków Hrabara wynika, że naziści porwali i wywieźli do Niemiec ponad 200 tysięcy polskich dzieci z około 8 milionów, które urodziły się między 1930 a 1939 rokiem. Mówiąc obrazowo: z każdej szkolnej klasy jedno dziecko zostało porwane w jasyr do III Rzeszy i przymusowo zniemczone!

Po wojnie do Polski powróciło zaledwie 30 tysięcy z nich – na zawsze okaleczonych psychicznie. Pozostałe żyły lub wciąż żyją w nieświadomości co do swojej prawdziwej tożsamości.

Bibliografia:

  1. Roman Hrabar, Hitlerowski rabunek dzieci polskich. Uprowadzanie i germanizowanie dzieci polskich w latach 1939-1945, Wydawnictwo Śląsk 1960.
  2. Richard C. Lucas, Zapomniany holokaust. Polacy pod okupacją niemiecką 1939-1944, Rebis 2012.
  3. Czesław Łuczak, Polityka ludnościowa i ekonomiczna hitlerowskich Niemiec w okupowanej Polsce, Wydawnictwo Poznańskie 1979.
  4. Anna Malinowska, Brunatna kołysanka. Historie uprowadzonych dzieci, Agora 2017.
  5. Alojzy Twardecki, Szkoła janczarów. Listy do niemieckiego przyjaciela, Wydawnictwo Pojezierze 1979.

Kup książkę na empik.com

Czy wiesz, że ...

...aby zmusić władze PRL do rozpoczęcia słynnego procesu wymierzonego w przywódców opozycji, Jacek Kuroń rozpoczął głodówkę? Liderzy KSS "KOR" i NSZZ "Solidarność" byli więzieni przez ok. 2,5 roku do momentu rozprawy, która zakończyła się klęską rządzących.

...krakowski lotnik, podporucznik Jan Kremski, w związku z zestrzeliwaniem wrogich samolotów wespół z kolegami, miał zaliczone łącznie… 4 i 14/15 zwycięstwa pewnego? Do zaszczytnego tytułu asa, który przysługiwał od 5 zwycięstw wzwyż brakło mu tylko 1/15.

...brat Hermanna Göringa Albert pomagał w ucieczkach więźniów z obozów koncentracyjnych? Nazistowski dygnitarz próbował wykorzystać ten fakt jako okoliczność łagodzącą w trakcie procesu norymberskiego. Bezskutecznie.

...niektóre oddziały Armii Czerwonej poruszały się po Polsce na saniach? Poza czołgami i saniami nie było innych pojazdów. Olbrzymie sanie Sowieci zrabowali z polskich dworów i gospodarstw, które napotykali po drodze podczas „wyzwalania” naszego kraju.

Komentarze (16)

    • Bogdan Odpowiedz

      Sprawdź zanim coś głupiego klepniesz…Aryjczycy to R1a1 W Niemczech około 16%, najwięcej wśród Serbołużyczan (Słowian) ponad 60%. W Polsce ponad 50% :)

      • Czytacz Odpowiedz

        Przykro mi, że nie dostrzegasz ironii w moim wpisie. Znasz powiedzenie z czasów wojny: „Prawdziwy Aryjczyk to blondyn jak Hitler…..”

  1. dan normalności fan Odpowiedz

    Mnie ogólnie śmieszy gadanie o jakiejś czystości ras. Jesteśmy przecież ostro pomieszani. Ile armii przewaliło sie przez tereny Polski? Ile potomków zostawili zołnierze w wyniku gwałtów? Gdyby niektórym odtworzyć drzewo genealogiczne, to doznaliby szoku. A dzieci jak zwykle najbardziej żal…

  2. Przedborski Odpowiedz

    Znam taki przypadek z rodziny. Rodzice mojej żony w dniu 19.09.1939 przedostali się ze Lwowa przez Białystok do rodziny do Warszawy. Pod wskazanym adresem nie zastano rodziny postanowili szukać w innym mieście . W Łodzi zostali zatrzymani, na dworcu i skierowani do Obozu Przejściowego Dla Dorosłych na ulice Łąkowej. Tam mieszkali z teściową i 3 letnim synem Rysiem a pracowali w fabryce po drugiej strony ulicy gdzie produkowali części do spadochronów i ubrania dla wojska. W 1941 roku kiedy przebywali w pracy hitlerowcy zabrali dziecko informują że zmarło.Po wojnie dziecko było szukane przez Czerwony Krzyż bez skutku.

    • Nasz publicysta |Anna Winkler Odpowiedz

      Dziękujemy za ten komentarz! Takie historie pokazują, jak bardzo elastyczna była w gruncie rzeczy polityka rasowa – musiała być, bo przecież osiągnięcie rasowej czystości jest niemożliwe. A zatem: pozostają pozory i do „aryjskości” wystarczy odpowiedni wygląd. Niezależnie od pochodzenia. I jednocześnie to kolejny, mniej znany wymiar wojennej tragedii…

  3. waszi Odpowiedz

    „Matka łatwiej przeboleje wiadomość o śmierci dziecka, aniżeli pogodzi się z myślą, że żyje ono gdzieś wśród obcych, nieświadome swego pochodzenia” – z takim podejsciem to nie matka tylko hodowca dzieci.

    • Anonim Odpowiedz

      Ja bym nie chciała żeby moje dziecko było wychowywane w kraju ktory zniszczyl Europe i ma krew na rekach. Tym bardziej ze byli porywani, a nie oddawani do adopcji. To po prostu obrzydliwe.

Odpowiedz na „dan normalności fanAnuluj pisanie odpowiedzi

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.