Ciekawostki Historyczne
Generic selectors
Tylko dokładne dopasowania
Szukaj w tytułach
Szukaj w treściach
Szukaj w postach
Search in pages

Jakim szefem był Adolf Hitler?

Hitler na biurku w Berghofie - zdjęcie koloryzowane (Bundesarchiv, Bild 146-1990-048-29A / Heinrich Hoffmann / CC-BY-SA).

Hitler na biurku w Berghofie – zdjęcie koloryzowane (Bundesarchiv, Bild 146-1990-048-29A / Heinrich Hoffmann / CC-BY-SA).

Pracy papierkowej unikał jak ognia. Kontrahentów i podwładnych męczył wielogodzinnymi monologami. Bywał kapryśny: jednym wręczał kwiaty, innych z miejsca aresztował. Jak wielu najgorszych szefów miał poczucie, że wszystko mu wolno. Także w biurze.

O tym, jak pracuje się z Hitlerem, jako pierwsi mieli okazję przekonać się jego towarzysze partyjni. Już wówczas było jasne, że będzie niestandardowym szefem. Świadczył o tym nawet sposób, w jaki dobierał sobie współpracowników.

Mordercy, alfonsi, zboczeńcy, narkomani, czy zwykli awanturnicy byli na równych prawach z innymi tak długo, jak służyli określonym celom – pisał o nich amerykański korespondent w Niemczech lat 30. William L. Shirer. I wyjaśniał: Taką zasadę [Hitler przyjął] wobec wszystkich swoich współpracowników nie bacząc na ich niejasną przeszłość, czy teraźniejszość.

Niezbyt zapracowany szef partii

Im wyżej przyszły dyktator piął się jednak w hierarchii politycznej Niemiec, tym bardziej musiał się dostosować do norm panujących w świecie polityki, dyplomacji i biznesu. Oznaczało to między innymi konieczność przejęcia na swoje barki obowiązków administracyjnych.

Pierwszy raz musiał im stawić czoła jeszcze jako szef NSDAP, urzędujący w biurze partii w Monachium. Na każdym kroku dawał tam wyraz swojej pogardzie dla biurokratycznych procedur. Nie dbał też specjalnie o dotrzymywanie terminów. Tylko wyjątkowo zjawiał się w miejscu pracy punktualnie. A nawet gdy już był i przyjmował interesantów, zdarzało się, że nagle wychodził, zostawiając niezałatwioną sprawę i zdezorientowanego interesanta z ważnymi dokumentami.

W 1933 roku Hitler z polityka wiecowego musiał przedzierzgnąć się w gabinetowego. Jednak wcale nie chciał zrezygnować dla władzy ze swobody robienia, czego chce. Nawet podczas pozowania do zdjęcia ze swym świeżo sformowanym gabinetem nie mógł się powstrzymać od gardłowania z wicekanclerzem von Papenem (Bundesarchiv, Bild 102-15348 / CC-BY-SA 3.0).

W 1933 roku Hitler z polityka wiecowego musiał przedzierzgnąć się w gabinetowego. Jednak wcale nie chciał zrezygnować dla władzy ze swobody robienia, czego chce. Nawet podczas pozowania do zdjęcia ze swym świeżo sformowanym gabinetem nie mógł się powstrzymać od gardłowania z wicekanclerzem von Papenem (Bundesarchiv, Bild 102-15348 / CC-BY-SA 3.0).

Kiedy Hitler został powołany na stanowisko kanclerza Rzeszy w styczniu 1933 roku, wydawało się, że ten lekceważący stosunek do pracy biurowej uległ zmianie. Początkowo najwyższy urzędnik w państwie bardzo się przykładał do pracy. W swoim gabinecie pojawiał się punktualnie o godzinie 10 i odbywał naradę z najważniejszymi współpracownikami. Czytał też, choć z niechęcią, dostarczane mu akta i przygotowywał się bardzo starannie do posiedzeń rządu. Urzędnikom pracującym w Kancelarii okazywał szacunek z uwagi na ich wiedzę. Wkrótce jednak zaczął organizować sobie pracę po swojemu.

Kanclerz, którego nigdy nie ma przy biurku

Brytyjski dziennikarz Sefton Delmer spytał Hitlera, jak to jest być kanclerzem Rzeszy. Ten odparł mu krótko:

Odkryłem jedną arcyciekawą rzecz. Całe to kierowanie rządem w ogóle nie wymaga pracy. Absolutnie żadnej. Wszystko załatwiają inni (…) Ja po prostu umieszczam swoje nazwisko na kartce, którą mi podsunięto, i tyle.

Artykuł powstał między innymi na podstawie słynnej książki byłego sekretarza stanu USA Henry'ego Kissingera zatytułowanej "Dyplomacja" (Bellona 2017).

Artykuł powstał między innymi na podstawie słynnej książki byłego sekretarza stanu USA Henry’ego Kissingera zatytułowanej „Dyplomacja” (Bellona 2017).

Oczywiście, Führer nie był tak naiwny i przypuszczalnie zażartował sobie z Brytyjczyka. Faktycznie jednak praca w charakterze pierwszego urzędnika Niemiec niezbyt mu odpowiadała. Nie potrafię sobie wyobrazić niczego straszniejszego niż dzień w dzień ślęczeć w biurze nad aktami – powiedział raz swoim współpracownikom. Innym razem narzekał na biurokrację: Codziennie zastawałem na biurku stosy akt i ile bym nad nimi nie ślęczał, nie zmniejszały się.

By uniknąć pracy biurowej, wypracował w końcu inną formułę: zaczął… wizytować kraj. Także dla jego pracowników oznaczało to częste wyjazdy. Zwłaszcza, kiedy decydował się na inspekcję gdzieś bliżej i korzystał z samochodu, za jego czarnym mercedesem jechała cała kawalkada dodatkowych pojazdów. Znajdowała się w nich ochrona z Leibstandarte SS Adolf Hitler, ale także policja, adiutanci, lekarz, sekretarka i kamerdyner.

Hitler od siedzenia w stolicy zdecydowanie wolał plenery, najlepiej górskie. Na tym zdjęciu z 1936 roku widzimy go ze współpracownikami w Obersalzbergu (Bundesarchiv, B 145 Bild-F051620-0043 / CC-BY-SA 3.0).

Hitler od siedzenia w stolicy zdecydowanie wolał plenery, najlepiej górskie. Na tym zdjęciu z 1936 roku widzimy go ze współpracownikami w Obersalzbergu (Bundesarchiv, B 145 Bild-F051620-0043 / CC-BY-SA 3.0).

Starał się też możliwie ograniczyć czas pracy w Kancelarii. Spędzał w niej tylko 4 dni w tygodniu, a uzyskane w ten sposób długie weekendy spędzał w Monachium lub Berchtesgaden. Może dlatego wytrawny dyplomata i urzędnik Henry Kissinger w swym wiekopomnym dziele pod tytułem „Dyplomacja” nie wystawił Hitlerowi najwyższej noty za zdolności administracyjne:

Jako szef rządu Hitler kierował się nie analizą, lecz instynktem. Uważając się za artystę, nie znosił uregulowanego, siedzącego trybu życia i znajdował się w ustawicznym ruchu. Nie lubił Berlina, a pewne ukojenie znajdował w swojej bawarskiej rezydencji, gdzie chował się na całe miesiące, chociaż nawet tam szybko dopadała go nuda.

Ponieważ pogardzał systematyczną pracą, a ministrowie z trudem znajdowali do niego dostęp, polityka realizowana była zrywami. To, co wypływało z jego szalonych zrywów, było natychmiast realizowane. To, co wymagało długotrwałych, systematycznych wysiłków, było odsuwane na bok.

Hitler nad papierami? To niezwykle rzadki widok dla jego pracowników. Szczególnie, że nie przegląda ich w biurze... Zdjęcie z 1936 roku (Bundesarchiv, Bild 146-1973-034-42 / Heinrich Hoffmann / CC-BY-SA 3.0).

Hitler nad papierami? To niezwykle rzadki widok dla jego pracowników. Szczególnie, że nie przegląda ich w biurze… Zdjęcie z 1936 roku (Bundesarchiv, Bild 146-1973-034-42 / Heinrich Hoffmann / CC-BY-SA 3.0).

Dzień z Hitlerem

Mimo unikającego biurowych obowiązków szefa Kancelaria Rzeszy zachowała jednak do 1939 roku w miarę stabilny harmonogram pracy. Wszystko było podporządkowane rytmowi dnia Wodza. Rano kamerdyner budził go specjalnym dzwonkiem elektrycznym, pukał do drzwi i meldował, która jest godzina. Przy okazji poznawał nastrój szefa.

Hitler brał kąpiel, golił się, jadł śniadanie. W drodze z apartamentów prywatnych do biura omawiał z adiutantami, kogo z oczekujących przyjmie tego dnia, a kogo mają „spławić”. W gabinecie wysłuchiwał przeglądu prasy i bieżących spraw urzędowych, potem odbywał rozmowy z ministrami, dyplomatami i innymi ważnymi osobami.

Nawet goście, zapraszani na obiad do kanclerza, musieli się do niego dostosować. Posiłek odbywał się o różnych porach, bo jak stwierdzali dygnitarze na punktualność Hitlera nigdy nie można było liczyć. Mało tego, nie można było zasiąść do stołu, zanim szef nie przeczytał wyciągu z najświeższych wiadomości. Nic dziwnego, że w ciszy panującej na sali czytającemu dyktatorowi nie wolno przecież przeszkadzać! często słychać było burczenie w brzuchach…

Warto było jednak poczekać, bo po obiedzie humor pryncypała najczęściej poprawiał się, a goście, którzy byli zaproszeni do dalszych rozmów, mieli dużą szansę załatwić swoje sprawy pozytywnie. Korzystali z tego nie tylko ludzie, ale także… wiewiórki w ogrodzie Kancelarii, które Wódz własnoręcznie karmił orzechami.

Jednym z ostatnich punktów dnia z Hitlerem była projekcja filmu. No chyba, że Führer się rozgadał... Fotografia z 1935 roku (Bundesarchiv, Bild 183-1990-1002-500 / CC-BY-SA 3.0).

Jednym z ostatnich punktów dnia z Hitlerem była projekcja filmu. No chyba że Führer się rozgadał… Fotografia z 1935 roku (Bundesarchiv, Bild 183-1990-1002-500 / CC-BY-SA 3.0).

Spotkania trwały aż do kolacji, która odbywała się około godziny 20. Po niej następował zwykle seans filmowy, a następnie przechodzono do palarni, gdzie przy kanapkach i napojach kontynuowano rozmowy. Odpowiednie zachowanie podczas tej części dnia wymagało od zaproszonych wiele zręczności. Oni sami byli już z reguły o tej porze senni i zmęczeni, jednak Hitler dopiero wtedy odzyskiwał energię.

Nieopatrzne sprowadzenie pogaduszek na temat przeżyć wojennych lub „okresu walki” mogło więc przerodzić się w długotrwałe wspomnienia lub monologi, których nikt nie śmiał przerwać. Przeciągały się one czasem nawet do godziny 2-3 w nocy. Dopiero wtedy goście byli „zwalniani”: nieco zmęczony Wódz żegnał ich, omawiał audiencje na następny dzień, pił herbatkę ziołową i szedł spać.

Praca zdalna i praca nocna

Do równie niesztampowego stylu pracy musieli przyzwyczaić się jego współpracownicy, których zabierał ze sobą do prywatnej rezydencji w pobliżu Berchtesgaden. Zwykle spał do godziny 11, potem odbywało się śniadanie i obowiązkowy spacer do herbaciarni w wiosce poniżej willi. Tam przy ciastkach i ciepłych napojach wygłaszał towarzyszom i podwładnym przydługie wykłady na różne tematy: sztuki, podróży, hodowli psów, astrologii, a nawet swojej niechęci do polowania i jedzenia mięsa, co nazywał „jedzeniem trupów”.

Artykuł powstał między innymi na podstawie słynnej książki byłego sekretarza stanu USA Henry'ego Kissingera zatytułowanej "Dyplomacja" (Bellona 2017).

Artykuł powstał między innymi na podstawie słynnej książki byłego sekretarza stanu USA Henry’ego Kissingera zatytułowanej „Dyplomacja” (Bellona 2017).

Rozmowy z adiutantami i dygnitarzami odbywały się po powrocie do willi i trwały aż do kolacji. Później nadchodził czas na film i nocne pogaduchy. Nie każdemu taka organizacja pracy się podobała. Po kilku takich dniach czułem wyczerpanie i wewnętrzną pustkę na skutek ciągłego marnotrawienia czasu  żalił się Albert Speer.

Najgorsza była sytuacja najbliższych pracowników Hitlera, którzy musieli być przy Wodzu cały czas. Do grupy tych „szczęśliwców” należało czterech osobistych adiutantów, trzech adiutantów wojskowych, trzy sekretarki, dwóch kamerdynerów, osobisty pilot, kierowca oraz intendent wraz z żoną, którzy prowadzili „gospodarstwo domowe Führera”. Ponieważ ich szef nie uznawał godzin pracy, zadowalając się improwizacją, adiutanci i sekretarki dla swojego szefa musieli być dostępni przez całą dobę, a nie tylko osiem godzin.

Kanclerzowi zdarzało się wzywać maszynistki późno w nocy, bo wówczas, jak twierdził, przychodziły mu do głowy najlepsze pomysły. Na dodatek, gdy coś szło nie po jego myśli, szybko się irytował. Odczuwali to między innymi kamerdynerzy, którzy musieli mu zawiązać muchę do smokingu lub fraka. Trzeba było to zrobić naprawdę szybko, w ciągu jakichś 25 sekund. Po tym czasie mucha musiała być gotowa, inaczej robił się niełaskawy i zaczynał przestępować z nogi na nogę  wspominali jego współpracownicy.

Sekretarz stanu w MSZ Ernst von Weizsäcker nie zawsze musiał łapać Hitlera w biegu. Choć na spotkaniach na szczycie, takich jak to, raczej bieżących spraw nie załatwił... Zdjęcie z kuluarów konferencji w Monachium, Hitler pierwszy z lewej, Weizsäcker drugi z prawej (Bundesarchiv, Bild 183-H28788 / CC-BY-SA 3.0).

Sekretarz stanu w MSZ Ernst von Weizsäcker nie zawsze musiał łapać Hitlera w biegu. Choć na spotkaniach na szczycie, takich jak to, raczej bieżących spraw nie załatwił… Zdjęcie z kuluarów konferencji w Monachium, Hitler pierwszy z lewej, Weizsäcker drugi z prawej (Bundesarchiv, Bild 183-H28788 / CC-BY-SA 3.0).

Decyzje rządowe były wydawane ustnie i bardzo często w biegu. Odpowiednia ich interpretacja i wykorzystanie stała się prawdziwą sztuką, w której celowali podlegający Wodzowi Rzeszy urzędnicy. Tak wspominał ten okres sekretarz stanu w MSZ Ernst von Weizsäcker:

Dla ministerstw sztuka polegała na tym, żeby wykorzystać godzinę lub minutę, w której Hitler – czasami rzucając kilka słów – podejmował jakąś decyzję, która następnie zaczynała żyć własnym życiem, mając status „rozkazu Führera”.

Zarządzanie przez chaos

Z czasem improwizacja zaczęła przechodzić w chaos, nad którym panował tylko Hitler. Sytuację pogarszał fakt, że po śmierci prezydenta Paula von Hindenburga objął on i ten urząd, a potem zaczął mieszać administrację rządową i partyjną. Gabinet Partyjny (Reichsleitung) powielał funkcje rządu Rzeszy, a partyjni Reichleiterzy dublowali kompetencje ministrów. Czasem jedna i ta sama osoba pełniła te same funkcje w partii i rządzie, ale czasem minister miał kilku swoich partyjnych odpowiedników.

Ten artykuł ma więcej niż jedną stronę. Wybierz poniżej kolejną, by czytać dalej.

Uwaga! Nie jesteś na pierwszej stronie artykułu. Jeśli chcesz czytać od początku kliknij tutaj.

Panującą w III Rzeszy sytuację jej szef prasowy, Otto Dietrich nazwał wprost największym bałaganem, jaki kiedykolwiek istniał w cywilizowanym państwie. Taka organizacja pracy była kosztowna, marnotrawna i przede wszystkim nieskuteczna dla efektywnego rządzenia. Także urzędnikom coraz trudniej było się w niej odnaleźć.

Między funkcjonariuszami partyjnymi i rządowymi powstawały spory kompetencyjne i personalne. Jedynym, który z tego chaosu korzystał, był sam Wódz. Mógł być arbitrem w sprawach spornych, których było sporo, i utrzymywać partyjne koterie w równowadze. Utrudniał też w ten sposób kreowanie politycznego zagrożenia dla jego pozycji.

Porządek jak na Parteitagu? Nic z tych rzeczy! W zarządzaniu pracownikami kierował się zasadą, że im większy chaos, tym lepiej. Norymberga, 1937 rok (Bundesarchiv, Bild 183-C12671 / CC-BY-SA 3.0).

Porządek jak na Parteitagu? Nic z tych rzeczy! W zarządzaniu pracownikami kierował się zasadą, że im większy chaos, tym lepiej. Norymberga, 1937 rok (Bundesarchiv, Bild 183-C12671 / CC-BY-SA 3.0).

Fakt, że ta plątanina administracyjna nawet działała, zakrawa na cud. Jak w takich warunkach radzili sobie zwykli urzędnicy? Jeden z nich stwierdził, że na niższych szczeblach każdy wykonuje swoją pracę po prostu po to, aby mieć pewność, że nie zagarnie jej jakiś inny urząd. Najlepiej było po prostu pozostać niezauważonym. Tak właśnie swój ideał urzędniczy określił sam Hitler: Najlepszy pracownik to dla mnie taki, który najmniej zawraca mi głowę, to znaczy 95 na 100 decyzji podejmuje sam.

Lodowaty chłód czy napady wściekłości?

A co z najbliższymi pracownikami? Adolf Hitler zwracał na nich szczególną uwagę. Otaczał się takimi ludźmi, których znał i na których lojalność mógł bezwzględnie liczyć. Skład najbliższego personelu zmieniał niechętnie. Ale nawet w kontaktach z nimi był trudno przewidywalny.

Na co dzień potrafił pogawędzić, spytać o czyjeś zdrowie, obdarować prezentem na Boże Narodzenie lub Nowy Rok. Jednak wystarczył czasem błahy powód, by popaść w niełaskę i odczuwać lodowaty chłód w kontaktach. Przytrafiło się to jego sekretarce. Christa Schroeder w rozmowie z Wodzem za bardzo chwaliła… nałóg palenia papierosów, któremu był przeciwny Hitler.

Artykuł powstał między innymi na podstawie słynnej książki byłego sekretarza stanu USA Henry'ego Kissingera zatytułowanej "Dyplomacja" (Bellona 2017).

Artykuł powstał między innymi na podstawie słynnej książki byłego sekretarza stanu USA Henry’ego Kissingera zatytułowanej „Dyplomacja” (Bellona 2017).

Lodowaty chłód był jednak niczym w porównaniu z napadami złości. Przytrafiały się one zwłaszcza, gdy sytuacja na frontach układała się nie po myśli Wodza. Furia Hitlera osiągnęła jednak maksymalny poziom osiągnęła, gdy adiutant Rudolfa Hessa przywiózł mu list od swojego szefa.

W liście tym Hess poinformował o swoim wylocie do Wielkiej Brytanii w celu negocjowania pokoju. Kiedy Hitler przeczytał list, wydał się z siebie nieartykułowany zwierzęcy ryk. Złość wyładował oczywiście na podwładnym: wezwał adiutanta i zapytał go, czy wie, co napisał jego pryncypał. Tak, mein Führer odparł ten nierozważnie, a wówczas Wódz wrzasnął: Aresztować go!

Dyktator, jak wspominał feldmarszałek Wilhelm Keitel (zwany z uwagi na służalczość przez niechętnych mu generałów „Lakeitel” – lokajem), miotał się i wrzeszczał krążąc po pokoju jak wściekły lew. Keitel był wielokrotnie świadkiem podobnych wybuchów gniewu, ale aż takiego jeszcze nie widział. By nie pogarszać sprawy, sam zachował godny lokaja spokój i stał na baczność, oczekując rozkazów.

Feldmarszałek (lo)Keitel lojalnie stał przy Hitlerze nawet gdy ten wpadał w nieposkromiony gniew. Na zdjęciu Führer przygląda się nowo wzniesionym fortyfikacjom "Westwalles" z Wilhelmem Keitlem za plecami (Bundesarchiv, Bild 183-H29051 / CC-BY-SA 3.0).

Feldmarszałek (lo)Keitel lojalnie stał przy Hitlerze nawet gdy ten wpadał w nieposkromiony gniew. Na zdjęciu Führer przygląda się nowo wzniesionym fortyfikacjom „Westwalles” z Wilhelmem Keitlem za plecami (Bundesarchiv, Bild 183-H29051 / CC-BY-SA 3.0).

Gdy miał dobry humor, Hitler potrafił jednak także być miły. Doświadczali tego nie tylko dowódcy i żołnierze, których odznaczał, awansował i nagradzał, ale i najbliżsi współpracownicy. Potrafił przesłać lub dostarczyć osobiście kwiaty, gdy któraś z pań z jego kręgu była chora. Z okazji świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku obdarowywał prezentami liczne grono towarzyszy i współpracowników. Nad tym, by każdy z zasłużonych otrzymał prezent, i by się on nie powtarzał, czuwał jeden z najbliższych pracowników Wodza.

Christa Schroeder wspominała swoje pierwsze zadanie, które wykonała dla Hitlera bardzo przyjemnie: Pisanie pod dyktando nie stanowiło dla mnie niczego nowego, napisałam więc wszystko śmiało (…) Był chyba ze mnie zadowolony, bo na koniec zostałam obdarowana bombonierką. Można więc żałować, że reszcie mieszkańców Europy szykował inne „prezenty”…

Bibliografia

  1. Robert Edwin Herzstein i zespół redakcyjny Time-Life Books, Narodowi socjaliści, Amber 1999.
  2. Henry Kissinger, Dyplomacja, Bellona 2017.
  3. Christa Schroeder, Byłam sekretarką Hitlera. 12 lat u boku Wodza, Bellona 2014.
  4. William L. Shirer, Powstanie i upadek Trzeciej Rzeszy. Historia hitlerowskich Niemiec, Bison Books Corp. 1992.
  5. Volker Ullrich, Hitler. Narodziny zła 1889-1939, Prószyński i S-ka 2015.

Idealna książka dla każdego, kto chce zgłębić tajniki świata dyplomacji:

Czy wiesz, że ...

...przedstawicieli Czerwonego Krzyża zaproszono do obozu koncentracyjnego w Theresienstadt? Po odpowiednim „przygotowaniu” scenerii gościom, którzy pojawili się w czerwcu 1944 roku, pokazano sielankową miejscowość. Mogli przejść się uroczymi uliczkami, wśród kwiatów i świeżo odmalowanych frontów budynków.

...po II wojnie światowej piłkarzom zdarzało się grać mecze w zamian za cebulę i ziemniaki. W PRL-u Zbigniew Boniek, by wyjść na swoje oficjalnie pracował na pięciu etatach.

...w armii Adolfa Hitlera służyć mogło nawet 500 tysięcy Polaków – czyli więcej niż w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie i w armii polskiej w ZSRR? Najwięcej z nich wcielono ze Śląska i z Pomorza.

...wojska niemieckie w Kurlandii walczyły aż do 13 maja 1945 roku, czyli jeszcze kilka dni po zakończeniu wojny? Jedną z przyczyn tak długiego oporu był strach, że Rosjanie zrobią żołnierzom Wehrmachtu drugi Katyń.

Komentarze (8)

    • Redaktion Odpowiedz

      Sehr geehrter Leser,

      Vielen Dank für Ihre Korrektur. Es ist eine Schande, dass sich ein solcher Fehler ausgerechnet in einen Artikel über unseren Führer eingeschlichen hat. Wir werden den Verantwortlichen finden und ihn beispiellos bestrafen.

  1. Bombacjusz Odpowiedz

    Adiutant lotniczy Adolfa Alojzowicza ppłk Nicolaus von Below jako szefa wspominał go bardzo miło. Aczkolwiek w swoich wspomnieniach nie raz daje do zrozumienia, że zarówno kiepska kuchnia jak i wielogodzinne tyrady czasami były ciężkie do zniesienia. Zwłaszcza dowcipy wagi ciężkiej o mięsożercach..

  2. Nasz publicysta |Anna Winkler Odpowiedz

    @Bombacjusz: A mnie się wydaje, że właśnie dlatego Hitler był najgorszym z szefów, że mógł zmuszać swoich podwładnych do wysłuchiwania wielogodzinnych monologów. Problem był systemowy: szefa też powinno coś ograniczać, inaczej jesteśmy – no cóż – na łasce człowieka i zależymy od jego kaprysów. Jednego dnia to będzie karmienie swojej megalomanii i słuchanie głupich dowcipów, następnego – wysyłanie ludzi na chybił-trafił na śmierć „bo zupa była za słona”. Autor zresztą tę zmienność i groźną samowolkę dyktatorską całkiem nieźle uchwycił.

    • Bombacjusz Odpowiedz

      Też wolałbym nie mieć za szefa gościa, który rosół nieodmiennie nazywał „herbatą z trupa” i od 22.00 do 3.00 wygłasza kilka tyrad, jedną bzdurniejszą od drugiej a ty siedź, słuchaj, potakuj i uśmiechaj się. Z drugiej strony szefem adiutantury przez dłuższy czas był płk Hossbach. Tak sztywny i zasadniczy Prusak, że już po 15 minutach miało się go chęć udusić. Szczerze mówiąc, nie dziwię się, że poza von Belowem, który służył u Adiego przez niemal 10 lat adiutanci zmieniali się dość często. Atmosfera w Kancelarii Rzeszy musiała być nader gęsta czasami.

      • Mateusz Drożdż Odpowiedz

        @Anna Winkler i @Bombacjusz – dziękuję za te komentarze! Nie tylko wprowadzają nowe i interesujące wątki do tematu artykułu, ale i utwierdzają mnie w przekonaniu, że też nie chciałbym mieć takiego szefa, jakim dla swoich podwładnych był Adolf Hitler. :)

        Pozdrawiam!
        Mateusz Drożdż

Dodaj komentarz

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.