Twierdziła, że potrafi uzdrawiać dotykiem i przepowiadać przyszłość. Bywała na moskiewskich salonach, obracała się wśród polityków i artystów, a jej niezwykłe zdolności miały pomagać nawet najważniejszym ludziom Związku Radzieckiego. Dżuna Dawitaszwili stała się jedną z najbardziej zagadkowych postaci swojej epoki. Gdzie kończyła się prawda, a zaczynała starannie budowana legenda?
Wśród dziwnych postaci kręcących się po mandalach zbliżonych do ludzi władzy poczesną pozycję zajmuje Dżuna Dawitaszwili. Była uzdrowicielką, prorokinią, szarlatanką, poetką, astrolożką, muzą zabobonu.
W czasach upartego sowieckiego materializmu wytwarzała arcypole pozamaterialne. Przez długie lata była tajemniczą postacią salonów artystycznych i politycznych Moskwy, o dużych wpływach opartych nie wiadomo na czym. Mówiła o sobie, że jej ręce leczą. Ale badający ją naukowcy z Rosyjskiej Akademii Nauk uznali, że jest po prostu rewelacyjną masażystką, o żadnych nadprzyrodzonych mocach, które przypisywała jej moskiewska ulica (i ona sama sobie), nie było mowy.
Kim była i skąd się wzięła? Urodziła się w Kraju Krasnodarskim jako Jewgienija Sardis, jej ojcem był emigrant z Iranu, matką – Kozaczka. Ze szkołą się niezaprzyjaźniła, może skończyła, może nie skończyła technikum, według innych źródeł podjęła studia w Rostowie nad Donem (nie wiadomo, czy je ukończyła). Wyjechała do Tbilisi, gdzie dzięki znajomości z rodziną gruzińskich naukowców rozwijała zainteresowania zjawiskami paranormalnymi.
Według niepotwierdzonych informacji, zaczęła studia medyczne. Wyszła za mąż za Wiktora Dawitaszwilego (był urzędnikiem w kancelarii Edwarda Szewarnadzego*), urodziła syna Wachtanga. Kolekcjonowała znajomości w kręgach artystycznych i politycznych, konsekwentnie budowała legendę osoby o uzdrowicielskich właściwościach. Zgłębiała tajniki bioenergoterapii, doskonaliła technikę masażu bezdotykowego.
Przełomem był rok 1980, gdy została polecona jako genialna uzdrowicielka żonie jednego z radzieckich notabli, szefa Gospłanu Nikołaja Bajbakowa. Kuracja pacjentce się spodobała, Dżuna mogła wypłynąć na szerokie wody. Przeniosła się na stałe do Moskwy.
Stała się znana dzięki rozpowszechnianym pocztą pantoflową wieściom o rzekomych seansach nakładania dłoni na chorego genseka Leonida Breżniewa (nie znaleziono potwierdzenia w dokumentach archiwalnych) i leczeniu innych znakomitości świata polityki i kultury (np. Roberta De Niro czy Andrieja Tarkowskiego). Przez lata pracowała nad stworzeniem aparatury mającej leczyć choroby onkologiczne poprzez neutralizację chorych komórek. Ale bez powodzenia.
fot.Atkins, Oliver F., White House Photo OfficeLeonid Breżniew w 1973 roku
W latach dziewięćdziesiątych popróbowała sił w polityce – stworzyła partyjkę Blok Dżuny, wystartowała w wyborach do Dumy Państwowej w 1995 roku, zdobyła niespełna pół procenta głosów.
Gdy z parlamentaryzmem nie wyszło, dwa lata później obwołała się królową Asyrii. Skąd ten pomysł? Dżuna wywodziła, że drzewo genealogiczne jej ojca, który przed wojną przyjechał z Iranu do ZSRR za chlebem i osiadł w Kraju Krasnodarskim, pełne jest osób niezwykłych, koronowanych, powiązanych z Domem Panującym Romanowów* i władcami Asyrii. Wedle niej samej, korzenie rodu sięgają pierwszych Rurykowiczów, a ona sama jest spadkobierczynią świętej Olgi. Poczuła się tak dobrze w tym wcieleniu, że powołała własne stowarzyszenie Nowa Elita Rosji, została jego regentką i rozpoczęła handel tytułami. Według enuncjacji prasowych, „gramotę” od Dżuny otrzymał m.in. były mer Moskwy Jurij Łużkow.
Dżuna Dawitaszwili lubiła występować w telewizji, udzielać wywiadów, opowiadać o niesłychanych historiach, swoim wpływie na polityków będących jej pacjentami. Twierdziła na przykład, że pomagała Borysowi Jelcynowi rządzić krajem (sic), za co otrzymała od niego Order Przyjaźni Narodów. Jeden z weteranów służb specjalnych utrzymywał, że ten order otrzymała za zasługi dla wywiadu wojskowego GRU – miała bowiem udzielać się przy weryfikacji kandydatów na agentów tej służby.
Niedługo przed przedwczesną śmiercią w wieku niespełna 66 lat w 2015 roku w filmie wyemitowanym przez TV NTW zapowiadała, że swoimi tajnymi fluidami zmusi Zachód do zniesienia sankcji wobec Rosji, wprowadzonych po aneksji Krymu.
Twierdziła, że ma prorocze sny, że właściwość tę odziedziczyła po ojcu, który potrafił przewidywać przyszłość. Różne źródła przypisywały jej profetyczne zapowiedzi katastrof, m.in. zatonięcie okrętów, Czarnobyl, rozpad ZSRR.
Do legendy Dżuny należały też salonowe opowieści. Wielki rozgłos zyskała historia jej kłótni z carycą estrady Ałłą Pugaczową, rzekomo zazdrosną o wpływy, jakimi Dżuna cieszyła się w Moskwie. Pewnego razu obie gwiazdy spotkały się na imprezie u wspólnego znajomego. Dżuna poczuła się obrażona sposobem powitania (Pugaczowa kazała jej wypić karniaka, choć Dawitaszwili była abstynentką). Damy po wymianie słownych ciosów przeszły do rękoczynów, pojedynek wygrała Dżuna, która popielniczką (lub wazonem) zdefasonowała twarz piosenkarki. Według innej wersji – kłótnia wybuchła na tle różnicy zdań co do kariery estradowej gospodarza imprezy.
fot.Bundesarchiv, Bild 183-R0428-0022 / Koard, Peter / CC-BY-SA 3.0Pugaczowa w Berlinie (1976)
Życie Dżuny, jej fantastyczny awans z głuchej wioski na moskiewskie salony, bajka o ezoterycznych umiejętnościach, rękach, które leczą – to wszystko trafiało na podatny grunt. Zwłaszcza na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, w czasach, gdy stary porządek odchodził, a nowy był wielką niewiadomą. Moda na horoskopy i wiara w nadprzyrodzone moce rozkwitła w Rosji (szczególnie w latach dziewięćdziesiątych) bujnym kwieciem. Dżuna wypłynęła na tej fali. W 1990 roku założyła Międzynarodową Akademię Nauk Alternatywnych, miała szerokie grono wiernych słuchaczy, naśladowców, wielbicieli.
Tym, co na pewno nie należało do legendy i było autentycznym komponentem życia Dżuny Dawitaszwili, była wielka miłość do jedynego syna, Wachtanga. W 2001 roku Wachtang w wieku 26 lat zginął w wypadku samochodowym, Dżuna nie była w stanie poradzić sobie z tą śmiercią, wycofała się z życia publicznego, jedynie z rzadka pojawiała się w mediach. A gdy się pojawiała, opowiadała niestworzone historie. W wywiadach telewizyjnych sprawiała wrażenie osoby nieobecnej, oderwanej od rzeczywistości, pogrążonej w głębokiej depresji. „Ona umarła wraz z Wachtangiem, jej energia się wyczerpała, nie mogła już leczyć” – opowiadał jej przyjaciel, aktor Stanisław Sadalski. Ostatnie lata Dżuna poświęciła eksperymentom mającym na celu ożywianie zmarłych. Podobno do trumny syna włożyła telefon komórkowy, regularnie opłacała abonament.
fot.Lew Miedwiediew/Лев Леонидович Медведев / CC BY-SA 4.0Djuna
Pewnego czerwcowego dnia w 2015 roku na jednej z moskiewskich ulic przechodnie zauważyli leżącą nieprzytomną kobietę. Wezwano pogotowie, kobietę zawieziono do szpitala, lekarze stwierdzili u niej rozległy wylew. Mimo podjętych intensywnych działań pacjentki nie udało się odratować. Zmarła nazajutrz. Tą pacjentką okazała się sławna uzdrowicielka Dżuna Dawitaszwili. Została pochowana na Cmentarzu Wagańkowskim w Moskwie, obok syna. Uroczystości żałobne odbyły się w świątyni Asyryjskiego Kościoła Wschodu na moskiewskiej Dubrowce. Popularny dziennik „Komsomolskaja Prawda” napisał, że pochowano ją w mundurze, który obstalowała sobie na 9 maja.
Po internecie już w dniu pogrzebu rozeszły się wieści, że Dżuna ożyła na własnym pogrzebie. Ktoś dotknął jej ręki i poczuł, że jest ciepła. Ktoś inny włożył do jej trumny komórkę – a nuż odzyska przytomność i zadzwoni. Ale krewni stanowczo się temu sprzeciwili. Dżuna nie była jedyną czarodziejką w mundurze.
Jednostka 10003
W 1989 roku powstała w ramach Ministerstwa Obrony ZSRR tajna „jaczejka” o numerze 10003*, nazywana „jednostką tysiąca i trzech nocy”. Jednostka miała zgłębiać możliwości wykorzystania zjawisk paranormalnych dla prowadzenia działań wojennych. Na czele postawiono Aleksieja Sawina, który na tej dziwnej robocie dosłużył się całkiem autentycznego stopnia generała lejtnanta.
Gdy obejmował dowództwo, dostał przydział na służbowe mieszkanie w pobliżu stacji metra Kropotkinskaja, w ścisłym centrum Moskwy, co było wyróżnieniem i spełnieniem marzeń.
Jednostka 10003 zaczynała z niewielkim stanem etatowym: dziesięciu specjalistów miało analizować informacje od jasnowidzów, hipnotyzerów, osób obdarzonych zdolnościami telepatycznymi czy posługujących się zdolnościami kontaktu z cywilizacjami pozaziemskimi, ich usługi miały być pomocne w poszukiwaniu osób zaginionych, w wyjawianiu miejsc, gdzie zniknęły z radarów samoloty, w zapobieganiu awariom itd. Roboty mieli po łokcie. Zwłaszcza w niespokojnych latach transformacji ciągle się coś działo, wizjonerzy pchali się ze swoimi pomysłami drzwiami i oknami. Uprzedzali o wybuchach bomb jądrowych w Glasgow, lądowaniu kosmitów pod Taszkentem, w czasie wojny czeczeńskiej w latach dziewięćdziesiątych mieli poprzez techniki parapsychologiczne docierać do świadomości czeczeńskich jeńców i wyciągać z nich potrzebne informacje (w tym celowały ponoć zatrudniane w jednostce kobiety z bardzo rozwiniętą kobiecą intuicją).
Komisja Rosyjskiej Akademii Nauk ds. walki z pseudonauką rwała sobie włosy z głowy nad „osiągnięciami” jednostki. Gdy do apeli naukowców o nieuznawanie rewelacji pozyskanych przez jednostkę 10003 doszły jeszcze oskarżenia o malwersacje, w 2003 roku „jaczejkę”, obwołaną w armii „umundurowanym Hogwartem” lub „departamentem do spraw siły nieczystej”, rozwiązano. Pracę straciło dwóch generałów, ośmiu pułkowników i liczna załoga, złożona z wojskowych i cywili.
Czy teraz Ministerstwo Obrony korzysta z usług jasnowidzów w mundurach? Oficjalnie nie ma śladu, by podobne do 10003 jednostki działały. Stugębna plotka mówi o niejakim generale Siergieju Szełuchinie, noszącym pseudonim „Astrolog”, co wskazuje, że umie czytać z układów gwiazd na niebie i wie, co się wydarzy. Czy sporządzane przezeń horoskopy lądują na biurkach w sztabie rosyjskiej armii, jak sugerują dociekliwi dziennikarze śledczy? Ani dementi, ani potwierdzenia nie ma.
Tekst jest fragmentem książki Anny Łabuszewskiej „Rosja. Szamani, carowie i tajne agentki”, wydanej nakładem Wydawnictwa MANDO w 2026 roku.
KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.