19 września 1863 roku w centrum Warszawy doszło do zamachu na Fiodora Berga, rosyjskiego namiestnika Królestwa Polskiego. Starannie przygotowana akcja powstańców styczniowych miała jednak nieoczekiwany przebieg. Jej konsekwencje na długo zapisały się w historii Warszawy.
W sierpniu 1863 roku wielki książę Konstanty złożył rezygnację ze stanowiska namiestnika (wyjechał z Warszawy w październiku). Jego następcą został hrabia Fiodor Berg – człowiek, który przed ponad trzydziestu laty tłumił powstanie listopadowe.
Berg pojawił się w stolicy już w maju, nosił wówczas tytuł pełnomocnika namiestnika. Znacznie zwiększył liczbę rosyjskich policjantów w mieście i zarządził stosowanie tortur w śledztwach przeciwko osobom podejrzanym o sprzyjanie powstaniu. Był też wyjątkowo czuły na punkcie własnego stanowiska – zdarzało się, że wysyłał funkcjonariuszy na ulice, by okładali kijami przechodniów niezdejmujących nakryć głowy przed jego powozem. Pomimo swoich prawie siedemdziesięciu lat zadziwiał energią, ciągle zarządzał przeglądy stołecznego garnizonu, osobiście też odwiedzał poszczególne jednostki. A co najważniejsze, wszędzie doszukiwał się zdrady i powiązań z powstańcami.
W tej sytuacji zaczął stanowić realne zagrożenie dla władz narodowych. Wiedziano bowiem, że gdyby miał zburzyć całą Warszawę, by wyeliminować przywódców zrywu, nie zawahałby się tego zrobić. Zapadła zatem decyzja o zamachu na Berga.
fot.Copy from 1892 after Józef Simmler – Image taken by User:Mathiasrex Maciej Szczepańczyk / CC BY-SA 3.0Friedrich Wilhelm Rembert von Berg
Hrabia zawsze jednak poruszał się z silną ochroną, nie wchodziło też w rachubę przedarcie się do jego biura czy mieszkania. Sztylety jako narzędzie zbrodni odpadały, pozostały zatem bomba lub broń palna. Zdecydowano się użyć obu jednocześnie.
Zamach przygotowywali Chmieleński i Landowski. Zalecili obserwację Berga, która potwierdziła wcześniejsze ustalenia: panu hrabiemu rzeczywiście wszędzie towarzyszyła silna obstawa. Prowadził jednak bardzo uregulowany tryb życia, a do tego był człowiekiem niezwykle punktualnym. Po Warszawie jeździł stałymi trasami, dlatego zdecydowano się przeprowadzić zamach na skrzyżowaniu Świętokrzyskiej i Nowego Światu. Była to ulubiona droga powrotu dostojnika z miasta, ponadto jego orszak w tym miejscu nieco zwalniał, co ułatwiało działanie spiskowców.
Uznano, że największe nadzieje na sukces daje atak z Pałacu Zamoyskich, kilkupiętrowej kamienicy czynszowej na rogu Nowego Światu. Budowla ze względu na swoje położenie i konstrukcję dawała szansę na bezpieczny odwrót zamachowców po ataku. Ponadto posiadała wiele dużych okien, co umożliwiało zarówno obserwację, jak i przeprowadzenie akcji.
Po bliższych oględzinach pojawiły się jednak wątpliwości, niemożliwy okazał się bowiem dostęp do pomieszczeń na pierwszym piętrze z oknami wychodzącymi na ulicę. Wprawdzie zamachowcy mogli sterroryzować mieszkańców i siłą opanować lokal, jednak groziło to przedwczesną dekonspiracją. Ostatecznie wynajęto dwupokojowe mieszkanie na poddaszu (czwarte piętro), co znacznie utrudniało przeprowadzenie skutecznego ataku. Dużo bowiem zależało od właściwej oceny szybkości posuwania się kawalkady Berga, co z tej wysokości nie było łatwym zadaniem.
19 września po południu Fiodor Berg powracał na Zamek Królewski. Jechał od strony Parku Łazienkowskiego przez Aleje Ujazdowskie i Nowy Świat, jego orszak nieznacznie tylko zwalniał na skrzyżowaniach. W pobliżu Pałacu Zamoyskich stało kilku ludzi Landowskiego. Dostrzegłszy zbliżającą się kawalkadę, dali znak pozostałym spiskowcom. Gdy orszak Berga zrównał się z budynkiem, rozległ się pojedynczy strzał, po czym posypały się bomby. Na koniec zrzucono butelki z łatwopalnym płynem i miejsce akcji zasnuł dym.
Strzał (z dubeltówki!) oddany w trudnych warunkach był niecelny, podobnie jak bomby, które eksplodowały obok powozu i pomiędzy końmi eskorty. Trzech Kozaków odniosło rany, pojazd hrabiego został pokiereszowany, on sam jednak nie doznał nawet draśnięcia.
Rosjanin nie stracił głowy, wprawdzie spłoszone konie poniosły, zaraz jednak wydał odpowiednie rozkazy. Część jego eskorty natychmiast pobiegła do Pałacu Zamoyskich, by jak najszybciej ująć zamachowców. Potężna brama wejściowa była jednak zamknięta, podobnie jak boczne wejścia. Upłynęło sporo czasu, zanim je sforsowano, a jeszcze więcej, nim odnaleziono pomieszczenie, z którego przeprowadzono zamach. Oczywiście spiskowcy zdążyli już zniknąć, na tyłach budynku było bowiem kilka łączących się ze sobą dziedzińców i ogród klasztorny. W tej sytuacji aresztowano wszystkich mężczyzn przebywających w gmachu, a pozostałych mieszkańców wypędzono na ulicę.
fot.Anonymous plate – Stefan Król, Cytadela warszawskaZamach na generała Fiodora Berga
Przybyło kilka kompanii rosyjskiej piechoty i zaczęło się regularne plądrowanie. Moskiewscy żołdacy wynosili z budynku całe wyposażenie mieszkań, a czego nie dało się wynieść, wyrzucano przez okna.
„Żołnierz rosyjski – wspominał pisarz i powstaniec Walery Przyborowski (…) – jak wszyscy barbarzyńcy, czujący pewną niechęć do cywilizacyjnych objawów życia, których nie rozumiał, a które mu imponując, gniewały go mocno. Z radością więc, z pewną zaciekłością, istną hord Attyli, depcząc starą rzymską kulturę, rzucił się wewnątrz obu nieszczęsnych domów i wszystko, co napotkał, niszczył, łamał, tłukł. Meble rąbano siekierami, wyrzucano je przez okna na ulicę… Leciały niby grad krzesła, stoły, szafy, (…) świeczniki, lampy, porcelana, zwierciadła, łóżka, obrazy, książki, pościel, ze straszliwym trzaskiem i dzikimi okrzykami barbarzyńskiej tłuszczy”.
To właśnie wtedy z mieszkania siostry Fryderyka Chopina, Izabelli Barcińskiej, wyrzucono na ulicę fortepian jej brata, co dwa lata później skłoniło Cypriana Kamila Norwida do napisania wstrząsającego wiersza. Horda Moskali nie oszczędzała niczego – wyniesiono korespondencję kompozytora, z mieszkania słynnego orientalisty Józefa Kowalewskiego zabrano bezcenne zbiory. Łupem barbarzyńców padły także rękopisy Jana Długosza i szereg innych cennych woluminów. Rzeczy nadające się do spalenia zrzucano na ogromny stos w pobliżu kamienicy, a resztę niszczono na miejscu. Dowodzący akcją generał Paweł Korf polecił podpalenie zgromadzonego na ulicy wyposażenia. Podobno ogień wzbił się na wysokość wież pobliskiego Kościoła Świętego Krzyża, ostatecznie interweniowała straż pożarna, by nie dopuścić do pożaru na mieście.
Chociaż rabunek oficjalnie był zakazany, żołnierze plądrujący budynek znacznie się wzbogacili. Rozkradano wszystko, co dało się wynieść i spieniężyć. W kolejnych dniach na stołecznych targowiskach można było za bezcen nabyć eleganckie ubrania czy wyposażenie domowe. Nic dziwnego, że gdy nieco później jeden ze znajomych Kowalewskiego stwierdził, że tak postępować mogą tylko „Mongoły”, uczony gwałtownie zaprotestował, mówiąc, że zna Mongołów: „To poczciwi ludzie, a to dzikie łotry”.
Budynek oficjalnie skonfiskowano, podobny los spotkał również sąsiednią kamienicę, także należącą do Zamoyskich. Właściciel gmachów został skazany na wygnanie, a jego syn, przebywający w trakcie zamachu w budynku, trafił na Syberię. Na ulicach pojawiły się tysiące żołnierzy z zadaniem aresztowania każdego podejrzanego. Bramy domów miały być zamknięte przez całą dobę, na właścicieli posesji nałożono kontrybucję, a gdyby znów dokonano zamachu i spiskowcy uciekaliby przez ich teren, nieruchomości miały być konfiskowane. Właściciele budynków mieli odtąd odpowiadać za zachowanie swoich lokatorów, a świadkowie zamachów byliby karani na równi z ich uczestnikami. Zakazano noszenia żałoby po bliskich bez zgody policji, a do uczestnictwa w pogrzebie konieczne stały się przepustki.
fot.Anonimowy – Image taken by User:Mathiasrex Maciej Szczepańczyk / CC BY-SA 3.0Wojsko rosyjskie demoluje pałac Zamoyskich po zamachu na Berga
Berg postanowił dać odstraszający przykład polskim buntownikom i zarządził, by od tej pory egzekucje na spiskowcach odbywały się publicznie na placach miejskich. Początkowo skazańców rozstrzeliwano, potem – jako stały element architektury miasta w okresie powstania styczniowego – pojawiły się szubienice…
Rosjanom nie udało się jednak zatrzymać uczestników zamachu na hrabiego. Terroryści rozproszyli się po mieście i okolicach, część z nich dołączyła do oddziałów powstańczych. W ręce Moskali trafił ostatecznie tylko Dominik Krasuski – został publicznie powieszony. Jego brat Feliks miał więcej szczęścia, walczył z Rosjanami w polu, po czym zbiegł za granicę. Z kolei Albert Kunke poległ podczas jednego ze starć z zaborcą, a Antoni Schmidt, który przygotowywał bomby, został później aresztowany i skazany na karę śmierci zamienioną na dwadzieścia lat katorgi.
fot.Jolanta Dyr – Praca własna / CC BY-SA 3.0Tablica na ścianie pałacu upamiętniająca zamach i jego następstwa
Opuścili stolicę także obaj organizatorzy zamachu – Landowski udał się do oddziałów partyzanckich na Podlasie, natomiast Chmieleński zbiegł do Galicji. Potem przeniósł się do Paryża, a następnie Londynu. Nigdy nie wyrzekł się działalności patriotycznej ani upodobania do terroru. Z upływem czasu propagował coraz bardziej abstrakcyjne pomysły polityczne – jednym z nich był plan wywołania powstania na Węgrzech i Bałkanach, by jego uczestnicy przynieśli wolność Polsce. W 1870 roku przeniósł się do Szwajcarii, gdzie pewnego dnia zaginął w górach. Czy było to samobójstwo, czy wypadek, tego już nigdy się nie dowiemy. Ciała nie znaleziono.
Natomiast Landowski walczył na Podlasiu, w jednej z potyczek został ranny i trafił do niewoli. Rozpoznano go, wobec czego został skazany na karę śmierci zamienioną tuż przed egzekucją na dwadzieścia lat katorgi. Ostatecznie zwolniono go po odbyciu połowy kary, wyjechał do Francji, gdzie dokończył studia medyczne i został cenionym ginekologiem. Unikał kontaktów z polskim środowiskiem emigracyjnym, zarzucano mu bowiem, że chcąc się ratować w śledztwie, wydał wielu współpracowników.

KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.