W 1937 roku brytyjski reporter i podróżnik Bernard Newman przemierza Europę na rowerze. W karpackiej wsi Borgóprund, w samym sercu Siedmiogrodu, trafia na wieczór pełen opowieści o wampirach i wilkołakach. Newman pokazuje, że nie są one jedynie folklorem, lecz częścią codziennego porządku świata — miejsca, gdzie mit wciąż żyje obok nowoczesności.
Romani to zbiorcza nazwa kilkudziesięciu języków romskich, którymi posługują się Romowie i Sinti. Pokój gospodarza dał mi okazję do zmiany tematu, ponieważ wyglądał niemal jak muzeum – z głowami zwierząt oraz porożem na ścianach, a skórami na podłodze. Dzięki swojemu stanowisku inspektor wód i lasów ma dostęp do jednych z najlepszych terenów łowieckich w Europie.
Ta wilcza skóra, na której trzyma pan nogi – rzekł. – Zastrzeliłem tego wilka w ogrodzie na tyłach domu. A te niedźwiedzie skóry tutaj – nie musiałem iść po nie specjalnie daleko. Większość z nich pochodzi z lasu po drugiej stronie doliny. Pamiętam jednak pewien poranek, kiedy zastrzeliłem siedem niedźwiedzi, siedząc na własnym płocie. Spojrzałem z niepokojem na okno, które szczęśliwie było zabezpieczone solidnymi kratami. Następnie zapłakałem nad własnym beztalenciem, ponieważ podczas wojny zostałem sklasyfikowany jako najgorszy strzelec w brytyjskiej armii: od tamtej pory z pół tuzina razy strzelałem do wilków – i zawsze chybiałem celu!
– Miał pan jakieś przygody z wilkami i niedźwiedziami?– zapytałem niepewnie, gdy już napodziwiałem się skór, marząc, by należały do mnie. Musiałem wyznać, jak sobie słabo radzę ze strzelbą. – Nie – odparł inspektor nonszalancko. – Po prostu je zastrzeliłem i tyle. – Z wilkami i niedźwiedziami nie miewa się przygód – odezwał się kierownik szkoły. – To wszystko legenda.
– Och, nie, nic podobnego – zaoponował dowódca straży pożarnej. – Mojego ojca kiedyś ścigała wataha wilków. – Niemożliwe – sprzeciwił się kierownik. – Wilki nigdy nie tworzą watah.
– Ale chwileczkę – wtrąciłem się, spiesząc na pomoc strażakowi. – Zawsze sądziłem, że zimą jednak zbierają się w watahy. – Nie, to nieprawda – powtórzył kierownik. – Wszystkie te sensacyjne opowieści o rosyjskich podróżnikach w śniegu, ściganych przez hordy wilków, to czysta fikcja. Wilki nigdy nie tworzą watah, nie ma w nich ani krzty ducha wspólnoty czy współpracy.
– Ale mówię ci – obstawał przy swoim dowódca straży pożarnej – że mojego ojca ścigała kiedyś wataha wilków. – Niewątpliwie wyobraźnia go poniosła – stwierdził ze spokojem nauczyciel. – Może zaatakowała go wilcza rodzina, zdarza się całkiem często, że basior i wadera polują razem z dwójką czy trójką szczeniaków, ale nie wataha. Podkreślam: nie wataha. W tym momencie wszyscy zaczęli się przekrzykiwać, a każdy przedstawiał dowody za czymś lub przeciwko czemuś, co sądzili pozostali. Przeważnie jednak nie były to żadne argumenty, a historie z gatunku jedna pani drugiej pani. – Zakładam – odezwał się strażak gorzkim głosem – że skoro nie wierzysz w istnienie wilczych watah, to będziesz również zaprzeczał istnieniu wilkołaków?
– Oczywiście, że będę – odparł nauczyciel. – Stek przesądów i bzdur!
– Nic podobnego – uparł się dowódca straży. – Choćby mój ojciec…
– A tak, twój ojciec – zawtórował kierownik szkoły. – Chyba wszyscy we wsi znali twojego ojca – poza tobą!
Gospodarz przyniósł drinki, żeby rozluźnić atmosferę, ale wzmianka o wilkołakach pobudziła moją ciekawość.
Na chwilę zapomniałem, że jestem w Siedmiogrodzie, w samym sercu zabobonnej Europy. Przypomniałem sobie własne przeżycia sprzed kilku lat w wiosce, która miała opinię nawiedzanej przez wampiry*. Napomknąłem o tym, a dowódca straży nawet nie czekał, aż skończę, i już zaczął snuć swoje wspomnienia czy raczej swojego ojca.
fot.Ilustracja poglądowa / stworzona przez AI„Pokój gospodarza w Borgóprund” – scena rozmowy o wampirach i wilkołakach.
– Ale to wszystko prawda – twierdził. – Ojciec mi opowiadał mnóstwo historii o wampirach. Przecież nawet w tej wsi żył człowiek, który popełnił samobójstwo, a potem wrócił, by straszyć ludzi i ssać z nich krew. W końcu chłopi zebrali się na odwagę i rozkopali jego grób, bo zaniechali wbicia mu w serce kołek, jak każe tradycja. A kiedy odważny mężczyzna zszedł do grobu i wbił zaostrzony palik, gdzie trzeba, z ciała samobójcy trysnęła czerwona krew, choć leżał już w ziemi od kilku miesięcy.
– Ale to rzewne brednie – oświadczył nauczyciel.
– Mówię ci, że nic podobnego – wykrzyknął dowódca straży. – Mój ojciec…
– A czy twój ojciec widział to na własne oczy? – Kierownik szkoły bezlitośnie żądał odpowiedzi.
– Nie, nie widział tego, ale słyszał o tym – protestował strażak.
– No oczywiście, że każdy w Borgóprund słyszał takie opowieści – skwitował jego słowa nauczyciel, po czym zwrócił się do mnie.
fot. Fz22 / CC BY-SA 3.0Siedmiogród (na żółto) na mapie administracyjnej Rumunii
– Pan i ja wiemy, że to tylko zabobony, a jednak muszę przyznać, że w tych stronach ludzie chętnie w nie wierzą. Jestem przekonany, że gdyby przeszedł się pan po wsi i popytał ludzi, powiedzmy, po pięćdziesiątce, odkryłby pan, że wszyscy podskórnie wierzą w wampiry i wilkołaki. Ciągle próbuję wlać trochę rozsądniejszych idei do głów młodszego pokolenia.
Przeczytaj także: Ostatnie polskie wampiry? Polowania na krwiopijców pod Krakowem
– A do diabła z rozsądniejszymi ideami! – wrzasnął strażak, gwałtownie się podnosząc. – Jeśli coś jest prawdziwe, to musisz to uznać.
– Powiedz mi, widziałeś kiedyś wampira? – zapytał nauczyciel.
– Nie – odparł strażak – ale znam ludzi, którzy je widzieli. A do tego zaraz pójdę i ich przyprowadzę. Wkrótce skończymy tę dyskusję! Spiesznie wyszedł z pokoju, a po jakichś dwóch minutach był z powrotem.
– No to zobaczymy, co tam z wampirami – oświadczył i popchnął przed sobą do środka pomieszczenia sędziwą kobietę, która, jak podszepnął mi gospodarz, była jego kucharką. Patrzyła na mnie, jakbym był istotą nadprzyrodzoną, i omal nie doznałem szoku, widząc, jak drży ze strachu. Ale powiedziałem jej kilka miłych słów o jej kuchni wedle podpowiedzi gospodarza i to chyba ją uspokoiło. Człowiek, który potrafi docenić smażone kurczęta, nie może być przecież aż taki straszny. Staruszka mówiła wyłącznie po rumuńsku, tak więc tłumaczono mi jej wygłaszane niepewnym głosem wypowiedzi. Mowy jednak być nie mogło o żadnych matactwach, ponieważ trzy osoby tłumaczyły równocześnie na trzy różne języki.
– Pan kierownik mówił nam właśnie, że nie ma żadnych wampirów – zaczął dowódca straży pożarnej. – I co na to powiesz?
– Myślę, że pan kierownik nie ma racji – odpowiedziała. – Nie wiem, czy teraz są, ale z całą pewnością były, kiedy byłam dziewczyną. No przecież nawet mnie jeden ugryzł.
– Co takiego? – wykrzyknął nauczyciel.
– A tak – potwierdziła staruszka. – Jedna z moich kuzynek, która mieszka na nizinach, była chora i przyszła do nas, do Borgóprund, żeby zażyć zdrowego, górskiego powietrza.
Spała razem ze mną w jednym łóżku. Ale nie tylko jej się pogorszyło, lecz i ja się rozchorowałam. Sprowadzili do nas doktora z Bystrzycy, tyle że nie dopatrzył się u żadnej z nas niczego złego. Wtedy ojciec poszedł po znachorkę – matka chciała od razu ją prosić, zanim przyjechał doktor – a ona powiedziała od razu:
– Dobrze, że zawołaliście mnie, a nie doktora, ponieważ wasza córka i siostrzenica nie cierpią na ludzką chorobę, to wampir ssie ich krew.
– Co?! – zakrzyknął w przerażeniu mój ojciec. – Ale czy to znaczy, że we wsi jest wampir?
– A skąd miałabym wiedzieć? – odparła wiedząca.
– Jeśli ktokolwiek miałby to wiedzieć, to właśnie wy. No już – rzekł ojciec, a bardzo mocno się zastanawiał – od wielu lat we wsi nie było żadnego samobójstwa. Mówcie wszystko, co wiecie.
– W naszej wsi nie ma wampira – oznajmiła znachorka – ale jest w innej. Gdzie ty masz głowę, człowieku? Kto najpierw zapadł na zdrowiu, twoja córka czy siostrzenica? Wtedy ojca olśniło.
– Mówisz, że w jej wiosce jest wampir? – zapytał.
– No pewnie – odparła. – Widać to tak jasno jak łysinę na twojej głowie.
– Ale dlaczego oni tam o tym nie wiedzą?
– A skąd mam to wiedzieć, skoro nigdy tam nie byłam?
– Posłuchajcie, babko – rzekł ojciec – musimy wobec tego ruszyć do jej wsi, bo póki ten wampir nie zostanie zabity, moja siostrzenica i moja córka nie zaznają spokoju.
– Jestem za stara na to – oświadczyła wiedząca.
– Nieprawda – ojciec obstawał przy swoim. – Wymoszczę wóz słomą i będę ostrożnie jechał, w trzy dni zajedziemy. Ale musicie pojechać.

Wampir (1895) Edvarda Muncha
Ojciec był upartym mężczyzną i nie bał się znachorki. Mówiono za to, że to ona bała się jego. Zapytała o pieniądze, a ojciec jej dał, mówiąc przy tym, że znajdzie się ich więcej, kiedy wampir zostanie zgładzony. Tak więc ojciec wymościł słomą wóz i ostrożnie powiózł ją drogą d o Monoru, gdzie mieszkała kuzynka. Tamtejsi ludzie wpadli w straszny gniew, kiedy usłyszeli od ojca, że mają u siebie wampira i są tak ciemni, że o tym nie wiedzą. Znachor z Monoru zagroził, że zabije wiedzącą z Borgóprund, ponieważ oświadczyła, że mieszka u nich wampir. No ale kilku mężczyzn i kobiet we wsi posłuchało mojego ojca, dlatego że parę miejscowych dziewcząt się rozchorowało, a wszystkie były chore na to samo.
Monorczycy protestowali jednak, że to niemożliwe, gdyż od wielu lat nikt we wsi nie popełnił samobójstwa, a wiadomo, że tylko tą drogą rodzi się wampir – wyjątkiem jest osoba, którą ugryzł. Ale mądra kobieta z Borgóprund była b a r d z o mądra i chodziła od domu do domu, wszędzie tam, gdzie ktoś umarł w ostatnim roku. Wreszcie doszła do chaty, gdzie gospodarz zmarł wskutek wypadku: spadł z dachu, który reperował. Wiedząca zadawała tyle pytań, że wdowa wreszcie zaczęła płakać i wyjawiła, że kłóciła się z mężem, który był bardzo nieszczęśliwy, aż wreszcie zabił się, rzucając się z dachu.
Wtedy znachorka, która nie znała strachu, razem z moim ojcem, który również nie znał strachu, poszli na cmentarz i wykopali ciało mężczyzny, który spadł z dachu, no i oczywiście, chociaż całe miesiące już minęły od tego czasu, z ran, które wtedy odniósł, nadal płynęła czerwona krew.
Przeczytaj także: Wiedźmini istnieli naprawdę!
– Widzieliście to na własne oczy? – wtrącił się nauczyciel.
– Nie, oczywiście, że nie – odparła staruszka. – Nie mówiłam, że to mój ojciec pojechał do Monoru? Ja zostałam w Borgóprund.
Nauczyciel wypytywałby ją dalej, ale go powstrzymałem. Ta opowieść mogła być niewiarygodna, ale bez wątpienia była ciekawa. (Powinienem może był wspomnieć, że starsza dama nie snuła opowieści tak spójnie, jak to spisałem. Większość relacjonowanej historii wyłaniała się w seriach odpowiedzi na kolejne pytania – dla czytelnika byłoby to raczej nużące, gdybym chciał tu dokładnie opisać owo przesłuchanie).
Ojciec zrobił to, co oni powinni byli zrobić w swoim czasie – przebił kołkiem serce tego mężczyzny, obciął mu głowę i wepchał do ust czosnek. Kiedy wrócił i opowiedział, co się wydarzyło, moja kuzynka od razu poczuła się lepiej, podobnie jak ja, ponieważ oczywiście jako ugryziona przez wampira sama się nim stała i tej nocy ssałaby moją krew. Gdy tylko zabito wampira, który ją ugryzł, ona też przestała być wampirem.
– Czy to odpowiada tradycji? – zapytałem kierownika szkoły.
– Różnie ona wygląda w różnych rejonach – odpowiedział.
– Gdzieniegdzie wierzą, że kto raz stał się wampirem, na zawsze nim pozostanie.
– A teraz jesteś już usatysfakcjonowany? – zapytał go dowódca straży pożarnej.
– Nie – odparł nauczyciel. – Nie jestem. Mogę logicznie bez zarzutu wyjaśnić wszystkie te opowieści starych kobiet – bo ona, rzecz jasna, jest w błędzie. Nie twierdzę, że świadomie kłamie. Tak nie jest, ona wierzy w to, co mówiła, ale tak naprawdę wydarzyło się zapewne coś innego. W Monorze panowała jakaś epidemia. Kuzynka przyjechała tutaj i zaraziła starą Marię gorączką czy co to było. I jak to bywa z takimi gorączkami, po pewnym czasie obie wydobrzały – wizyta jej ojca w Monorze nie jest niczym więcej jak zbiegiem okoliczności.
– No ale co z tym mężczyzną, który rzucił się z dachu, a jego rany wciąż płynęły krwią?
– Przedstaw mi dowody, że tak faktycznie było, to może ci uwierzę – rzucił nauczyciel. – W tej chwili nie masz ani uncji faktycznych dowodów na cokolwiek.
– Świetnie – odparł strażak. – Pójdę i znajdę kogoś jeszcze, bo zapewniam, że mnóstwo takich osób żyje w tej wiosce.
– W to nie wątpię – odparł nauczyciel po wyjściu dowódcy straży. – Przyprowadzi pierwszego lepszego staruszka lub staruszkę, jakich napotka, i usłyszy pan kolejną historię, podobną do poprzedniej. Czy tego typu rzeczy interesują pana czy nudzą?
– Ogromnie mnie interesują – odpowiedziałem.
– W porządku, w takim razie nie będę się wtrącał. Ale on mnie nigdy nie przekona. Póki na własne oczy nie zobaczę ciała broczącego krwią wiele miesięcy po pogrzebie, póty może mi on opowiadać dowolne bajania starych babek, a i tak mu nie uwierzę.
– A co z panem? – zwróciłem się do gospodarza.
– Och, też nie wierzę w te zabobony. Jednakże…
– Jednakże? – powtórzyłem, czując jego zawahanie.
– No oczywiście, wiem, że to wszystko głupie, a ja jako wykształcony człowiek nie powinienem zwracać na to uwagi, ale żyję wśród tych ludzi przez cały rok. Nauczyciel może się nie przejmować, cały dzień naucza o faktach i liczbach. Żyje światem zewnętrznym. Wszyscy moi robotnicy leśni są stąd i wierzą w te zabobony. Czasami nie mogę ich zmusić, żeby zabrali się do roboty – nie ma znaczenia, jak bym im groził czy nawet przestał im płacić, będą przysięgać, że w tej właśnie części lasu siedzi złe i jeśli zaczną pracować, drzewo się przewróci i ich zabije.
– Najwyższa pora, by ktoś wlał tym twoim ludziom odrobinę oleju do głowy – sarknął nauczyciel. – Albo przynajmniej ich rodzinom.
– No cóż, to nie ich wina – odparował inspektor wód i lasów. – Prosili o szkołę, prawda?
– Ale jak oni mogą mieć szkołę na takiej wysoczyźnie, w górach, tylko dla nich? Mieszkają w szałasach na polanie o dziesięć mil stąd – wyjaśnił mi. – Nie można oczekiwać od rządu, że będzie organizował szkoły w takich miejscach, i jeszcze do tego tymczasowych, ponieważ robotnicy leśni wędrują gdzie indziej, gdy tylko skończą pracę w danej części lasu.
– Co nie zmienia faktu, że ich dzieci mają prawo do edukacji, tak samo jak dzieci mieszkające we wsi – upierał się inspektor wód i lasów.
– A ile ich tam jest? – zapytałem.
– Trzydzieścioro dwoje. To znaczy trzydzieścioro dwoje w wieku szkolnym, jest tam jeszcze pewna liczba niemowląt.
– No to musi pan mieć całkiem sporą kompanię pracowników – zaryzykowałem.
– Nie, tylko czterech – odparł. – Ale, oczywiście, to bardzo silni mężczyźni. W to nie wątpiłem. Czterech mężczyzn, którzy potrafili wziąć odpowiedzialność za połączone rodziny z trzydzieściorgiem dwojgiem dzieci plus gromadką niemowląt, nikt raczej nie zaliczy do słabeuszy.
– Próbowałem wszelkich argumentów – ciągnął inspektor.
– Nie chodzi o to, że te moje chłopy to tchórze, bynajmniej. Nie boją się też ryzyka związanego z ich pracą, tylko po prostu mają pewne wyobrażenia o szczęściu bądź pechu i nic ich nie wybije im z głowy. Mam takiego jednego, który, ścinając drzewo, na ostatku uderza zawsze lewą ręką. Nie wiem dlaczego, on też nie wie. Jego ojciec zawsze tak robił, więc on też tak postępuje. Naprawdę się denerwuje, kiedy źle obliczy cięcia i drzewo upadnie, zanim on zdąży zadać finalne uderzenie.
Na drewnianych schodach słychać było ciężkie kroki. Wszedł dowódca straży pożarnej, tym razem prowadząc ze sobą mężczyznę. Ten był stary, ale w swoim czasie musiał być wspaniałym okazem karpackiego górala, nawet teraz, choć wiek go przygiął, niewiele mu brakowało do sześciu stóp wzrostu. Miał szczupłą sylwetkę i sękate mięśnie, stalowoszare włosy długie jak u dziewczyny, skórę pomarszczoną, ale rysy nadal wyraźne, świadczące o tym, że pięćdziesiąt lat temu musiały zwracać uwagę urodą i siłą.
Przeczytaj także: Poradnik łowcy wampirów. 10 prostych metod, które pozwolą ci się pozbyć krwiopijców
– No to Matila opowie panu teraz historie o rzeczach, które kierownik nazywa bredniami – zaanonsował triumfalnie dowódca straży, przedstawiwszy mi starca. – Proszę tylko spojrzeć, to nie jest stara, głupia baba, co? Cóż, może pan kierownik zwróci baczniejszą uwagę na to, co on powie.
– Nadal czekam na dowody bezpośrednie – przypomniał nauczyciel.
– Do diabła z dowodami bezpośrednimi! – krzyknął strażak.
– Dzisiaj trzeba wierzyć w setki rzeczy, na które nie ma bezpośrednich dowodów. Ty wierzysz, że słońce jest gigantyczną kulą ognia, mój chłopak mi powiedział. Skąd wiesz, że to nie jest jakaś forma światła elektrycznego czy rozżarzonego gazu? Wierzysz w Boga, ale skąd o Nim wiesz? – nie ma bezpośrednich dowodów. A ja mówię, że to samo dotyczy innych kwestii. Może i one są nadprzyrodzone, ale jeśli Bóg nie jest niemożliwy, to inne rzeczy też. Z tego, co wiem, mogą być one częścią Jego systemu – osobliwą, tu się zgodzę.
– Bardziej prawdopodobne, że diabelskiego – wtrącił nauczyciel.
– Cóż, nie będziemy się kłócić co do tego. Zresztą posłuchajmy, co Matila ma do powiedzenia o wampirach. Niestety, nie było tego wiele. Zrelacjonował jedną czy dwie oklepane historie o wampirach, którym krew płynęła z ust całe miesiące po pogrzebie, ale nie miał z nimi bezpośredniego kontaktu.
– W całym moim życiu nie pamiętam wampira w Borgóprund – oświadczył – ponieważ aż do ostatnich lat nie mieliśmy samobójstw. Za moich młodych dni nigdy tu nie było samobójców, dopiero kiedy zbudowali we wsi fabryki, ludzie zaczęli się zabijać.
– A grzebano ich w całości? – zapytałem.
– Sądzę, że tak – odpowiedział. – Nie wiem.
– A jednak nie stali się wampirami?
– Nie, ale myślę, że coś złego tkwi w fabrykach. Myślę, że człowiek, który spędzi życie w fabryce, traci duszę, tak że kiedy umiera, nawet z własnej ręki, jest martwy. Nie pragnie wrócić na ziemię jak człowiek gór lub pól, bo ma dosyć jednego życia. To był z pewnością oryginalny punkt widzenia, popatrzyliśmy więc po sobie z nauczycielem, niepewni, czy śmiać się, czy kpić.
– W czasach mojej młodości w Borgóprund krążyło wiele dziwnych opowieści – ciągnął stary Matila. – Nie mieliśmy tu wprawdzie wampirów – są tu wsie wokoło, które zawsze były nękane przez wampiry, my za to mieliśmy swoje kłopoty z wilkołakami. Macie wilkołaki w Anglii? – zapytał.
– Mamy opowieści o nich – wykręciłem się od odpowiedzi.
– To ciekawe, bo kiedy rozmawiałem z tutejszymi Niemcami, twierdzili, że w Niemczech nie ma żadnych wilkołaków.
– Ale są opowieści o nich – powtórzyłem.
– Ach, wiedziałem, że muszą się mylić – zawołał. – Ale tak dawno nie byli już w Niemczech, niektórzy z nich są tu już od trzystu czy czterystu lat.
– To muszą być dość wiekowi – wtrącił dowcipnie nauczyciel.
– Dobrze pan wie, co chcę powiedzieć – stwierdził starzec. Swoją godnością pognębił na chwilę kierownika. – Znam pana poglądy na te sprawy i myślę, że nie ma pan racji. Jest tak, jak rzekł nasz przyjaciel, wiele jest rzeczy na tym świecie, których nie rozumiemy, lecz przyjmujemy. Na swoich polach sieję ziarno i nawadniam ziemię, a potem coś z tym ziarnem się dzieje i ono kiełkuje, i jeśli będę miał szczęście, to odda mi sto ziaren zamiast jednego. Sieję ziarno od blisko siedemdziesięciu lat i nadal nie rozumiem, co to wszystko znaczy. Przyjmuję to.
– I słusznie – oświadczył nauczyciel.
– Przyjmujesz to, bo to widziałeś. Ale jak chodzi o te pozostałe sprawy…
– Przyjmuję je, ponieważ sam je widziałem lub widzieli je ludzie, których znam i którym ufam. Nawet jeśli sam nie widziałbym cudów z ziarnami, to ojciec by mi o tym powiedział, a ja bym mu uwierzył. Ale nie tylko on mówił mi o wilkołakach, sam jednego widziałem.
– Co takiego?! – wykrzyknął nauczyciel. – Nigdy o tym nie słyszałem.
– Ale pan bardzo krótko jest tutaj – rzekł Matila. – Bardzo niewiele pan słyszał.
– Jestem tu już osiem lat – podkreślił jego oponent.
– Cóż to jest osiem lat? – zadał pytanie Matila. – Ja żyję tu od blisko osiemdziesięciu.
– No ale, Matila, mów, mów! – zachęciłem go. – Opowiedz mi o tym wilkołaku, którego widziałeś.
– Zdarzyło się to, kiedy byłem bardzo młody – oznajmił. – Pracowałem wówczas jako robotnik leśny i całkiem sobie nieźle radziłem, jeśli chodzi o wilki. Nie miałem strzelby, ale siekiera dobrze mi służyła i wiedziałem, jak jej używać. Zabiłem wiele tuzinów wilków, bo zawsze mogłem sprzedać ich skóry.
– A czy one tworzą watahy, czy też zawsze chodzą pojedynczo albo rodzinami? – przerwał kierownik szkoły.
– Proszę mu nie przerywać – jęknąłem. – To o wiele bardziej interesujące niż wilcze watahy.
– Gdyby żył pan w Borgóprund trzydzieści pięć lat temu, nigdy by pan już nie wspomniał o wilczych watahach – odparł Matila, ignorując mnie i zwracając się do nauczyciela – ponieważ wtedy, tamtej surowej zimy – zapomniałem roku, ale to było na samym początku stulecia – Borgóprund zaatakowały wilki.
Może to były watahy, może nie, ale były ich setki. Przez dwa lub trzy dni wieś żyła w przerażeniu. Wilki pożarły tuziny owiec oraz siedmioro mężczyzn, kobiet i dzieci razem z nimi. Pytał pan, czy to widziałem na własne oczy.
Przynajmniej to widziałem, ponieważ moja własna siostra była jedną z tych zabitych i pożartych, a jej mąż został straszliwie zmasakrowany, usiłując jej bronić, nim sąsiedzi nadbiegli na pomoc. Ale mówiłem o wilkołaku. Wielu moich przyjaciół nie mogło się nadziwić, że z taką ochotą zabijałem wilki. Oni się bali i zabijali je tylko, jeśli zostali zaatakowani.
– Wilki nigdy nie atakują ludzi – zaznaczył nauczyciel.
– Rozumiem – odpowiedział po prostu Matila. – Ale moja siostra została bez wątpienia zabita i pożarta na własnym podwórzu, bo zaatakowały ją wilki! Jak powiedziałem, paru moich przyjaciół, którzy pracowali ze mną w lesie, bało się je zabijać, aby przez pomyłkę nie zabić wilkołaka i nie mieć na rękach krwi bliźniego.
– Ależ to jeszcze bardziej absurdalne niż opowieści o wampirach – rzekł nauczyciel. – Żeby człowiek miał się zmieniać w wilka!
– To nie jest niemożliwe – odpowiedział mu Matila.
– Jeśli potrafi odpowiednio przywołać siły ciemności, może zrobić wszystko. Pan mieni się chrześcijaninem, wzywa swojego Boga i wierzy, że może On działać cuda. Ja tak samo, wiem, że Bóg potrafi sprawić cuda, ponieważ uczynił je dla mnie. A chociaż przy Bogu diabeł jest tylko nędznym cieniem, to może on też umie je czynić. Bóg dokonał cudów w moim domu. Urodziła mi się córeczka, ale od początku coś było z nią nie tak. Jako niemowlę była cherlawa i poskręcana, wiele razy mówiłem mojej żonie, że najlepiej, byśmy pozwolili jej umrzeć. Ale żona się modliła, jak jeszcze żadna kobieta przed nią.
Przez całe dzieciństwo nasza dziewczynka była pożałowania godną kaleką, ale kiedy nadeszła pora, by zmieniła się w kobietę, nagle jej ciało się wyprostowało, opuścił ją wieczny ból i pięknie wyrosła, zdrowa i silna. Teraz jest mężatką, ma siedmioro dzieci i trzydzieścioro wnucząt. Cóż, jeśli Bóg, dobry Bóg, potrafi przemienić tak nędzne ciało w zdrową i piękną istotę, to dlaczego diabeł nie mógłby przemienić ludzkiego ciała w żałosne stworzenie?
– Proszę mówić dalej – rzekłem pospiesznie, widząc, że nauczyciel gotów jest podjąć dyskusję.
– Pański wilkołak!
– W tamtym czasie żył w Borgóprund pewien znachor – byłem wtedy młodym człowiekiem. Cieszył się znakomitą reputacją, a ludzie szli do niego całe mile. Dawał im zioła, gdy byli chorzy, a jeśli ktoś rzucił urok na ich bydło, zdejmował klątwę. Był dobrym człowiekiem i wszyscy go lubili. Ale przyszli żołnierze i wzięli go do więzienia. Nigdy nie dowiedziałem się, o co dokładnie chodziło, ale mówiono, że jeden z jego amuletów kogoś zabił. Kiedy wyszedł na wolność, był już innym człowiekiem. Nadal leczył ziołami, ale nie był już sobą.
We wsi krążyły o nim dziwne opowieści, o cieniach w jego chacie i osobliwych hałasach. Z całą pewnością rozchodziły się dziwne zapachy, bo sam je czułem. Pewnego dnia pracowałem w lesie ze swoim bratem. Gdy rąbaliśmy drzewa, na polanę wyszedł wilk. Natychmiast cisnąłem siekierą w jego stronę – wiele wilków zabiłem tym sposobem. Trafiłem go, a ciśnięta siekiera głęboko zraniła go w prawą przednią łapę. Zatrzymał się na moment, nigdy jeszcze nie widziałem takiego spojrzenia – z taką nienawiścią żaden wilk na mnie nie patrzył. Następnie uciekł, kulejąc – ale nie podniósł zranionej łapy jak wilk, lecz ciągnął ją za sobą po ziemi.
fot.Mont Sudbury / domena publicznaIlustracja wilkołaka nocą w lesie w opowiadaniu „Wycie wilkołaka ”
Znikł, zanim zdołałem ponownie rzucić w niego siekierą. Zresztą mój brat krzyczał z bólu – przez to, że znienacka cisnąłem siekierę, stracił równowagę i własną siekierą zranił się w stopę. Zabandażowałem go i doprowadziłem do domu. Ale rana zaczęła mu się paskudzić i ropieć, tak więc siostra poszła po znachora. Mocno kołatała do drzwi, ale nikt jej nie odpowiadał. Poszła jeszcze raz, bez rezultatu.
Wtedy sam się do niego wybrałem. Nie bałem się go – ba, zanim trafił do więzienia, często z nim przebywałem i w lesie zbierałem dla niego zioła. Tak więc waliłem mocno pięścią w drzwi. Cisza. Wtedy spróbowałem je otworzyć, ale były zamknięte. W ten sposób się dowiedziałem, że był w domu, ponieważ w tamtych czasach nie zamykaliśmy domów, chyba że na drewniany rygiel od wewnątrz. Zacząłem więc łomotać jeszcze mocniej i krzyczeć i wreszcie dobiegł mnie głos z głębi chaty:
– Kto tam? – zapytał, a ja mu odpowiedziałem.
– A czego chcesz? – Powiedziałem mu o zranionej stopie brata i poprosiłem o zioła, by ją uleczyć.
– Nie będę leczył ludzi, którzy nie umieją posługiwać się siekierą – zawołał. – Odejdź, a on niech cierpi. Ale ja waliłem w drzwi jeszcze mocniej. – Będę tak tłukł całą noc – obiecałem.
– Odejdziesz, jeśli dam ci zioła? – zapytał w końcu.
– Oczywiście! – krzyknąłem.
– To zaczekaj. Czekałem dziesięć minut, po czym usłyszałem szarpnięcie za rygiel w drzwiach. Znachor uchylił je tylko na parę cali i podał mi zioła. Ale w tym momencie nagle zerwał się wiatr, a on krzyknął z bólu, starając się pohamować nacisk drzwi.
– Co się stało? – spytałem.
– „Odejdź!” – nakazał. Ale dostrzegłem jego pobielałą twarz ściągniętą bólem i jego prawe ramię zwisające bezwładnie na temblaku. Kiedy wpatrywałem się w niego, wiatr podwiał mu płaszcz i zobaczyłem ranę biegnącą przez ramię – ranę jak od siekiery, dokładnie w tym samym miejscu, w którym zraniłem wilka. Wiedziałem już, a on wiedział, że ja wiem.
– Ach, ty głupcze! Ty głupcze! – wrzasnął i zatrzasnął mi drzwi przed nosem.
– No i co pan o tym sądzi? – zapytał mnie dowódca straży pożarnej, gdy już wręczyliśmy Matili drinka i odprawiliśmy go.
– Bardzo ciekawe – odparłem. – Ale mam niejasne poczucie, że już kiedyś słyszałem podobną historię.
– Pewnie, że pan słyszał! – stwierdził kierownik szkoły.
– To popularna opowieść o urojeniu wilkołaczym.
– Znam Matilę całe życie – oświadczył dowódca straży pożarnej – i nigdy nie spotkałem się z tym, żeby skłamał. To więcej niż mogę powiedzieć o twoich książkach – dodał pod adresem nauczyciela.
– Ja mówię. Kiedy chodziłem tutaj do szkoły, przed wojną, uczył mnie Węgier, z książek. Dzisiaj widzę książki, z których uczysz mojego syna. I mówię, że te książki kłamią. Jeśli zaś są prawdziwe, to kłamały książki Węgra. No przecież mam w domu książkę do historii… Pomyślałem, że za chwilę dojdzie do rękoczynów – mogłem sobie wyobrazić potężne różnice w poglądach między węgierską a rumuńską wersją historii Siedmiogrodu! Ale szybko sprowadziłem rozmowę z powrotem na temat magii.
Tekst jest fragmentem książki Bernarda Newmana Rowerem na Wschód 1937 (wyd. polskie: Znak Horyzont, 2025)

KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.