Ciekawostki Historyczne

Cinkciarze byli królami życia epoki PRL. Zainteresowanym sprzedawali zielone, a frajerów oszukiwali metodą na gumkę. Można było u nich załatwić nie tylko walutę. Ci obrotniejsi, zwłaszcza jeżdżący na taryfach, znali dziewczyny do towarzystwa, mety z lewym alkoholem i mieli kontakty w służbach.

Od zagranicznych skupowali „papier” na lotniskach lub pod hotelami, także w taksówkach, bo nieraz łączyli dwie fuchy. Bywali pod sklepami „Pewex” czy „Baltona”. Zarabiali kilka razy więcej niż zwykły Kowalski.

Przez 45 lat Polski Ludowej komunistyczna władza próbowała „wyciągnąć” od obywateli pieniądze z krajów  „drugiego obszaru płatniczego” – jak nazywano państwa „zgniłego” Zachodu. W czasach stalinowskich w ogóle nie można było mieć dewiz. Za posiadanie choćby jednej marki czy dolara można było trafić do więzienia. Handel był  zagrożony karą śmierci. Świetnie sportretował tamte czasy słynny film „Rewers” Borysa Lankosza.

Posiadacze dolarów mieli obowiązek ujawnić swoją walutę i odsprzedać ją państwu po sztywnym kursie – 4 zł za dolara. Był on oczywiście bardzo zaniżony wobec czarnorynkowej wartości dewiz. Dlatego też wielu posiadaczy „zielonych” postawiło na „banki ziemskie”. Dolary trzymało się na przykład zakopane w słoiku na działce, wszyte w materac, albo pod domową podłogą.  Nic dziwnego, że nawet kilkaset dolarów od wujka czy ciotki z USA stanowiło majątek, skoro przeciętne zarobki w PRL, które nie zmieniały się istotnie przez całe lata, wynosiły 20 – 30 dolarów miesięcznie.

Czytaj też: Najlepszy „towar” eksportowy PRL? Sławne Polki w ZSRR

Niewidzialna ręka rynku

Gospodarka centralnie planowana ostatecznie okazała się niewystarczająco szczelna, by zastopować ludzką przedsiębiorczość. Obywatele PRL mimo oficjalnego braku inflacji nie ufali rodzimej złotówce. Wartość pieniądza mogła się zmienić z dnia na dzień. Wystarczyła jedna decyzja i ceny np. mięsa czy paliwa szybowały do góry o kilkadziesiąt procent.

Poza tym rzeczywistą wartość towarów w warunkach ciągłego niedoboru dyktował czarny rynek. Choć formalnie ceny za jakiś produkt mogły być niskie, w rzeczywistości przy pustych półkach sklepowych, w obrocie nielegalnym, stawki rosły o kilkaset procent wobec oficjalnych.

fot.Aw58/CC BY-SA 4.0

Bon towarowy o wartości nominalnej US $ 0,01

Nic dziwnego, że zamiast w złotówce, obywatele widzieli szansę zachowania wartości kapitału, w złocie czy walutach obcych, przede wszystkim w dolarach. Skąd w kraju za żelazną kurtyną wziąć „zielone”? Źródłem dewiz byli ci, którzy dostawali je np. w listach od rodziny z zagranicy (o ile nie były rozkradane w placówkach pocztowych), bądź też przywozili walutę z podróży zagranicznych – np. polscy budowlańcy czy dyplomaci. Drugie źródło „zielonych” stanowiła wąska grupa obcokrajowców, którzy odwiedzali PRL: zagranicznych dyplomatów, marynarzy, turystów.

Taki przybysz, który trafił do Polski Ludowej, mógł wymienić swoje pieniądze w placówce Pekao po kursie dla obcokrajowca. Co sprytniejsi i doświadczeni w wojażach po socjalistycznej Polsce zdawali sobie jednak sprawę, że życie tu ma charakter dwóch równoległych rzeczywistości – oficjalnej oraz nieoficjalnej. Zdawali sobie sprawę, że po wyjściu z hotelu będzie czekał na nich facet rozglądający się wokoło, który łamaną angielszczyzną będzie szeptał change money (z nieudolnej wymowy tego określenia wzięła się nazwa cinkciarz). U takiego jegomościa można było wymienić walutę znacznie korzystniej. W ten sposób w drugim obiegu socjalistycznej gospodarki krążyły „zielone”, funty, marki czy franki.

Czytaj też: Najbardziej dochodowe przedsięwzięcia polskiej mafii

Polish „dollar” i eksport wewnętrzny

Co ciekawe, choć komunistyczna władza oficjalnie zwalczała czarny rynek, sama pilnie potrzebowała dewiz. W czasach Gierka zaciągnięto przecież olbrzymie kredyty. Ponadto komunistyczny kraj sporo z Zachodu importował. Dlatego, po okresie stalinizmu, gdy złagodzono kurs w polityce zewnętrznej i wewnętrznej, władza, zamiast nakazów próbowała wyciągnąć od obywateli walutę po dobroci. Obrót dewizami był co prawda nadal zakazany, ale można było je legalnie posiadać, legalne stały się też przekazy od wujka czy ciotki ze „Stanów”.

Pozornie więc władza zgodziła się, by dać Polakom dolary czy funty do ręki. W praktyce jednak czaił się w tym podstęp, osoba bowiem, która dostała przekaz z zagranicy przy kasie w państwowym Pekao, otrzymywała nie dolary, marki czy franki, a ich peerelowski substytut, ważny tylko tu, czyli bony towarowe Pekao. Bony nie przedstawiały żadnej wartości za granicą, stanowiły jedynie bezwartościowy świstek papieru. Nie dało się nimi płacić poza Polską ani ich wymienić, ale komuniści — by obywatel nie czuł się stratny — wspaniałomyślnie pozwalali mu wydawać owe bony na zachodnie towary w tzw. sklepach eksportu wewnętrznego.

Takie placówki, oferujące niektóre produkty zagraniczne oraz lepszej jakości towary polskie, powstały w ramach struktury Pekao. Tym samym był to chyba jedyny bank na świecie, który zajmował się również np. sprzedażą butów.

fot.Krzysztof Maria Różański/CC BY 2.5

Reklama Pewexu w Łodzi

Sklepy eksportu wewnętrznego, później przemianowane na sieci Pewex i Baltona, spełniały dwie role. Pozwalały „wyciągnąć” od Polaków dewizy (tylko tam, oprócz bonów można było płacić walutą), a równocześnie dawały państwu zarobek w postaci marży monopolisty za sprzedaż towarów zachodnich.

W Pewexach na szczęśliwców czekały produkty z półek sklepowych kapitalistycznego świata – były tam więc i dżinsy, i batoniki Mars czy Snickers, napoje gazowane, markowe alkohole oraz wiele innych produktów. Poza tym za dolary można było kupić i towary polskie, sprzedawane przez polskie państwowe zakłady – np. ortalionowe kurtki, pralki Polar i inne, których oczywiście brakowało w „zwykłych” sklepach. Nikogo nie dziwił absurd sytuacji, w której Polak płaci za polskie towary w Polsce, dolarami…

Zresztą tajemnicą poliszynela było, że Pewexy regularnie okradali sami pracownicy. Z kas często ubywało „zielonych”, a gdy zdarzało się manko, sprzedawca uzupełniał brak, tyle że w złotówkach. Tak oto skradziona waluta znów trafiała na czarny rynek.

Czytaj też: Nie uwierzysz, że oni tym handlowali. Najdziwniejsze pomysły na biznes z czasów PRL-u

Mafiosi i biznesmeni

Nic dziwnego, że pod Pewexami przystawali cinkciarze. Za tzw. pewniaki uchodziły też takie miejsca jak np. dworzec centralny czy Hotel Victoria w Warszawie, Cracovia w Krakowie, Hotel „Orbis” Poznań, Monopol we Wrocławiu, Sudety w Wałbrzychu, molo w Sopocie, lotniska, droższe restauracje.

Ile można było zarobić? W latach 70. czarnorynkowy kurs wynosił 120–150 zł za dolara. Wykwalifikowany „waluciarz” mógł zarobić miesięczne nawet około 15–20 tys. zł, czyli pięciokrotnie więcej niż wynosiła średnia pensja w PRL! Zwykły obywatel w tym czasie zarabiał niecałe 4000 zł, czyli około 20–30 USD.

fot.Diego Delso/CC BY-SA 3.0

Za tzw. pewniaki uchodziły też takie miejsca jak np. dworzec centralny czy Hotel Victoria w Warszawie, albo molo w Sopocie

Cinkciarze, którzy mieli dostęp do dużej ilość dewiz i byli długo na rynku, mogli sobie pozwolić na opłacenie tzw. „staczy” na lotniskach i dworcach, portierów w hotelach, kelnerów w restauracjach, taksówkarzy, prostytutki. Każdy z nich dawał namiar zagranicznemu na waluciarza lub sam sprzedawał, w zamian za prowizję.

To właśnie ci, którzy obracali zielonymi, tworzyli zalążki przyszłej mafii z lat 90. Bossowie polskiego półświatka pierwszej dekady kapitalizmu wywodzili się z tego środowiska, by wspomnieć choćby o Nikodemie Skotarczaku ps. „Nikoś”, który przez pewien czas był cinkciarzem. Sprzedawał waluty i kantował „zagranicznych” nie tylko w Polsce, ale i również na Węgrzech, w Budapeszcie.

Czytaj też: Za PRL-u Polki na potęgę szmuglowały do Rumunii biseptol i aspirynę. Wszystko przez zakaz aborcji

Sztos – na wajchę, gumkę, zakładkę

W ówczesnym slangu rozróżniano cinkciarza i „wajcharza”, który oszukiwał klienta na tzw. zakładkę, wajchę, czy gumkę. Wręczał zagraniczniakowi plik prawdziwych banknotów do ręki, ale nie stanowiących pełnej kwoty. Gdy po przeliczeniu kupujący protestował, wajcharz przepraszał go i zapewniał, że zaraz brak uzupełni. Ostatecznie po odwróceniu uwagi kupującego, wciskał mu trefny plik, obłożony tylko z zewnątrz walutami, w środku pełen pociętych gazet. Oszustwo na większą kwotę nosiło obiegową nazwę sztos.

Czasy cinkciarstwa przeminęły wraz z końcem PRL. 15 marca 1989 r. rząd Mieczysława Rakowskiego otworzył wolny rynek walut w Polsce. Ponoć dobrze poinformowani cinkciarze doskonale wiedzieli, kiedy to się stanie. Z cinkciarstwa wraz ze swoimi świeżutkimi kantorami jako pierwsi wchodzili w nową erę – legalnego, kapitalistycznego biznesu. Tak rodziły się pierwsze fortuny III RP. To był prawdziwy sztos polskich cinkciarzy.

Bibliografia:

  1. Iwona Kienzler: Kronika PRL 1944–1989. T. 33: Gospodarka i pieniądze, Warszawa 2017
  2. Dariusz T. Grala: Reformy gospodarcze w PRL (1982–1989), Warszawa 2005
  3. Wojciech Morawski: Historia bankowości na ziemiach polskich: Specyfika bankowości PRL (pol.). Mówią Wieki. [dostęp 2021-08-18]
  4. Marek Przybylik: To było tak. Dzień Targowy. Warszawa: Instytut Wydawniczy Latarnik, 2009

KOMENTARZE (1)

Leave a Reply to BM Cancel reply

Komunizm to najgorsza zaraza jaka dotknęła Polskę, najgorsza zbrodnia jaką uczyniono Polakom. Podczas gdy kraje zachodnie odbudowały się wojnie i rozwijały, Polska dusiła się w takich właśnie smrodach absurdu i była dojona i rozkradana przez komunistów. Zresztą nie tylko Polskę spotkał taki los. Komunizm to najgorsza plaga jaka spotkała ludzkość. Żadna inna ideologia w historii nie wyrządziła ludzkości tyle krzywd.

Zobacz również

Zimna wojna

Luksus na kredyt. Jak wyglądały „tłuste”...

Złota dekada Edwarda Gierka jawi się w pamięci wielu jako czas szczególnego dobrobytu, powiewu nowoczesności prosto z osławionego Zachodu czy luzowania pewnych norm społeczno-moralnych. W...

15 października 2021 | Autorzy: Agata Dobosz

Zimna wojna

PRL-owska „turystyka handlowa” – po jeansy...

Od końca lat 60. po początek lat 90. – jak przed wiekami – karawany kupców przemierzały Europę i Azję. Tym razem byli to... Polacy w...

15 września 2021 | Autorzy: Piotr Janczarek

Zimna wojna

To miał być początek końca Cosa...

To był największy w historii proces sądowy przeciwko sycylijskiej mafii. Ta trwająca 22 miesiące batalia sądowa była olbrzymim przedsięwzięciem logistycznym i bezprecedensowym wyzwaniem dla całego...

25 czerwca 2021 | Autorzy: Paweł Filipiak

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.



Najciekawsze historie wprost na Twoim mailu!

Zapisując się na newsletter zgadzasz się na otrzymywanie informacji z serwisu Lubimyczytac.pl w tym informacji handlowych, oraz informacji dopasowanych do twoich zainteresowań i preferencji. Twój adres email będziemy przetwarzać w celu kierowania do Ciebie treści marketingowych w formie newslettera. Więcej informacji w Polityce Prywatności.