Ciekawostki Historyczne
Generic selectors
Tylko dokładne dopasowania
Szukaj w tytułach
Szukaj w treściach
Szukaj w postach
Search in pages

Zagra-Lin i polskie bomby w Berlinie. Tak Armia Krajowa mściła się za hitlerowskie zbrodnie

Za sprawą polskich zamachowców na dworcach kolejowych w Berlinie zaczęły wybuchać bomby

fot.Hans Baluschek/domena publiczna Za sprawą polskich zamachowców na dworcach kolejowych w Berlinie zaczęły wybuchać bomby

W maju 1942 roku dowództwo AK zdecydowało, że dla podtrzymania morale społeczeństwa gnębionego hitlerowskim terrorem państwo podziemne weźmie odwet za niemieckie zbrodnie. Powołano Organizację Specjalną Akcji Bojowych – OSA (później KOSA). W grudniu tego samego roku wydzielono z niej oddział „Zagra-Lin”. Miał przeprowadzać zamachy w samym jądrze ciemności – w III Rzeszy. Niedługo później polskie bomby zaczęły wybuchać na dworcach kolejowych w Berlinie, zabijając i raniąc dziesiątki ludzi…

13 lutego 1943 roku. Przez berlińską stację kolejki podziemnej jak zwykle przelewa się tłum ludzi. Na jednym z peronów pojawia się 40-letni mężczyzna. Wychodzi z toalety ze skórzaną torbą. Siada na ławeczce, spogląda na zegarek. Po chwili wstaje i niespiesznie wychodzi z budynku. Skórzana torba zostaje przy peronowej ławce.

Po wyjściu na ulicę Józef Lewandowski – dywersant Armii Krajowej – nie obraca się, przyspiesza kroku. Kilkadziesiąt sekund później dworcem wstrząsa eksplozja. Podnosi się wielki harmider. Wyją syreny alarmowe, ludzie wzywają pomocy. Lewandowski skręca w boczną uliczkę, znika w tłumie.

Głośniej od bomb

W zamachu zginęły 4 osoby, aż 60 zostało rannych. Ekipy śledczych pracujące w miejscu wybuchu ustaliły, że zamachowcy użyli ładunku składającego się z dwóch kilogramów trotylu, wypełnionego dwoma kilogramami ostrych, jednocalowych gwoździ. Bombę ukryto w tekturowej walizce, polakierowanej w taki sposób, by wyglądała jak skórzana. Elementem zapalnika był prawdopodobnie zegarek marki Tavannes.

Bernard Drzyzga, czyli „Bogusław-Jarosław”.

fot.domena publiczna Bernard Drzyzga, czyli „Bogusław-Jarosław”.

To odkrycie skierowało podejrzenie na polskie podziemie. Zegarki Tavannes były wówczas często spotykane i bardzo popularne nad Wisłą. Czy to możliwe, by właśnie Polacy zdobyli się na tak bezczelny, brawurowy krok i zaatakowali w samym sercu Rzeszy?

Hitlerowscy oficjele byli w szoku. Nie spodziewali się, że sami podbijając Europę, mogą stać się ofiarami – i to we własnej stolicy. Podjęto decyzję, by wyciszyć sprawę. W prasie pojawiła się tylko lakoniczna notatka. Wiedziano, że efekt propagandowo-psychologiczny takiego zamachu mógł być znacznie mocniejszy niż sama eksplozja.

Niedługo później jednak okazało się, że działalność polskich terrorystów ciężko będzie ukryć.

Czytaj też: Jak mało brakowało, by zamach na Hitlera w Wilczym Szańcu zakończył się sukcesem?

„Muszą zostać ujęci za wszelką cenę!”

24 lutego przez szum mas ludzkich i odjeżdżających składów kolei podziemnej na S-Bahnhof Friedrichstrasse przebiła się kolejna eksplozja, znacznie silniejsza i bardziej dewastująca. Jęki rannych, ciała zabitych, wycie syren, ogromne zamieszanie – peron, na którym doszło do zamachu, zmienił się w prawdziwe piekło. Ładunek zabił 36 osób, 78 zostało rannych. Wiele ofiar stanowili oficerowie Gestapo i SS, co nie było przypadkowe. Miejsce i czas wybuchu dobrano tak, by na dworcu było wielu wojskowych.

Tym razem ataku nie dało się już przemilczeć. Dziennik „Berliner Nachtausgabe” donosił na pierwszej stronie wytłuszczonym drukiem: „Zamachowcy muszą zostać ujęci za wszelką cenę! Taki jest rozkaz władz!”. W artykule uczulano berlińczyków na zachowanie szczególnej ostrożności w miejscach publicznych i środkach komunikacji, a także w otoczeniu osób mających „polski” wygląd. To nie był jednak koniec. Miesiąc później polscy terroryści w Rzeszy znów dali o sobie znać. Drzyzga wspominał po latach:

W pierwszych dniach kwietnia (…) wyjechałem z Jurem i Haliną z Dworca Głównego w Warszawie, wioząc ze sobą przygotowane materiały wybuchowe oraz przygotowane baterie do bomb zegarowych. (…) Zespół cały jechał pod nazwiskami volksdeutschów pociągiem przeznaczonym tylko dla Niemców.

W Kutnie, po udanym manewrze na dworcu oraz szczęśliwym uniknięciem kontroli na komorze celnej, prawie w ostatniej chwili przed odejściem pociągu zespół wsiadł do wagonu i pojechał wprost do Bydgoszczy, gdzie na melinie własnej opracował dokładny plan wykonania akcji w Berlinie.

Dworzec Friedrichstrasse w Berlinie na fotografii z epoki.

fot.domena publiczna Dworzec Friedrichstrasse w Berlinie na fotografii z epoki.

10 kwietnia 1943 roku Józef Lewandowski, pseudonim „Jur” wszedł do toalety na berlińskim dworcu głównym – Hauptbanhof. Lewandowski ustawił zegarek na 7.02. W kabinie toalety uzbroił ładunek. Później wyszedł, pozostawiając bombę w torbie. Po drodze wymienił dyskretne spojrzenia z pozostałymi członkami akcji: Bernardem Drzyzgą ps. ”Jarosław”, Stefanią Lewandowską („Halina I”), i Marią Wasilewską („Halina W”). Każde bez słowa ruszyło w innym kierunku.

Punktualnie o 7.02 kolejny wybuch wstrząsnął niemieckim dworcem. Słychać było huk tłuczonego szkła. Z oddali zaczęły dochodzić krzyki, wołania o pomoc i wyjące niemiłosiernie syreny alarmowe. Znad budynku w niebo unosił się dym. Kolejny polski zamach w Berlinie pochłonął 14 ofiar. 60 zostało rannych. „Pomyślałem wtedy, że część długu została Niemcom spłacona” – wspominał po latach dowódca oddziału.

Ponoć wieść o ostatnim zamachu wywołała oburzenie w kręgu najwyższych władz Rzeszy. Hitler miał być wściekły. Zażądał, by śledztwem zajął się osobiście Heinrich Himmler. Wyznaczono też nagrodę za ujęcie, bądź wskazania sprawców – 10 tysięcy marek. 29 kwietnia 1943 roku gen. Stefan „Grot” Rowecki pisał do centrali w Londynie:

Nie mogąc się doczekać od trzech lat należnego nam współdziałania i represji sprzymierzonych na bestialstwa niemieckie w Polsce, od jesieni ub. r. uruchomiłem własną wzmożoną akcję bojowo-dywersyjną, a ostatnio specjalnie terrorystyczną przeciw okupantom. Akcja ta osiągnęła swój zamierzony cel i jak dotąd walkę nerwów z okupantem wygrywamy. Teraz my likwidujemy Niemców (…).

Czytaj też: Jerzy Szajnowicz. Agent nr 1 kontra Kriegsmarine

W jądrze ciemności

Jak to możliwe, że dywersantom z okupowanej Polski udało się nie tylko przedrzeć do Rzeszy, ale i w samym jej sercu przeprowadzać zamachy?

Armia Krajowa wyselekcjonowała do tego zadania odpowiednich ludzi. Bernard Drzyzga był saperem. Mówił perfekcyjnie po niemiecku. Józef Lewandowski, pseudonim „Jur”, był Polakiem urodzonym w Niemczech. Na stałe mieszkał w Bydgoszczy. Porozumiewał się perfekcyjnym niemieckim. Co więcej, wyglądał „aryjsko”, a na dodatek pracował jako przedstawiciel niemieckiej firmy budowlanej. Miał dostęp do szerokiej gamy materiałów i środków chemicznych, także wybuchowych, które mogły się przydać zamachowcom, jednak co najważniejsze – mógł podróżować bez przeszkód po Rzeszy.

W skład „Zagra-Linu” wchodziło 18 osób, m.in. : Maria Wasilewska ps. „Halina W”, Jan Lewandowski ps. „Jan”, Janusz Łuczkiewicz ps. „Mały”, Wojciech Lewandowski ps. „Wojtek”, Władysława Sokalówna ps. „Władka” oraz Leon Hartwig ps. „Leon”. Każde z nich świetnie posługiwało się niemczyzną i było obeznane w realiach wrogiego państwa. Wszyscy zostali zaopatrzeni w „lewe” dokumenty. Centralą komórki była „Lina”, czyli w podziemnym slangu Warszawa (stąd nazwa Zagra – zagranica, Lin – Warszawa). Oprócz tego oddział miał placówki w Bydgoszczy i Kaliszu, przejściowo także w Rydze.

Ekspedycje do kraju wroga odbywały się w kilkuosobowych zespołach. Były ekstremalnie ryzykowne. Uczestnicy akcji nieraz znajdowali się w sytuacjach wyciągniętych wprost z filmów wojennych czy szpiegowskich. Tyle tylko, że to nie był film.

Józef Lewandowski podróżował do Niemiec pociągiem, wioząc w torbie bombę. Z racji braku innych miejsc w przedziale „Nur für Deutsche” usiadł koło niemieckiego oficera (zdj. poglądowe).

fot.Theuergarten Ewald/NAC/domena publiczna Józef Lewandowski podróżował do Niemiec pociągiem, wioząc w torbie bombę. Z racji braku innych miejsc w przedziale „Nur für Deutsche” usiadł koło niemieckiego oficera (zdj. poglądowe).

Na dwa dni przed ostatnim zamachem w Berlinie, Józef Lewandowski podróżował do Niemiec pociągiem, wioząc w torbie bombę. Z racji braku innych miejsc w przedziale „Nur für Deutsche” usiadł koło niemieckiego oficera. Nie stracił jednak zimnej krwi. Ukłonił się, usiadł i zapalił cygaro.

Drzyzga tym samym pociągiem podróżował drugą klasą. Dysponował dokumentami białoruskiego komisarza rekrutującego robotników przymusowych do Niemiec. Do końca zachował spokój. Na odprawie celnej w Kutnie nie zwrócili na siebie uwagi.

Śmierć w Breslau i w Rydze

Dwa tygodnie po serii zamachów w Berlinie polscy terroryści znów dali o sobie znać. Tym razem bomba wybuchła w Breslau. O godzinie 5.41 na dworcu głównym w dzisiejszym Wrocławiu zatrzymał się pociąg z żołnierzami i oficerami Wehrmachtu wracającymi z frontu. Gdy wysiadali ze składu, huk eksplozji przeszył powietrze. „Breslauer Zeitung” na drugi dzień pisała o czterech rannych ciężko i parunastu lżej. Informatorzy AK donosili jednak, że wybuch zabił cztery osoby, kilkanaście ranił.

Jeden z najkrwawszych zamachów Zagra-Lin zrealizowała daleko od Rzeszy. W Rydze na Łotwie grupa dywersyjna wspierana przez Łotyszy polskiego pochodzenia wrzuciła cztery wiązki granatów do restauracji „Nur für Deutsche”. W środku imprezowali niemieccy oficerowie. Eksplozja zmieniła lokal w morze krwi i strzępków ciał. Liczbę zabitych szacuje się na około stu. Oprócz niemieckich oficerów byli wśród nich także funkcjonariusze miejscowej niemieckiej policji oraz urzędnicy komisariatu Rzeszy Ostland.

Koniec „Kosy”

Polscy zamachowcy nigdy nie wpadli w ręce wroga, nie zostali skatowani przez Gestapo czy wysłani do obozów śmierci. Akcje w Rzeszy były dowodem wielkiego profesjonalizmu i odwagi. Niestety równolegle decydenci w AK popełnili bardzo głupi błąd, który doprowadził do zakończenia działalności grupy i przyczynił się do znacznego osłabienia polskiego podziemia.

5 czerwca 1943 roku Gestapo obstawiło kościół św. Aleksandra przy pl. Trzech Krzyży w Warszawie, gdzie odbywał się ślub Mieczysława Uniejewskiego, żołnierza „Kosy”, z Teofilą Suchanek. Niemcy zatrzymali 89 członków polskiego podziemia. „Kosa” w praktyce przestała istnieć.

Kościół św. Aleksandra w Warszawie (wygląd przedwojenny), miejsce aresztowania żołnierzy oddziału

fot.domena publiczna Kościół św. Aleksandra w Warszawie (wygląd przedwojenny), miejsce aresztowania żołnierzy oddziału

Za wpadką stał prawdopodobnie konfident, ale nie zmienia to faktu, że wielki błąd popełniło kierownictwo podziemia, zgadzając się na taką celebrację. Na całe szczęście żaden z polskich zamachowców nie pojawił się na feralnej uroczystości, zapewne przeczuwając zły obrót spraw. To był jednak koniec Zagra-Linu. W związku z serią aresztowań, okrutnych przesłuchań i wykonanych wyroków śmierci kierownictwo AK zdecydowało się na rozwiązanie grupy.

Dowódca oddziału, Bernard Drzyzga, w czerwcu 1945 roku trafił do Wielkiej Brytanii. Do końca życia pozostał na emigracji. Wspomnienia z działalności dywersyjnej spisał w książce Zagra-lin: Odwet-sabotaż-dywersja, wydanej po raz pierwszy w Londynie w 1986 roku.

Bibliografia:

  1. Andrzej Chmielarz: „Osa”–„Kosa”. w: Krzysztof Komorowski (red.): Warszawa walczy 1939–1945. Leksykon. Warszawa: Fundacja Warszawa Walczy 1939–1945 i Bellona, 2014.
  2. Bernard Drzyzga: Zagra-Lin, Londyn 1986.
  3. Wojciech Königsberg: AK 75. Brawurowe akcje Armii Krajowej, Znak 2017.
  4. Aleksander Kunicki: Cichy front. Warszawa: Instytut Wydawniczy PAX, 1969.
  5. Tomasz Strzembosz: Oddziały szturmowe konspiracyjnej Warszawy 1939–1944. Warszawa: Państwowe Wydawnictwo Naukowe, 1983.
  6. Jacek Wilamowski, Włodzimierz Kopczuk: Tajemnicze wsypy. Polsko-niemiecka wojna na tajnym froncie. Warszawa: Instytut Wydawniczy Związków Zawodowych, 1990.

Artykuł porusza następujące tematy:

    Czas akcji:

      Miejsce akcji:

        Komentarze (17)

          • neo Odpowiedz

            Ci cywile odpowiadali swoim poparciem za haniebne zbrodnicze państwo, które zbudowali. Nie byli niewinni. A może lepiej patrzeć bezradnie jak naszych cywilów niemieccy okupanci mordowali i gazowali tysiącami i milionami? może jeszcze twoim zdaniem powinniśmy ich teraz przepraszać za tę próbę choćby minimalnego wyrównania rachunków? Chwała bohaterom z Zagra – LIn!

          • Mario Odpowiedz

            Cywilach czyli członkach gestapo parti producenta broni i amunicji
            Przedpoborowych do wermachtu i jak pokazała wojna volsturm urlopowanych zolnierzy i rekonwalescentów
            rasistów nienawidzących Polaków oraz wyborców głosujących na Hitlera a więc elekcyjnych mocodawców

          • Puch Odpowiedz

            Ci cywile nie wiedzieli o obozach zagłady. Dowiedzieli się o tym dopiero w późnych latach 60.
            Wesoło bredzisz. Naród wybrał władzę, która oprócz wojny prowadziła eksterminację całych narodów.

            • neo Odpowiedz

              Wiedzieli doskonale co się działo z Żydami. W NSDAP były miliony ludzi – miliony żołnierzy wracało z frontu. Widzieli co tam robili, w obozach też pracowały setki ludzi. Doskonale wiedzieli co robią – akceptowali to – najbardziej zbrodniczy plan w historii ludzkości. nie ma dla nich słów usprawiedliwienia, zapomnieć też nie można. Wybaczyć można ale dopiero po przyznaniu się do zbrodni na niewyobrażną skalę, a nie po próbach matactwa i ściągania z siebie odpowiedzialności

            • BM Odpowiedz

              Niemieccy cywile wiedzieli o zbrodniach i nawet brali w nich udział. Poczytaj o polowaniach na zebry. Niemieccy cywile wyłapywali i mordowali więźniów obozów koncentracyjnych, którzy uciekli z marszów śmierci.

              Niemcy w pełni zasłużyli na to, co ich spotkało. Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę. Nie wyobrażam sobie bym mógł w jakikolwiek sposób im współczuć. Sami to na siebie sprowadzili udzielając nazistom poparcia.

            • Ricardo Odpowiedz

              Udawali, że nie wiedzą, bo tak im było wygodnie. A te lata 60. to czysta niemiecka propaganda – już w 1945 roku Amerykanie wysyłali przymusowo do wyzwolonych obozów śmierci okolicznych mieszkańców by na własne oczy zobaczyli trupy, jeszcze dymiące krematoria i nielicznych ocalałych!

          • Karol Molenda Odpowiedz

            A ty byś chciał humanitaryzmu podczas wojny totalnej , Polski naród był przeznaczony do eksterminacji przez Niemców , Tu miała na polskich ziemiach powstać Germania , taki był kontekst tej Wojny . To nie była rycerska wojna między dwoma równoprawnymi narodami .Niemcy Polaków nie uważali za równoprawny Naród , uważali nas za podludzi których trzeba wyeliminować . Raczej jest się czym chwalić , trzeba wziąć pod uwagę to że Niemcy się nie patyczkowali z Polakami w kraju okupowanym , robili łapanki i mordowali wszystkich których złapali , starców , dzieci , kobiety , kobiety w ciąży , mój ojciec opowiadał jak z łapanki zastrzelili kobietę , stała w szeregu do kobiety podszedł Oficer wyjął pistolet i strzelił jej w usta , w widocznej ciąży bo mieli podejrzenie że współpracuje z podziemiem .Mój Ojciec to widział osobiście i opowiadał mi o tym , jak mówił to miał zawsze łzy w oczach . Jej ciało leżało przez trzy dni tak gdzie ją zastrzelono , dopiero po trzech dniach wydano na komodzie Policji Granatowej pozwolenia na zabranie jej ciała przez grabarza .

          • Anonim Odpowiedz

            Jacy z Wehrmachtu, SS czy Gestapo cywile ? A że zginęło paru wyborców Hitlera to żadna strata. Bo Hitler zdobył władzę w Demokratycznych wyborach a głosowali na niego właśnie ci cywile. Jak Niemcy bombardowanie Polskie miasta pełne cywilów to ci nie przeszkadzalo, ale jak zginęło paru. Niemieckich, cywili razem z żołnierzami to wielki płacz. Dla przykładu takiemu nieukowi jak ty podam tylko Wawer, w knajpie byli dwaj żandarm i dwaj uzbrojeni kryminaliści, właściciel knajpy ostrzegł Niemieckich żandarmów żeby uważali na tych dwu bandytów, ale Niemieccy Nadludzie podeszli do nich i zostali zastrzeleni. Oczywiście kryminaliści zwiali a potem do akcji wkroczyli „bohaterscy” Niemcy z Wehrmachtu którzy wyprowadzili ludzi z domów oraz zatrzymali pasażerów wysiadających z pociągu. Wszyscy mężczyźni od kilkunastu do ponad 60 lat zostali rozstrzelani, a właściciel knajpy powieszony, oczywiście zginie tylko ci ludzie którzy nie mieli ze sprawą nic wspólnego. Niemcy mogli zabijać niewinnych Polaków ale, Polacy już nie mogli się bronić według niektórych. Natomiast samo AK to w większości amatorszczyzna, owszem zdarzało się zawodowcy czego dowiodły te perfekcyjnie zorganizowane zamachy. Ale w większości AK się niesprawdzała, nawet dowódca AK został przez Niemców aresztowany jak amator, bo lokal w którym przebywał nieposiadał drugiego wyjścia i dlatego Rowecki został złapany jak mysz w pułapce. To dlatego Muszkieterowie nie chcieli się dzielić z AK informacjami wysyłając je bezpośrednio do Londynu.

          • Tadeusz Odpowiedz

            Gdyby ludność niemiecka w owym czasie (w 1939r) od razu „zasmakowała” okrucieństwa wojny to by to wszystko tak daleko nie zaszło, to ich pełne żołądki i ślepy, chciwy dobrobyt, pochodzący z cierpienia innych, dawał zielone światło dla bestialstwa i takich przywódców. Widzieli co się dzieje tuż przed wojną z niemieckimi Żydami na ulicach…nie reagowali, poparli to!

        1. Mario Odpowiedz

          Cywilach czyli członkach gestapo parti producenta broni i amunicji
          Przedpoborowych do wermachtu i jak pokazała wojna volsturm urlopowanych zolnierzy i rekonwalescentów
          rasistów nienawidzących Polaków oraz wyborców głosujących na Hitlera a więc elekcyjnych mocodawców

        2. martinoff Odpowiedz

          Zemsta na cywilach? Tak mógł napisać tylko deb.l nieuk. Na wojnie obwiązuje zasada symetrii. Nie stosujesz gazów bojowych to my też nie (Asadawi też dano warunek ze ma nie stosować środków chemicznych). Nie eskalujesz działań poza rejon działania, to my tez nie ( czemu Ukraińcy nie walczą z Rosjanami pod Charkowem albo nie otworzą frontu w Mołdawii atakując stacjonujące tam wojska rosyjskie?). Nie używasz bomb atomowych to my tez nie.
          Skoro Niemcy zabijali cywilów na ulicach warszawy to polskie państwo podziemne doszło do wniosku ze należy zastosować zasadę symetrii. I niech w Berlinie tez giną niewinni ludzie. Na wojnie nie ma prawa do indywidualnej odpowiedzialności.
          Chłopom ze wsi którzy musieli zginąć bo koło ich domu wybuchł pociąg z niemieckimi żołnierzami też takie prawo nie przysługiwało

        3. TZ. Odpowiedz

          Przy czytaniu takich wspomnień, siłą rzeczy narzuca się analogia z dzisiejszymi atakami terrorystycznymi przeprowadzanymi pod hasłem „Allah akbar”.

          • neo Odpowiedz

            Takie analogie może snuć wyłącznie analfabeta historyczny, który nie ma pojęcia czym była okupacja niemiecka w Polsce, ale nie wie też czym jest Islam w krajach Zachodu. Otóż różnica jest taka że tamci żyjacy w bogatych zachodnich społeczeństwach robią im zamachy, bo realizują swoją świętą religijną wojnę – nic im nie doskwiera, nikt im krzywdy nie robi – oni chcą po prostu zwycięstwa Islamu na ziemi i zniszczenia niewiernych. Dlatego ich zabijają. W przypadku tych polskich zamachowców z II wojny światowej, była to natomiast rozpaczliwa próba choćby częściowego wyrówanani win ze strony OFIARY , za zbrodnie KATA – a więc mordy i ludobójstwo na gigantyczną skalę do których w Polsce dopuszczali się Niemcy. Tyle. Porównwanie tych spraw to ignorancja i skrajna głupota.

        4. Leszek Odpowiedz

          Racja – Oni tez maja prawo do partyznackich atakow i rewanzu, w obrazie ktorych jest to jedyna forma spelniania narodowo-wyzwolenczego obowiazku wobec wlasnej ojczyzny.

        Dodaj komentarz

        Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.