Kontrowersje, odkrycia, bohaterowie i łajdacy. Fascynujące opowieści na każdy dzień od najpopularniejszego magazynu o historii w Polsce

Generic selectors
Tylko dokładne dopasowania
Szukaj w tytułach
Szukaj w treściach
Szukaj w postach
Search in pages

Flary pod piramidami, dyzenteria, przekrwione oczy i podstęp. Kilka słów o życiu „duchów pustyni”

fot.domena publiczna Piramidy egipskie z lotu ptaka. Na zdjęciu amerykański samolot c-47

Lis Pustyni” pisał o nich w swoich dziennikach. Warunki określane przez większość żołnierzy piekłem były ich codziennością. Aby dotrzeć do celu wystarczały im kompas słoneczny, stoper i mapy przedwojennych podróżników. Zniszczoną miskę olejową zastępowali puszką po konserwie, a w wolnych chwilach wylegiwali się… pod samochodami.

Już w czerwcu 1940 roku major Ralph Angel Bagnold i porucznik Guy Lennox Prendergast otrzymali pozwolenie na utworzenie eksperymentalnej jednostki, która początkowo miała odgrywać niewielką rolę w zbliżającej się do Afryki wojnie. Obaj przed wojnę spędzili prawie 10 lat na eksploracji „Czarnego Lądu”, sponsorowanych przez Królewskie Towarzystwo Geograficzne. Bagnold przemierzał Afrykę Północną w Fordzie T, co okazało się cenną lekcją pod działania podczas wojny w przyszłości. Wynalazł m.in. kompas słoneczny, stalowe rynny ułatwiające wykopywanie pojazdów, kondensator zmniejszający zużycie wody przez samochód, ale przede wszystkim naniósł na mapy większość studni i oaz, które do tej pory znane były jedynie nomadom. Jak w większości jednostek specjalnych, Bagnold w szeregach swojego zwiadu pustynnego chciał widzieć jedynie ludzi odpornych na niedobory wody, niewygody długodystansowych patroli pustynnych, wytrwałych i samodzielnych. Przekrwione oczy, spalona skóra, długie brody pełne robactwa i wszędobylski piach pustynny miały stać się ich codziennością. W zamian otrzymywali prawdziwych „ludzi pustyni” za dowódców, co wiązało się oczywiście z odejściem od koszarowej rutyny, pozbawionych sensu kontroli ścielonych łóżek, wstawania i zasypiania na rozkaz. 3 lipca 1940 roku jednostka znana od teraz jako Long Range Desert Group stała się formalnie jedną z sił, z którymi niemiecki i włoski przeciwnik musieli się liczyć w regionie.

fot.domena publiczna Chevrolet jednostki LRDG, przeddzień operacji „Caravan” wrzesień 1942 r. Uwagę zwracają dwa sprzężone karabiny Vickers K, często służące również do obrony przeciwlotniczej.

Życie „duchów”

Teren operacji patrolu Grupy Pustynnej Dalekiego Zasięgu rozciągał się od Kairu po Trypolis, a jego pełne wymiary wynosiły 1600 km na 1900 km (prawie tyle, co powierzchnia Indii!). Jedną z podstawowych zalet jednostki miała być szybkość w poruszaniu się po pustyni. W – wydawałoby się – komiczny sposób odchudzali swoje pojazdy pozbawiając je kolejno szyb, dachów i drzwi. Dzięki temu maszyny rzadko przekraczały masę 1,5 tony, a jedynym obciążeniem stawali się sami żołnierze, zaopatrzenie i części zamienne. Te ostatnie często miały jednak improwizowany charakter. Pękniętą obudowę wału korbowego „łatano” mieszaniną gumy do żucia i piasku, a w miejsce miski olejowej często lutowano odpowiednio wyklepane puszki po konserwach lub owocach. Częściej, niż hełmy czy kapelusze, na głowę wkładali kaffiyeh, lub wełnianą czapkę (tzw. cap comforter). Najlepszym lub często jedynym cieniem było leżenie pod samochodem. W książce „SAS. Komandosi Jego Królewskiej Mości” Lewis cytuje:

Nie jest ci po prostu gorąco. Nie czujesz się po prostu zmęczony. Zdaje ci się, że wypłynęła z ciebie cała energia, że twój mózg chce wyskoczyć z głowy. Masz ochotę leżeć bez ruchu, aż to przeklęte słońce zajdzie (…) Patrzysz na zegarek o 11.00. Patrzysz znowu za godzinę i jest 11.15

Po wkroczeniu na tereny pustynne żołnierze LRDG przechodzili na rygorystyczne racjonowanie wody. Każdemu przysługiwało zaledwie kilka pint dziennie wody pitnej, a całość wody przysługującej na jednego żołnierza nigdy nie przekraczała jednego galona. Niejednokrotnie przydział ten służył również do uzupełniania wody w chłodnicach samochodów. Bardzo rzadko gotowano na tej wodzie, a jeszcze rzadziej żołnierze dokonywali ablucji. Naczynia i sztućce po posiłkach częściej czyszczono szorstkim piaskiem, niż życiodajną wodą. Po kilku tygodniach patrolu za nic nie przypominali tych samych ludzi. Bardzo szybko broda stała się znakiem charakterystycznym żołnierzy LRDG. Zasady panujące wśród żołnierzy zwiadu wydawały się dalekie od humanitarnych, ale jednocześnie stanowiły one jedyny klucz przetrwania w tych warunkach.

Artykuł powstał głównie w oparciu o wydaną właśnie książkę „SAS. Komandosi Jego Królewskiej Mości”.

Czy zwiad pustynny może więcej?

W sierpniu 1942 roku żołnierze LRDG pod dowództwem kapitana Lloyda Owena miały wyruszyć z Kairu do oazy Al-Kufra, będącej punktem zbornym dla maksymalnie utajnionej operacji. Minąwszy granice miasta jeden z pojazdów konwoju zboczył z drogi i skierował się w kierunku piramidy Cheopsa. Podobnie jak wojska Cezara, czy Napoleona, również żołnierze Owena odczuwali potrzebę oddania hołdu starożytnej cywilizacji, chociaż sposób wykonania był już nieco odmienny od legionów rzymskich, czy francuskich. Kierowca zaczął pierwszą rundę dookoła monumentalnego grobowca, podczas gdy pozostali żołnierze wyciągnęli pistolety sygnalizacyjne (włoskie Kimar Very), a następnie zaczęli wypuszczać kolorowe salwy. Udało im się przynajmniej kilka razy okrążyć budowlę oświetlając ją na różne sposoby, gdy nagle zostali zatrzymani przez żandarmerię żądającej wyjaśnień. Żandarmi otrzymali wyjaśnienia od kierowcy wyraźnie zdenerwowanego faktem przerwania zabawy. W normalnych warunkach Owen i jego ludzie skończyliby w najlepszym wypadku w karcerze, ale po krótkich i bardzo ogólnych wyjaśnieniach celu podróży LRDG żandarmi puścili patrol. Od lata 1940 roku Winston Churchill bardzo mocno wspierał różnego rodzaju siły specjalne powstające w ramach armii brytyjskiej, dlatego też żandarm ostatecznie musiał przymknąć oko na jawne lekceważenie dyscypliny wojskowej żołnierzu LRDG, którzy wykorzystując państwowy sprzęt urządzili sobie kowbojską zabawę blisko linii frontu. Sam pomysł „przyozdobienia” piramid pokazuje z kolei skalę stresu, a jakim na co dzień musiał radzić sobie poszczególny członek pustynnego patrolu. Obawa przed wykryciem przez nieprzyjacielski samolot budowała potężny poziom adrenaliny, szukający ujścia w wydawałoby się najprostszych rozrywkach.

„Romans” LRDG i SAS

Pod koniec 1941 roku w kairskim hotelu Stephard’s spotkali się oficerowie SAS i LRDG. Było to spotkanie całkowicie przypadkowe, ale jego skutki miały przynieść ciekawą współpracę. Oficerowie pod wpływem koleżeńskiej rozmowy dotyczącej możliwości obu jednostek podjęli decyzję o wspólnej misji. 8 grudnia 1941 roku z oazy Gialo (960km na zachód od Kairu) wyjechały połączone siły komandosów i zwiadu pustynnego, których celem miało być miasteczko Tamet. Dojechali tam 14 grudnia zastając włoskich pilotów niewiele podejrzewających, pogrążonych w rozmowie i zabawie w kantynie. Podczas gdy drzwi kantyny wyważono i w pomieszczeniu rozlegały się serie tommy gun’ów, na pobliskim lotnisku zaczęły wybuchać samoloty. Przez kolejne cztery dni komandosi w najbardziej bezczelny sposób pustoszyli okoliczne puby i lotniska, samoloty wysadzali w powietrze, Włochów zabijali. W wyniku tego pierwszego skalpu połączonych sił LRDG i SAS wojska osi utrafiły 24 samoloty w Temet, 30 samolotów w Mersa Brega, 37 samolotów w Agedabia, a w Boże Narodzenie tego roku wysadzili ponownie samoloty na lotnisku w Temet (27 maszyn), które dopiero zeszły z linii produkcyjnej.

fot.domena publiczna Ciężarówki LRDG na patrolu

Cena zdrady

Przez kolejne pół roku żołnierze Davida Stirlinga (dowódcy i twórcy SAS) przy udziale LRDG w podobny sposób nękali przeciwnika na całym wybrzeżu Afryki Północnej, ale w maju 1942 roku SAS otrzymała kolejną propozycję współpracy. Dowództwo planowało osłabić możliwości lotnictwa Osi na Morzu Śródziemnym, aby na oblężoną Maltę mogło dotrzeć 17 statków z zaopatrzeniem. W tym celu połączone siły LRDG, SAS i SIG (Special Interrogation Group) miały przedostać się na teren kilku lotnisk w rejonie Derna-Martuba. Kluczem całej operacji miała być ta ostatnia formacja, założona przez kapitana Herberta Bucka, który kilka miesięcy wcześniej uciekł z niewoli pod El Gazala i dzięki zdobycznej czapce Afrika Korps przedzierał się przez linie wroga. Żołnierze Bucka mieli za zadanie wprowadzić „jeńców” – komandosów SAS na tereny wybranych lotnisk. W wydawałoby się doskonałym planie aż roiło się od niewiadomych. Przede wszystkim, agenci SIG nie znali czerwcowego hasła rozpoznawczego dla punktów kontrolnych (hasło majowe brzmiało „fiume”, ale w obliczu bardziej skrupulatnej kontroli było ono bezużyteczne). Herbert Buck naciskał również, żeby w operacji wzięło udział dwóch „odwróconych” agentów, były żołnierzy Afrika Korps (niejacy Bruckner i Essner). O akcji sabotażystów planujących zaatakowanie lotnisk w rejonie Derna-Martuba dowiedzieli się również kryptolodzy Rommla, którzy kilka miesięcy wcześniej złamali kod czarny i przechwycili depeszę do Waszyngtonu, w której oficer łącznikowy wyrażał pełen optymizm dla wojny w Afryce Północnej. Zarówno Stirling, jak i Buck nie zamierzali rezygnować z operacji. 13 czerwca dwie ciężarówki wyruszyły w kierunku swoich celów. W ciężarówce jadącej do Derny znalazł się zdrajca, Bruckner, który cały czas informował przeciwnika o swojej pozycji. 200 metrów od posterunku przed lotniskiem zatrzymał samochód pod pretekstem awarii, a krótko potem zostali zaatakowani przez Niemców. Z grupy agentów SIG i SAS przeżył tylko porucznik Augustin Jordain, który przebył następnie kilkadziesiąt kilometrów pustynią na spotkanie z zespołem LRDG, który miał ich zabrać do domu. Chociaż pozostałe jednostki SAS tej nocy zniszczyły jeszcze około 27 maszyn przeciwnika, nie wpłynęło to realnie na zabezpieczenie Malty ze strony lotnictwa Osi. Była to jednak wyraźna wiadomość do Erwina Rommla ze strony Brytyjczyków. Czas „uczciwej wojny” dobiegał końca. Dla SAS, LRDG, SIG i SBS nowym celem miał teraz zostać Tobruk.

Artykuł powstał głównie w oparciu o wydaną właśnie książkę „SAS. Komandosi Jego Królewskiej Mości”.

Bibliografia:

  1. Czubiński A., Historia II wojny światowej, Poznań 2008.
  2. Hunter R., Komandosi. Prawdziwe historie, przeł. M. Szubert, Warszawa 2001.
  3. Lewis D., SAS. Komandosi Jego Królewskiej Mości, przeł. A. Bugaj, Poznań 2019.
  4. Miller R., Komandosi, przeł. R. Januszewski, Warszawa 2000.

Czy wiesz, że ...

...kiedy Armia Andersa przebywała w Palestynie, dezercje żołnierzy pochodzenia żydowskiego odbywały się… za wiedzą i aprobatą polskiego dowództwa? Zdarzały się nawet takie przypadki, że przyszły „dezerter” przed ucieczką przechodził dodatkowe przeszkolenie dywersyjno-sabotażowe.

…uciekinier przyłapany na próbie ucieczki z obozu koncentracyjnego był brutalnie bity i ośmieszany. Częstą praktyką było przebieranie go w groteskowy strój błazna. Dawano mu też tabliczkę z kpiącym napisem: „Hurra, hurra ich bin wieder da!” czyli „Hurra, znowu tu jestem!”. 

...w pierwszych miesiącach II wojny światowej Departament Stanu USA wyłożył łącznie 80 milionów dolarów na pomoc dla Polski? Inicjatorem powstania tzw. Commission for Polish Relief był były prezydent Stanów Zjednoczonych, Herbert Hoover. Pieniądze posłużyły na zakup żywności, lekarstw i ubrań dla dotkniętych okupacyjną biedą Polaków. 

Komentarze (3)

  1. Greenhorn Odpowiedz

    Ciekawy artykuł, ciekawy temat, szkoda tylko że nic nowego się nie dowiedziałem, tylko powtórka tego o czym czytałem już ponad 30 lat temu. Cóż każde pokolenie ma swojego „odkrywcę”.

Odpowiedz na „BismarcksonAnuluj pisanie odpowiedzi

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.