Ciekawostki Historyczne
Generic selectors
Tylko dokładne dopasowania
Szukaj w tytułach
Szukaj w treściach
Szukaj w postach
Search in pages

Gmach urzędu droższy niż opera paryska? Budowa Poczty Głównej w Gdyni

Afera przy budowie Poczty Głównej w Gdyni kosztowała stanowisko Bogusława Miedzieńskiego, który nigdy nie odzyskał już zaufania Józefa Piłsudskiego.Uważacie, że wielomilionowe przekręty przy przetargach publicznych to zmora naszych czasów? Dawniej wcale nie było lepiej. Ba, w międzywojennej Polsce, było dużo gorzej! Prasa co i rusz donosiła o tego typu aferach. Najgłośniejsza z nich pociągnęła za sobą nawet dymisję jednego z ministrów.

Wszystko zaczęło się dosyć niewinnie. Oto w 1927 roku rozrastająca się w szybkim tempie Gdynia zaczęła odczuwać dotkliwy brak Poczty Głównej. Zapadła zatem decyzja o jej budowie. Wzniesienie gmachu leżało w gestii Ministerstwa Poczt i Telegrafów. Na jego czele stał w tym czasie Bogusław Miedziński – jeden z najbliższych współpracowników Józefa Piłsudskiego!

Inżynier Ruszczewski wkracza do akcji

Niestety Miedziński za nic miał hasła sanacji moralnej głoszone przez Marszałka. Zamiast sięgnąć po sprawdzonego fachowca, na szefa budowy poczty wybrał… swojego kolegę ze studiów, inżyniera Edwarda Ruszczewskiego, którego już wcześniej zatrudnił w podległym sobie resorcie. Sprawie pikanterii dodawał fakt opisany przez Monikę Piątkowską w książce „Życie przestępcze w przedwojennej Polsce”. Mianowicie minister znał:

Przejmując władzę w 1926 r. Józef Piłsudski głosił sanację moralną, niestety nawet jego najbliżsi współpracownicy nie potrafili oprzeć się pokusie.

Przejmując władzę w 1926 r. Józef Piłsudski głosił sanację moralną, niestety nawet jego najbliżsi współpracownicy nie potrafili oprzeć się pokusie.

wówczas papiery Ruszczewskiego i wiedział, że jest w nich adnotacja, iż Ministerstwo Spraw Wojskowych ma go za szantażystę i że wciągnięto go na „czarną listę” dostawców, którzy oszukali wojsko.

Taka miażdżąca opinia w żadnym wypadku nie zniechęciła prominentnego piłsudczyka, który w sierpniu 1927 r. przeforsował kandydaturę starego przyjaciela. Miało się to dla obu źle skończyć.

Na razie jednak Ruszczewski otrzymał ciepłą posadkę z olbrzymią, jak na tamte czasy, pensją pięciu tysięcy złotych (w przybliżeniu 50 tysięcy współczesnych złotych!). Pierwszą rzeczą, którą zrobił nowo mianowany kierownik był zakup garnituru oraz samochodu sfinansowanego z… pieniędzy na budowę poczty. Niezły początek. Potem było już tylko lepiej.

Kolejny krok stanowiło powołanie do życia firmy budowlanej, w której głównymi udziałowcami byli kolega Ruszkowskiego J. Mikulski oraz poznany w pociągu inżynier M. Machajski. Chociaż firma nie miała żadnego kapitału, to dziwnym trafem wygrała przetarg na wzniesienie gmachu poczty!

Przeszkodą nie było nawet 30 tysięcy złotych, wymagane jako wadium. Panowie co prawda nie posiadali takiej gotówki, ale poradzili sobie z tym w bardzo prosty sposób… pobierając pieniądze z budżetu Ministerstwa Poczt i Telegrafów.

Budynek Poczty Głównej w Gdyni. W trakcie budowy przekroczono kilkukrotnie zakładany kosztorys i w efekcie budowa kosztowała więcej niż wzniesienie opery paryskiej.

Budynek Poczty Głównej w Gdyni. W trakcie budowy przekroczono kilkukrotnie zakładany kosztorys i w efekcie budowa kosztowała więcej niż wzniesienie opery paryskiej.

Po wygranym przetargu Ruszkowski znalazł się w niezwykle komfortowej sytuacji. Teoretycznie miał czuwać nad interesem Skarbu Państwa, w rzeczywistości napełniał sobie i wspólnikom kieszenie. Nic zatem dziwnego, że wkrótce z  placu budowy zaczęły znikać materiały budowlane, z których przyjaciele inżyniera i on sam stawiali sobie wille w Orłowie.

Artykuł powstał głównie w oparciu o książkę Moniki Piątkowskiej "Życie przestępcze w przedwojennej Polsce" (PWN 2012).

Artykuł powstał głównie w oparciu o książkę Moniki Piątkowskiej „Życie przestępcze w przedwojennej Polsce” (PWN 2012).

Jak pisze Monika Piątkowska: W ten sposób zniknęły dwa wagony cementu, 110 metrów sześciennych drewna oraz żelazo, a na rachunku bankowym inżyniera niespodziewanie pojawiło się 50 tysięcy złotych. Malwersant nabył też na podstawioną osobę plac w stolicy.

Edward Ruszczewski nie zapomniał również o innych kolegach i znajomych. Podczas spotkań w przytulnym wnętrzu warszawskiej „Nowej Ziemiańskiej” uzgadniał z nimi, że założą firmy, które zajmą się dostawami, robotami wykończeniowymi oraz innymi pomniejszymi pracami. A trzeba powiedzieć, że były to naprawdę intratne zlecenia.

Na przykład za urządzenie wnętrz poczty zapłacono majorowi Miszczewskiemu 30 tysięcy złotych. Drugie tyle otrzymał on za ozdobienie frontu budynku płaskorzeźbami. Taka rozrzutność była rzekomo niezbędna, gdyż fasada prezentowała się za skromnie.

W efekcie wydatki na budowę wielokrotnie przekroczyły zakładany kosztorys. Z początkowego 1 600 000 złotych zrobiło się w końcu 4 800 000 złotych. Jednak to wcale nie koniec przekrętów inżyniera-oszusta.

Ten artykuł ma więcej niż jedną stronę. Wybierz poniżej kolejną, by czytać dalej.

Uwaga! Nie jesteś na pierwszej stronie artykułu. Jeśli chcesz czytać od początku kliknij tutaj.

Bardzo drogi film instruktażowy

Ruszczewski, jako pracownik Ministerstwa Poczt i Telegrafów, zajmował się również przygotowaniem pawilonu tegoż resortu na Powszechną Wystawę Krajową w Poznaniu. W ramach tychże przygotowań zamówił nakręcenie dwóch filmów.

Pierwszy miał ostrzegać klientów poczty przed wysyłaniem pieniędzy w kopertach. Celem drugiego było zaprezentowanie osiągnięć Ministerstwa. Zlecenie na oba filmy dostał rzecz jasna kolejny dobry kolega naszego inżyniera, reżyser Aleksander Reich.

Jak łatwo się domyślić, nie miał on zupełnie doświadczenia w tego typu produkcjach. Wcześniej kręcił jedynie krótkie materiały dla kroniki filmowej Polskiej Agencji Telegraficznej. No, ale przecież w życiu trzeba uczyć się nowych rzeczy! Tak więc Reich postanowił zabrać się za coś poważniejszego. A jak już się zabrał, to na całego.

Najpierw zainkasował z góry za swoją „ciężką” pracę bagatela 24 tysiące złotych (ok. 240 tysięcy obecnych złotych). Gdy już to zrobił, zdecydował, że musi jechać do Wiednia, w celu połowienia gwiazd filmowych. Wycieczka ta kosztowała polski budżet kolejne 50 tysięcy złotych. Co prawda nie udało się „złowić” żadnej gwiazdy, za to Reich kupił trzy scenariusze filmów erotycznych po pięć i pół tysiąca złotych za sztukę.

Gmach paryskiej opery. Całkiem okazały, no ale budowa Poczty Głównej w Gdyni była znacznie droższa. Cóż, widać Francuzi nie mieli swojego inż. Ruszczewskiego.

Gmach paryskiej opery. Całkiem okazały, no ale budowa Poczty Głównej w Gdyni była znacznie droższa. Cóż, widać Francuzi nie mieli swojego inż. Ruszczewskiego.

Ze stolicy Austrii ekipa filmowa ruszyła do Poznania, bo tam lepsze atelier. Gdy już Wielkopolska znudziła się filmowcom udali się oni do Paryża dla studiów kinematograficznych. Dziwnym zbiegiem okoliczności nad Sekwanę pojechała również… żona inżyniera Ruszczewskiego. Ostatecznie niesforni filmowcy osiedli na dłużej w Krynicy.  Jak pisze w swojej książce Monika Piątkowska:

Plakat z 1929 r. reklamujący "Tajemnicę skrzynki pocztowej". Filmu który kosztował fortunę.

Plakat z 1929 r. reklamujący „Tajemnicę skrzynki pocztowej”. Filmu który kosztował fortunę.

na skutek owych podróży i tajemniczych wydatków, spisywanych na rachunkach z restauracji, budżet filmu został przekroczony o 230 tysięcy zł, a po pierwszym pokazie fabuły noszącej tytuł Tajemnica pocztowej skrzynki, która nie była już instrukcją dla klientów poczty, lecz naiwną historią miłosną, podniosły się głosy, by film zniszczyć.

Koniec sielanki. NIK bierze się za porządki

Dobra passa grupki wzajemnego wsparcia w końcu dobiegła końca. Okazało się mianowicie, że skaptowany w pociągu inżynier M. Machajski jest uczciwym człowiekiem. Sam został nieświadomie wplątany w cała tę aferę i nie mógł pogodzić się z przekrętami, których był mimowolnym świadkiem. Postanowił zatem coś z tym zrobić.

Początkowo w swej naiwności udał się do inżyniera Ruszczewskiego. Sądził bowiem, że kierownik budowy o niczym nie wie. Szybko zmienił zdanie, gdy przyłapał go na piciu wódki z głównym defraudantem.

Po tym incydencie skierował swoje kroki do Warszawy. Tam jednakże dyrektor departamentu Ministerstwa Poczt i Telegrafów po prostu go zbył. To nie zniechęciło Machajskiego, który wysłał list do samego ministra Miedzińskiego. Ten przyjął inżyniera i zapewnił, że przyjrzy się sprawie.

No i faktycznie, po kilku dniach przybyła jednoosobowa komisja, w której składzie był tylko inżynier Ruszczewski. Tego było już za wiele. Zdesperowany Machajski zdecydował się jesienią 1928 r. napisać do Najwyższej Izby Kontroli oraz Prokuratorii Generalnej.

Inżynier Edward Ruszczewski na ławie oskarżonych podczas procesu, w wyniku którego został skazany na sześć lat więzienia.

Inżynier Edward Ruszczewski na ławie oskarżonych podczas procesu, w wyniku którego został skazany na sześć lat więzienia.

Kontrolerzy NIK po dotarciu na miejsce zastali nieopisany wręcz chaos. Brakowało dokumentacji, zaś planowany budżet przekroczono o trzy miliony złotych. Zdaniem rzeczoznawców budynek gdyńskiej poczty został przepłacony dziesięciokrotnie i kosztował więcej niż paryska opera! Teraz już nic nie mogło uratować malwersantów. Machina sprawiedliwości w końcu ruszyła.

Ruszczewski i jego wspólnicy zostali zatrzymani, zaś skompromitowany Bogusław Miedziński musiał 13 kwietnia 1929 r. zrezygnować ze swojego stanowiska. Nigdy już nie odzyskał zaufania Józefa Piłsudskiego.

Za malwersację sześć latek

Przed sądami toczyło się od 1929 r. kilka różnych spraw. Jednak główny bohater afery musiał poczekać na swoją kolej aż do 21 marca 1933 r. Właśnie wtedy w warszawskim sądzie okręgowym rozpoczęła się rozprawa, którą śledziły wszystkie polskie gazety. W jej trakcie przysłuchano kilkudziesięciu świadków, w tym Bogusława Miedzińskiego i byłego premiera Kazimierza Bartla.

Wśród świadków podczas procesu inż. Ruszczewskiego znalazł się nawet były premier Kazimierz Bartel. Na zdjęciu w trakcie składania zeznań.

Wśród świadków podczas procesu inż. Ruszczewskiego znalazł się nawet były premier Kazimierz Bartel. Na zdjęciu w trakcie składania zeznań.

Sam oskarżony odmówił składania zeznań. W niczym mu to jednakże nie pomogło, bo ogłoszony 30 maja wyrok był jednoznaczny. Sąd uznał, oskarżonego za winnego i skazał go na sześć lat więzienia, z których darowano mu rok na mocy akurat ogłoszonej amnestii.

Ruszczewskiego pozbawiono ponadto na sześć lat praw obywatelskich. Dodatkowo, z powództwa cywilnego, zasądzono od oskarżonego na rzecz Skarbu Państwa kwotę 1 344 963 złotych oraz tytułem kosztów sądowych i obrończych 8505 złotych.

Niespełna rok później – 9 kwietnia 1934 r. – sąd apelacyjny złagodził wyrok do pięciu lat, jak poprzednio darując rok na mocy amnestii. Czy udało się ściągnąć całą zasądzoną kwotę, tego już prasa niestety nie podała.

Źródła:

Podstawowe:

  1. Monika Piątkowska, Życie przestępcze w przedwojennej PolsceGrandesy, kasiarze, brylanty, Wydawnictwo Naukowe PWN, 2012.

Uzupełniające:

  1. „Ilustrowany Kuryer Codzienny” 1933.
  2. „Goniec Częstochowski” 1933, 1934.

Kup ciekawą książkę (dużo taniej niż inni):

Czy wiesz, że ...

...słynny gangsterski duet Bonnie & Clyde miał na swoim koncie aż czternaście zabójstw? Owiana miłosną legendą para wcale nie była tak niewinna, jak pokazują hollywoodzkie produkcje...

...w latach międzywojennych w warszawskim Mirowie było tak niebezpiecznie, że do dzielnicy przylgnęła nazwa Dzikiego Zachodu? Utrzymała się ona zresztą jeszcze długo po wojnie.

...niewiele brakowało, by Włodzimierz Lenin został aresztowany tuż przed wybuchem rewolucji październikowej? Gdy szedł do Instytutu Smolnego,  by być bliżej centrum wydarzeń, dwójka młodych oficerów zapytała go o dokumenty. Wymknął się im tylko dzięki pomysłowemu koledze, który zaczął… udawać pijanego

Komentarze (10)

  1. lukikuki Odpowiedz

    Nie przekonało mnie to że było gorzej niż dziś. Przynajmniej ktoś poszedł siedzieć, dziś się to nie zdarzy.
    I nie zdziwiło mnie też,, że to ktoś z otoczenia socjalistów.

    • Michał Bachewicz Odpowiedz

      Malwersacje były, są i będą. Problemem jest jawne przyzwolenie na nie, które dziś jest dawane. Dzisiejsza władza za nic ma raporty NIK, opinię publiczną. Całę rodziny bardzo dobrze żyją z złodziejstwa publicznych pieniędzy. W II RP przynajmniej malwersantów spotkała kara, zaś NIK był szanowaną i skuteczną instytucją .

  2. Nasz publicysta | Autor publikacji | Rafał Kuzak Odpowiedz

    @lukikuki: Naprawdę polecam lekturę przedwojennej prasy (jest tego dużo w bibliotekach cyfrowych). Co i rusz autorzy art. piszą o malwersacjach, przekrętach etc. dokonywanych przez urzędników państwowych. Sam artykuł pokazuje tylko jeden przypadek, więc nie może Cię przekonać, że było gorzej. Najlepiej samemu poczytać i wyrobić sobie własne zdanie.

  3. Nasz publicysta | Autor publikacji | Redakcja Odpowiedz

    Komentarze do artykułu z naszego profilu na Fb. https://www.facebook.com/ciekawostkihistoryczne:

    Marcin H.: Tak, hhmm tylko Polsce jest akurat odwrotnie dzisiaj. W większości przypadków realizatorzy zgłaszający się do przetargu podają ceny z przedziału 60-80% kosztorysu przewidzianego przez zleceniodawce.

    Łukasz P.: „Socjalizm to ustrój w którym bohatersko pokonuje się problemy nieznane w innym w ustroju” W drugiej Rzeczpospolitej za panowania sanacji która chciała mieć tylko państwowe urzędy pocztowe, powstało Ministerstwo Poczt i Telegrafów, dzięki czemu malwersacje przy budowaniu poczt były pewnie na porządku dziennym. Teraz mamy równie nie potrzebne Ministerstwo Sportu i nie potrzebnie wybudowane stadiony, co do których jeszcze nie wiadomo jakie afery mają ujrzeć światło dzienne…

    • Nasz publicysta | Autor publikacji | Rafał Kuzak Odpowiedz

      Kto wie, może by pomogło. Chociaż z drugiej strony, pewnie okazałoby się, że każdy aferzysta jest biedakiem, który nie ma nic na własność.

  4. Anonim Odpowiedz

    „Czy udało się ściągnąć całą zasądzoną kwotę, tego już prasa niestety nie podała”. To sa wlasnie takie „niesamowite, wspaniale ksiazki”, ktorych ostatnio ukazala sie cala masa. Zycie w przedwojennej Polsce, przestepcze zycie, w dworkach, arystokracji, itd itp. Wartosc tych ksiazek dla kogos szukajacego wiedzy jest mizerna, bo zrodlem sa przewaznie artykuly w gazetach przedwojennych, mimo, ze na koncu tych „dziel” czesto jest podana bogata bibliografia, ktorej autorzy zapewne na oczy nie widzieli i nie czytali. Jesli to maja byc ksiazki na zasadzie lektury lekkiej, latwej i przyjemnej, jako zbior lekkich artykulikow, ot tak do poczytania do poduszki, to w porzadku, ale nie sa to ksiazki dajace wiedze konkretna, sluzaca do np. dalszych rozwazan danego tematu. Postaje zatem zagadnienie czy autorzy owych dziel, swiadomie napisali te „dziela”, dla komercji, dla pieniedzy, dla zaspokojenia plytkich pragnien czesci spoleczenstwa (bez urazy, ale te ksiazki nadaja sie na prezenty dla dzieci, a nie dla powaznych czytelnikow; dzieciom te opowiastki na poczatek wystarcza); czy moze autorom wydaje sie, ze ksiazki te sa pelne przydatnych wiadomosci i przyczynkiem do dalszych badan – wtedy nalezy zapytac: jak oni skonczyli studia i jaka jest ich wiedza, jesli tak uwazaja.

  5. Nasz publicysta | Redakcja Odpowiedz

    Wybrane komentarze do artykułu z naszego facebookowego profilu, które mogą Was zaciekawić
    https://www.facebook.com/ciekawostkihistoryczne/posts/1121455351216456

    Krzysiek M.:
    Jakoś tak kojarzę, że to za Piłsudskiego karą dla urzędnika państwowego za malwersacje finansowe i korupcję mogła być nawet kara śmierci. Źle kojarzę, czy sąd był nadzwyczaj łagodny w tym przypadku?

    Ciekawostki historyczne:
    Dotyczyło to pierwszych lat II RP (nawet wykonano jakieś wyroki). W 1923 r. po nowelizacji ustawy zapis ten przestał obowiązywać.

    Piotr S.:
    A szkoda.

Dodaj komentarz

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.