Kontrowersje, odkrycia, bohaterowie i łajdacy. Fascynujące opowieści na każdy dzień od najpopularniejszego magazynu o historii w Polsce

Cenzura, bezpieka i pseudonimy. Niezależnie dziennikarstwo w PRL-u

Redakcja "Tygodnika Powszechnego" w latach 90. (fot. z książki "Gen ryzyka w sobie miał...").W 1945 roku gazety powstawały w Polsce niczym grzyby po deszczu. Komuniści szybko poradzili sobie z tym impulsem wolności, zamykając, przejmując i konfiskując niemal wszystko co miało tytuł, nakład i winietę. Ostało się tylko jedno pozasystemowe czasopismo. Na dodatek dotrwało do końca komuny, przez ponad 40 lat prowadząc z cenzurą śmiertelnie niebezpieczną grę w kotka i myszkę…

Mowa o czasopiśmie, które dziś wciąż się ukazuje, choć (siłą rzeczy) nie ma już takiego znaczenia i renomy co kiedyś: „Tygodniku Powszechnym”. W czasach PRL-u było to jedyne niezależne, a zarazem działające legalnie pismo pomiędzy Łabą a Władywostokiem. Jakim cudem komuniści na to pozwalali? Z jednej strony nad „Tygodnikiem” ochronę roztaczał Kościół, z drugiej (co chyba nawet ważniejsze) redakcja pisma mogła liczyć na protekcję zachodnich dyplomatów, instytucji kultury, mediów. Polskie władze wolały nie zadzierać ze wszystkimi na raz…

Mimo to redakcja „Tygodnika” stale musiała mieć się na baczności. Każdy członek zespołu kierowanego przez Jerzego Turowicza wiedział, że w dowolnej chwili może trafić za kratki. Całe czasopismo też było w ciągłym niebezpieczeństwie. Wystarczyło odrobinę przesadzić, by rozeźlona wierchuszka partii zlikwidowała interes…

Wolność bardzo reglamentowana

Wprawdzie „Tygodnik Powszechny” był pismem niezależnym, ale działał w kraju, w którym najsurowsze kary spadały na krytyków władzy, a cenzorzy z wielką wprawą wybielali teksty. W takich warunkach dziennikarstwo uprawiało się… nad wyraz specyficznie. Doskonale widać to we wspomnieniach dziennikarzy dawnego „Tygodnika”. Krzysztof Kozłowski opowiadał, że redagowanie gazety w PRL-u było prawdziwą szkołą życia. Józefa Hennelowa mówiła o ciągłych spięciach z cenzurą. O co w tym wszystkim chodziło? Antoni Słonimski przewrotnie stwierdził: Prawie o nic. Żeby zbyt łatwo nie zgiąć karku.

Redakcja "Tygodnika Powszechnego" w latach 60. (fot. z archiwum Jerzego Turowicza).

Redakcja „Tygodnika Powszechnego” w latach 60. (fot. z archiwum Jerzego Turowicza).

No dobrze, a jak to wyglądało w praktyce? W pierwszych latach, jeszcze zanim stalinizm na dobre zadomowił się w Polsce, „Tygodnik Powszechny” prowadził otwartą polemikę z marksizmem. Później trzeba było przerzucić się na nie tak bardzo bezpośrednie metody i wierzyć, że czytelnicy wykażą się intuicją tudzież inteligencją.

Pierwsza strona jednego z pierwszych numerów "Tygodnika Powszechnego" (1945 rok).

Pierwsza strona jednego z pierwszych, jeszcze niemal zupełnie wolnych numerów „Tygodnika Powszechnego” (siedemnasty czerwca 1945 roku).

Przykładowo kiedy w sierpniu 1968 roku wojska Układu Warszawskiego uderzyły na Czechosłowację, redakcja zrezygnowała z cotygodniowej kolumny prezentującej najnowsze  wydarzenia. Kozłowski opowiada w wywiadzie zamieszczonym w książce „Gen ryzyka w sobie miał”Uznaliśmy, że skoro cenzura konsekwentnie zdejmuje wiadomości dotyczące sytuacji w Czechosłowacji, uczciwie będzie zrezygnować z rubryki (…) [Zamiast tego] na pierwszej stronie pojawiły się fotografie z czołgami w natarciu i krótki tekst o rocznicy wybuchu II wojny światowej (s. 63). Oczywiście wcale nie chodziło o rocznicę tylko o atak na południowych sąsiadów!

Podobnie redakcja zachowała się podczas antysemickiej nagonki rozpoczętej przez władze rok wcześniej. „Tygodnik” nie tylko nie dołączył do „antysyjonistycznego” frontu, ale też wziął sprawę we własne ręce: Na pierwszej stronie wydrukowaliśmy wtedy napisaną przeze mnie obszerną recenzję z książki Zofii Lewinówny i Władysława Bartoszewskiego »Ten jest z ziemi mojej«, zawierającej relacje dotyczące ratowania Żydów w okupowanej Polsce. W tym samym numerze znalazły się też fragmenty świeżo odnalezionego pamiętnika z getta łódzkiego. Była to najsilniejsza forma, w jakiej mogliśmy odciąć się od całej pozostałej prasy („Rozmowa ze Stefanem Wilkanowiczem” [w:] „Gen ryzyka…”, s. 119).

Z kolei w stanie wojennym „Tygodnik” ukazywał się z ostentacyjną, żałobną winietą: z białymi literami na czarnym tle, a nie na odwrót. Do tego wspomniana już rubryka z bieżącymi wiadomościami zaczynała się każdorazowo od słów: „Minął n-ty tydzień stanu wojennego”.

Oczywiście nie zawsze udawało się stworzyć subtelny tekst, do którego cenzor nie był w stanie się przyczepić. Krzysztof Kozłowski z dumą opowiada: Wedle statystyk, „Tygodnik” był pismem, które przez cały PRL miało nigdy nieodebrane pierwsze miejsce, jeśli chodzi o liczbę konfiskat („Gen ryzyka…”, s. 69). Rekordowa była także liczba cenzorskich interwencji. Początkowo redaktorzy starali się uciekać przed czujnym okiem cenzora. Wszystko zmieniło się, gdy władza zaczęła oznaczać w tekstach swoje ingerencje. Dziennikarze „Tygodnika” wymyślili wówczas istną rywalizację: każdy chciał się popisać tekstem z jak największą liczbą zaznaczeń!

Za pseudonimem czytelnicy sznurem…

„Tygodnik” dzierżył palmę pierwszeństwa w jeszcze jednej dziedzinie: liczbie autorów piszących pod pseudonimami. Często byli to wysoko postawieni naukowcy, a także pisarze, publicyści i poeci objęci państwowym zakazem publikacji. Jacek Kuroń publikował podając się za kobietę (pod panieńskim nazwiskiem swojej pierwszej żony). Czesław Miłosz używał swoich pseudonimów z okresu okupacji, ale to się szybko wydało. Krzysztof Kozłowski opowiada: Przyszły noblista znajdował się na czarnej liście. Istniał zapis cenzorski zakazujący publikacji jego utworów, a nawet wymieniania jego nazwiska. Pisaliśmy więc: „jak mówi Poeta…”. Poetą, pisanym wielką literą na łamach „Tygodnika”, zawsze był Miłosz. Potem nawet tego Poetę nam tępili („Gen ryzyka…”, s. 72).

Inna rzecz, że nie każdy przeklęty przez władzę autor chciał współpracować z pismem katolickiej inteligencji. Z „Tygodnikiem Powszechnym” nie chcieli mieć nic wspólnego m.in. Wiktor Woroszylski, Wisława Szymborska i Kazimierz Brandys. Wszyscy jednomyślnie krzyknęli, że nie dadzą się zaetykietować (…) że czują w tym jakiś fałsz („Gen ryzyka…, s. 51).

Ten artykuł ma więcej niż jedną stronę. Wybierz poniżej kolejną, by czytać dalej.

Artykuł porusza następujące tematy:

    Czas akcji:

    Miejsce akcji:

    Komentarze (4)

    1. Jarek Odpowiedz

      „Polskie władze wolały nie zadzierać ze wszystkimi na raz…”

      Jakie „polskie władze”?

      To tak jak ten słynny „polski obóz koncentracyjny” w Oświęcimiu.

    2. Wojtas Odpowiedz

      Ja tylko z jednym komentarzem: Autor artykułu pisze, że „nie każdy przeklęty przez władzę autor chciał współpracować z pismem katolickiej inteligencji”. Zgoda, tylko proszę zwrócić uwagę, że osoby dalej wymienione były otwarcie antykatolickie – więc byłby to fałsz – antykatolik w piśmie katolickim.

    3. Znafca Odpowiedz

      To jest nazwa gazety niezależnej od rozumu.”Katolicka inteligencja”-to jest oksymoron taki sam ja”muzułmańska inteligencja”!

    Dodaj komentarz

    Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

    Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.