Polska miała kilka okazji, by przejąć Prusy Książęce i raz na zawsze rozwiązać problem, który w przyszłości miał okazać się dla niej fatalny. Zamiast tego kolejni władcy szli na ustępstwa wobec Hohenzollernów, kierując uwagę na wojny ze Szwecją i Moskwą. Czy rzeczywiście wystarczyło podjąć inną decyzję, by Prusy zostały wcielone do Korony, a historia Polski i Niemiec potoczyła się zupełnie inaczej?
Wojciech Harpula: Los sprzyjał Polsce w sprawie Prus Książęcych?
prof. Andrzej Chwalba: Co pan ma na myśli?
Mieliśmy co najmniej kilka szans na naprawienie złej decyzji Zygmunta Starego i jego doradców.
To prawda. Lista zaniechań i ustępstw naszych elit politycznych w sprawie Prus jest długa. Wiele wskazywało bowiem na to, że scenariusz wcielenia Księstwa Pruskiego do państwa polskiego może urzeczywistnić się dość szybko. Dopuszczeni do przejęcia tronu bracia Albrechta odeszli z tego świata niedługo po zawarciu traktatu krakowskiego. Natomiast dwóch synów księcia zmarło w dzieciństwie, a trzeci przyszedł na świat dopiero w 1553 roku. W tej sytuacji elektor Joachim II kilkukrotnie próbował zabiegać o przyznanie Hohenzollernom brandenburskim prawa do sukcesji w Prusach Książęcych, ale jego zabiegi za każdym razem kończyły się niepowodzeniem. Król i senat byli nieugięci. Dopiero Zygmunt August, który właśnie szykował się do wojny z Moskwą o Inflanty, obiecał elektorowi, że dopuści linię elektorską do dziedziczenia w Prusach. To był jednak niewiele znaczący gest.
Posłowie podczas sejmu lubelskiego w 1569 roku odrzucili wszelkie próby rozszerzenia inwestytury na elektorską linię Hohenzollernów. Ustępstwo o znacznie poważniejszych skutkach poczynił dopiero Stefan Batory.
Mianowicie?
Albrecht Hohenzollern, jak na ówczesne standardy, był długowieczny. Zmarł w 1568 roku, dożywszy 78 lat. Już kilka lat później jego jedyny syn, Albrecht Fryderyk Hohenzollern, zaczął zdradzać objawy choroby umysłowej.
Wiemy, na co chorował?
Trudno stosować dzisiejsze terminy diagnostyczne, gdyż psychiatrów przy księciu nie było. Natomiast Lucas David, sekretarz i doradca na dworze w Królewcu, pozostawił niezwykłe dzieło. Jego Dziennik choroby umysłu Albrechta Fryderyka zawierał zapiski i obserwacje z okresu, gdy ujawniła się choroba księcia. Dzięki niemu wiemy, że często wpadał on w stany skrajnego przygnębienia, apatii, poczucia beznadziei. Był lękliwy, chwiejny emocjonalnie, niepewny, wycofany, reagował niewspółmiernie do sytuacji, dopadały go obsesyjne myśli. Do tego doszły zaburzenia snu i kontaktu z rzeczywistością. W korespondencji i opiniach współczesnych pojawia się określenie, że książę był gänzlich von Sinnen lub emota mente – całkowicie pozbawiony rozumu.
fot.Paddy2 z polskiej Wikipedii / domena publicznaPaństwo zakonu krzyżackiego na przełomie XIV i XV wieku
Dzisiejsi badacze oceniają, że Albrecht Fryderyk cierpiał na schizofrenię lub ciężką formę depresji. Rządzić samodzielnie nie mógł. W tej sytuacji stryjeczny brat Albrechta Fryderyka, margrabia Ansbach i książę karniowski Jerzy Fryderyk Hohenzollern, zaproponował Stefanowi Batoremu, że obejmie kuratelę nad umysłowo chorym krewnym. Król miał pełne pole manewru: mógł wskazać dowolną osobę, mógł też sam ogłosić się opiekunem księcia i wysłać do Królewca gubernatora. Prusy znalazłyby się pod kontrolą Rzeczpospolitej. Do takiego kroku gorąco namawiały króla stany Prus Królewskich, które nie życzyły sobie Hohenzollerna w roli opiekuna księcia. Batory jednak pozostał głuchy na te wołania.
Dlaczego?
Bo stany pruskie, z trzema największymi miastami na czele – Gdańskiem, Elblągiem i Toruniem – podczas elekcji w 1575 roku poparły konkurenta Batorego, cesarza Maksymiliana II. Z Gdańskiem nowy król musiał nawet stoczyć wojnę, by skłonić miasto do uznania jego władzy. Batory nie ufał prohabsburskim stanom pruskim. Potrzebował też gotówki, by odpierać atakującego Inflanty Iwana Groźnego, a Jerzy Fryderyk zaproponował subsydia. Król przyjął jego ofertę, margrabia został opiekunem Albrechta Fryderyka i regentem księstwa. To był błąd polityczny, ale również o niczym jeszcze nie przesądzał. Najbardziej brzemienne w skutki decyzje podjął dopiero Zygmunt III Waza. W 1603 roku zmarł bowiem Jerzy Fryderyk – dotychczasowy regent Prus Książęcych.
Przeczytaj także: Wojna Batorego z Gdańskiem
Aż prosiło się o ustanowienie polskiej kurateli.
Tyle tylko, że Zygmunt III miał inne sprawy na głowie. Zmagał się z opozycją szlachecką w Koronie oraz toczył wojnę ze Szwecją. Nie miał pieniędzy, by wprowadzić wojska do Prus i ustanowić tam polskiego namiestnika. Z propozycją pojawił się natomiast elektor brandenburski Joachim Fryderyk, który zaoferował królowi wsparcie finansowe.
Zygmunt III przehandlował Prusy Książęce?
W lutym 1605 roku król zawarł układ z elektorem. Joachim Fryderyk w zamian za przyznanie kurateli zobowiązał się zapłacić 600 tysięcy złotych. Ustalono również roczne subsydium w wysokości 30 tysięcy złotych. Te kwoty, wobec chronicznych braków w skarbcu królewskim, stanowiły istotny zastrzyk finansowy. Elektor zobowiązał się także do powstrzymania Szwedów od werbunku żołnierzy na terenie Brandenburgii i Pomorza oraz zgodził się pośredniczyć w rozmowach z Danią, by skłonić ją do sojuszu z Polską przeciw Szwecji. Te warunki zostały podtrzymane przez kolejnego elektora – Jana Zygmunta, który również otrzymał zgodę króla na objęcie opieki nad chorym księciem. Władcy Brandenburgii zainstalowali się w Prusach.
Nikogo to nie zaniepokoiło?
Z punktu widzenia króla i jego otoczenia nie było żadnych powodów do niepokoju. Nawet Jan Zamoyski, najtęższy umysł polityczny tamtych czasów, wspierał politykę prze kazania Prus Książęcych Hohenzollernom. Elity polskie od czasów hołdu pruskiego oswoiły się z sytuacją, że to oni rządzą pruskim lennem. A która ich linia? Nie miało to decydującego znaczenia. Elektorzy w roli regentów nie wykonywali wobec Rzeczpospolitej żadnych nieprzyjaznych gestów, mieli licznych zwolenników wśród polskiej protestanckiej szlachty. Nawet niechętne im stany Prus Królewskich zaczęły od pewnego momentu patrzeć na nich bardziej życzliwie. Rzeczpospolita Obojga Narodów walczyła z carem, Szwecją, na południu raz po raz groźnie pomrukiwał sułtan. Nikt głośno nie nawoływał do zdecydowanych działań i przejęcia władzy w Prusach Książęcych przez Rzeczpospolitą.
Niezadowolenie z rządów króla, zakończone wybuchem w postaci rokoszu Zebrzydowskiego, miało swoje źródła także w polityce pruskiej Zygmunta III. Na zjeździe pod Sandomierzem w 1606 roku przedstawiciel szlachty wielkopolskiej Marcin Broniewski wprost oskarżał króla o zaniedbania w sprawie kurateli pruskiej. Mówił, że król przyznał opiekę nad księciem „bez sejmu, bez pozwolenia stanów, bez żadnego pożytku Rzeczpospolitej”. Część rokoszan domagała się całkowitego anulowania nadanej Hohenzollernom kurateli i cofnięcia następstw polityki Zygmunta III w Prusach. Sejmiki ziemskie w 1607 roku w instrukcjach poselskich sprzeciwiały się „oddaniu lenna pruskiego Brandenburczykom” i żądały kontroli nad traktatami z elektorem.
Proszę zwrócić uwagę, że opozycja nie domagała się interwencji w Prusach i wprowadzenia tam polskich rządów. Zwracano uwagę na samowolne postępowanie króla, pominięcie sejmu podczas podejmowania decyzji o przyznaniu margrabiom opieki nad księciem pruskim. To był główny motyw. Rokosz Zebrzydowskiego wybuchł z powodu ogólnego niezadowolenia średniej szlachty z polityki królewskiej i nieufności wobec monarchy. Dominowały zarzuty o faworyzowanie jezuitów, próby wprowadzenia absolutyzmu, ingerencję w przywileje szlacheckie, zakulisowe knowania z Habsburgami. Dla rokoszan każde działanie króla podjęte z pominięciem procedury sejmowej było nieakceptowalne i stanowiło zarzut wobec monarchy.
Moim zdaniem ówczesny naród polski, czyli szlachta, lepiej od monarchy i senatorów widział, że Prusy Książęce wymykają się nam z rąk. Na zahamowanie procesu ich emancypacji spod wpływów polskich nie było jeszcze w tym czasie za późno. Jeden z wierszyków politycznych z czasów rokoszu brzmiał tak:
Prusy się przywróciły do Korony zasię, Aleście je przedali w tym niniejszym czasie, Ba i tanio, Polacy, boście snadź nie wzięli, Jedno z rocznej intraty Prusyście puścili, O które wojnę wiedli cni waszy przodkowie, Sto lat i nieraz wzięli tam mocno po głowie.
Średnia szlachta przypominała królowi, że przodkowie wojowali o Prusy „sto lat” i „nieraz wzięli tam mocno po głowie”. I teraz ten wysiłek miałby pójść na marne?
Nie będę stawiał się w roli adwokata Zygmunta III, bo gdyby chciał, to mógłby nie przekazywać władzy w Prusach elektorom i wcielić je do Korony. Podkreślę jednak raz jeszcze, że dla dworu królewskiego sprawa pruska była drugo-lub nawet trzeciorzędna. Jeżeli król wziąłby sobie do serca głosy szlachty, to wyjście miałby jedno: odebranie elektorowi kurateli nad Albrechtem Fryderykiem i wkroczenie do Prus Książęcych, co oznaczało ryzyko wojny. Nawet jeśli Brandenburgia nie zdecydowałaby się na konfrontację z Rzeczpospolitą, to zyskalibyśmy zaciekłego przeciwnika, montującego wrogie koalicje i uprzykrzającego nam życie. Mając na głowie pełzający konflikt ze Szwecją i interwencję w Moskwie, król nie potrzebował kolejnego frontu. I to w imię czego? Dochodów z portu w Królewcu i monopolu na wydobycie bursztynu oraz handel nim? Zygmunt III wciąż marzył o odzyskaniu szwedzkiej korony ojca, a po świetnym zwycięstwie pod Kłuszynem pojawiła się możliwość objęcia władzy w Moskwie. Przyzna pan, że wobec takich perspektyw opanowanie Królewca nie mogło jawić się naszemu monarsze jako kluczowe wyzwanie.
fot.Tobias Conrad Lotter – Biblioteka Narodowa / domena publicznaPrusy za czasów Fryderyka II Wielkiego
Korona carów była mirażem, podobnie jak Szwedów, Gotów i Wandalów. Dobry polityk wybiera realne cele. Objęcie władzy w Moskwie i Sztokholmie było poza zasięgiem Wazy. Królewiec – jak najbardziej realny.
Zgoda, ale król inaczej postrzegał priorytety państwa. Skoro na zdecydowane działanie w sprawach pruskich nie byliśmy gotowi, pozostawało jedynie zaakceptować obecny stan. Jasne było, że pruska linia Hohenzollernów wygaśnie, gdyż Albrecht Fryderyk miał dwóch synów, ale zmarli w niemowlęctwie. Jego córka wyszła za Jana Zygmunta, co dodatkowo wzmocniło więzi Prus Książęcych z Brandenburgią. Więc nic dziwnego, że elektor zabiegał o uznanie jego praw do sukcesji. Zatriumfował w 1611 roku, w szczytowym okresie wojny z Moskwą, gdy bojarzy zaoferowali koronę królewiczowi Władysławowi. Sejm uznał Jana Zygmunta i jego następców na tronie brandenburskim za prawowitych sukcesorów Albrechta Fryderyka. Dopuścił także do sukcesji trzech braci elektora wraz z męskim potomstwem. Po tych decyzjach 16 listopada odbyła się w Warszawie ceremonia nadania lenna pruskiego władcy Brandenburgii.
Minęło blisko sto lat, a nic się nie zmieniło. Zygmunt Stary w 1525 roku powinien załatwić sprawę i inkorporować Prusy, ale podał pomocną dłoń krewniakowi. Zygmunt III Waza w zasadzie nic nie musiałby robić. Wystarczyło odmawiać margrabiemu uznania praw sukcesyjnych i czekać, aż Albrecht Fryderyk umrze. Prusy byłyby nasze.
Syn Albrechta Hohenzollerna, czyli ostatni męski potomek gałęzi Hohenzollernów z Ansbach, zmarł w 1618 roku. Jeżeli dotrzymano by zapisów traktatu krakowskiego z 1525 roku, Prusy Książęce powinny zostać wcielone do Polski. Jednak zgodnie z decyzjami króla i sejmu unia personalna Brandenburgii z Prusami stała się faktem. Przejęcie Prus przez elektora brandenburskiego nie spotkało się z poważniejszą reakcją Korony. Na niektórych sejmikach przypominano o prawach Polski do tej prowincji, ale na tym się skończyło.
Trudno to zrozumieć. Ostatni Piastowie walczyli z Brandenburczykami i Zakonem o dostęp do Bałtyku. Problem krzyżacki absorbował uwagę niemal wszystkich królów jagiellońskich. Udało się go rozwiązać, ale pozostawiliśmy nad Bałtykiem niemiecką państwowość w postaci Prus Książęcych. Zamiast zlikwidować je ostatecznie, oddaliśmy władzę w nich niemieckiej dynastii, lennikom cesarza. Przecież już Kazimierz Wielki rozerwał połączenie Brandenburgii i państwa zakonnego. I w czasie wojny trzynastoletniej, i podczas nieszczęsnej kampanii Zygmunta Starego odcięcie Krzyżaków od pomocy z Rzeszy było głównym zmartwieniem naszych dowódców. A w 1618 roku, jak gdyby nigdy nic, zgodziliśmy się, by resztkę spuścizny krzyżackiej przejęli Brandenburczycy, żywotnie zainteresowani poszerzaniem obecności nad Bałtykiem. Nikt nie wpadł na to, że państwo brandenbursko-pruskie, by się rozwijać, będzie chciało kiedyś sięgnąć po polskie Pomorze? Że stanie się ono „korytarzem” rozdzielającym terytoria Hohenzollernów?
Tę perspektywę dobrze dostrzegamy my, którzy wiemy, że król Prus Fryderyk II zalecał następcom „obieranie Polski jak karczocha, liść po liściu”, a Polnischer Korridor, czyli korytarz polski wszedł w latach dwudziestych XX wieku do żelaznego zestawu propagandy niemieckiej. Realia w pierwszej połowie XVII wieku były zupełnie inne. Dlaczego król i szlachecka opinia publiczna miałyby sobie zaprzątać głowę księstwem wciśniętym między Polskę i Litwę, podczas gdy podpisany z Moskwą w 1619 roku rozejm w Dywilinie przyznawał Rzeczpospolitej Smoleńszczyznę, Czernihowszczyznę i Siewierszczyznę, czyli terytoria większe od całych Prus Książęcych? Po co słać wojska do Królewca, skoro potrzebujemy ich pod Moskwą? Elektor jest naszym wasalem, jeżeli będzie sprawiał problemy, zawsze będzie można Prusy zająć zbrojnie. Owszem, można krytykować króla i posłów za krótkowzroczność i brak energii, ale nasza surowa ocena wynika z faktu, że wiemy, co wyrosło z państwa brandenbursko-pruskiego. Oni nie wiedzieli. Gdyby w 1618 roku ktoś zaczął zaklinać króla i posłów, opowiadając, że w przyszłym stuleciu Prusy staną się jednym z najsilniejszych państw w Europie, zostałby uznany za szaleńca. Równie dobrze można by ostrzegać przed nagłym wzrostem potęgi, dajmy na to, Mołdawii.
W Warszawie padły takie słowa: „Ja, Fryderyk Wilhelm, z Bożej łaski książę pruski, margrabia brandenburski, elektor Świętego Cesarstwa Rzymskiego, przysięgam i przyrzekam Najjaśniejszemu Panu Władysławowi IV, królowi Polski, wielkiemu księciu litewskiemu, i innym jego następcom, moim naturalnym panom, wierność, posłuszeństwo i pomoc przeciw każdemu człowiekowi jakiegokolwiek stanu dla zachowania i obrony tego księstwa pruskiego, tak jak przystoi wiernemu wasalowi względem swego naturalnego pana i króla”. Fryderyk Wilhelm złożył przysięgę po niemiecku, tłumacz królewski odczytał jej treść po polsku, po czym elektor klęknął przed królem i wypowiedział formułę końcową: So wahr mir Gott helfe, czyli „Tak mi dopomóż Bóg”. Po złożeniu przysięgi król wręczył elektorowi dokument inwestytury, wystawiony po łacinie i opieczętowany pieczęcią wielką koronną. To był ostatni hołd księcia pruskiego przed polskim królem. Dlaczego?
Nie bez powodu Fryderyk Wilhelm został nazwany Wielkim Elektorem. Awans Brandenburgii do grona jeszcze nie potęg, ale znaczących graczy na europejskiej scenie politycznej jest jego zasługą. Rządził przez 48 lat. Gdy w 1640 roku przejmował władzę, Brandenburgia, stanowiąca trzon jego państwa, była zrujnowana. Podczas wojny trzydziestoletniej przez 15 lat była pustoszona przez wojska szwedzkie i cesarskie, straciła około 50 procent ludności, a elektorzy musieli lawirować między wrogimi obozami. Z sukcesami, gdyż dzięki wsparciu Francji i Niderlandów, na mocy pokoju westfalskiego przyznano Brandenburgii wschodnią część Pomorza Zachodniego, czyli tak zwane Pomorze Tylne. Fryderyk Wilhelm był gruntownie wykształcony pod okiem holenderskich profesorów Uniwersytetu w Lejdzie. Wprowadzał w kraju niderlandzkie wzorce w dziedzinie administracji, gospodarki, handlu i wojskowości. Wystawił pierwszą stałą armię w dziejach państwa, budował sprawną, scentralizowaną biurokrację i system podatkowy. Bardzo dobrze orientował się też w polskiej polityce, gruntownie znał ustrój Rzeczpospolitej i kulturę szlachecką. Utrzymywał zażyłe relacje z litewskimi i polskimi rodzinami kalwińskimi: birżańskimi Radziwiłłami oraz Leszczyńskimi.
To prawda, że jako dziecko uczył się języka polskiego?
Istnieją relacje, że w Kostrzynie nad Odrą, gdzie wysłano go jako siedmiolatka, by przeczekał zawieruchę wojny trzydziestoletniej, brał lekcje polskiego. Nawet jeśli tak było, to na pewno nie mówił w języku polskim. W kontaktach z Rzeczpospolitą posługiwał się łaciną i niemieckim, z królem i senatorami rozmawiał przez tłumaczy. A dlaczego był ostatnim elektorem, który złożył hołd polskiemu władcy? Bo potrafił doprowadzić do tego, że Polska zrzekła się suwerenności nad Prusami na rzecz Hohenzollernów. Był świetnym dyplomatą, sojuszników zmieniał jak rękawiczki. Wykorzystał bardzo trudne położenie Rzeczpospolitej podczas potopu szwedzkiego. Za cenę porzucenia sojuszu ze Szwecją i wysłania Janowi Kazimierzowi posiłków w 1657 roku zawarł z Rzeczpospolitą traktat, nazywany welawsko-bydgoskim, bo uzgodniono go w Welawie, a został podpisany i zaprzysiężony przed kościołem jezuickim w Bydgoszczy. Na jego mocy Fryderyk Wilhelm i jego potomkowie w linii męskiej uzyskali suwerenność w Prusach Książęcych, zrywając tym samym zależność lenną od Królestwa Polskiego. Jej jedynym śladem miało być odtąd homagium eventuale, czyli złożenie przez stany pruskie hołdu królowi polskiemu i Rzeczpospolitej w wypadku wymarcia męskiej linii Hohenzollernów. Wówczas Prusy Książęce miały wrócić do Korony. Elektor zawierał z Polską wieczyste przymierze oraz sojusz wojskowy przeciwko Szwecji. Miał wystawić na własny koszt sześć tysięcy żołnierzy i oddać ich pod polską komendę.
Wystawił?
Tak, choć nie w pełnym, deklarowanym składzie. Już jesienią 1657 roku elektor wysłał kilka tysięcy żołnierzy na Pomorze i do Prus Królewskich. Brandenburczycy walczyli między innymi w rejonie Torunia i Malborka, wspierając polskie siły Stefana Czarnieckiego. Jednak ich zaangażowanie było ograniczone i krótkotrwałe – po kampanii 1658 roku stopniowo wycofywali się z walk. Elektor nie zamierzał ryzykować większych strat, jego kontyngent był raczej gestem wobec Polski.
Podczas potopu szwedzkiego władza, nawet symboliczna, nad Prusami Książęcymi ostatecznie wymknęła nam się z rąk. Polska historiografia surowo ocenia traktaty welawsko -bydgoskie. Wielu historyków twierdzi, że król pospieszył się z decyzją o rezygnacji z lenna pruskiego. Pan też tak uważa?
Można, a nawet trzeba, mieć pretensje do Jana Kazimierza, że tak szybko zrezygnował z istotnego atutu. Tym bardziej że w 1657 roku koniunktura zmieniała się stopniowo na naszą korzyść. Mieliśmy podpisany rozejm z Moskwą, odparliśmy najazd księcia Siedmiogrodu Jerzego Rakoczego, udało się wyzwolić Kraków, nadeszły posiłki od cesarza. Szwedzi trzymali się w miastach i zamkach Prus Królewskich.
fot.Tournasol7 – Praca własna / domena publicznaRozwój terytorialny Prus w latach 1600–1795
Fryderyk Wilhelm też to widział i dlatego bez oporów porzucił Karola Gustawa. Zadbał jednak, by skorzystać na zmianie sojuszy, a w polskim kierownictwie państwa nie było nikogo, kto zdecydowałby się na twarde negocjacje z elektorem i non possumus w sprawie jego suwerenności w Prusach. Na króla naciskał też Franz Paul von Lisola, cesarski dyplomata i mediator. Habsburgom bardzo zależało, by elektor przestał wspierać Szwecję i stanął po ich stronie w sporach w Rzeszy. Oczywiście, można było też nie podejmować żadnych traktatowych zobowiązań wobec elektora. Działać przeciwko Szwedom własnymi siłami i liczyć, że Brandenburczycy nie będą bić się za przegraną sprawę i nie przyjdą im z pomocą. Nie da się jednak ukryć, że przenosząc teatr działań wojennych do Prus Królewskich, lepiej było zapewnić sobie jeśli nie wsparcie, to chociaż neutralność elektora. Żeby to uzyskać, trzeba było mu coś zaoferować. Fryderyk Wilhelm naprawdę bardzo mądrze rozegrał starcie między Szwecją a Rzeczpospolitą.
KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.