Wrzesień 1941 roku. Leningrad jeszcze żyje rytmem wielkiego miasta, ale wokół niego zamyka się niemiecki pierścień. W piwnicach płaczą dzieci, nad dachami wyją syreny, a mieszkańcy po raz pierwszy słyszą, że „wróg stoi u bram”. W tym samym czasie pracownicy słynnego banku nasion próbują ocalić bezcenną kolekcję roślin, nie wiedząc jeszcze, że właśnie zaczyna się jedno z najstraszniejszych oblężeń w historii świata.
Tekst stanowi fragment książki Simona Parkina pt. Zakazany ogród Stalina. Jak naukowcy (nie) uratowali mieszkańców Leningradu (Znak Literanova 2026).
Pracownicy instytutu, których ewakuacja się nie powiodła, wrócili do Leningradu 8 września, kilka godzin przed rozpoczęciem nalotu na centrum miasta. W ich bagażach wciąż znajdowały się starannie owinięte paczki z nasionami. Gdy wysiedli z pociągu, otwarty wagon towarowy wyładowany skrzyniami z próbkami nasion został odholowany ze stacji Moskowskaja-Sortirowocznaja na południu do Toksowa na północy i odstawiony na bocznicę, poza obszar, który był potem celem bombowców Luftwaffe.
Plan był prosty: gdy tylko droga kolejowa z miasta zostanie ponownie otwarta, kolekcja znów będzie mogła zostać ewakuowana.
Po smutnym przywitaniu z kolegami, około trzydziestu pracowników wprowadziło się do zabezpieczonego już przed atakiem z powietrza budynku banku nasion. Miejscowa milicja wystawiła dla instytutu pojedynczą nocną przepustkę, którą odebrała menadżerka gmachu Maria Bielajewa. Jej koledzy mieli nie wychodzić na zewnątrz w czasie godziny policyjnej.
Przygotowania do oblężenia
Zarówno władze, jak i mieszkańcy Leningradu wiedzieli o nazistowskich nalotach na Londyn, niszczących miasto i co noc straszących jego mieszkańców zrzucanymi z samolotów bombami olejowymi, które oblewały ulice płonącą cieczą. Mieszkańcom Leningradu nakazano, by ze strychów i pokojów na poddaszu usunęli papiery, stare gazety, pudła i inne łatwopalne materiały. Iwanow z kolegami zaczęli przenosić archiwalne rękopisy i chemikalia do piwnicy.
Rada miejska Leningradu zarządziła utworzenie dziesięciu tysięcy zespołów przeciwpożarowych. Wiele z nich składało się z cywilnych ochotników. Każdy taki oddział przydzielono do ochrony jakiejś fabryki, biurowca, domu towarowego lub kilku mieszkań. Kompozytor Dymitr Szostakowicz pracował nad nową symfonią na stanowisku obserwacyjnym na dachu konserwatorium, w którym niegdyś studiował.
fot.Boris Kudoyarov – „The Eastern Front in Photographs”, / domena publicznaRadziecka artyleria przeciwlotnicza w Leningradzie w 1941 roku
Miał nadzieję, że kiedyś jego dzieło poruszy serca mieszkańców miasta. Pół kilometra dalej, w głównym budynku banku nasion przy ulicy Hercena ulokowano grupę przeciwpożarową pod dowództwem I.J. Jurcewa. Jedno z pomieszczeń zajęła Fundacja Lotnictwa Leśnego, a strażacy zaciemnili okna.
W całym Leningradzie straż pożarna budowała betonowe zbiorniki na wodę i instalowała pięćset nowych hydrantów. Szkolenie dla strażaków ochotników było pobieżne, a wyposażenie – podstawowe: hełmy, topory, łomy i wiadra. Jak często bywa z obroną cywilną, odpowiedzialność za ochronę przeciwogniową spadła głównie na kobiety, którym pokazano, jak używać piasku do unieszkodliwiania bomb zapalających: wąskich cylindrów z kołnierzem, które od uderzenia zaczynają się tlić jak potarta zapałka. Jedna z wolontariuszek podczas takiego szkolenia zapytała ironicznie: „A jeśli się okaże, że to bomba wybuchająca, to co?”.
Pierwsze naloty
Tej nocy, gdy zaatakowano Składy Badajewa, do walki z ogniem wezwano prawie wszystkie oddziały strażackie. Trzy i pół godziny po pierwszym nalocie niemieckie samoloty ruszyły ponownie i zrzuciły czterdzieści osiem bomb burzących. Jedna wybuchła niedaleko banku nasion, w pobliżu mostu nad Kanałem Zimowym i wybiła szyby w całym Ermitażu. Były to pierwsze szkody, jakie w niemieckim ataku poniósł budynek muzeum. Chociaż trudno go było zaliczyć do uprawnionych celów wojskowych, naziści na swoich mapach Leningradu oznaczyli Ermitaż jako „cel numer dziewięć”. Na bramie muzeum powieszono znak z dużą strzałką i napisem „schron dla przechodniów”. Każdy, kogo nalot złapał na placu, mógł się schronić w piwnicach muzeum.
fot.RIA Novosti archive, image #888 / Vsevolod Tarasevich / CC-BY-SA 3.0 Pielęgniarki pomagają rannym ludziom podczas niemieckiego bombardowania Leningradu, 10 września 1941 roku
Podczas drugiego ataku w przepompowni wodociągów miejskich zginęły dwadzieścia cztery osoby. Życie straciło siedemdziesiąt zwierząt w zoo, łącznie z jego najsłynniejszą mieszkanką, pięćdziesięcioletnią słonicą azjatycką o imieniu Betty, która zginęła w swojej zagrodzie, przywalona spadającym gruzem. Pożar w Składach Badajewa trwał przez całą noc, a wielu mieszkańców wkrótce uznało, że to ten nalot stanowił przyczynę braku żywności w mieście.
Głównym celem ataków z powietrza były statki i zabudowania portowe, a także Zakłady Kirowa czy Fabryka numer 100, założona sto czterdzieści lat wcześniej jako manufaktura kul armatnich, a obecnie produkująca czołgi T-34. W piwnicach dzieci płakały, wciskając głowy w płaszcze matek. Po każdej kolejnej fali samolotów ciągnących za sobą ogon wybuchów kobiety żegnały się i szeptały modlitwy. „Huk coraz głośniejszy, istne piekło”, zapisała tej nocy w dzienniku jedna z mieszkanek.
Przez okna instytutu roślin Iwanow i jego koledzy patrzyli na buchające z fabryki płomienie, a po ulicach rozchodził się cierpki dym, który szczypał w oczy i zatykał gardła. Na wschodzie padł Szlisselburg i wraz z nim zamknęła się ostatnia droga prowadząca do i z miasta. Leningrad został oddzielony od bolszoj ziemli, od matki Rosji. Odtąd zaopatrzenie mogło się odbywać jedynie drogą powietrzną lub wodną – przez gigantyczne Jezioro Ładoga na północnym wschodzie, zbiornik wodny wystarczająco duży, by pomieścić piętnaście miast wielkości Los Angeles.
Na razie załoga banku nasion oraz większość z pozostałych dwóch i pół miliona uwięzionych w pułapce ludzi musiała przeżyć na tym jedzeniu, które pozostało wewnątrz pierścienia zamykającego Leningrad. Przed inwazją, zgodnie z zapisami paktu o nieagresji, Rosja z zapałem eksportowała żywność do Niemiec; zapasy magazynowe były teraz tak małe, że według niektórych szacunków wielu produktów miało nie wystarczyć nawet na miesiąc.
W dziennikach spisywanych przez zwykłych Leningradczyków dominowały dwie metafory: miasto jako „wyspa” i napastnicy jako „pierścień”. Leningrad był odizolowany i otoczony. Poetka Olga Bergholc wybrała inny obraz dla opisu sytuacji: „Blokada – pisała – zaciskała się jak pętla wokół gardła miasta”.
fot.RIA Novosti archive, image #5634 / David Trahtenberg / CC-BY-SA 3.0Radzieckie działa przeciwlotnicze w Leningradzie, w tle widoczny jest Sobór św. Izaaka. Zdjęcie wykonano 1 października 1941 roku
O poranku po pierwszej nocy nalotów ratownicy przekopywali hałdy gruzów. Ulice, którymi przechodzili botanicy, błyszczały od potłuczonego szkła. Nagłówek w leningradzkiej „Prawdzie” wyjaśnił wszystkim czytelnikom, jak dramatyczne jest położenie: „Wróg stoi u bram”.
Mężczyźni i kobiety w Leningradzie nie byli już zwykłymi obywatelami. Stali się „blokadnikami” i „blokadnicami” – mieszkańcami i mieszkankami oblężonego miasta, miasta w blokadzie. Bergholc uchwyciła tę zmianę w kilku melancholijnych, złowieszczych wersach:
Leningradzki wrzesień, wrzesień leningradzki,
złoto zmierzchu i liści cesarska purpura,
zgrzyt pierwszych bomb i syren lament desperacki,
horyzont w ciemnordzawych barykad konturach.
Zaczęło się oblężenie.
Tekst stanowi fragment książki Simona Parkina pt. Zakazany ogród Stalina. Jak naukowcy (nie) uratowali mieszkańców Leningradu (Znak Literanova 2026).
KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.