Czterech na dziesięciu poległych amerykańskich żołnierzy we Włoszech zginęło od min. Ci, którzy przeżyli, dzień po dniu wspinali się na kolejne wzgórza pod ogniem niemieckiej artylerii. Historia kapitana Maurice’a Britta pokazuje, jak wyglądała wojna, w której każdy zdobyty kilometr okupowano ogromnymi stratami.
Czterech na dziesięciu Amerykanów, którzy stracili życie we Włoszech, było ofiarami min: tych wielkich, które były w stanie wysadzić w powietrze ciężarówkę; drewnianych, trudnych do wykrycia; lub też „kastratorów”, które działały tak, jak wskazuje nazwa. Szlak alianckiego pochodu można było prze- śledzić, podążając krwawym tropem urwanych kończyn, zakrwawionych strzępów mundurów i poskręcanego sprzętu.
Dlaczego żołnierzom Britta miało zależeć na Włoszech? Chwilami wszystko wydawało się tak straszliwie daremne. Britt niemal codziennie musiał powtarzać swoim dowódcom plutonów, że ich następnym celem będzie jeszcze jedno przeklęte wzgórze w tym, co na ich mapach oznaczono jako „górzyste tereny w głębi lądu”.
– Jeszcze jedno wzgórze – mówił Britt.
– Tak jest, panie kapitanie, jeszcze jedno…
Plutonowi odpowiadali bez gniewu czy rozgoryczenia. Żołnierze byli przemarznięci i wycieńczeni, często przemoczeni do ostatniej nitki przez nieustanny deszcz, więc po prostu mamrotali żałośnie, aż wreszcie „jeszcze jedno wzgórze” stało się ponurym żartem, mottem kompanii L.
Britt wysyłał najpierw dziesięcioosobowy patrol – zwiady kompanii – który prowadził rozpoznanie na kolejnych wzgórzach. Patrol szedł jakieś 350 metrów przed czołowym plutonem kompanii L, a prowadził go sierżant, co do którego można było mieć pewność, że nie spanikuje. Ta robota wiązała się ze śmiertelnym ryzykiem i Britt jak najczęściej zmieniał skład patrolu, żeby dać swoim ludziom szansę przetrwania chociaż tygodnia w tej roli. Wydawało się okropną niesprawiedliwością, że kompanię L najczęściej wystawiano na czoło batalionu, bo zwiadowcy Britta byli tacy świetni.
fot.Department of Defense. Department of the Army. Office of the Chief Signal Officer./ domena publicznaAmerykańscy żołnierze z 92 Dywizji Piechoty nacierają na niemieckie pozycje obronne w pobliżu Lukki. Widoczny w środku żołnierz otwiera ogień z Bazooki w kierunku niemieckiego stanowiska karabinu maszynowego, 1944 r.
Śmierć każdego żołnierza poruszała Britta do głębi. Szczególnie trudno było patrzeć na żal i rozpacz tych, którzy stracili kolegę z okopu. „Utrata kumpla to najgorsze, co się mogło zdarzyć” – wspominał. – „Mieliśmy bliźniaków, którzy rzecz jasna byli więcej niż kumplami. Jeden zginął. Kiedy zobaczyłem zgrozę w oczach jego brata, natychmiast odesłałem go na odpoczynek”.
Któregoś październikowego dnia tamtego roku Britt i jego ludzie zdobyli wzniesienie nad wsią, a Britt otrzymał rozkaz kontynuowania marszu do następnej miejscowości, położonej półtora kilometra dalej. Domyślano się, że droga łącząca wieś z najbliższym miasteczkiem jest zaminowana, dlatego Britt wyruszył na przełaj przez tarasowo ukształtowaną winnicę. Znów zaczęło padać; „mżawka” przejmowała chłodem do szpiku kości. Błoto głębokie po kostki chlupotało pod butami. Co parę minut ktoś potykał się o druty podtrzymujące winne pnącza i padał na twarz.
Po kilku godzinach Britt zdał sobie sprawę, że zabłądził. Zaczęła go ogarniać panika. Wyjął mapę i rozłożył ją pod kocem, żeby nie zamokła i by osłonić błyski latarki. Połączył się z kwaterą batalionu i zameldował o swojej pozycji zgodnie z tym, co pokazywała wyjęta mapa. Pułkownik wezwany do radionadajnika krzyknął: „Britt! Czy wy wiecie, coście zrobili? Przeszliście cel batalionu. Minęliście cel pułku i realizujecie cel dywizji. Trzymajcie się tam, póki możecie, spróbujemy was zluzować”.
fot.Stephen Kirrage – Praca własna using as sources Butler, Sir James, ed. (2004) / CC BY-SA 3.0Niemieckie linie obronne na południe od Rzymu
Czas dzielący ich od świtu dłużył się niemiłosiernie. Wreszcie reszta batalionu Britta dotarła na jego stanowisko, a Niemcy odstąpili, nawet nie zabierając ze sobą moździerzy i karabinów maszynowych, zaszokowani tym, że Amerykanie tak szybko przedostali się tak daleko.
Według Britta generał Truscott przyjął wieść o ich postępach z wielką radością. Przesłał z kwatery dywizji depeszę gratulacyjną: „Britt, Wasza kompania spisała się wyśmienicie. Przekażcie swoim żołnierzom, że przyspieszyli nasz plan działań o dwa dni”.
Britt roztropnie pozostawił to bez odpowiedzi. „Gdybym wyznał generałowi, że się zgubiłem, mogliby mnie oddać pod sąd wojenny. Moje dokonanie było czysto przypadkowe. Równie dobrze mogło zakończyć się katastrofą dla wszystkich moich podkomendnych”.
Niezamierzony postęp Britta był zaskakujący. U schyłku jesieni alianci posuwali się naprzód w iście lodowcowym tempie średnio trzech kilometrów na tydzień. Zabicie jednego żołnierza Kesselringa kosztowało, wedle szacunków, 25 tysięcy dolarów w pociskach. Czyż Napoleon nie ostrzegał, że ofensywę w tym kraju można prowadzić tylko od północy? Hannibal wolał przekroczyć Alpy w zimie na słoniach niż podejść pod Rzym drogą wzdłuż Apeninów. „Deszcz, deszcz i jeszcze raz deszcz” – notował w swoim dzienniku z przygnębieniem jeden z alianckich dowódców. – „Błoto na drogach jest takie głębokie, że przerzucanie żołnierzy i zaopatrzenia to koszmarna robota. Nieprzyjacielski opór nie może się równać z oporem Matki Natury, która najwyraźniej walczy po stronie Niemców”.
fot.Alexander M. Stirton – Library and Archives Canada does not allow free use of its copyrighted works / domena publicznaKanadyjski strzelec wyborowy w czasie bitwy o Ortonę
Biedna, poczciwa piechota maszerowała dalej mimo pogarszających się warunków. Kapitan Arlo Olson z 15. Pułku Piechoty, który zasłużył się nad Volturno, jeszcze raz wzmógł wysiłki i przecierał szlak na północny zachód, w kierunku masywu górskiego, którego najbardziej złowieszczy szczyt nazywał się Monte San Nicola. Przez dwa tygodnie Olson skradał się przez gęste chaszcze, omijając miny typu S i bomby-pułapki. W zimnych ciemnościach poruszał się przed swoimi żołnierzami bezgłośnie niczym duch, sondując teren i nękając niemieckie patrole.
W wyższych partiach gór liście opadały z drzew, co oznaczało, że Olson powinien zdwoić czujność i uważać, żeby jego ludzie nie wystawiali się niepotrzebnie na niebezpieczeństwo. Musieli unikać pojawiania się na linii horyzontu i smarować błotem swoje hełmy, żeby nie błyszczały, kiedy słońce odważało się wyjrzeć zza chmur. 27 października Olson znalazł się pod ostrzałem i poczołgał się na odległość niecałych 20 metrów od nieprzyjaciela. Wtedy podniósł się i ruszył do natarcia. Zaterkotał karabin maszynowy i poleciały kule, ale Olsonowi udało się dobiec do gniazda i zastrzelić jego załogę.
Jego żołnierze zrównali się z nim. Olson parł naprzód, lecz Dywizja „Hermann Göring” broniła się zaciekle, stawiając zaporę ogniową. W pewnym momencie szczęście opuściło Olsona i został ciężko ranny. Czuł rozdzierający ból, ale odmówił pomocy medycznej i upewnił się, że jego ludzie będą się w stanie bronić przed kolejnymi kontratakami. Dopiero wtedy dał się położyć na noszach i znieść ze stoku. Umarł, zanim zdążył zobaczyć podnóże góry.
fot.Loughlin (Sgt), No 2 Army Film & Photographic Unit – https://media.iwm.org.uk/iwm/mediaLib//47/media-47613/large.jpg This photograph NA 15496 comes from the collections of the Imperial War Museums.Zrujnowane miasto Pontecorvo, 26 maja 1944
We wczesnych godzinach rannych 28 października, dzień po śmierci Olsona, porucznik Maurice Britt dotarł do podnóża Monte San Nicola. Nastał świt, przynosząc ze sobą potężne, półgodzinne bombardowanie z niemieckich ziemianek rozlokowanych wyżej na górskim grzbiecie. Gdy dobiegło końca, Britt skorzystał z okazji i poprowadził swoich podkomendnych w górę. Ciągle w letnich mundurach polowych – zimowe ciuchy jeszcze nie przyjechały – sformowali tyralierę, jak wspominał, „całkiem jak na wojnie secesyjnej”. Jego kompania zdobyła grań, tracąc kilku ludzi. Potem Britt kazał żołnierzom wykopać wąskie, płytkie rowy, na tyle długie, aby mogli się w nich położyć, i głębokie tylko na tyle, żeby nie zostali poszatkowani przez latające, rozgrzane do białości szrapnele.
Te wąskie okopy rozmieszczono w taki sposób, aby każdy żołnierz miał własne pole ostrzału. Britt doskonale wiedział, co się kroi. Niemcy uderzą, gdy zrobi się najciemniej, a jego ludzie będą najbardziej zmęczeni. Taki był śmiertelny schemat na wojnie w tych piekielnych górach. „Czuwaliśmy całą noc, nikomu nie pozwalając zasnąć, ale Niemcy się nie pokazali. Zaczęło siąpić. Ta wilgotna włoska mżawka zawsze powoduje, że zadajemy sobie pytanie, kto wymyślił określenie «słoneczna Italia»”.
O świcie Britt i jego towarzysze, wyczerpani do cna, wyczołgali się z okopów. Poniżej rozciągała się szeroka dolina, a za nią widniał kolejny górski grzbiet. Cały teren spowijała gęsta mgła. Podmuch wiatru rozwiał ją na kilka sekund. Britt dostrzegł kilkudziesięciu Niemców, pracowicie stawiających miny i rozwijających drut kolczasty. Kiedy mgła zagęściła się ponownie, Britt ruszył w dół, ale Niemcy się ulotnili. Nie zdążyli zakopać kilku min i żołnierze Britta wyjęli z nich detonatory, przekroczyli dolinę i zgarbieni po raz kolejny zaczęli wspinać się po zboczu, brnąc przez paprocie, karłowate drzewka oraz cierniste zarośla.

KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.