Marzec 1945 roku. Przed żołnierzami 3. Dywizji Piechoty stoi ostatnia wielka przeszkoda na drodze do serca III Rzeszy – linia Zygfryda. Betonowe bunkry, „zęby smoka” i elitarni grenadierzy Waffen-SS mają zatrzymać alianckie natarcie. Publikujemy fragment książki Alexa Kershawa Czterech zuchwałych, opisujący walkę Audiego Murphy'ego i jego towarzyszy o przełamanie niemieckich umocnień.
Żeby wedrzeć się na teren Rzeszy, 15. Pułk Piechoty musiał przekroczyć, według nomenklatury niemieckiej, „wał zachodni”, znany żołnierzom USA jako linia Zygfryda. „Atak ma być prowadzony bezwzględnie i z werwą” – brzmiał rozkaz O’Daniela, dowódcy 3. Dywizji. – „Przed wejściem do akcji wszyscy mają być w najwyższej gotowości bojowej. Bagnety mają być naostrzone”. Po naostrzeniu swojego bagnetu Audie Murphy miał poprowadzić kompanię B z pozycji wyjściowych w małym francuskim miasteczku o nazwie Bining na południe od niemieckiego miasta Saarbrücken. Kompania A Michaela Daly’ego miała stanowić czołówkę natarcia 1. batalionu.
Snopy światła niezliczonych baterii amerykańskich reflektorów przeciwlotniczych odbijały się od pokrywy chmur, zmieniając noc w dzień i rzucając upiorną poświatę na Daly’ego i jego ludzi zajętych przeglądem broni, zaopatrywaniem się w fosforowe granaty dymne i testowaniem radiostacji. Daly z kompanią A wyruszyli 15 marca o godzinie 1.00 w nocy. Pluton zwiadowczy kompanii wszedł do Hornbach, pierwszej wsi w Niemczech, która miała zostać zdobyta przez 15. Pułk Piechoty. W następnej fazie Daly i jego towarzysze podeszli pod osławioną linię Zygfryda, odznaczającą się na tle nieba w blasku reflektorów przeciwlotniczych – „najstaranniej rozplanowany i wycelowany system umocnień”.
Mieli do pokonania pięć rzędów zapór przeciwczołgowych. Za nimi pofałdowane, niczym nieosłonięte wzgórza – Niemcy ogołocili teren z drzew – ciągnęły się aż po kolejną linię obronną złożoną z dziesiątek schronów bojowych. Linia Zygfryda istotnie budziła respekt: długa na 600 kilometrów, w niektórych miejscach szeroka na ponad 16, była naszpikowana tysiącami stanowisk obronnych i kilometrami betonowych przeszkód, sławetnych „zębów smoka”.
fot.Sansculotte – Praca własna / CC BY-SA 3.0Schemat linii Zygfryda
Naprzeciwko Daly’ego i jego batalionu stały doborowe niemieckie oddziały z 17. Dywizji Grenadierów Pancernych SS, około 500 wysoko zmotywowanych żołnierzy. Było to podwójnie kłopotliwe, biorąc pod uwagę, że nawet najmniej sprawny żołnierz, strzelając z bunkra o grubych murach, mógł w parę sekund położyć cały pluton.
Kompania Daly’ego wyruszyła w kierunku pierwszych umocnień linii Zygfryda 18 marca o godzinie 5.45 rano pod osłoną ciemności. Miała spore wsparcie – dziewięć batalionów artylerii, liczbę, która przy odrobinie szczęścia powinna oszołomić niemieckich obrońców i zniszczyć silnie bronione punkty. Niedaleko wioski Heidelbingerhof zginął darzony wielkim szacunkiem sierżant, który walczył z kompanią A od lipca 1943 roku. Miał wrócić do Stanów następnego dnia. Niektórzy żołnierze zwrócili się przedtem do dowódcy kompanii o zgodę na przedłużenie jego służby w ich formacji. Teraz sierżant leżał martwy, a oni czuli złość.
Szybko o nim zapomnieli, gdy kompanię A przygwoździł ogień z karabinów maszynowych w strefie „zębów smoka”. Wcześniej dowódcy kompanii Daly’ego i jeszcze jednemu oficerowi puściły nerwy i zawrócili biegiem na pozycje wyjściowe. Daly przejął dowodzenie i poprowadził natarcie na bunkier. Niemcy jednak walczyli zażarcie i po południu Daly musiał dać rozkaz do odwrotu.
Pociski artyleryjskie lądowały wszędzie z coraz większą furią i precyzją. Niemiecki obserwator ewidentnie naprowadzał ogień na kompanię A. Jeden z jej najlepszych żołnierzy, starszy szeregowy Gordon D. Olson, zdał sobie sprawę, że grozi im rzeź, i otworzył ogień osłonowy ze swojego Browninga, czym ściągnął na siebie uwagę wroga i dał innym cenny czas.
Pocisk z moździerza wybuchł niecałe 10 metrów dalej, powalając go na ziemię.
Olson podniósł się i celując w otwory strzelnicze najbliższych schronów, opróżnił kilka magazynków. Kula urwała mu ucho. Krew pociekła po szyi. Rozwścieczeni butą Olsona, trzej niemieccy strzelcy wybiegli z okopu, rozstawili karabin maszynowy i skierowali na niego ostrzał. Kula utkwiła mu w nodze, ale Olson utrzymał równowagę i zastrzelił całą trójkę z Browninga. Wiedział, że zaraz zabraknie mu amunicji, więc oddawał strzały z większym rozmysłem. Na koniec osunął się na ziemię i umarł z upływu krwi. Pozostałym udało się w tym czasie znaleźć bezpieczne schronienie. Olson poświęcił życie, żeby ich uratować. Jako ostatni oddalił się i dołączył do nich podpułkownik Michael Daly.
Audie Murphy wraca na pierwszą linię
Tego samego ranka kompania B Audie Murphy’ego też napotkała poważne trudności i została przyszpilona podobnie jak kompania A. Murphy’ego nie było jednak z nią na linii frontu. 10 marca powiadomiono go, iż rozpatrywana jest jego kandydatura do Medalu Honoru. W doniesieniu prasowym ogłoszono już tego samego dnia, że Audie Murphy, niekwestionowana gwiazda 3. Dywizji, to „MUROWANY KANDYDAT DO MEDALU HONORU” – i że został zwolniony z funkcji dowódcy kompanii B.
fot.U.S. Army (https://www.detrick.army.mil/samc/index.cfm) / domena publicznaAudie Murphy z odznaczeniami, 1948
11 marca, tydzień wcześniej, przydzielono go do kwatery batalionowej podpułkownika Ware’a jako oficera łącznikowego. Tam właśnie dowiedział się, że obecnie, ze zdaniem na własne siły kompanii B grozi zniszczenie. Rzucił to, co robił, wskoczył do jeepa i popędził na front, gdzie w końcu natrafił na pluton kompanii B w okopie prowadzącym w stronę schronu bojowego – otumaniały, skamieniały z przerażenia.
Murphy szybko postawił tych żołnierzy na nogi, by byli gotowi do wyjścia. Następnie dał szeregowemu rozkaz, żeby przyniósł bazookę, i zbliżyli się na taką odległość, aby mógł wysadzić wejście do schronu.
– Chodźmy, grzmotniemy w tę linię Zygfryda – zadecydował Murphy. Otaczały ich „smocze zęby”. Wśród tych betonowych przeszkód nie mogły działać we współpracy z czołgami. To była robota dla piechoty.
– Strzel w drzwi z bazooki – rozkazał szeregowemu.
Nastąpiła głośna eksplozja. Przed wejściem pojawił się kłąb dymu. Siła wybuchu odrzuciła szeregowca do tyłu. Murphy pomógł mu się dźwignąć.
– Jeszcze raz – zakomenderował. – Ciągle są w środku. Szeregowy wystrzelił ponownie i tym razem dostrzegł na grubych metalowych drzwiach „jasny punkcik”. Rozległ się łomot.
Drzwi zaczęły się otwierać.
– Kamerad! – krzyknął Niemiec. – Kamerad!
Niemcy chcieli się poddać. Jak się okazało, bazooka wytworzyła taki dym, że Niemcy pomyśleli, iż Amerykanie używają trującego gazu. Grupa przerażonych Niemców zebrała się przed bunkrem.
– Co chcesz z nimi zrobić, Murphy?
– Posłać ich do diabła. Przepędzić na cztery wiatry. Poza zasięgiem wzroku Murphy’ego jeden z Niemców podniósł leżący w pobliżu karabin i strzelił sobie w głowę, woląc odebrać sobie życie samemu niż zostać zabitym przez Amerykanina.
Murphy i jego ludzie przenieśli się do schronu. Zostali zauważeni i już niebawem pociski lądowały niebezpiecznie blisko z nieubłaganą furią, powodując wstrząsy. Ktoś zamknął drzwi do bunkra i wszyscy zbiegli po schodach, żeby przeczekać ostrzał. Jakiś żołnierz wyciągnął świece. Czekali. Elektryczny wyciąg uległ awarii, a znajdowali się cztery kondygnacje pod ziemią. Powietrze było rozrzedzone i cuchnęło. W rogu pomieszczenia stał „stary miech kowalski” i teraz ręcznie, na przemian pompowali powietrze – świeże wchodziło, a zatęchłe wychodziło przez kanał wentylacyjny.
Jeden z żołnierzy popatrzył w dół i zauważył, że stoi w wodzie. Czyżby Niemcy próbowali zalać schron? Murphy i jego ludzie wyszli na wyższe piętro, dalej od wody, ale już niedługo srebrząca się breja wypełniła najniższe pomieszczenie, a jej poziom wciąż się podnosił.
Nikt nie chciał utonąć w podziemnym grobowcu.
Wbiegli jeszcze wyżej.
– Gaz! Gaz! Gaz! – wołał żołnierz.
Szeregowy powąchał powietrze.
– Na górze musi być worek z karbidem – stwierdził.
Woda przesączała się do pomieszczenia magazynowego i zamoczyła zapas karbidu używanego w przenośnych lampkach. To dlatego powietrzu pachniało gazem. Żołnierze odszukali karbid, zanieśli go do wejścia do schronu i wyrzucili na zewnątrz. Potem ostrzał ucichł. Zapadła osobliwa cisza. Szeregowy wraz z Murphym wyszli ze schronu i rozejrzeli się dookoła. Szeregowy zobaczył „opustoszałe pole bitwy. Nic. Zupełnie nikogo”.
fot.photographe inconnu / domena publicznaAtakująca amerykańska piechota w Ostheim
Następnego dnia Michael Daly pchnął swoich żołnierzy naprzód. Czołgi wspierały kompanię A i rozmiękczały niemiecką obronę, zmuszając do odwrotu wielu, ale nie wszystkich – w niektórych potężnych żelbetonowych schronach ciągle były załogi. Trzeba było zdobywać je jeden po drugim. Podchodząc do nich, za każdym razem krzyczeli, ile sił w płucach, wzywając do kapitulacji. Gdy nikt nie odpowiadał, rozbijali drzwi strzałami z bazooki, a potem ciskali w dół po schodach granaty dymne, wykurzając ostatnich obrońców. Cząsteczki fosforu przepalały kończyny w kilka sekund.
Była to harówka, ale też dzięki nalotom i zmasowanemu ostrzałowi artylerii 3. Dywizja robiła systematyczne postępy i do 20 marca przebiła się przez legendarną linię Zygfryda, ostatni bastion obronny nazistowskich Niemiec. 15. Pułk Piechoty stracił 45 zabitych żołnierzy i prawie 200 rannych.
Michael Daly z kompanii A zarobił kolejną Brązową Gwiazdę. „Zyskaliśmy w osobie podpułkownika Daly’ego naprawdę dobrego lidera” – wspominał jeden sierżant. – „Jestem przekonany, że jego przywództwo uratowało życie wielu z nas. Przypuszczalnie mnie także”.
Fragment tekstu pochodzi z książki Alexa Kershawa Czterech zuchwałych. Od piasków Afryki do serca III Rzeszy, w przekładzie Anny Sak, wydanej przez Znak Horyzont, 2026

KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.