Ten zbrodniarz umknął sprawiedliwości. Trzeba przyznać, że szczęścia mu przy tym nie brakowało. Jak to się jednak stało, że w najbardziej newralgicznym momencie, tuż po zakończeniu wojny nikomu nie udało się trafić na trop Josefa Mengele? Przekonajmy się.
„Depresja” zbrodniarza
Niewiele brakowało, by Anioł Śmierci z Auschwitz, tuż po wojnie trafił przed oblicze wymiaru sprawiedliwości. Gdyby tylko Amerykanie w porę się zorientowali z kim mają do czynienia… Dlaczego im się nie udało i dlaczego wypuścili go na wolność – wyjaśniamy dokładniej w innym artykule. W każdym razie jeszcze w amerykańskim obozie jego depresją, a raczej strachem przed postawieniem przed sądem „zajął się” inny lekarz, neurolog Fritz Ulmann. I ten nie tylko nie wydał zbrodniarza, ale nawet wyrobił mu fałszywe dokumenty na własne nazwisko. Tak tylko na wypadek, gdyby ktoś chciał go dokładniej przesłuchać.
Po zamknięciu dotychczasowego obozu i przeniesieniu do kolejnego Mengele został zwolniony, co ciekawe również pod własnym nazwiskiem. Przewieziono go do Bawarii, do miasta Ingolstadt. Stamtąd postanowił udać się do domu przyjaciela jeszcze sprzed wojny, weterynarza Alberta Millera. W tym celu skierował się do miasteczka Donauwörth. I szczęście nadal mu dopisywało: napotkał rolnika prowadzącego dwa rowery, który na czas drogi zaoferował mu jeden z nich. Zapomniał przy tym, że swoje dokumenty z wypisu na prawdziwe nazwisko zostawił w kierownicy pożyczonego roweru. Nie był już w stanie odnaleźć rolnika, któremu u kresu podróży oddał rower, a zatem Mengele oficjalnie zniknął, istniał już tylko drugi Fritz Ulmann.
fot.VbCrLf – Praca własna / CC BY-SA 4.0Blok 10, w którym wykonywano eksperymenty medyczne Auschwitz
„Fritz Ulmann” dotarł bezpiecznie do domu Alberta Millera i jego żony, a jego samego poprosił, by powiadomił jego rodzinę, że z nim wszystko w porządku. Żonę Millera prosił zaś, by nie wierzyła we wszystko, co o nim mówią. Ale dosłownie chwilę później sam Miller został aresztowany przez amerykańskich żołnierzy. Mengele postanowił oddalić się stamtąd, ale kierunek, który obrał, był wręcz nieprawdopodobny. Otóż jeszcze wcześniej przekazał swoje notatki nieznanej z nazwiska pielęgniarce, która znalazła się w radzieckiej strefie. I tam właśnie postanowił udać się Mengele – efekty jego „pracy” były dla niego aż tak ważne. Oczywiście ze strony radzieckich żołnierzy nie mógłby się spodziewać jakiejkolwiek litości.
To wręcz niesamowite, ale ta sztuka mu się udała. Przekroczył granicę w jedną i drugą stronę, by tym razem udać się do Monachium, do towarzysza broni z czasów wojny, z roku 1942, który był farmaceutą. Wspomniana podróż na radziecką stronę kosztowała go wiele zdrowia, ale przez kolejne cztery tygodnie regenerował się w Monachium. W międzyczasie ponoć pojawiały się w jego głowie pomysły, by oddać się w ręce sprawiedliwości, ponieważ uważał się za niewinnego i uważał, że tego dowiedzie. Informację o monachijskim przystanku Mengele podają Gerald Posner i John Ware.
Czas się przebranżowić
Tymczasem po raz kolejny miał zmienić swoje miejsce pobytu. Tym razem przyjął go szwagier prawdziwego Fritza Ulmanna, prywatnie również znajomy farmaceuty z Monachium i jego żona. W swoich zapiskach Mengele nazywał ich Vieland i Annalise. Mieszkali w Riedering, ale plan na ukrycie Mengele mieli nieco inny. Otóż na wsi po wojnie stale brakowało rąk do pracy. I właśnie wspomniany szwagier Ulmanna postanowił, że uda się wraz z Mengele na wieś, by pomóc mu znaleźć pracę, uważając, że Amerykanie nie dadzą rady przeszukać wszystkich gospodarstw. Na celownik wziął okolice na południe od Rosenheim i znajdujące się tam na uboczu gospodarstwo rolne.
Mengele ten plan się spodobał, ale postanowił dodatkowo się zabezpieczyć. Otóż na miejscu musiałby zarejestrować się u amerykańskich władz i przewidywał, że ktoś może chcieć sprawdzić Fritza Ulmanna. Wykonał zatem kopię dokumentów, a następnie przerobił nazwisko na Hollmann. Wspomniany zaś Vieland miał być w życiu Mengele obecny przez kolejne lata ukrywania się. Od początku nie wahał się i uważał pomaganie zbrodniarzowi za właściwe. Stał się też swoistym oknem na świat dla Mengele, kiedy ten przebywał na wsi.
Kartoflana ironia losu
W międzyczasie zaś Fritz Hollmann znalazł nareszcie uczciwą pracę. Wraz z Vielandem odwiedzali kolejne gospodarstwa w okolicy Mangolding niedaleko Riedering i w końcu znaleźli takie, w którym potrzeba było pomocnika. Nazywało się Lechnerhof, po poprzednim właścicielu nazwiskiem Lechner, a obecnie prowadzili je Georg i Maria Fischer. Swoim chlebodawcom Mengele przedstawił się zaś jako żołnierz-uchodźca z Görlitz, którego żona wciąż przebywała w radzieckiej strefie. Małżeństwo uprawiało pszenicę, ziemniaki i hodowało mleczne krowy. Mengele mieszkał zaś tam w dość spartańskich warunkach: w niewielkim pokoju, który otrzymał na wyposażeniu miał jedynie łóżko i komodę.
Jego dzień pracy zaczynał się o 6:30, kiedy to po pobudce czyścił stajnie. O 7:00 zjadali wspólne śniadanie. Za wyjątkiem pracy bezpośrednio przy zwierzętach wykonywał wszystkie inne, m.in. rąbał drzewa, a także – jak na ironię – selekcjonował ziemniaki. Do czego zresztą też podchodził w sposób naukowy. Po dwóch tygodniach próby Fischerowie postanowili oficjalnie go zarejestrować, do czego Mengele użył swoich Hollmannowskich papierów. Fischerom zaś nie przeszkadzało to, że zaczęli się domyślać, iż w istocie chce się u nich ukrywać. I że może być nazistą. Ale czy naprawdę się domyślali? Dość trafnie zresztą oddali sytuację Mengele w formie jego wspomnień w książce „Dzienniki zbrodniarzy z Auschwitz” Christopher Macht i Anna Lerke:
„Moje dłonie, niegdyś przyzwyczajone do trzymania skalpela i precyzyjnych pomiarów antropometrycznych, są teraz spękane od mrozu i brudne od gnoju. To niemal biologiczna ironia: doktor medycyny i filozofii, teoretyk czystości rasy przerzuca nawóz pod okiem grubiańskiego rolnika, który nie ma pojęcia, kogo gości w swojej stajni. Fritz Hollmann – tak brzmi teraz moje imię i nazwisko. Są jak ciasny, źle skrojony garnitur, który uwiera mnie przy każdym kroku. Muszę jednak trwać w tej masce”.
Przestał liczyć na „sprawiedliwy proces”
Na pewnym etapie coraz bardziej obawiał się postawienia przed sądem. Szczególnie po tym, jak w grudniu 1945 roku ogłoszono, że państwa, w których swoją zbrodniczą działalność prowadzili naziści będą mogli pociągnąć ich do odpowiedzialności. A w kwietniu 1946 roku podczas procesu norymberskiego Rudolf Hoess po raz pierwszy wymienił jego nazwisko. Sam Mengele uważał procesy za aliancką propagandę, ale definitywnie stracił nadzieję, że zostanie uniewinniony. Szczególnie po tym, gdy na karę śmierci zaczęto skazywać jego współpracowników z Auschwitz. A potem miał miejsce tzw. proces lekarzy. Kolejne wyroki śmierci i dożywocia.
fot.Jackdawson1970 – Praca własna / CC BY-SA 3.0Włoski paszport używany przez Mengele, aby uciec do Argentyny w 1949 roku.
Od lata 1946 roku i po próbach dla sprawdzenia czy Amerykanie nie śledzą członków rodziny Mengele do Rosenheim zaczęła przyjeżdżać jego żona Irene. Nie odwiedzała go na farmie, a Maria Fischer zapamiętała jedynie, że coraz częściej oddalał na spacery, rzekomo w celu odwiedzenia swojej sympatii. W międzyczasie Mengele zaczynał czuć się coraz pewniej, przekonany, że Amerykanie o nim zapomnieli, że pod koniec 1946 roku pozwolił sobie na dwie wycieczki do Autenreid, by spotkać się z Irene i ich synem Rolfem. Posługiwał się przy tym dokumentami na nazwisko Fritz Ulmann, co rozwścieczyło Vielanda. Po awanturze pomiędzy nimi dwoma Mengele podarł dokumenty na to nazwisko.
„Zmarli” też mogą uciekać
Rodzina pomagała mu swoimi zeznaniami jak mogła. Jego ojciec Karl podczas przesłuchań zapewniał najpierw, że jego syn zaginął, by w końcu stwierdzić, że ma wiedzę o tym, że nie żyje. Podobnie Irene przekonywała Amerykanów, że zaginął po radzieckiej stronie i został uznany za zmarłego. Akurat do momentu, kiedy została poinformowana o tym, że Mengele żyje akurat było to prawdą. Wśród aliantów zdania co do tego czy Mengele żyje były podzielone, ale nie udało im się wpaść na jego trop.
fot.Anonymous photographer, not identified anywhere – Gerald Astor: „The last Nazi – The Life and Times of Dr. Josef Mengele”, p. 206. D.I. Fine, 1985 / domena publicznaJosef Mengele w 1956
On sam jednak w coraz większym stopniu zdawał sobie sprawę z tego, że w ówczesnych Niemczech nic już na niego nie czeka. Doszedł do tego wniosku jesienią 1948 roku, po 3 latach spędzonych na farmie. Być może nawet myślał o tym w ten sposób, jak przedstawili to w książce „Dzienniki zbrodniarzy z Auschwitz” Christopher Macht i Anna Lerke:
„Muszę zacząć planować ucieczkę z Niemiec. Ten kraj jest teraz zainfekowany obcą ideologią, jest pod okupacją ludzi, którzy chcą zniszczyć nasz charakter narodowy. Nie ma tu już miejsca dla kogoś takiego jak ja. Ale moja misja nie zna granic państwowych. Biologia jest uniwersalna. Gdziekolwiek trafię, będę kontynuował moje dzieło. Moje życie nie należy do mnie, należy do nauki i do przyszłości rasy. Nie czuję żalu, nie czuję wyrzutów sumienia. Czuję jedynie głód wiedzy i pragnienie dokończenia tego, co zacząłem w Auschwitz. Świat jeszcze o mnie usłyszy. Nie o Fritzu Hollmannie, ale jako o Josefie Mengelem – człowieku, który miał odwagę stać się architektem nowej ludzkości”.
Opuścił zatem Niemcy, by wyruszyć do Ameryki Południowej. A posłużył mu do tego watykański szlak szczurów.
Przeczytaj także: Jak Watykan pomagał nazistom?
Inspiracją dla napisania artykułu stała się książka Christophera Machta i Anny Lerke „Dzienniki zbrodniarzy z Auschwitz”, Wydawnictwo Bellona, Warszawa 2026.
Bibliografia
- Cefrey, Dr. Josef Mengele. The Angel of Death, The Rosen Publishing Group Inc., New York 2001.
- Klar, H. M. Lily, Josef Mengele, The Rosen Publishing Group Inc., New York 2016.
- L. Posner, J. Ware, Mengele. The Complete Story, McGraw-Hill Book Company, New York 1986.
KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.