Ciekawostki Historyczne
Generic selectors
Tylko dokładne dopasowania
Szukaj w tytułach
Szukaj w treściach
Szukaj w postach
Search in pages

Latające dziwadło na pokładzie u-boota. Odlotowy pomysł Doenitza

Wiatroszybowiec był jednym z dziwniejszych wynalazków w czasie II wojny

Na pokładach niemieckich okrętów podwodnych w drugiej połowie wojny pojawili się „latający marynarze”. Byli oni przeszkoleni w pilotażu nietypowej maszyny latającej – wiatroszybowca. Bachstelze, bo tak się nazywał ten wynalazek, można było złożyć w kilka minut i wypuścić na linie nad płynącym u-bootem. Po co wprowadzono tę nowinkę techniczną i jak się sprawdziła?

W III Rzeszy pracowało tysiące utalentowanych naukowców i inżynierów, którym umożliwiano realizację najdziwaczniejszych pomysłów, pod warunkiem, że miały one znaczenie militarne i mogły zapewnić przewagę Niemcom w planowanej wojnie. Jeszcze przed 1939 rokiem prowadzili oni badania wielu innowacyjnych, wyprzedzających swoją epokę, broni i technologii, które miały wspomagać w walce Wehrmacht, Luftwaffe i Kriegsmarine.

Wśród ich wynalazków był na przykład pierwszy latający stabilnie i bezpiecznie śmigłowiec – Focke-Wulf Fw 61, skonstruowany już w 1936 roku. Później pojawiły się projekty innych innowacyjnych machin latających m.in. samolotów odrzutowych i rakietowych, rakiet, samolotów-pocisków, bomb kierowanych, wielkich szybowców transportowych, a – pod koniec wojny – nawet samolotów typu „latające skrzydło”.

Focke-Achgelis FA 330

Wśród najbardziej nietypowych rozwiązań, zaproponowanych i zrealizowanych, był wiatrakowiec Focke-Achgelis Fa 330 „Bachstelze” (pliszka siwa – mały ptak z rodziny pliszkowatych – przyp. red.). Jak to się stało, że ta dziwaczna maszyna znalazła zastosowanie bojowe? Po co umieszczano ją na pokładach u-bootów i jak się sprawdziła?

U-bootwaffe w defensywie

Od 1942 r. dowodzona przez Karla Doenitza flota niemieckich okrętów podwodnych była w defensywie. Krążące po morzach i oceanach u-booty nie były już „myśliwymi” jak na początku wojny, ale coraz częściej „ściganymi”. Royal Navy otrząsnęła się po ciosach, które otrzymała spod wody i opracowała różne sposoby zwalczania niemieckich okrętów podwodnych. Wykorzystywano do tego np. system HF/DF (Huff-Duff) – radionamierzania pozycji u-boota, dzięki wysyłanym przez niego sygnałom radiowym. W Bletchley Park – ośrodku kryptologicznym pod Londynem – opanowano już kryzys związany z niemożnością deszyfrowania depesz wysyłanych przez u-booty i nauczono się je rozszyfrowywać. Poza tym na morza wysłano eskadry poszukiwawczo-uderzeniowe, których zadaniem było wyłącznie tropienie i zatapianie u-bootów.

Niemieckim podwodniakom zrobiło się przez to „duszno” i – jeśli pozwalało na to dowództwo – chętnie wybierali się „na polowanie” na spokojniejsze akweny, oddalone od wybrzeży Wielkiej Brytanii np. środkowy i południowy Atlantyk czy Ocean Indyjski. Tam rzeczywiście łatwiej było przetrwać, mniej było niebezpieczeństw, ale też rzadziej spotykało się samotnie płynące statki nadające się jako cel dla niemieckich torped.

Widzieć dalej, wiedzieć więcej

Kapitanowie u-bootów operujący w tych rejonach narzekali na brak rozpoznania. Nie mogli liczyć na wsparcie samolotów rozpoznawczych ze względu na zbyt dużą odległość od okupowanych przez Niemcy wybrzeży Francji, a B-Dienst, ośrodek kryptologiczny Kriegsmarine, nie potrafił już rozszyfrowywać depesz radiowych brytyjskiej floty handlowej, co robił na początku wojny. U-booty były więc prawie „ślepe” i „głuche” i musiały całymi dniami czekać aż w zasięgu wzroku pojawi się przypadkowy statek, na który będzie można zapolować.

Możliwość obserwacji morza, a zatem także wykrywania celów, ograniczała niska sylwetka okrętu podwodnego. Zasięg widzenia można by zwiększyć np. stawiając na pokładzie maszt z bocianim gniazdem, w którym siedziałby majtek krzyczący „statek na horyzoncie!”. Takiego rozwiązania, rodem ze średniowiecza, niemieccy inżynierowie na pewno by nie zaproponowali. Pracowali w XX wieku, a wiele ich pomysłów było już z wieku XXI. Nie konstruowali co prawda dronów, ale wpadli na pomysł umieszczenia samolotu na pokładzie okrętu podwodnego!

Samolot Ardo 231 okazał się niestabilny i niebezpieczny

Na większych u-bootach miały stacjonować małe, jednoosobowe wodnosamoloty rozpoznawcze zaprojektowane wyłącznie do wykorzystania na morzu. Maszyna miała być wyciągnięta z wodoszczelnych pojemników, złożona w kilka minut i spuszczona na wodę. Po tym miała wystartować z morza i wykonywać misje rozpoznawcze na rzecz swojego okrętu-matki.

Powstał samolot przeznaczony do tego typu misji – Arado Ar 231, ale tym razem nazi-inżynierowie się nie spisali. Konstrukcja okazała się niestabilna i niebezpieczna w pilotażu nawet przy dobrej pogodzie m.in. ze względu na małą moc silnika. Poza tym składanie i rozkładanie samolotu na pokładzie u-boota trwało bardzo długo. Trzeba było szukać innego rozwiązania, możliwie prostego i dającego się zastosować szybko, bo u-bootwaffe dostawała coraz większe baty.

Pliszka ląduje na pokładzie

Postawiono na proste, ale niezwykle pomysłowe rozwiązanie. Płynący okręt podwodny miał ciągnąć za sobą na linie latającą machinę, unoszącą się w powietrzu jak latawiec. Ten „latawiec” musiał jednak być zdolny do uniesienia pilota-obserwatora i poddawać się sterowaniu. Nadawał się do tego wiatroszybowiec, czyli maszyna unosząca się w powietrzu dzięki sile autorotacji wytwarzanej przez śmigła takie jak w śmigłowcu, ale pozbawiona napędu.

Zasadę działania zrozumie każdy, kto kiedykolwiek puszczał latawiec przy bezwietrznej pogodzie. Wystarczy przebiec szybko kilkadziesiąt metrów, by latawiec wzleciał wysoko w górę. „Latawiec”, który miał trafić na pokłady u-bootów był zbudowany z rur stalowych o średnicy 6,35 cm i był dość duży. Średnica wirnika wynosiła 7,5 metra, długość maszyny 4,45 m, a waga – 68 kg. Wiroszybowiec był produkowany przez zakłady Weser-Flugzeugbau Hoykenkamp w Saksonii i otrzymał nazwę Bachstelze.

Próby Fa 330 przeprowadzono na Bałtyku (w Zatoce Gdańskiej) na pokładzie statków i okrętów nawodnych oraz u-boota U-523 z 4. Flotylli Szkolnej. Wyniki wydawały się obiecujące, ale okazało się, że maszyna traci siłę nośną przy słabym wietrze i daje duże odbicie na ekranach radarów. Z tego powodu od razu zrezygnowano z wykorzystania jej na północnym Atlantyku.

Focke-Achgelis Fa 330

Fa 330 wychodzi w morze

Od początku 1943 r. w Baschtelze wyposażano u-booty typu IXD2 wypływające w dalekie rejsy oceaniczne na południowy Atlantyk i dalej – na Ocean Indyjski. Wśród załogi było dwóch lub trzech „latających marynarzy”, których w obsłudze „pliszki” przeszkolono na lądzie. Loty próbne odbywały się w tunelu aerodynamicznym, a doskonalenia umiejętności pilotażu dokonywano ciągnąc wiatrakowiec za ciężarówką na autostradzie. Piloci Fa 330  przechodzili pełny kurs pilotażu szybowca!

W sprzyjających okolicznościach, w czasie rejsu pełnomorskiego, Baschtelze wyciągano z wodoszczelnych pojemników umieszczonych na pokładzie. W jednym pojemniku znajdowały się łopaty i część ogonowa, w drugim – belki kadłuba i belka z wirnikiem. W trzecim przechowywano wyciągarkę i linę holowniczą. Maszynę w kilka minut składano i wypuszczano w powietrze z pilotem na „pokładzie”. U-boot musiał przy tym płynąć z dużą prędkością, pod wiatr. Pilot miał łączność z okrętem za pomocą telefonu kablowego. Mógł sterować maszyną w dół i w górę oraz na boki. Unoszący się na pełnej wysokości (120 metrów) wiropłat pozwalał na obserwację morza w promieniu 25 morskich (około 46 km). Dla porównania obserwacja z kiosku u-boota miała „zasięg” tylko 9 km.

Okazało się jednak, że wiatroszybowiec – zamiast być ułatwieniem i wsparciem dla u-bootów – stał się raczej problemem. Przede wszystkim mógł być wypuszczany tylko przy sprzyjającym wietrze i dobrej widoczności, tam gdzie panował niewielki ruch statków i okrętów wojennych. Operacja składania miała być szybka, a zajmowało to co najmniej 20 minut. Dodatkowo, jeśli wiatr był słaby, śmigła trzeba było rozkręcić ciągnąc za sznur nawinięty na bęben wirnika, co komplikowało i opóźniało start.

Nienajlepsze perspektywy miał także wykonujący misję obserwacyjną pilot Baschtelze. W wypadku wykrycia zagrożenia, np. pojawienia się w pobliżu nieprzyjacielskiego niszczyciela, załoga u-boota miała zwolnić linę holowniczą i natychmiast zanurzyć okręt. Dopiero po stwierdzeniu, że zagrożenie minęło, u-boot miał się wynurzyć i odszukać pilota. Na wypadek takiego przymusowego wodowania miał on na sobie kamizelkę ratunkową, ale latająca maszyna tonęła. W sytuacji awaryjnej pilot mógł też odrzucić wirnik i wodować na spadochronie, który umieszczony był za jego siedziskiem.

Pliszka w powietrzu!

Niemcy zbudowali około 200 wiatroszybowców Fa 330. Projektanci zaproponowali wprowadzenie udoskonalenia w postaci wiatrakowca z własnym silnikiem, ale Kriegsmarine nie zdecydowała się go zamówić. Znany jest tylko jeden przypadek wykorzystania Baschtelze z sukcesem. Latem 1943 r. w czasie długiego, ponad 5-miesięcznego rejsu, U-177 patrolujący na Oceanie Indyjskim, wielokrotnie wypuszczał „pliszkę” w powietrze.

5 sierpnia 1943 r. w pobliżu Madagaskaru pilot-operator Kurt Wieden dostrzegł płynący statek. U-boot go dogonił i zatopił dwiema torpedami. Ofiarą okazał się grecki parowiec s/s Efthalia Mari wiozący 4 tys. ton węgla. Do końca rejsu Fa 330 odbyła ponad 150 lotów, ale tylko kilka razy dostrzeżono płynące w oddali statki, których jednak nie udało się dogonić. Po powrocie do portu kapitan i załoga U-177 otrzymali bardzo wysokie oceny za pełen sukcesów patrol (sześć statków zatopionych).

Rysunek przedstawiający „pliszkę”

Brytyjczycy dowiedzieli się o Baschtelze dopiero w 1944 r. 2 maja obywający patrol na Oceanie Indyjskim U-852 został przyłapany na powierzchni w pobliżu wybrzeży Somalii przez samolot typu Wellington, który wystartował z Adenu w Jemenie. U-boot został zbombardowany przez wezwane bombowce RAF-u z Dywizjonu 671. Okręt był poważnie uszkodzony, z akumulatorów wydzielał się chlor, którym dusili się marynarze. Kapitan zdecydował o wyrzuceniu okrętu na brzeg i ratowaniu załogi.

Na okręcie odpalono ładunki wybuchowe, które rozerwały kadłub na strzępy. Następnego dnia na miejsce dotarł oddział desantowy Royal Navy wspierany przez… Somalijski Korpus Wielbłądzi. Brytyjscy marynarze, którzy penetrowali wrak okrętu znaleźli m.in. wiatroszybowiec Fa 330. Można wyobrazić sobie ich miny, gdy zorientowali się, jak dziwaczny wynalazek przewoził u-boot na „grzbiecie”.

Po wojnie Brytyjczycy badali Baschtelze w locie holując je za jeepami, ciężarówkami i statkami, ale nie znaleźli dla niego zastosowania w Royal Navy. Zdobyte maszyny trafiły do muzeów, gdzie do dziś są eksponowane. Pięć Fa 330 jest prezentowanych w muzeach w Wielkiej Brytanii, dwa w USA, trzy w Niemczech i jeden we Francji.

Z perspektywy lat można ocenić, że projekt umieszczenia Fa 330 Baschtelze na pokładach u-bootów był jednym z wielu bezsensownych projektów III Rzeszy, do realizacji którego zmarnowano wiele materiałów i energii by osiągnąć… prawie nic. Rozwiązanie, chociaż niekonwencjonalne i ambitne, miało niewielką skuteczność – jeden zatopiony statek. Z całą pewnością, zamiast budować 200 wiatroszybowców dla okrętów podwodnych, można było przy użyciu tych samych mocy produkcyjnych wyprodukować 200 sztuk chrap umożliwiających u-bootom pływanie na silnikach diesla w zanurzeniu. W Niemczech znano to rozwiązanie już w 1933 r., a w 1939 r. z powodzeniem wprowadzono je w marynarce holenderskiej. Niemcy zaczęli je wdrażać dopiero na początku 1944 r., gdy wojnę na morzu już przegrali. Ale to już temat na zupełnie inną opowieść…

Źródła:

  1. Roger Ford, Tajna broń III Rzeszy, Gola 2013
  2. Film pokazujący start Fa 330 z pokładu u-boota
  3. Marek Murawski, Foke-Achgelis, Fa 330 Baschtelze w: Okręty 5/2016
  4. Lawrence Paterson, Szare wilki Hitlera. U-Booty na Oceanie Indyjskim, L&L, Gdańsk 2005
  5. Clay Blair, Hitlera wojna u-bootów, Ścigani 1942-1945, Magnum 2014

 

Czy wiesz, że ...

...brytyjski wywiad – po tym, jak pojmał Rudolfa Hessa, który przybył na Wyspy z "misją pokojową" – zarekwirował współpracownikowi Hitlera jego wełniane kalesony? Agenci przypuszczali, że wysoko postawiony nazista ma na sobie coś luksusowego lub kompromitującego. Byli w błędzie.

...w powstańczej Warszawie nie brakowało spekulantów, z którymi polska żandarmeria nie mogła sobie poradzić? Tylko w połowie sierpnia ceny żywności były od 2 do 5 razy większe niż pod koniec lipca. Potem jedzenie sprzedawano jedynie za złote monety lub biżuterię.

...więźniowie sowieckich łagrów dopiero przy temperaturze minus pięćdziesięciu jeden stopni Celsjusza mogli pozostać w barakach? Przy minus pięćdziesięciu spędzali dzień na powietrzu, przy pracy. O odmrożenia było w takich warunkach wyjątkowo łatwo...

...wielu brytyjskich pilotów służących z Polakami podczas II wojny światowej twierdziło, że dotrzymanie naszym lotnikom kroku w piciu było pewnego rodzaju nobilitacją? Gdy Johnny Kent, dowódca Dywizjonu 303, wytrzymał nocną imprezę i jeszcze odprowadził jednego z Polaków do łóżka, znacząco wzrosła jego reputacja.

Komentarze

brak komentarzy

Dodaj komentarz

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.