Ciekawostki Historyczne
Generic selectors
Tylko dokładne dopasowania
Szukaj w tytułach
Szukaj w treściach
Szukaj w postach
Search in pages

Poród pod ostrzałem. Przemilczane losy najmłodszych uczestników powstania

Kiedy wybuchły walki, niemowlęta nie zniknęły cudownym sposobem z Warszawy. Na zdjęciu Elżbieta Wojciechowska w wieku 6 miesięcy. Zdjęcie to wykonał w połowie sierpnia 1944 roku jej ojciec, Edward Wojciechowski, który fotografował powstanie z perspektywy cywila.1 sierpnia 1944 roku o godzinie pierwszej popołudniu Halina urodziła Stasia. Jej mąż pobiegł do powstania. Ona – potwornie obolała i wycieńczona – została sama. Z siedemdziesięcioletnim ojcem i niemowlęciem pod opieką. Kiedy wokół świat walił się w gruzy, miała tylko jeden cel: uratować swoje dziecko.

W równie tragicznej sytuacji, co wspomniana Halina Wiśniewska, jedna z bohaterek książki Anny Herbich „Dziewczyny z powstania”, znalazło się wiele kobiet. W apokaliptycznej Warszawie, w zatęchłych, zatłoczonych piwnicach, bez wody i jedzenia przyszło im podtrzymywać życie swoich nowo narodzonych dzieci. Było to niezwykle trudne wyzwanie, wiadomo wszak, że człowiek w tym okresie swojego życia jest najbardziej kruchy. Powstańcze matki nie miały jednak wyjścia – musiały przetrwać.

Tu giną, tu się rodzi…

W pierwszych dniach sierpnia nie było jeszcze najgorzej. Jedna z uczestniczek powstania, łączniczka i sanitariuszka Hanna Kramar-Mintkiewicz, wspominała z jakim zdziwieniem na cud narodzin w ogniu walk reagowali powstańcy:

Na początku był jeden wielki entuzjazm. Zresztą w jednym domu na Mokotowie urodziła się dziewczynka i myśmy tam biegały, żeby zobaczyć to niemowlę, bo to było dla nas jakieś takie kontrastowe, tu giną, tu się rodzi.

Na zdjęciu Halina Wiśniewska z urodzonym 1 sierpnia 1944 roku synem Stasiem na gruzach Warszawy w 1945 roku.

Na zdjęciu Halina Wiśniewska z urodzonym 1 sierpnia 1944 roku synem Stasiem na gruzach Warszawy w 1945 roku.

Radość nie trwała jednak długo. Bolesnej rzeczywistości i tragicznych perspektyw nie dało się ukryć. Młode matki wiedziały, że to właśnie je czeka najgorszy los.

A jednak, nie sposób znaleźć w relacjach z powstania żadnych informacji o tym, żeby któraś z nich załamała się pod ciężarem okoliczności. Powód w prostych słowach wyjaśnia Irena Herbich, bohaterka książki Anny Herbich, a zarazem jej babcia:

Najważniejszy był Jacuś, którego niosłam na rękach. Obiecałam sobie, że zrobię wszystko, żeby uratować to dziecko. Że po prostu musi przeżyć. To dodawało mi siły. Czułam, że mam zadanie, na którym muszę się skoncentrować. Może dlatego nie straciłam w tym wszystkim głowy (cyt. za: „Dziewczyny z powstania”).

Wszystko, byle przeżyły

Nie tylko matki dbały o niemowlęta. Jeśli zabrakło ich opieki, bo zginęły w zawalonych piwnicach, bądź zostały rozłączone z dzieckiem, rolę opiekunów przejmowali harcerze.

Warszawa obracała się w gruzy, a cywilnej ludności kryjącej się w piwnicach kamienic był tylko ciraz ciężej i ciężej...

Warszawa obracała się w gruzy, a cywilnej ludności kryjącej się w piwnicach kamienic był tylko coraz ciężej i ciężej…

Zofia Nikiel, komendantka Sanitariatu Harcerskiego miasta stołecznego Warszawy, wspominała o tym w swojej relacji:

Nasz szef miał ciężkie z nami życie, przyznaję, bo (…) jeden z naszych patroli poszedł na jakąś akcję i wracając w dole po bombie znalazł żywe niemowlę, [zdrowe] niemowlę. Dziewczyny wzięły niemowlę, przyniosły: „Komendantko, mamy niemowlę”. No, to wobec tego – „nasze niemowlę”. Odniosłyśmy je, na rogu Marszałkowskiej i Złotej był harcerski punkt opieki nad dzieckiem i do końca Powstania robiłyśmy wszystko, co można, żeby nasze niemowlę miało mleko.

To zresztą nie wszystko. Znalezione dziecko nie miało wszak niczego poza tym, w co było ubrane. Harcerki, mimo że często były bardzo młodymi dziewczętami, doskonale zdawały sobie sprawę z potrzeb dziecka. Przemierzając zniszczoną Warszawę z uporem zaglądały do ruin, w których niegdyś znajdywały się sklepy bławatne. Znajdowały bele różnych materiałów na bandaże. Mając pod opieką oseska nie zaniedbywały przy okazji jego garderoby:

Miałyśmy flanelkę, zaniosłyśmy, pokrajali nam to na kaftaniki. Wobec tego, siedząc koło naszego szefa zamiast czekać bezczynnie szyłyśmy kaftaniki. Jak nasz szef [zobaczył]: „Co wy robicie?!”. „Szyjemy kaftaniki”.

Artykuł powstał między innymi w oparciu o książkę Anny Herbich „Dziewczyny z powstania” (Znak Horyzont 2014).

Artykuł powstał między innymi w oparciu o książkę Anny Herbich „Dziewczyny z powstania” (Znak Horyzont 2014).

„Jestem szefem sanitarnym Powstania Warszawskiego, a wy szyjecie kaftaniki dla niemowląt?!”. W jego mentalności to się [nie mieściło]. Może brakowało nam wyobraźni. Myśmy inaczej, on inaczej podchodził. W każdym razie kaftaniki szyłyśmy dalej, ale nie przy nim, tylko już siedział zawsze patrol przy nim jeden, a drugi gdzieś kaftaniki szył. W każdym razie do końca Powstania nasze niemowlę miało kaftaniki świeże.

Przewijanie bez pieluszek i mycie bez wody

Harcerki nie ograniczały swojej pomocy tylko do tego jednego dziecka. Do samego końca powstania „fabryczka ubranek” działała w najlepsze i zaopatrywała potrzebujące maluchy w kaftaniki, pieluszki i inne potrzebne tekstylia.

Zwłaszcza z pieluszkami w powstaniu był ogromny problem. Kiedy z rur wodociągowych przestała płynąć woda, pranie pieluch stało się praktycznie niemożliwe. Problem był poważny, biorąc pod uwagę, że nie dość regularne przewijanie prowadzi do odparzeń, chorób skóry i innych równie nieprzyjemnych konsekwencji. W warunkach wojny o leczeniu jakichkolwiek zakażeń nie było przecież mowy.

Matki, choć doskonale zdawały sobie z tego sprawę, niewiele mogły zrobić. Halina Wiśniewska, jedna z bohaterek książki Anny Herbich „Dziewczyny z powstania”, która urodziła 1 sierpnia tak opisywała ten problem:

W piwnicy było tak ciemno, że ledwo widziałam na oczy, kiedy przewijałam synka. Używałam do tego podartych prześcieradeł, ścierek, jakichś poszewek. Darło się wszystko, co nadawało się na pieluszki. To, co się nie nadawało, także. Siostra znosiła te rzeczy z mieszkania w przerwach między bombardowaniami. Brudne „pieluszki” się po prostu wyrzucało. O praniu nie mogło być przecież w tych warunkach mowy.

Kiedy powstanie upadało, ludnośc cywilna, w tym starcy i malutkie dzieci, opuszczała Warszawę pod lufami niemieckich karabinów.

Kiedy powstanie upadało, ludnośc cywilna, w tym starcy i malutkie dzieci, opuszczała Warszawę pod lufami niemieckich karabinów.

Także niezwykle cennej w warunkach powstania wody nie można było zużywać beztrosko na dokładne umycie dziecka w trakcie przewijania. Często matka dysponowała minimalną ilością którą musiała napoić siebie, dziecko i jeszcze obmyć niemowlę.

„One muszą przetrwać”

Współczesny dylemat mam – piersią, czy z butelki – paniom, które urodziły tuż przed, albo w trakcie powstania był zwyczajnie obcy. Karmiły dziecko wszystkim, czym tylko mogły. Pod koniec walk ich dzieci nawet nie płakały. Były tak wygłodzone, że nie miały na to siły.

Jeśli młoda matka miała szczęście, trauma, głód, czy dolegliwości zdrowotne nie zatrzymały jej po porodzie pokarmu. Podawanie oseskowi piersi było najlepszym rozwiązaniem, wszak nie było czystych butelek. Jeśli nawet udało się je znaleźć, to zwykle nie było czym ich napełnić.

Kiedy jednak matka nie miała pokarmu, trzeba było szukać alternatyw, czym zajmowała się między innymi Wojskowa Służba Społeczna. Jedna z członkiń tej formacji, Krystyna Zachwatowicz-Wajda, tak wspominała swoje powstańcze zadania:

To była akcja, którą prowadziła Wojskowa Służba Społeczna, zresztą ze wzruszeniem zobaczyłam plakat w Muzeum Powstania na temat mleka, które zbierałam. Chodziłyśmy przeważnie we trzy, bo trzeba było dźwigać worki.

Chodziłyśmy po prostu po domach. Myślę, że przepustka była też dlatego, żeby uwiarygodnić naszą akcję. Prosiłyśmy o mleko w proszku, o odżywki, kaszki manne dla niemowląt, które się urodziły w czasie Powstania albo Powstanie je zastało.

Myśmy to zbierały, to się nosiło na punkt, nie pamiętam w tej chwili gdzie i to było potem rozdzielane dla maleńkich dzieci. W Powstaniu to był wielki problem. Przecież nie było żadnych możliwości, Warszawa była kompletnie zamkniętym miastem.

Bez wody nie dało się żyć, a stanie w kolejce do studni było śmiertelnie niebezpieczne. W każdej chwili można było zginąć od kuli... (zdjęcie znajduje się w zbiorach Muzeum Powstania Warszawskiego, autor: Joachim Joachimczyk pd. „Joachim”).

Bez wody nie dało się żyć, a stanie w kolejce do studni było śmiertelnie niebezpieczne. W każdej chwili można było zginąć od kuli… (zdjęcie znajduje się w zbiorach Muzeum Powstania Warszawskiego, autor: Joachim Joachimczyk pd. „Joachim”).

Sekretne krowy

Jak wynika z różnych relacji, bezcenne usługi nowo narodzonym mieszkańcom Warszawy oddały krowy. Zwierzęta te, zamiast skończyć w kotle jak powstańcze konie, zaopatrywały niemowlęta w mleko. Zwłaszcza chore i ranne dzieci potrzebowały go,  by nabrać sił.

Lekarze robili co mogli, by jakoś zorganizować aprowizację swoich najmłodszych pacjentów. Halina Szwykowska, polowa sprawozdawczyni wojenna w trakcie powstania, po wojnie tak wspominała te starania:

Okazało się, że doktor Barański organizował dla dzieci, które były w szpitalu produkty żywnościowe, sanitarne, lekarstwa i mleko. Jego staraniem między innymi, dowiedzieliśmy się o tym w ostatnich dniach Powstania było to, że przechowywana była w wielkiej tajemnicy na ulicy Żelaznej krowa.

Nie wiem, jakim cudem udało się ją uchować przed chłopcami. W jakiś sposób się zdarzyło, że ona nie została zamieniona na mięso. Krowa dawała mleko dla dzieci z części dziecięcej szpitala, który zresztą już we wrześniu został zbombardowany i przeniesiony gdzie indziej.

Irena Herbich, babcia autorki książki "Dziewczyny z powstania" w czasie walk starała się ocalić życie swojego maleńkiego dziecka.

Irena Herbich, babcia autorki książki „Dziewczyny z powstania” w czasie walk starała się ocalić życie swojego maleńkiego dziecka.

Kiedy minął sierpień, było coraz gorzej. Pomoc ze strony wykrwawiających się powstańców z powodu kurczących się rezerw słabła. Wygłodzone i spragnione matki traciły pokarm, a dzieci były coraz słabsze. Mimo to kobiety nie traciły nadziei. Zawsze mogły też liczyć na pomoc innych warszawiaków. Jedna z cywilnych relacji podaje:

W naszej piwnicy był lekarz pediatra. Gdy straciłam pokarm, poradził mi, co robić. Otóż rozbełtywałam trochę mąki i cukru z naszych skromnych zapasów i podawałam niemowlęciu łyżeczką.

Sytuację, jaka stała się udziałem matek i ich nowo narodzonych pociech perfekcyjnie podsumowała plutonowa Wanda Traczyk-Stawska. Poza tym straszna sytuacja dzieci, tych najmłodszych, niemowlaków. […] Ja wspominam ludność cywilną jako główną bohaterkę Powstania – stwierdziła. Nic dodać, nic ująć.

Źródła:

Podstawowe:

  1. A. Herbich, Dziewczyny z powstania, Znak Horyzont 2014.

Uzupełniające:

  1. Archiwum Historii Mówionej MPW, relacja Hanny Chomiszczak [dostęp: 21.12.2014].
  2. Archiwum Historii Mówionej MPW, relacja Zofii Janiny Gajewskiej [dostęp: 21.12.2014].
  3. Archiwum Historii Mówionej MPW, relacja Zofii Gordon [dostęp: 21.12.2014].
  4. Archiwum Historii Mówionej MPW, relacja Balbiny Ignaczewskiej [dostęp: 21.12.2014].
  5. Archiwum Historii Mówionej MPW, relacja Haliny Koryckiej [dostęp: 21.12.2014].
  6. Archiwum Historii Mówionej MPW, relacja Hanny Kramar-Mintkiewicz [dostęp: 21.12.2014].
  7. Archiwum Historii Mówionej MPW, relacja Zofii Nikiel [dostęp: 21.12.2014].
  8. Archiwum Historii Mówionej MPW, relacja Haliny Szwykowskiej[dostęp: 21.12.2014].
  9. Archiwum Historii Mówionej MPW, relacja Wandy Traczyk-Stawskiej [dostęp: 21.12.2014].
  10. Archiwum Historii Mówionej MPW, relacja Krystyny Zachwatowicz-Wajdy [dostęp: 21.12.2014].

Kup książkę (dużo taniej niż inni):

Czy wiesz, że ...

...podczas powstania warszawskiego dowództwo niemieckie wiedziało o tym, że Polacy używali kanałów, i postanowiło to wykorzystać? Z rozkazu Ericha von dem Bach-Zelewskiego mówiący po polsku Volksdeutsche mieli infiltrować środowisko jako przemytnicy żywności w sieci kanałów.

...krakowski lotnik, podporucznik Jan Kremski, w związku z zestrzeliwaniem wrogich samolotów wespół z kolegami, miał zaliczone łącznie… 4 i 14/15 zwycięstwa pewnego? Do zaszczytnego tytułu asa, który przysługiwał od 5 zwycięstw wzwyż brakło mu tylko 1/15.

...wojska niemieckie w Kurlandii walczyły aż do 13 maja 1945 roku, czyli jeszcze kilka dni po zakończeniu wojny? Jedną z przyczyn tak długiego oporu był strach, że Rosjanie zrobią żołnierzom Wehrmachtu drugi Katyń.

...nie wszyscy wierzą, że Hitler i Ewa Braun zginęli w berlińskim bunkrze? Niektórzy uważają, że mogli  wydostać się z oblężonego miasta tajnym tunelem. Następnie wsiedli na pokład samolotu, który zawiózł ich do Danii. Dalej, już na pokładzie łodzi podwodnej, przedostali się do Ameryki Południowej, ulubionej przez nazistów części świata.

Komentarze (27)

  1. Leszek Odpowiedz

    Fotografia p.Wiśniewskiej nie pochodzi z roku 1944. Jej dziecko ma ok 1 roku. Zatem jest to fotografia najwcześniej z 1945 r.

    • Nasz publicysta | Autor publikacji | Aleksandra Zaprutko-Janicka Odpowiedz

      Rzeczywiście, w podpisie ilustracji jest pomyłka. Już poprawiona.

  2. Artur Odpowiedz

    Znam autentyczną historię z mojej rodziny. Kobieta urodziła dziecko przed powstaniem. Wtedy nie było urlopów wychowawczych i musiała jeździć do pracy gdzieś na Pragę, a mieszkała w Śródmieściu. Tak też było 1 sierpnia 1944 r. Pojechała rano do pracy a dziecko jak zwykle zostawiła pod opieką opiekunki. Nie zobaczyła ich już nigdy.

    • Nasz publicysta | Autor publikacji | Aleksandra Zaprutko-Janicka Odpowiedz

      Dziękuję za tą historię. Właśnie po to jest ten artykuł – żeby pokazać ludziom, jak tragiczne było powstanie dla tych najmniejszych warszawiaków.

    • Nasz publicysta | Autor publikacji | Aleksandra Zaprutko-Janicka Odpowiedz

      Warunki do bycia matką najtrudniejsze z możliwych, jednak kobiety które zaszły w ciążę nie miały żadnego wyboru. Nawet w warunkach wojennych życie toczy się dalej – jedni giną, a inni się rodzą.

        • MR.INCOGNITO.

          SZANOWNY PANIE ANONIM..MOZE I W CZASIE WOJNY NIE JESC ,NIE PIC .NIE MYC SIE,NIE WYCHODZIC Z DOMU. BARDZO DOBRE ROZWIAZANIE…PO CO RODZIC DZIECI…WOJNA SAMA SIE SKONCZY KIEDY JUZ NIE BEDZIE NIKOGO ZYWEGO…A NASZYCH GRANIC BEDZIE PILNOWALA TROJCA..NORRIS…RAMBO..SEAGAL…TYLKO PANU POGRATULOWAC….W KONCU CELIBAT JEST DOBRYM LEKIEM NA WSZYSTKIE PROBLEMY CALEGO SWIATA…MR.INCOGNITO.

  3. Nasz publicysta | Redakcja Odpowiedz

    Wybrane komentarze do artykułu z naszego facebookowego profilu, które mogą Was wzruszyć
    https://www.facebook.com/ciekawostkihistoryczne/posts/1122456111116380

    Basia S.:
    Przerażające, sama mam przedszkolaka i niemowlę, oby nigdy nie było nam dane czegoś takiego przeżyć… Życie w obecnych czasach to luksus.
    Helena K.:
    Tez sobie go cenie…

    Puchata P.:
    W porównaniu z tym co przeszły te kobiety to dzisiejsze matki ,które wszędzie muszą mieć przewijaczki są chwilami za bardzo wymagające.

    Krystyna B.:
    tak bylo ze mna rocznym niemowleciem i czteroletnim bratem

    Mariusz R.:
    Nisamowite ile człowiek wytrzyma…….

    Dorota O.:
    Podziwiam

    Katarzyna Z.:
    To przerażające co ci ludzie przeżyli gehenna!

    Katarzyna S.:
    Czytalam ta historie w ksiazce „Dziewczyny z powstania” i plakalam przy tej historii, czytajac ta ksiazke moj synek mial kilka miesiecy, i nie potrafilam sobie wyobrazic tego co przezyla ta kobieta i malenstwo. Wiadomo zrobimy wszystko zeby nasze dzieci mialy wszystko i nie cierpialy, bardzo podziwiam te kobiety

    • Nasz publicysta | Autor publikacji | Aleksandra Zaprutko-Janicka Odpowiedz

      Pani Moniko, nie ma za co. Po prostu uznałam, że trzeba o tym wreszcie napisać.

  4. miszczudyoda Odpowiedz

    Z tym karmieniem piersią święta prawda. Moja babcia swego syna urodzonego w 1942 r. karmiła piersią przez dwa lata, odpadał problem wykarmienia choćby najmłodszego.

  5. Gosia Odpowiedz

    Moja babcia kiedy opowiadała nam o powstaniu, które spędziła w piwnich na Marszałkowskiej zawsze wspominała o kobiecie, która urodziła trojaczki. Dzieci nie przeżyły w trudnych warunkach . Może ktoś kiedyś słyszał o tym?

  6. Natalia Odpowiedz

    Jako młoda matka jestem niezwykle poruszona takimi historiami. Myślę sobie że prawdopodobnie nie dałabym rady, ale chyba w takiej sytuacji kobieta wspina się na wyżyny żeby ratować swoje dziecko. Cieszę się że przyszło mi żyć w innych czasach.

  7. Elemelka Odpowiedz

    Dobrze że są takie artykuły. Kiedy czytam takie historie przestaję narzekać na zmęczenie i obowiązki macierzyńskie. Obecnie mamy komfortowe warunki do wychowywania dzieci i obyśmy nigdy nie poznali jak to jest kiedy dziecko płacze z głodu i przerażenia… Gratuluję wszystkim paniom, które wychowały dzieci w strasznych wojennych realiach!

  8. Joanna Odpowiedz

    Dziękuję bardzo i chylę czoła przed wszystkimi kobietami powstania .Moja ciocia mieszkanka Warszawy ukrywała się wraz z rodziną w piwnicy jednego z domów. Musiała podołać obowiązkom matki w tych jakże trudnych i tragicznych warunkach i wykarmić wodą mojego rocznego wówczas kuzyna.Dziękuję za Wasze poświęcenie jako matek i po prostu walczących kobiet,dziewczyn i dzieci.Dziś mam 65 lat jestem matką i myślę że wiem jakich wyborów musiały dokonywać nieustannie.Mojej rodzinie udało się przeżyc i opuścić Warszawę.

  9. polanka Odpowiedz

    Ja urodziłam się 7 czerwca 1944roku w Warszawie na Powiślu. 7 tygodni w piwnicy z mamą i rok starszą siostrą. Dziś zdaję sobie sprawę , że to był cud Mma opowioadała , że byłam z odparzenia jednym strupem łącznie z głową. Karmiła mnie łyżeczką papką wody z mąką. Potem był obóz w Pruszkowie – po wojnie wyjazd na Ziemie Zachodnie. Siostra moja zmarł w wieku 49lat a ja mam ciągle problemy z sercem i stawami . Wszystk w czasie wojny stracone -a szanse po wojnie lepiej nie mówić…

    • Nasz publicysta | Anna Dziadzio Odpowiedz

      Droga polanko, dziękujemy za podzielenie się z nami swoją historią. Chociaż jest ona tragiczna, na szczęście Pani udało się przetrwać – tym bardziej doceniamy, że dzieli się Pani swoimi doświadczeniami z innymi i jest żywym świadectwem tamtych czasów. Pozdrawiamy serdecznie.

  10. Chalie Odpowiedz

    mam ambiwalentne refleksje po przeczytaniu artykułu. Z jednej strony podziw dla matek za walkę ale z drugiej strony kobieca głupota tych które decydowały się na prokreację w czasie okupacji niemieckiej. Co zrobić – kobiety jednak mają swój świat z którym ciężko wielu facetom się ogarnąć.

    • Nasz publicysta | Autor publikacji | Aleksandra Zaprutko-Janicka Odpowiedz

      Głupie kobiety decydujące się na prokreację? Serio? Zacznijmy może od tego, ze do tanga trzeba dwojga, w przeciwnym razie należy wyglądać mędrców ze wschodu i gwiazdy, bo podobno w historii raz zdarzyło się takie cudo. Pański komentarz świadczy wyłącznie o głębokim niezrozumieniu realiów życia w Polsce 1939-1945 i mizoginizmie.

    • Anonim Odpowiedz

      Bardzo, bardzo inteligentny komentarz. Nic, tylko chylić czoła przed jakże mądrym mężczyznom, który wie, że dzieci rodzą się właśnie dlatego, że „kobiety decydują się na prokreację”. To jasne, że „kobiety mają swój własny świat” – dlatego w czasie okupacji dokonywały samozapłodnienia… Brawo Charlie!

  11. luvac Odpowiedz

    Pragnienie miłości i bliskości jest takie samo zarówno w czasie wojny,jak i pokoju.To nie jest tylko kwestia hormonów,które nie ulegają wygaszeniu,gdy czas nie sprzyja.W czasie wojny również rodziła się miłość między mężczyzną i kobietą,a zbliżenia dawały im poczucie odrobiny normalności w tych nienormalnych czasach.Te kobiety nie były głupie,jak to napisał mój przedmówca,one chciały kochać i chciały być kochane.Podejrzewam,ze poczęcie dziecka w czasach wojennych nie było głównym celem,myślę,że wiele kobiet miało cichą nadzieję,że nie zajdą w ciążę,w końcu nie każdy akt miłosny musi się kończyć poczęciem .Nikt nigdy nie prowadził badań na ten temat i dlatego nie wiemy ile ciąż zostało usuniętych z obawy przed trudami wychowywania dziecka w czasach wojennych,nie wiemy ile nowo narodzonych dzieci zmarło,ale chwała matkom,,które urodziły i wychowywały dzieci w czasie wojny,bo dzisiaj te dzieci,to nasi rodzice lub dziadkowie,bez nich po prostu by nas nie było!

  12. Szczery Wąs Odpowiedz

    Nie było by problemu gdyby nasi „ukochani sąsiedzi nie wparowali z obcym butem do naszej ojczyzny , no ale zamiast bombardować Niemcy tak profilaktycznie jak to chuchrill stwierdził co dziesięć lat to bombardowali ale dolarami … I niestety nawet część tych bydlaków żyje i ma się dobrze za granicą zachodnia

  13. Pawel Odpowiedz

    Dziekawy jestem kiedy tych morderców czyli tzw.dowództwo AK rozliczą za śmierć tysięcy niewinnych osób panowie szlachta popijając herbatkę w Anglii wypieli dupę na polski naród

Odpowiedz na „GosiaAnuluj pisanie odpowiedzi

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.