W średniowieczu był jedną z najwspanialszych rezydencji biskupich w Prusach. Gościł możnych, a później także poetów, pisarzy i wybitnych humanistów. W XVI wieku zamek w Prabutach przeżywał okres największej świetności, stając się ważnym ośrodkiem życia intelektualnego. Dziś po tej imponującej budowli pozostały jedynie skromne ślady. Co doprowadziło do upadku dawnej siedziby biskupów?
W 2010 roku „zamek w Prabutach 2.0” był gotowy.
Robił (i nadal robi) takie wrażenie, że w konkursie Perły w Koronie Województwa Kujawsko-Pomorskiego internauci przyznali mu specjalny certyfikat.
Dziś nie tylko jest ukryty pod wiatą, która chroni go od deszczu i śniegu, wokół niego stoi także wysoki płot. Dzięki temu butelki po trunkach – efekt wielogodzinnego podziwu i pochyłu nad maestrią twórców – zostają na zewnątrz.
A gdzie jest prawdziwy średniowieczny zamek biskupa Alberta? Otóż znajduje się pod makietą. Dokładnie pod nią.
Tak się bawi pruska elita
W odróżnieniu od tego nowego stary zamek był naprawdę gigantyczną budowlą. Powstał w latach 60. i 70. XIII wieku i aż do 1527 roku był najbardziej ekskluzywną rezydencją tutejszych biskupów. Ci musieli cenić okolice Prabut – zamek stoi bowiem nad pięknym jeziorem – jako że w XIV wieku jeszcze go rozbudowali. Chyba najbardziej charakterystyczną częścią założenia był znany z rozwiązań w zamkach krzyżackich ogromny dansker, gdanisko, czyli wieża-wychodek. Jak widać, duchowni pozazdrościli higieny rycerzom-zakonnikom. Nad całością górowała potężna wieża, skąd zapewne dostrzec można było sąsiedni Kwidzyń.
Zmienne były losy Riesenburga – bo tak się wówczas Prabuty nazywały. Gdy wybuchła wielka wojna państwa polskiego z Krzyżakami, wojska Jagiełły go ominęły. Splądrowały go jednak cztery lata później i jeszcze raz w 1422 roku. Nie spaliły jednak budowli i nikt nie pomyślał o tym, żeby zetrzeć zamek z powierzchni ziemi. Jeśli uświadomimy sobie, że właśnie taki los spotkał krzyżacką twierdzę w Gdańsku czy Toruniu, które rozebrali przecież sami poddani państwa krzyżackiego, dziwić może kolejna decyzja gospodarzy. Po wojnie trzynastoletniej biskup pomezański oddał zamek właśnie wielkiemu mistrzowi krzyżackiemu Ludwigowi von Erlichshausenowi. Od tego czasu stacjonował tu garnizon zakonny.
fot.Michalbu15 – Praca własna / CC BY-SA 3.0Makieta Zamku Biskupów Pomezańskich w Prabutach
Okresem największej świetności zamku były pierwsze dekady XVI wieku. Za rządów biskupa Hioba von Dobenecka Prabuty stały się tym, czym Wawel dla Polski. Była to kulturalna stolica Prus. A może nawet coś więcej.
Na zaproszenie biskupa, który sam śledził renesansowe trendy i miał się za odrodzeniowego intelektualistę, przebywali tu poeci, pisarze i myśliciele. Jednego możemy być pewni. Nie mogli się tu nudzić.
Prym w intelektualnych popisach wiódł bowiem saski humanista Erazm Stella.
Ten alchemik i historyk słynął z fenomenalnie bujnej wyobraźni. Pobyt w Prabutach, na terenie pogańskich niegdyś Prus, odblokował w nim prawdziwie twórcze pokłady. Po powrocie do rodzinnego Zwickau objął tam posadę burmistrza. Przekonał wtedy mieszkańców, że ich miasto to nie żadna prowincjonalna dziura, ale gród założony przez mitycznego Cygnusa, syna Heraklesa. Był na tyle przekonujący, że rada miejska zgodziła się zatrudnić malarzy i pokryć ściany ratusza wielkim komiksem. Malowidło przedstawiało sceny z mitologii, którą sam zresztą stworzył. „Odnalazł” również antyczny nagrobek rzekomej córki Cygnusa, Swanhildis, a także serwował swoim ziomkom liczne proroctwa. Zabawa była tak przednia, że Stella nie omieszkał opisać jej w listach do przyjaciół. Możemy być pewni, że to pobyt w Prabutach zapłodnił tak jego fantazję. To tam szlifował swoje opowieści, całymi garściami czerpiąc lokalnego folkloru i legend. Musiał również znać krzyżackie podania. A także tradycję wieloletnich walk z niewiernymi.
fot.Gliwi – Praca własna / CC0Herb Prabut w sali plenarnej staromiejskiego ratusza w Gdańsku
Nie przebywał na zamku sam. W humorystyczne szranki wchodził z Heliusem Eobanusem Hessusem, innym renesansowym poetą i mitomanem. Ten absolwent Uniwersytetu w Erfurcie słynął z kolei z fenomenalnej pamięci. Nie tylko recytował Iliadę na wyrywki, ale i ją przełożył na niemiecki heksametr. Wodze fantazji puścił na całego w swojej twórczości epistolograficznej. Naśladując lirykę Owidiusza, napisał list Marii Magdaleny do Jezusa Chrystusa. Sam Marcin Luter był pod wrażeniem. Nazwał Hessusa „królem poetów”.
Jeśli uświadomimy sobie zatem, że ci wybitni intelektualiści dobrze się tu bawili na progu końca epoki – bo już za chwilę kilkusetletni zakon krzyżacki miał przestać istnieć – możemy być pewni jednego. Czuli, że idzie nowe. Jedna epoka się kończy, zaczyna kolejna. Rzeczywiście zbliżała się rewolucja protestancka. Stary etos rycerski odchodził do lamusa. Krucjaty przestały być w modzie, atrakcyjne za to stawały się wiedza i nowe cudowne światy. Te ich humanistyczne zabawy nie mogły jednak trwać wiecznie. W 1519 roku wybuchła ostatnia wojna polsko-krzyżacka.
I o ile pobliskiego Olsztyna przed Krzyżakami bronił sam Mikołaj Kopernik, o tyle Prabuty przed Polakami chronił von Dobeneck. Skutecznie. Niezdobyte Prabuty ostały się w granicach Prus Książęcych.
Po rozwiązaniu zakonu krzyżackiego i końcu biskupstwa pomezańskiego to właśnie tu ustanowił swoją rezydencję książę pruski. Odtąd już nie poeci czy pisarze wiedli tu prym, a… twarda dyplomacja. Ponieważ zamek stał na szlaku z Rzeszy do Królewca, zaroiło się tu od emisariuszy i polityków. Tak było aż do 1688 roku.
Wybuchł wtedy pożar. Był znaczny i dokonał dużych zniszczeń na zamku. Ta niegdysiejsza siedziba muz, a w ostatnim stuleciu centrum działań politycznych Prus, już nigdy się nie podniosła. Po częściowej tylko odbudowie powstały tu koszary i szpital wojskowy. Gdy w 1787 roku Prabuty strawił kolejny pożar, zamek popadł w ruinę. W końcu został rozebrany, a w pojedynczych budynkach powstały magazyny.
Do dziś z wielkiego założenia zostało bardzo niewiele. W piwnicy budynku mieszkalnego, który stoi tuż przy makiecie zamku, można jeszcze obejrzeć gotyckie sklepienia. Być może ocalały jakieś inne relikty, ale teraz są pod ziemią i nic nie wskazuje, aby ktokolwiek przeprowadził tu w najbliższym czasie prace archeologiczne.
Prabuty to dziś tylko punkcik na mapie ruin średniowiecznych zamków.
Pruskie Jerozolimy
Warmia i Mazury, dawne Prusy Królewskie i Książęce, słyną dziś z dwóch rzeczy. O zamkach już była mowa. Pora na legendy. Są ich krocie. Zaczęto je spisywać jeszcze w XVII wieku. Jedna z nich wiąże się właśnie z zamkiem w Prabutach. Kilka lat temu opublikował ją historyk i badacz Kazimierz Madela. Tekst skompilował z trzech różnych wariantów spisanych w 1853, 1871 i 1910 roku. Podanie jest na tyle intrygujące, że zajęli się nim badacze rycerskich obyczajów.
Jak powszechnie wiadomo, Krzyżacy w okresie swojej świetności zobowiązani byli nie tylko do obrony Jerozolimy przez poganami, ale również do odbicia jej z rąk niewiernych, gdyby miasto zostało utracone. Tak w końcu się stało – Jerozolima padła. Zakonnicy – ponieważ ani nie mogli, ani nie chcieli wyruszyć na kolejną krucjatę – postanowili wypełnić przysięgę za pomocą wybiegu. I tego właśnie dotyczy lokalne podanie. Otóż w tym celu przy swoich zamkach mieli sypać wały i budować ziemne fortece. Te przypominały labirynty i były zwane Jerozolimami.
Podanie mówi, że labirynt koło zamku w Prabutach miał 20 metrów długości i 18 metrów szerokości. W środku stał wysoki krzyż. Labirynt ten był regularnie „zdobywany” przez Krzyżaków. Na początku rzeczywiście chodziło im o – co prawda podstępne – wypełnienie ślubów, ale potem do taplania się w błocie zakonnicy wysyłali już giermków, sami zaś ucztowali i oddawali się zabawie.
fot.Michalbu15 – Praca własna / CC BY-SA 3.0Ruiny Zamku Biskupów Pomezańskich, fontanna Rolanda i konkatedra św. Wojciecha
Labirynt przetrwał wieki. Okoliczna ludność bała się jednak tego miejsca. Bo w nocy widywano tam ogniste postacie z żarzącymi się mieczami, które biegały wokół, próbując dotrzeć do środka. Podobno byli to właśnie zakonnicy, którzy wcześniej wyśmiewali się z wypełniania ślubów. Na domiar złego ich duchy miały zaganiać do środka zjawy owych giermków. Diabeł zaś robił wszystko, aby nikt z labiryntu nie wyszedł. Zmagania trwały całą noc. Kończyły się o brzasku wraz z pierwszym pianiem koguta.
To, co ustalili niemieccy etnografowie, znalazło potwierdzenie w źródłach pisanych. Walki o Jerozolimy przedstawił periodyk „Erleutertes Preussen”. Jego twórca i główny autor Michael Lilienthal (1686–1750) nie lubił Krzyżaków. W bardzo złośliwy sposób oskarżał ich o zapał do rabunku, obżarstwa i folgowania chuciom. „Zapomnieli przy tym o Jerozolimie, której zgodnie ze swoim ślubowaniem musieli bronić”1 – napisał z wyrzutem. Dodał także nieznany do tej pory szczegół. Krzyżacy rzeczywiście budowali na „wystających pagórkach” w pobliżu znanych zamków labirynty zwane Jerozolimami, ale zamiast krzyży umieszczali w nich jakieś posągi. Następnie zdobywali je osobiście albo zagrzewali do tego służących. „Wierzyli – napisał Lilienthal – że zostali przez to uwolnieni z zobowiązania swojej religii, kiedy zamiast prawdziwej obrony Jerozolimy, napadniętej przez Saracenów, zdobędą dla żartu wspomniane miasto”.
Jak widać, również w tej wersji „zastępcze” odbijanie świętego miasta z rąk Saracenów miało być świadectwem krzyżackiego poczucia humoru.
Nie brakuje go także u Stanisława Sarnickiego (1532–1597), polskiego kronikarza dobry renesansu. Ten również nie szczędził Krzyżakom złośliwości. W księdze VI swoich Roczników uznał „zdobywanie” przez nich Jerozolimy (znowu w formie labiryntu na ziemi) za dowód krzyżackiego lenistwa i próżności: „Doprawdy to głupcy, jeśli sądzili, że takie kpiny z Saracenów i takie bieganie pomoże prawdziwej Jerozolimie”. Sarnicki również dodał kolejną ważną informację. Za jego czasów jeden z takich labiryntów znajdował się w Grudentis, czyli prawdopodobnie koło Grudziądza. Do dziś są tu resztki krzyżackiego zamku i dobrze zachowana wieża.
fot.Space Cadet / CC BY-SA 3.0Księstwo Pruskie w XVI wieku
I teraz najlepsze. Istnienie Gór Jerozolimskich czy po prostu Jerozolimy w Prusach potwierdza wiele źródeł. Niemiecki historyk Helmut Meye – powołując się na osiemnastowieczną kronikę Ch.B. Bocka – napisał, że „nieopodal jeziora Dąbrowa Wielka rozciąga się łańcuch wzgórz, którego najbardziej wyniosłe i wysunięte na wschód wzniesienie nazywane jest Jerozolimą”.
Ogółem do dziś udało się – oprócz Prabut, Grudziądza i Dąbrówna – odnaleźć wzmianki o Jerozolimach istniejących w pobliżu Elbląga, Gdańska, Kętrzyna, Królewca, Olsztyna, Malborka, w dawnym Mossyken w powiecie Fiszawa, Przepiórkach koło Ełku oraz samym Ełku.
Czy wszystkie te święte miejsca miały związek z krzyżackimi zabawami – nie wiadomo. Lokalna tradycja łączy je także z kim innym.
W Ełku niedaleko Placu Jana Pawła II znajduje się Góra Jerozolimska, ale ta od dawna kojarzona jest z istniejącym tu cmentarzem żydowskim. Dla Żydów Jerozolima również była miejscem świętym i to właśnie oni mogli nadawać takie nazwy wybranym miejscom. Rozstrzygająca wydaje się jednak informacja z Dąbrówna.
Tamtejsi Żydzi rzeczywiście otrzymali zgodę na założenie cmentarza na Górze Jerozolimskiej w grudniu 1787 roku, ale nazwa ta – okazuje się – jest znacznie wcześniejsza. Jerusalem Hügel wzmiankowany jest bowiem już w 1709 roku, i to bez żadnego żydowskiego kontekstu.
Zastanawiać może coś jeszcze.
Krzyżacy, według podań, mieli wysyłać do walki o Jerozolimy swoich giermków. Sami zaś woleli ucztować. Potem jednak mieli przeganiać służbę i brali udział w uroczystościach. Co to może znaczyć?
Być może w ciągu wieków znaczenie tego średniowiecznego eventu uległo wypaczeniu. Przecież już z kronik krzyżackich wiadomo, że owi giermkowie czy po prostu służba z XIII i XIV wieku rekrutowali się z pogańskich niegdyś rodzin pruskich. Czyżby zatem nocne harce wcale nie były zabawą, a jedynie inscenizacją prawdziwej walki z „niewiernymi”? Jeśli tak, był to zapewne relikt jakiegoś średniowiecznego rytuału!
KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.