Ciężka zbroja, kopia, miecze, sztylet, topór i maczuga czyniły średniowiecznego rycerza niezwykle groźnym przeciwnikiem. Jednak to, co dawało mu przewagę, mogło również stać się jego słabością. Wystarczyło, że padł koń, a obciążony żelastwem wojownik miał poważny problem. Tymczasem coraz większym zagrożeniem dla rycerskiej jazdy stawali się pogardzani przez nią łucznicy i piechurzy.
Plądrowanie Normandii przez armię dowodzoną przez samego króla Anglii było zapowiedzią tego wszystkiego, co jeszcze miało nastąpić. Najeźdźcy, zorganizowani w trzy korpusy zwane batalionami, „najechali kraj, niszczyli i grabili bez żadnej litości”, znajdując taką ilość łupów, że „posuwali się tylko niewielkimi etapami i każdego dnia stawali na kwaterze już o godzinie trzeciej”. Żołnierze „nie zdawali rachunku ani królowi, ani jego oficerom z tego, co złupili; zatrzymywali to dla siebie”. W czasie, gdy Anglicy posuwali się wzdłuż Sekwany w kierunku Paryża, król Filip – który stał z załogą w Rouen, nie podejmując żadnych działań – ruszył w ślad za nimi, posuwając się wzdłuż drugiego brzegu rzeki, i powrócił do Paryża w chwili, gdy Edward osiągnął Poissy, położone trzydzieści kilometrów na zachód od stolicy. Gdy tu właśnie król Anglii, uroczyście odziany w purpurowe szaty zdobione gronostajami, obchodził w połowie sierpnia święto Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, jego armia paliła i plądrowała sąsiednie wioski. Płomienie u samych bram miasta „wprawiły w osłupienie” mieszkańców Paryża – pisał Jean de Venette – „i ja sam, który niniejsze piszę, widziałem te wszystkie rzeczy na własne oczy, gdyż każdy mógł je z Paryża oglądać, kto by się tylko wspiął na wieże obronne”.
W tym czasie Filip VI wydał rozkaz arrière-ban, co oznaczało, że w całym rejonie, w którym toczy się wojna, wszyscy zdolni do noszenia broni mają się stawić do obrony. Opierając się na zasadzie, że wszyscy ludzie winni oddać życie dla „obrony kraju i Korony”, pospolite ruszenie zwoływano tylko wówczas, gdy siły rycerskie mogły nie wystarczyć lub już okazały się zbyt małe do odparcia wroga. Obwieszczano je ustnie, przez „publiczne obwołanie”; oznaczało to, że na miejskie rynki lub wiejskie place przybywali konno heroldowie i ogłaszali rozkaz donośnym głosem. Do opactw i miast wysyłano osobne listy, w których domagano się złożenia zwyczajowych danin.
Niektóre miasta ponosiły swe ciężary feudalne w formie naturalnej, a więc dostarczając żołnierzy pieszych, zebranych w pośpiechu, nieprzeszkolonych i wobec tego całkowicie bezużytecznych; inne płaciły daninę pieniężną, co pozwalało na wynajęcie bardziej skutecznych wojsk zaciężnych.
fot.Loyset Liédet – Français 2643 f.328vMiniatura z Kronik Jeana Froissarta przedstawiająca bitwę pod Montiel (wojna domowa w Kastylii, w wojnie stuletniej )
Kontyngenty wojskowe niewywodzące się ze szlachty były dostarczane przez miasta i okręgi w sile odpowiadającej liczbie „dymów” oraz względnej zamożności lub biedzie ich mieszkańców. Niektóre okręgi były zobowiązane do opłacenia przez rok jednego żołnierza od każdego ze stu dymów. W biedniejszych okręgach na jednego żołnierza płaciło 200 do 300 dymów. Powołane w ten sposób wojsko miało niewielką liczbę zdolnych do służby żołnierzy. Na przykład w roku 1337 Rouen dostarczyło 200 ludzi, Narbonne – 150 kuszników, a Nîmes – 95 zbrojnych. W świetle tych liczb pełne pychy relacje kronikarzy, wymieniające dziesiątki tysięcy żołnierzy, muszą się skurczyć do dużo skromniejszej rzeczywistości. Każdy pobór rekrutów z miast, okręgów, lenn lub rejonów o szczególnym statusie, musiał być negocjowany oddzielnie, na zupełnie innych warunkach, na inną porę oraz na podstawie różnych praw i przywilejów, co w toku uzgadniania rodziło niekończące się spory. W dużych księstwach, hrabstwach i baronatach, takich jak Coucy, wielcy panowie opłacali swe wojska za pośrednictwem podskarbiego, lecz jeżeli wojna się przeciągała, otrzymywali od króla rekompensatę.
Rycerze i giermkowie ze szlacheckiego stanu otrzymywali ustalony żołd, podobnie jak inni żołnierze. Dla dowódcy chorągwi (czyli szlachcica prowadzącego innych rycerzy pod własnym sztandarem), kawalera-rycerza *(Chodzi tu o dowódcę, wystawcę chorągwi). oraz konnego szlachcica standardowa stawka około roku 1340 wynosiła odpowiednio: 20, 10 i 6 do 7 sous dziennie. Wobec rodzących się w związku z zaciągiem żołnierzy wątpliwości, czy ich liczba odpowiada jakości, jakiej by sobie monarcha życzył, przeprowadzano okresowo – zazwyczaj raz w miesiącu – montre, czyli przegląd. Wówczas urzędnicy królewscy bystro baczyli, by valet** ( Valet (fr.) – giermek w okresie nauki rzemiosła rycerskiego) nie został zaliczony do gentilhomme*** ( Gentilhomme (fr.) – szlachcic) , by na czas przeglądu nie podmieniano szkap na dobre konie, które zaraz potem wycofywano, oraz by żołd wypłacony był uczciwie i w monetach, a nie w naturze.
W armii o luźnej strukturze brakowało hierarchii dowódczej. Poza królem, który dowodził wojskami osobiście, w armii zawsze przewidziane były funkcje: konetabla, będącego kimś w rodzaju administracyjnego dowódcy sił zbrojnych, oraz dwóch marszałków, których zakres kompetencji nie był ściśle sprecyzowany. Jak się wydaje, decyzje wojskowe podejmowano kolektywnie w grupie doradczej składającej się z przywódców.
Ze względu na konieczność nakładania przez rycerzy zbroi oraz dopasowywania na niej wszystkich łączących rzemyczków i sprzączek, bitwa sprowadzała się do mniej lub bardziej z góry ustalonych starć, których przebieg zależał od pozycji wyjściowych zajętych przez strony walczące. Dokonany na początku XIV wieku wynalazek pancerza skonstruowanego ze stalowych płytek zachodzących na siebie, a przez to zezwalających na pewną swobodę ruchów, wzmocnił obecnie kolczugę, która nie zabezpieczała przed przebiciem bełtem. Mimo że zbroje różniły się i zmieniały przez dziesięciolecia, ich podstawę zawsze stanowił kompletny ubiór, składający się z napierśnika z fartuchem i taszkami, naramienników i nagolenników; całość nakładano na kolczugę, czyli rodzaj koszuli z metalowej plecionki, oraz na kurtkę ze skóry albo pikowanego sukna bądź na dopasowany do ciała kaftan. Na pancerz nakładano rodzaj kurtki bez rękawów, z wyhaftowanym znakiem herbowym dla zidentyfikowania żołnierza. Plecionka metalowa zakrywała szyję, łokcie i kolana, a także inne stawy; rękawice, skonstruowane z ruchomych pasków blachy o odpowiedniej krzywiźnie, ochraniały dłonie.
fot.https://metmuseum.org/art/collection/search/21928 – Armor MET 69988.jpgElementy uprzęży z późnego stylu gotyckiej zbroi płytowej , popularnej w połowie XV i na początku XVI wieku (przedstawienie wykonane w XVIII wieku)
Nieosłaniający dotychczas twarzy hełm otrzymał obecnie dodatkową osłonę w postaci przyłbicy, przymocowanej za pomocą przestawialnych sztyftów wtykanych w blachę na wysokości czoła lub po bokach. Ważył on od trzech do pięciu kilogramów i pomimo otworów wentylacyjnych oraz szpary wzrokowej było w nim i ciemno, i duszno. Zwiększoną wagę wszystkich wzmocnionych osłon ciała nieco kompensowała mniejsza tarcza, pozwalająca na większą swobodę działań w starciu. „Straszliwy robak wewnątrz żelaznego kokonu” – jak określono rycerza w anonimowym średniowiecznym poemacie – jechał w siodle, którego łęki sterczały wysoko ponad końskim grzbietem; stopy opierał na bardzo nisko podwieszonych strzemionach, tak iż w rzeczywistości zachowywał postawę stojącą i, stosując pełny rozmach, mógł obustronnie zadawać miażdżące ciosy przy użyciu wszelkiej broni ze swego rynsztunku. Rozpoczynał starcie, używając kopii, którą starał się zrzucić swego przeciwnika z konia. Z jednego boku zwisał mu u pasa oburęczny miecz, z drugiego zaś – niemal półmetrowy sztylet. Resztę uzbrojenia rycerza stanowiły przytroczone do siodła lub niesione przez giermka: długi miecz do zadawania pchnięć, którym posługiwano się podobnie jak kopią, topór bojowy z ostrym szpicem wystającym poza zakrzywione ostrze oraz maczuga z ostrymi kolcami albo z podłużnymi ostrzami na głowicy. Maczugi szczególnie faworyzowali bitni biskupi i opaci, nie była to bowiem broń zakazana duchownym, którym zgodnie z panującymi wówczas zasadami nie wolno było „wymierzać ciosu ostrzem miecza”. Rumak bojowy niosący cały ten ciężar był również opancerzony blachami osłaniającymi łeb, piersi i zad, a także przystrojony zwisającym ozdobnym rzędem z sukna, który wplątywał mu się w nogi. Gdy koń upadł, rycerz przytłoczony do ziemi ciężarem swej zbroi i zaplątany we własną broń, tarczę i ostrogi zapewne prędzej bywał pojmany, niż zdołał powstać.
Zgodnie z taktyką stosowaną powszechnie na kontynencie europejskim bitwę zaczynała zwykła kawaleryjska szarża rycerzy; następnie już pieszo ruszano do walki wręcz, ale czasem poprzedzano ją lub uzupełniano akcją łuczników i piechoty; oboma tymi działaniami rycerstwo zresztą pogardzało. Niemniej w czasie wojen szkockich Anglicy spostrzegli, że piesi żołnierze uzbrojeni w długie łuki, a do tego specjalnie wyćwiczeni w utrzymywaniu zwartej linii, celujący strzałami w konie, mogą odeprzeć natarcie jazdy rycerskiej. To praktyczne odkrycie przezwyciężyło pogardę klasową.
Ze względu na stałe i bliskie stosunki pomiędzy Francją a Anglią Francuzi musieli przyjrzeć się owym łukom w czasie walki, lecz najwyraźniej nie wyciągnęli z tych doświadczeń żadnych wniosków praktycznych. Francuskie rycerstwo stanowczo nie przyznawało poważniejszej roli w wojnie ludziom wywodzącym się ze stanu nieszlacheckiego, mimo że niegdyś Normanowie podbili Anglię tylko dzięki temu, że pewien łucznik trafił Harolda strzałą w oko.
Wśród swych wojsk Francuzi także mieli kuszników i łuczników, zazwyczaj kompanie najemników z Genui, które wyspecjalizowały się w strzelaniu z kuszy; lecz gdy zawrzała krew szlachecka, rycerze nie mogli dopuścić, by kusznikom dano pole do działania i by przypadkiem ci właśnie nie przechylili szali zwycięstwa w boju, a tym samym odebrali rycerzom chwałę. Honor rycerski wymagał osobistego udziału w walce, a także narażania własnego ciała; pociski, które umożliwiały walkę na odległość, były traktowane z pogardą. Stosownie do słów pieśni z XII wieku pierwszy łucznik był „tchórzem, który bał się przybliżyć do nieprzyjaciela”. A jednak Francuzi, gdy doszło do walki z pospólstwem pod Cassel w roku 1328, nakazali wykonać swym kusznikom zadania taktyczne, które właśnie zadecydowały o zwycięstwie.
Kusza sporządzona z drewna, stali i jelit, napinana bądź stopą łucznika opartą o strzemię lub hak, bądź też za pomocą obrotowego uchwytu przymocowanego do pasa lub skomplikowanego urządzenia składającego się z korby i rolek, raziła rodzajem strzał zwanych bełtami o dużej sile przebicia; broń tę napinało się jednak powoli, była ponadto nieporęczna i ciężka do noszenia. Przystępując do akcji, kusznik niósł zazwyczaj około pięćdziesięciu bełtów; natomiast w czasie pochodu jego sprzęt transportowano na wozach. Ponieważ tylna część mechanizmu kuszy miała sporą długość, broń ta bardziej była przydatna do działań z pozycji statycznej, jak na przykład oczyszczanie szańców podczas oblężenia, niż w otwartej walce w polu. Natarcie rycerzy zdecydowanych na poniesienie strat załamywało zazwyczaj linię utworzoną przez kuszników. Chociaż dzięki swej mechanicznej sile kusza już wkrótce po wynalezieniu stała się tak przerażająca, że w roku 1139 Kościół pod groźbą klątwy zabronił jej używania, to jednak przez następne dwieście lat pozostawała w użyciu, nie zagrażając zbytnio rycerskiej zbrojnej przewadze.
fot.Autor nieznany – Grandes Chroniques de France , British Library, Cotton MS Nero E. II pt.2, f.152vAnglicy walczący z francuskimi rycerzami w bitwie pod Crécy w 1346 roku
Szlachcice osłonięci pancerzem, a także rycerską pychą, mieli się za takich, których zranić nie sposób, a wobec tego i niezwyciężonych, toteż coraz bardziej lekceważyli pieszego żołnierza. Rycerstwo uważało, że na ludziach z pospólstwa, jako nieposiadających cech tylko jemu przynależnych, w czasie wojny w żadnym razie nie można polegać. Ludzie z gminu uchodzili za niezbędnych jako chłopcy stajenni, taborowi, furażowi i budowniczowie dróg, czyli odpowiednicy dzisiejszych wojsk saperskich, lecz będąc żołnierzami w skórzanych kaftanach, uzbrojeni jedynie we włócznie i halabardy, traktowani byli jako zawada w rycerskim boju: w zaciętych walkach „stopią się jak śnieg w promieniach słońca”.
Twierdzenie takie nie wynikało jedynie ze snobizmu, ale z doświadczeń, jakie uzyskano z tymi formacjami, których nikt nie przygotowywał do walki. Średniowiecze nie miało ekwiwalentu rzymskich legionów. Miasta utrzymywały przeszkolone w jakiejś mierze oddziały policji miejskiej, natomiast dla obrony kraju wolały wypełniać kontyngenty, do których były zobowiązane, byle jaką hołotą, niezdolną do niczego. Opactwa wynajdowały lepsze zajęcia dla swoich chłopów niż ćwiczenie wojskowego drylu. W każdej epoce różnica pomiędzy motłochem a armią sprowadza się tylko do treningu, a temu w odniesieniu do pieszych żołnierzy, powoływanych na zasadzie arrière-ban, nie poświęcano uwagi. Pogardzano nimi, gdyż byli nieskuteczni, a byli nieskuteczni, gdyż nimi pogardzano.
KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.