Dać palec to całą rękę wziąć spróbują – tak w skrócie można by streścić początki kontaktów Portugalczyków z Chińczykami. Kiedy przybyli do Kantonu popełnili tyle dyplomatycznych faut pas ile się tylko dało. Potem zaś jak u Hitchcocka napięcie stopniowo wzrastało.
Do chińskich wysp bez zezwolenia nie będziesz przybijał
Początki kontaktów Portugalczyków i Chińczyków paradoksalnie miały miejsce za pośrednictwem włoskich kupców w służbie króla Portugalii. Roztaczali oni przed władcą wizje niezwykłego państwa bogatego w różne towary, gdzie jednak przede wszystkim własne towary można było sprzedać z 20-, a nawet 30-krotnym zyskiem. Takie opowieści snuł m.in. krewny Krzysztofa Kolumba, Rafael Perestrello. Nic więc dziwnego, że portugalski król podjął w końcu decyzję: postanowił „odkryć Chiny”.
W tym celu w czerwcu 1517 roku do tego właśnie państwa wyruszyła oficjalna misja pod wodzą Fernão Peresa de Andrade. Jego 7 statków z chińskimi pilotami na pokładach wypłynęło z Malakki. 15 sierpnia były już na wyspie Tunmen, którą Portugalczycy zdążyli nazwać Wyspą Handlową, ponieważ Europejczycy sprzedawali na niej swoje towary. Oczywiście z zyskiem. Nie takiego jednak powitania Portugalczycy się spodziewali. Zostali bowiem ostrzelani przez chińskie jednostki. A to dlatego, że Portugalczycy raczyli popełnić pierwsze z, jak się miało okazać, wielu faux pas: spróbowali przybić do wyspy. Zgodnie zaś z miejscowym prawem mogły to robić jedynie misje formalnie uznane. Reszta według Chińczyków to po prostu piraci.
W kontaktach dyplomatycznych cierpliwość jest cnotą
Tymczasem niezrażony dowódca portugalskiej misji na nieuszkodzonym statku przybił jednak do wyspy, by skierować do władz Chin wiadomość treści przywołanej przez Rogera Crowleya, w której napisano, że „głównym powodem jego przybycia było przywiezienie ambasadora wysłanego przez króla Portugalii, w którego służbie był on kapitanem, do króla Chin z listami pokoju i przyjaźni, i że prosi o pilotów, którzy zawiodą tę flotę do miasta Kantonu”.
Andrade nie znał jednak tajników chińskiego protokołu dyplomatycznego i nie wiedział, że Chińczycy mają w zwyczaju kazać interesariuszom czekać. Tak więc czekał. I czekał. I czekał. Aż pod koniec września stracił cierpliwość i postanowił ruszyć w górę Rzeki Perłowej. Postawionemu przed faktem dokonanym Portugalczykowi przysłano w końcu miejscowych pilotów, ale i tak z powodu ciężkich warunków atmosferycznych na pokonanie 60 kilometrów portugalskie statki potrzebowały 3 dni.
Na wiwat z armat nie będziesz strzelał
W końcu Portugalczycy przybyli na miejsce. I nadszedł czas na kolejne faux pas: wciągnięcie flag na maszty i salwę z dział na wiwat. A w Chinach wolno było je oddawać tylko w czasie wojny. Później spróbowali przeprosić, stwierdzając, że „chcieli w ten sposób wyrazić swój szacunek, myśląc, że jest to chiński zwyczaj, gdyż takim salutem powitali ich w Malakce chińscy kupcy. Ugłaskani urzędnicy wysłali wiadomość do gubernatora”.

Duża XVI-wieczna karaka na obrazie Pietera Bruegela St. (ok. 1558)
Przepych, jaki wiązał się z przybyciem gubernatora, musiał wreszcie otworzyć Portugalczykom oczy i uzmysłowić, z jak silnym i bogatym państwem mają do czynienia. Gubernator otrzymał przesłanie, zgodnie z którym Portugalia chce „poznać Króla Chin i ustanowić przyjazne relacje z tak wielkim Władcą”. I również w tym było niewielkie faux pas, ponieważ Folangji, jak zwano w Chinach Europejczyków, bez zezwoleń, zgodnie z „Zebranymi statutami”, nie mieli prawa wstępu do Państwa Środka. A i ton zakładający równość pomiędzy dwoma władcami pozostawiał sporo do życzenia.
Przegoniła ich cholera, ale dobre wrażenie zostawili
W końcu jednak Portugalczykom zezwolono na zejście na ląd, cesarza powiadomiono, a przybysze otrzymali nawet skrawek ziemi na prowadzenie działalności handlowej. Tym razem jednak dosięgło ich nieszczęście natury obiektywnej: jesienią wśród członków załogi rozpanoszyła się cholera. Niektórzy zmarli. Andrade postanowił zatem pozostawić jedynie niewielką załogę, która miała oczekiwać na odpowiedź od cesarza, a reszta floty miała odpłynąć. Na odchodnym zrobił jednak coś, czym zmazał część swoich poprzednich przewinień i pozostawił po sobie dobre wrażenie. Otóż, jak opisuje to Roger Crowley w książce „Walka o przyprawy”:
„Zanim wyruszył w drogę powrotną do ojczyzny, wysłał obwoływacza miejskiego, by ogłosił, «że jeśli ktoś został zraniony przez Portugalczyków albo coś mu się od nich należy, niechaj przyjdzie do niego po zadośćuczynienie, co tubylcy bardzo chwalili, jako że nigdy się z czymś takim nie spotkali». Być może był w tym element samochwalstwa, ale taktowny Andrade zostawił stosunki z Chinami w obiecującym stanie”.
Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu
Wydawać by się zatem mogło, że po pierwszych nietaktach relacje portugalsko-chińskie są na dobrej drodze. Wystarczyło jedynie niczego nie zepsuć. Ale łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Albo też Andrade Andrademu nierówny. A to dlatego, że kolejną misją do Chin pokierował Simão de Andrade – brat Fernão Peresa, o zgoła innym od niego usposobieniu, bliższym porywczemu konkwistadorowi. Wyniosły, arogancki i zdecydowanie mniej cierpliwy. Co, jak wiemy, w kontaktach z ówczesną chińską biurokracją mogło być tylko błędem. Tymczasem załoga portugalska wciąż czekała w Kantonie na wieści od cesarza. I czekała tak przez cały rok 1519. Simão de Andrade czekać nie zamierzał i zaczął się mościć na chińskiej ziemi. A popełnił przy tym tyle gaf, że o tych poczynionych przez jego brata można było zapomnieć. Dokładnie opisuje je Roger Crowley w książce „Walka o przyprawy”. Otóż ten Andrade:
„Obawiając się napaści piratów, zabrał się do budowy na wyspie Tunmen fortu, który miał się stać bezpieczną bazą dla portugalskich handlarzy. To przywłaszczenie kawałka ich terytorium było dla Chińczyków nie do przyjęcia. Andrade jeszcze bardziej ich uraził, stawiając szubienicę, na której powiesił jednego ze swoich marynarzy, gdyż na swojej ziemi wyrok śmierci mogli wydać tylko oni. Gdy zawitał do Andradego poborca podatkowy, by pobrać cło, ten natarł na niego i strącił mu z głowy kapelusz. Jakby tego było mało, uniemożliwił azjatyckim kupcom wyładowanie ich towarów, zanim Portugalczycy sprzedali swoje”.
Ci krwiożerczy Portugalczycy…
W końcu jednak niewielka grupka pozostawiona przez lepszego z braci uzyskała zgodę na audiencję. Był początek 1520 roku. W niezwykle daleką, jak się miało okazać, podróż wyruszyli 23 stycznia. Najpierw w górę rzeki. Potem przez górskie przełęcze. W końcu dotarli do Nankinu, ale tam okazało się, że skargi na wiadomo którego Andrade dotarły tam pierwsze. Zresztą po wyczynach „gorszego” Andrade wśród Chińczyków zaczęły się mnożyć plotki, jakoby Portugalczycy piekli psy, a nawet porywali dzieci po to, żeby potem je zjeść.
fot.Ian Kiu / CC BY 3.0Państwo chińskie pod panowaniem dynastii Ming w 1415 roku
Cesarz z pewnością nie był zadowolony. A portugalską delegację poinformowano, że aby spotkać się z władcą, musi ruszyć do samego Pekinu. Kolejnych 1800 kilometrów konno, pieszo oraz łodziami. Na jej czele stał Tomé Pires – portugalski aptekarz, podróżnik i dyplomata, autor „Suma Oriental”, obszernego opisu Azji i tamtejszego handlu. Na miejsce dotarli dopiero we wrześniu, zaś sam cesarz Zhengde pojawił się w Pekinie dopiero w lutym 1521 roku. Ale pojawił się kolejny problem: tym razem z listami akredytacyjnymi. Portugalczycy dysponowali dwoma: od Fernão Peresa de Andrade oraz od króla Manuela. Ich brzmienie okazało się jednak niezgodne: ten drugi powielał znany już z punktu widzenia Chińczyków błąd, ponieważ zakładał równość obu władców. Chińscy urzędnicy uznali całą sprawę za podejrzaną, Portugalczykom odmówiono ostatecznie rozmowy z cesarzem i umieszczono ich pod strażą.
Jak nie idzie, to do samego końca
Sam Zhengde mógł jeszcze i na to przymknąć oko, ale w tym momencie jego urzędnicy wytoczyli najcięższe działa: przejęcie przez Portugalczyków kontroli nad podległym wcześniej Chinom portem Malakka, który powinien zostać oddany. Twierdzili też, że Portugalczycy to okrutnicy, którzy niczym szpiedzy dostali się na terytorium Chin, a do tego dysponują groźną bronią. Wszelkich wrogich przybyszy należałoby zaś jak najszybciej usunąć, by w państwie ponownie mógł zapanować spokój. Na domiar złego do Pekinu dotarł też obalony sułtan Malakki, który nie dość, że potwierdził wersję urzędników, to wręcz stwierdził, że wysłannik Portugalii jest oszustem.
fot.Autor nieznany / domena publicznamiasto Malakka na mapie terytorium Malakka z 1854 roku
Ostatecznie zaś delegacja tego państwa i tak nie miała już czego szukać w Pekinie, ponieważ w międzyczasie dość przychylny kontaktom z cudzoziemcami Zhengde zmarł. Zgodnie z ceremoniałem w Chinach nastać miał teraz czas żałoby, czego nieodzownym elementem było wyproszenie cudzoziemców. A zatem cała delegacja miała wrócić do punktu wyjścia: do Kantonu, dokąd dotarła 22 września, spędziwszy łącznie 4 lata na bezowocnych staraniach o rozmowę z cesarzem.
Powrót do Kantonu nie oznaczał końca kłopotów portugalskiej delegacji. W sierpniu 1522 roku Pires i jego towarzysze zostali uwięzieni, a kontakty handlowe z Portugalczykami zerwano.
Chińczycy uzależnili ich uwolnienie od opuszczenia przez Portugalczyków Malakki. Żądanie to jednak nigdy nie dotarło do adresatów. Misja, która miała doprowadzić do nawiązania oficjalnych stosunków z Chinami, zakończyła się więc tragicznie. Sam Pires nigdy nie powrócił do Portugalii, a okoliczności i data jego śmierci pozostają niepewne. Pisano, że Tomé Pires zmarł na chorobę w 1524 roku w Chinach, chociaż niektórzy twierdzą, że do 1540 roku mieszkał w Jiangsu , ale bez pozwolenia na opuszczenie Chin. Pozostali członkowie delegacji zmarli w niewoli w wyniku tortur, głodu i zimna.
I tak oto Portugalia Chiny odkryła. Co, ze względu na przebytych łącznie aż 4000 kilometrów, przynajmniej w znaczeniu geograficznym było zgodne z prawdą.

KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.