Kiedy amerykańskie prawo zaczęło zakazywać jawnej segregacji rasowej, problem wcale nie zniknął. Miasta znalazły znacznie subtelniejszy sposób na oddzielanie bogatych od biednych i białych od czarnych. Zamiast decydować, kto może zamieszkać w danej dzielnicy, zaczęto określać, jakie domy wolno w niej budować. W ten sposób dawne granice rasowe mogły przetrwać zapisane w pozornie neutralnych przepisach urbanistycznych
Przez dziesięciolecia socjologowie i politycy próbowali wymyślić sposoby, by wydobywać rodziny o niskich dochodach z ubogich, niebezpiecznych dzielnic i przenosić je tam, gdzie widać obietnicę lepszego życia. Zaczęliśmy od dzieci – wożąc je autobusami do szkół w innych częściach miast, aby zintegrować placówki publiczne (busing). Jednak przymusowe dowożenie uczniów okazało się jedną z najbardziej znienawidzonych polityk wewnętrznych drugiej połowy XX wieku, szczególnie wśród białej klasy pracującej, która najbardziej odczuła skutki tej zmiany.
Kiedy busing zawiódł, spróbowano „przeprowadzek do nowych możliwości” (Moving to Opportunity) – poprzez bony mieszkaniowe, które można było wykorzystać w dowolnej części miasta, także w zamożnych dzielnicach. Pomogło to rodzinom utrzymać dach nad głową, ale niewiele zmieniło w strukturze segregacji: większość używała bonów, by wynająć lepsze mieszkania zaledwie kilka ulic dalej.
fot.Warren K. Leffler, magazyn US News & World Report – https://www.loc.gov/item/2011648709/ domena publicznaZintegrowany transport autobusowy w Charlotte w Karolinie Północnej , luty 1973 r.
Wtedy pojawiła się myśl, że jeśli nie można przenieść biednych tam, gdzie mieliby nowe możliwości, może da się sprowadzić te nowe możliwości do biednych. Z tego pomysłu narodziły się programy takie jak „strefy szans” (Opportunity Zones), oferujące ulgi podatkowe dla deweloperów i inwestorów w zaniedbanych dzielnicach (zazwyczaj bardzo szeroko definiowanych). Każdy z tych programów osiągnął coś wartościowego, ale żaden nie doprowadził do rzeczywistej integracji rasowej czy klasowej – ani w dzielnicach, ani w sieciach społecznych. Dlaczego? Bo większość z nas, mieszkających w bezpiecznych, zamożnych społecznościach, nie chce biednych sąsiadów – zwłaszcza jeśli my jesteśmy biali, a oni czarni.
O miejscowości można się wiele dowiedzieć, patrząc na jej mury. Pierwsze obwarowania były prymitywne: zaostrzone pnie drzew, błoto, kamienie. Potem nauczyliśmy się kopać rowy i stawiać mury obronne. Ktoś na amerykańskim Zachodzie wymyślił drut kolczasty. Dziś nasze mury budujemy z czegoś trwalszego i bardziej przygnębiającego: z pieniędzy i prawa. Prawo zagospodarowania przestrzennego (zoning laws) określa, jakie rodzaje zabudowy mogą powstać w danej okolicy. A ponieważ różne typy zabudowy zamieszkują różni ludzie, te przepisy w praktyce określają również, kto może tam żyć, a kto nie. Mury, jak to mury, decydują o ogromnej liczbie spraw – i jak wszystkie mury, są przeraźliwie nudne. Być może nie ma w języku angielskim bardziej bezdusznego wyrażenia niż municipal zoning ordinance – miejskie rozporządzenie planistyczne. A jednak to właśnie ono najlepiej pozwala zrozumieć duszę danej społeczności.
fot.Segregacja rasowa – czarnoskóry mężczyzna pije wodę „tylko dla kolorowych”, USA, Oklahoma City 1939 rok / domena publicznaSegregacja rasowa – czarnoskóry mężczyzna pije wodę „tylko dla kolorowych”[a], USA, Oklahoma City 1939 rok
Gdy miliony czarnych rodzin uciekały z Południa przed terrorem rasowym, miasta, do których się przenosiły, zaczęły wznosić mury między białymi a czarnymi dzielnicami – tym razem za pomocą przepisów planistycznych. Gdy Sąd Najwyższy USA zakazał jawnej segregacji rasowej w planowaniu przestrzennym, Atlanta zmieniła nazwy swoich dwóch stref mieszkaniowych: „R-1 biała dzielnica” stała się „R-1 dzielnicą domów jednorodzinnych”, a „R-2 kolorowa dzielnica” – „R-2 dzielnicą bloków mieszkalnych”. Kiedy Kongres zakazał dyskryminacji mieszkaniowej w 1968 roku, te wykluczające przepisy rozprzestrzeniły się w całym kraju. Przeszliśmy od zabraniania wstępu do naszych społeczności określonym grupom ludzi do zakazu budowania typów budynków, w których ci ludzie mieszkali – czyli bloków i domów wielorodzinnych – osiągając ten sam cel innymi środkami.
fot.Gene Herrick for the Associated Press; restored by Adam Cuerden – https://collections.si.edu/search/detail/edanmdm:npg_NPG.2013.76?q=record_ID%3Dnpg_NPG.2013.76 / domena publicznaPobranie odcisków palców u Afroamerykanki Rosy Parks oskarżonej o współorganizację bojkotu autobusów w Montgomery (1956)
Dziś wiele amerykańskich miast nadal jest w dużej mierze „R-1 dzielnicami domów jednorodzinnych”. Jak napisał „The New York Times” w 2019 roku: „Na 75 procentach terenów mieszkaniowych w wielu amerykańskich miastach nie wolno budować niczego poza wolnostojącymi domami jednorodzinnymi”. Według badania z 2021 roku, obejmującego sto dużych miast, mieszkańcy bloków mogli mieszkać średnio tylko na 12 procentach terenów mieszkaniowych. To typowo amerykańskie podejście do planowania miast. Na przykład Grecja i Bułgaria nie rozróżniają w przepisach zabudowy jedno- i wielorodzinnej, a Niemcy oficjalnie uznają korzyści z łączenia różnych typów budynków w jednej dzielnicy.
Liberalne miasta wzniosły najwyższe mury, przyjmując cały gąszcz wykluczających przepisów o zagospodarowaniu przestrzennym. Nie dlatego, że liberałowie mają większy pociąg do segregacji, ale dlatego, że to właśnie w tych miastach odnotowano największy napływ ludności czarnoskórej w efekcie wielkiej migracji. Zwłaszcza na Północy miasta stawały się bardziej liberalne, gdy przybywało w nich czarnych wyborców – i dlatego liberalizacja miast oraz segregacja ich mieszkańców szły ze sobą w parze. Fakt, że wzorzec ten utrzymuje się do dziś i charakteryzuje nie tylko dawne, lecz także współczesne miasta amerykańskie, stawia pod znakiem zapytania nasze przywiązanie do sprawiedliwości i równości.
Większość Amerykanów chce, by budowano więcej mieszkań socjalnych dla rodzin o niskich dochodach, ale nie w ich dzielnicy. Demokraci chętniej niż republikanie opowiadają się za budownictwem komunalnym w teorii, lecz jako właściciele domów wcale nie są bardziej skłonni do zaakceptowania nowych inwestycji w swoim sąsiedztwie. Jedno z badań wykazało, że to konserwatywni najemcy częściej popierali budowę 120-mieszkaniowego bloku w swojej okolicy niż liberalni właściciele domów. Być może wcale nie jesteśmy aż tak spolaryzowani. Może powyżej pewnego progu dochodowego każdy z nas jest segregacjonistą.
fot.Arthur S. Siegel – Ten obraz pochodzący z zasobów Biblioteki Kongresu Stanów Zjednoczonych, oddziału Prints and Photographs division jest dostępny pod numerem fsa.8d13572 / domena publicznaDetroit, 1942. Banner z amerykańską flagą „Chcemy białych lokatorów w naszej białej społeczności”, naprzeciwko domów nowego federalnego projektu mieszkaniowego dla czarnoskórych
Zamożni biali liberałowie popierali te postępowe zasady, które nie zagrażały ich majątkowi. W okresie walki o prawa obywatelskie białe elity aprobowały desegregację parków i basenów, bo i tak z nich nie korzystały – miały prywatne kluby. To rozwścieczyło białą klasę pracującą, która mówiła o „integracji dla wszystkich poza bogatymi”. W latach siedemdziesiątych zamożni biali liberałowie sprzeciwiali się przekształcaniu swoich dzielnic w bardziej inkluzywne, ale popierali dowożenie dzieci do szkół w ramach polityki busing, ponieważ przedmieścia, na których sami mieszkali, nie były objęte tym programem. W aglomeracji bostońskiej nie wożono białych uczniów z zielonych enklaw New ton i Lexington, lecz z ciasnych kamienic Dorchester i Southie, historycznie biedniejszych, robotniczych dzielnic Bostonu, zamieszkanych głównie przez ludność pochodzenia irlandzkiego i polskiego.
Ten ograniczony liberalizm, kończący się na granicy własnej posesji, nie tylko pozbawił biedniejsze rodziny dostępu do najlepszych szkół publicznych i najbezpieczniejszych ulic, ale również zrzucił ciężar integracji na białą klasę pracującą, zwalniając z niego elity. Z tego zrodziła się trwała uraza białych przedstawicieli klasy robotniczej do elit i ich instytucji – uniwersytetów i samej nauki jako takiej, profesjonalnego dziennikarstwa i jego standardów, rządu i jego manier – uraza, która przekształciła się w nowy układ polityczny i nową, upolitycznioną wściekłość, żywą po dziś dzień.
To prawda – jak dowodzi Heather McGhee w swojej książce The Sum of Us – że zyski jednej grupy nie muszą zawsze oznaczać strat innej, a przyjęcie takiej mentalności wielokrotnie sprawiało, że biedni biali wybierali ubóstwo i chorobę zamiast równości z czarnymi Amerykanami. Ale prawdą jest również, że gromadzenie zasobów i uchwalanie prawa, które blokuje dostęp do nich mniej uprzywilejowanym, to nadzwyczaj skuteczny sposób na bogacenie się jednych, podczas gdy ci niepożądani wegetują po drugiej stronie muru.
Tekst jest fragmentem książki Matthew Desmonda „Bieda w Ameryce”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Marginesy 2026. Tłumaczenie: Piotr Królak
KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.