15 czerwca 1934 roku Bronisław Pieracki, jeden z najważniejszych ministrów II Rzeczypospolitej, został zastrzelony na warszawskiej ulicy. Zamachowiec uciekł mimo pościgu, a polskie służby rozpoczęły gorączkowe śledztwo. Szybko wyszło na jaw, że za zabójstwem stała Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów. Okoliczności zbrodni ujawniły jednak coś jeszcze – zaskakującą skalę zaniedbań polskich władz.
Śmierć ministra
„W piątek [15 czerwca 1934 roku – red.] o godzinie 15.30 dokonano zamachu rewolwerowego na ministra spraw wewnętrznych, Bronisława Pierackiego – informowała Polska Agencja Telegraficzna. – Zamach został dokonany w chwili, gdy minister wchodził do bramy domu nr 3 przy ulicy Foksal. Sprawca oddał trzy strzały, raniąc ministra w głowę. Wezwane pogotowie przewiozło nieprzytomnego ministra do Szpitala Ujazdowskiego, gdzie nie odzyskawszy przytomności, zmarł o godzinie szóstej wieczorem”.
fot.Nieznany – Genjusz niepodległości, Lwów 1935, p. 147Bronisław Pieracki. Oryginalny podpis pod zdjęciem: Bohaterski wykonawca Idei Marszałka, zginął w r. 1934 na posterunku. Ś. p. Minister Spraw Wewnętrznych gen. Bronisław Pieracki.
Była to największa kompromitacja służb Drugiej Rzeczypospolitej. W biały dzień na warszawskiej ulicy zastrzelono urzędującego ministra spraw wewnętrznych. Należy jednak zaznaczyć, że Pieracki sam sprowokował niebezpieczną sytuację. Regularnie odwiedzał bardzo popularny wśród elit sanacyjnych Klub Towarzyski na Foksal – decydowały o tym przystępne ceny, doskonała lokalizacja i niezła kuchnia. Częstymi gośćmi byli tam członkowie rządu i posłowie największego ugrupowania parlamentarnego, czyli Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem (BBWR). Tuż przed Pierackim próg klubu przekroczył premier Leon Kozłowski, a zaraz potem minister opieki społecznej Jerzy Paciorkowski. Obyczaje prominentów były dobrze znane, a na polecenie Pierackiego w ramach oszczędności zlikwidowano pobliski posterunek policji. Minister poruszał się bez ochrony i feralnego dnia towarzyszył mu tylko kierowca, który po wyjściu dostojnika z samochodu rozpoczął manewr nawracania, by wyjechać z ulicy.
fot.Anonimowy – https://www.audiovis.nac.gov.pl/obraz/71308/f1ca43ad7d6774827f27b20f86157c6a/Ciało Bronisława Pierackiego na katafalku podczas uroczystości pogrzebowych 18 czerwca 1934
Pieracki nie doszedł nawet do drzwi restauracji, gdy nagle pojawił się przy nim młody mężczyzna z paczką w ręku, który od rana krążył po okolicy. Przez chwilę bezskutecznie manipulował przy kartonie, po czym wyciągnął rewolwer i z bliskiej odległości oddał trzy strzały w tył głowy ministra. Ciężko ranny Pieracki osunął się na ziemię. Zamachowiec pobiegł w kierunku Nowego Światu, a następnie w stronę uniwersytetu. Mimo pościgu, w którym brali udział kierowca ministra, portier i dwaj przypadkowi policjanci, nie udało się go ująć. W jednej z bram porzucił paczkę i płaszcz, a potem wyszedł na ulicę i nierozpoznany spokojnie się oddalił.
Niedopatrzenia polskich służb
W chwili śmierci Bronisław Pieracki miał trzydzieści dziewięć lat i uważano, że stoi u progu wielkiej kariery. Był zaufanym człowiekiem Piłsudskiego, jak wielu jego współpracowników służbę wojskową zakończył w stopniu pułkownika. Po przewrocie majowym został wiceministrem spraw wewnętrznych, a następnie kierował resortem w kilku kolejnych gabinetach.
Nie był jednak lubiany przez piłsudczyków, uważano, że pojęcie szczerości czy koleżeństwa w jego wypadku nie istnieje. Liczyło się jednak zdanie Marszałka, który cenił go niezwykle wysoko. Nic zatem dziwnego, że zabójstwo wyjątkowo wstrząsnęło Komendantem, chociaż trudno właściwie ocenić, co bardziej go zszokowało: czy zamach na podwładnego, czy też fakt, że w biały dzień w centrum stolicy zabito ministra Rzeczypospolitej, a zamachowcowi udało się zbiec? Dlatego po naradzie z premierem Leonem Kozłowskim i zaufanym doradcą Aleksandrem Prystorem zgodził się na natychmiastowe utworzenie obozu odosobnienia dla przeciwników państwa. Po dostosowaniu przepisów prawnych władze mogły internować opozycjonistów bez orzeczenia sądu. Wystarczyła zwykła decyzja administracyjna podejmowana przez właściwego wojewodę.
Od tego momentu sprawy potoczyły się błyskawicznie. Ogłoszono żałobę narodową, a dwa dni po zamachu, w niedzielę, prezydent Mościcki podpisał dekret z mocą ustawy – Rozporządzenie w sprawie osób zagrażających bezpieczeństwu, spokojowi i porządkowi publicznemu – opublikowany następnego dnia. W ten sposób została zainicjowana działalność obozu w Berezie Kartuskiej.
Przeczytaj także: Proces brzeski, czyli co Piłsudski zrobił z opozycją
Chociaż początkowo zamach na Pierackiego przypisywano bojówkom endeckim, szybko stało się jasne, że zamordowali go członkowie OUN-u. W kieszeni płaszcza zabójcy znaleziono bowiem niebiesko-żółtą kokardkę oraz spinkę w identycznych barwach. Ustalono również, że konstruktorem ładunku wybuchowego był Jarosław Karpyneć, studiujący w Krakowie pirotechnik OUN-u od dawna inwigilowany już przez polskie służby.
fot.Nieznany – https://www.audiovis.nac.gov.pl/obraz/25460/1ec2790392dea50f84deeab72cf276a7/Ul. Foksal 3 w Warszawie – miejsce zabójstwa Pierackiego zaznaczone strzałką
Ponadto okazało się, że ministra zastrzelono z tej samej broni, której użyto kilka tygodni wcześniej we Lwowie podczas zabójstwa Jakuba Baczyńskiego uznanego przez ukraińskich nacjonalistów za konfidenta policji (służby miały o tym wiedzę). Zresztą niebawem OUN oficjalnie przyznał się do zamordowania Pierackiego – „kata narodu ukraińskiego”. Miało to być uderzenie „w system gnębicielskiego panowania Lachów nad narodem ukraińskim Ziemi Zachodniej Ukrainy”.
Do sukcesu zamachowca przyłożyły się głównie zaniedbania polskich służb. Kilka tygodni przed zabójstwem Pierackiego w ręce czechosłowackiej policji wpadło archiwum OUN-u. Dokumenty zostały przekazane do Warszawy, ale polskie władze zlekceważyły zdobycz. Inna sprawa, że odcyfrowanie dokumentów nie było łatwe, gdyż archiwum zawierało tysiące listów, relacji i protokołów pisanych cyrylicą i zgromadzonych bez żadnej przewodniej myśli. Dodatkowo zostały częściowo zaszyfrowane. Nikt też nie spieszył się z ich analizą, gdyż nie zdawano sobie sprawy z aktualności dokumentów. A już po zamachu okazało się, że zawierają między innymi plany zabójstwa ministra…
Polacy zignorowali również ostrzeżenia z Berlina, chociaż Niemcy dobrze orientowali się w działaniach ukraińskich nacjonalistów. Trzy tygodnie przed zabójstwem Pierackiego informowano Warszawę przed możliwymi zamachami, ale raport został odłożony i trafił do Oddziału II Sztabu Generalnego (kontrwywiad) dopiero sześć dni po śmierci ministra.
fot.Anonimowy – https://www.audiovis.nac.gov.pl/obraz/71834/f1ca43ad7d6774827f27b20f86157c6a/Uroczystości pogrzebowe Pierackiego w Nowym Sączu
Sam Pieracki również popełnił sporo błędów, a rezygnacja z ochrony nie była najważniejszym z nich. Odroczono bowiem likwidację ośrodków OUN-u we Lwowie i w Krakowie, gdyż na początku czerwca minister planował podróż inspekcyjną do Małopolski Wschodniej i nie chciał zaostrzać stosunków z Rusinami. Zignorował też ostrzeżenia z Krakowa, gdzie pojawili się liderzy OUN-u – Stepan Bandera i Mykoła Łebed. Odwiedzili Karpyncia, po czym Łebed nagle zniknął. Pieracki wrócił z Małopolski 9 czerwca, a cztery dni później zapadła decyzja o aresztowaniu członków OUN-u. Dzień przed zamachem zatrzymano w Krakowie Karpyncia, a we Lwowie Banderę. Na skuteczne działania było już jednak zbyt późno.
Śledztwo
Zamachowcem okazał się 31-letni Hryhorij Maciejko (pseudonim Gonta), który zamierzał uśmiercić ministra za pomocą ładunku o dużej sile rażenia wyprodukowanego przez Karpyncia.
W samobójczym ataku Maciejko powinien zgnieść szklaną rurkę, co wywołałoby połączenie kwasu azotowego, cukru oraz piorunianu rtęci, a w konsekwencji wybuch. Okazało się to jednak niewykonalne, stąd zauważone przez świadków nerwowe próby ugniatania czegoś w kartonie. Jednak Maciejko miał jeszcze rewolwer i właśnie z tej broni zastrzelił ministra.
Absurdalne jest twierdzenie, że zamachowiec przez cały dzień czekał z paczką na Pierackiego i nikt się nim nie zainteresował. Krążył przecież w pobliżu Klubu Towarzyskiego, gdzie regularnie bywali prominenci. Do tego nie tylko zbiegł z miejsca zbrodni, lecz także bez większych problemów opuścił kraj. Mimo listów gończych dotarł do Lwowa, skąd przedostał się do Czechosłowacji. Ostatecznie osiadł w Argentynie, gdzie zmarł w sierpniu 1966 roku.
Podczas śledztwa Jarosław Karpyneć przyznał się do skonstruowania bomby. W jego krakowskim mieszkaniu znaleziono arkusz blachy, z którego została wycięta obudowa ładunku. Aresztowano także sąsiada pirotechnika, Mykołę Kłymyszyna, który miał przy sobie dokumenty OUN-u.
fot.official mug shot made by Polish Police after arrest 1934 – Archiwum Akt NowychMykoła Łebed po aresztowaniu przez Policję Państwową za działalność antypaństwową w związku z zabójstwem Bronisława Pierackiego. 24 czerwca 1934.
Z kolei Łebed próbował ucieczki przez Wolne Miasto Gdańsk. Zdołał dotrzeć do Świnoujścia i tam został aresztowany przez Niemców. Zażądano ekstradycji, a chociaż było to niezgodne z prawem, decyzję o wydaniu Ukraińca osobiście podjął Adolf Hitler. Führer dbał wówczas o stosunki z Rzecząpospolitą i nie miał zwyczaju przejmować się takimi drobiazgami jak obowiązujące przepisy…
W stolicy okazało się, że Łebed w towarzystwie młodej kobiety (Daria Hnatkiwska) przez miesiąc obserwował zwyczaje Pierackiego. Podczas przesłuchań ostatecznie potwierdzono też tożsamość zamachowca. Maciejko pod fałszywym nazwiskiem przez kilka dni przebywał w noclegowni przy ulicy Wolskiej. W dniu zabójstwa wyszedł rano i już nie wrócił.
Aresztowano wielu prominentnych działaczy OUN-u, ale najważniejszymi zdobyczami byli Łebed i Bandera. Szczególnie ten drugi – szef krajowej egzekutywy OUN-u – gdyż oskarżano go o wiele zbrodni. Do tego był idolem młodych ukraińskich nacjonalistów.
Proces terrorystów
Postępowanie sądowe ruszyło już po śmierci Piłsudskiego, w listopadzie 1935 roku. Zeznawało stu sześćdziesięciu świadków, wypowiadało się wielu biegłych, akta liczyły ponad dziesięć tysięcy stron. Przed sądem stanęło dwunastu oskarżonych i groził im najwyższy wymiar kary, ale wiadomo było, że nie dojdzie do egzekucji. Rząd polski zawarł porozumienie z umiarkowanymi przedstawicielami mniejszości ukraińskiej (Wasyl Mudry został nawet wicemarszałkiem Sejmu) i kreowanie nowych męczenników było zbyteczne. Z tego powodu sala sądowa stała się trybuną propagandy nacjonalistycznej, gdyż członkowie OUN-u otwarcie głosili własne poglądy. Natomiast niektórzy z nich odmawiali składania zeznań, żądając prowadzenia rozprawy w języku ukraińskim.
W styczniu 1936 roku zapadły trzy wyroki śmierci (Bandera, Łebed i Karpyneć) zamienione na dożywocie. Pozostałych oskarżonych skazano na kary więzienia (dwóch także na dożywocie). W czerwcu 1936 roku Banderę sądzono jeszcze raz we Lwowie za wcześniejsze zbrodnie (został skazany na siedmiokrotną karę śmierci zamienioną na dożywocie), natomiast w innym procesie oskarżano Łebeda. Po wybuchu wojny wszyscy znaleźli się na wolności, a kierowana przez nich organizacja odpowiada za rzeź polskiej ludności na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.
Po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej Łebed i Bandera proklamowali niepodległość Ukrainy, ale hitlerowcy szybko rozwiali nadzieje Ukraińców. Bandera trafił do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen, a Łebed przeszedł do konspiracji. OUN przekształcono w Ukraińską Powstańczą Armię (UPA), która straszliwie zapisała się w dziejach narodu polskiego.
Wprawdzie Bandera do września 1944 roku przebywał w hitlerowskim obozie, ale od jego nazwiska nazywano ukraińskich zbrodniarzy, sprawców potwornych mordów na Wołyniu. Po wojnie pozostał na emigracji, współpracując z wywiadem brytyjskim, a następnie ze służbami zachodnioniemieckimi. W październiku 1959 roku NKWD zastrzeliło go w Monachium za pomocą specjalnego pistoletu rozpylającego cyjanek potasu.
fot.Nieznany – World Socialist Web SiteStepan Bandera, lata 30. XX wieku
W niespotykany sposób potoczyły się natomiast losy Mykoły Łebeda. Jeszcze podczas pobytu w więzieniu ożenił się z Darią Hnatkiwską skazaną w warszawskim procesie na szesnaście lat więzienia. Podczas wojny uniknął aresztowania; mniej szczęścia miały jego żona i córka osadzone w obozie koncentracyjnym w Ravensbrück. Następnie przedostał się na Zachód, a trzy lata później nawiązał współpracę z kontrwywiadem Stanów Zjednoczonych. Można wywnioskować, że okazał się cennym nabytkiem, gdyż przeniesiono go do USA i otrzymał prawo stałego pobytu. Wreszcie po interwencji zastępcy dyrektora CIA Allena Dullesa przyznano mu obywatelstwo amerykańskie.
Były terrorysta kierował Instytutem Badawczo-Wydawniczym „Prolog” specjalizującym się w analizie sytuacji na Ukrainie i propagandzie antysowieckiej. Na emeryturę przeszedł w 1975 roku, ale CIA wciąż uważała go za cennego współpracownika i chroniła przed dochodzeniem w sprawie przeszłości. Z tego powodu nigdy nie udowodniono mu zbrodni wojennych ani kolaboracji z hitlerowcami. Zmarł w Pittsburghu w 1998 roku w wieku prawie dziewięćdziesięciu lat. Mniej szczęścia miał Jarosław Karpyneć – zginął w kwietniu 1944 roku z rąk Sowietów w okolicach Stanisławowa.
Do obozu w Berezie Kartuskiej trafiali głównie komuniści i członkowie OUN-u. Zdecydowanie lepiej wiodło się Ukraińcom, którzy szczególnie chwalili sobie obozową bibliotekę. Znajdowały się tam bowiem dzieła Piłsudskiego, które uznali za doskonałe podręczniki do prowadzenia konspiracyjnej działalności. Podobno przypominało to sytuację, jakby zawodowym złodziejom udostępniono w więzieniu fachową literaturę…
KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.