Ciekawostki Historyczne
Zimna wojna

„Myśmy przelewali krew” – dramat powojennej demobilizacji

Powrót żołnierzy do cywilnego życia po 1945 roku okazał się jednym z największych społecznych problemów powojennej Polski. Zdemobilizowani weterani, rozdarci między nadzieją na nowe życie a frustracją i poczuciem zdrady, często trafiali do rzeczywistości biedy, bezrobocia i społecznej obojętności.

Tekst jest fragmentem książki prof. Marcina Zaremby „Wielka Trwoga. Polska 1944 — 1947. Ludowa reakcja na kryzys” (Wyd. Znak Horyzont, nowe wyd. 2026)

Demobilizacja to jeden z najważniejszych procesów społecznych powojnia. Jej przebieg rzutował na wiele aspektów ówczesnego życia: nastroje, poziom przestępczości, rynek pracy. Objęła setki tysięcy mężczyzn – żołnierzy Wojska Polskiego w kraju, Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, w podziemiu Bataliony Chłopskie i przede wszystkim Armię Krajową. W każdej z tych formacji pożegnanie z bronią przebiegało inaczej, inne towarzyszyły mu nadzieje, inne frustracje. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że żołnierze podziemia mieli gorzej, nie przysługiwały im żadne prawa, nie witano ich kwiatami. Łączyło ich poczucie klęski i niepokój, czy aby na pewno represje i prześladowania dobiegły końca. Natomiast szeregowym i oficerom Wojska Polskiego rzekomo przygotowano względnie miękkie lądowanie. W rzeczywistości mniej lub bardziej poobijani byli wszyscy.

Powrót z wojny do trudnej rzeczywistości

By uświadomić sobie skalę problemu, trzeba przypomnieć liczby. Jeszcze w maju 1945 r. pod bronią w regularnej armii było około 400 tys. mężczyzn. Podobnie liczna, w kulminacyjnym punkcie akcji „Burza”, czyli latem 1944 r., mogła być Armia Krajowa. Gdy kończyła się wojna, również około 200 tys. liczyły PSZ na Zachodzie, skąd jednak relatywnie niewielu żołnierzy postanowiło wrócić do kraju. Demobilizacja to nie tylko liczby, odłożenie broni, zrzucenie munduru, założenie cywilnego ubrania, to także poprzedzające ją osłabienie dyscypliny oraz okres rozprężenia, wojenna demoralizacja, problemy z aktywizacją zawodową zdemobilizowanych, z których część potrafiła tylko zabijać.

Zapowiedź demobilizacji przyniósł rozkaz 111 z 3 czerwca 1945 r. naczelnego dowódcy Wojska Polskiego, który obiecał w nim, że „każda rodzina żołnierza WP ma zapewnione otrzymanie działki 10 ha. Wśród milionów polskich rodzin, które w najbliższych miesiącach zaludnią Ziemie Zachodnie, na pierwszym miejscu znajdą się rodziny żołnierzy polskich”. O tym, jaki ma być kształt, charakter i zasady demobilizacji, żołnierze WP dowiedzieli się ostatecznie z dekretu ogłoszonego w sierpniu 1945 r. (Dz. U. 1945, nr 31, poz. 187). Przewidywał on m.in. pełne zaopatrzenie mundurowe odchodzących do cywila żołnierzy i oficerów. Otrzymywali także jednorazową odprawę pieniężną, w wysokości zależnej od stopnia wojskowego. Wszystkie urzędy, instytucje, przedsiębiorstwa i zakłady państwowe oraz prywatne zobowiązane zostały do przyjęcia zdemobilizowanych żołnierzy, zgodnie z ich kwalifikacjami, tak by stanowili minimum 5 proc zatrudnionych, oraz do tego, aby podczas przyjmowania pracowników o równych kwalifikacjach zawodowych dawać pierwszeństwo zdemobilizowanym żołnierzom.

fot.Nieznany – Zdjęcie z kolekcji zdjęć z Drugiej Wojny Światowej Dr. Marka Tuszyńskiego. Odbitka wydrukowana przez Wojskową Agencję Fotograficzną, sygnatura 2012/1502-29

Defilada 1 Armii Wojska Polskiego na ulicy Marszałkowskiej w Warszawie, 19 stycznia 1945

Dekret gwarantował pierwszeństwo w otrzymaniu pomocy w odbudowie gospodarstw rolnych należących do żołnierzy, w uzupełnieniu inwentarza oraz w transporcie materiałów przeznaczonych na odbudowę ich gospodarstw. Najważniejszy punkt obiecywał chętnym do osiedlenia się nad Odrą i Nysą prawo przydziału ziemi w ilości 10 ha użytków rolnych średniej jakości lub warsztatu pracy. Niestety, wykonanie dekretu nie zawsze pokrywało się z obietnicami.

Demobilizacja odbywała się etapowo. Największa fala opuściła koszary pomiędzy wrześniem a grudniem 1945 r., kiedy do cywila przeszło około 135 tys. osób. Kolejne redukcje, wywołane trudnościami gospodarczymi państwa, nastąpiły wiosną 1946 r. W sumie do czerwca zostało zredukowanych około 200 tys. żołnierzy i oficerów. Jak się okazało, szybkość demobilizacji nie pozostała bez wpływu na warunki, w jakich proces ten się odbywał, a także na sytuację na rynku pracy, który nie we wszystkich regionach kraju był w stanie wchłonąć taką masę nowych pracowników.

Przeczytaj także: Czym były Ziemie Odzyskane?

Między nadzieją a rozczarowaniem

Zapowiedź zwolnienia ze służby spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem zwłaszcza szeregowców i podoficerów. Pragnienie przejścia do cywila, uregulowania życia, pomocy rodzinom było wśród nich powszechne. Dużym zainteresowaniem cieszył się pomysł osadnictwa wojskowego, zwłaszcza wśród rolników pochodzących z Kresów. Jednak napływające wieści o zachowaniu się radzieckich maruderów na tzw. Ziemiach Odzyskanych studziły wyjazdowy zapał.

Wątpliwości i lęków było zresztą więcej. Wiązały się one głównie z troską o los rodzin, które znajdowały się poza granicami kraju. Pomimo to na zachód ruszyły tysiące żołnierzy, z których wielu wbrew piętrzącym się trudnościom udało się osiedlić, ściągnąć rodziny, rozpocząć nowe życie. Szacuje się, że do połowy 1948 r. na ziemiach zachodniej i północnej Polski osiedliło się około 170 tys. rodzin zdemobilizowanych żołnierzy (a więc także wdów i sierot po poległych). Spośród osiedlonych 130 tys. objęło gospodarstwa rolne, pozostałe 40 tys. Zamieszkało w miastach. W gorszej sytuacji znaleźli się ci, którzy pochodzili z centralnej Polski i/bądź nie mieli doświadczeń zawodowych związanych z rolnictwem.

fot.radek.s / CC BY-SA 3.0

Porównanie granic II Rzeczypospolitej i Polski powojennej; ziemie przyłączone do Polski w 1945 na różowo, ziemie odłączone na szaro

Wśród żołnierzy powyżej 40. roku życia tylko 10–15 proc. Wyraziło chęć osiedlenia się na tzw. Ziemiach Odzyskanych w ramach osadnictwa wojskowego. Część musiała zatem szukać innych pomysłów na życie. Gdy z bram koszar wychodziły pierwsze fale zdemobilizowanych w październiku 1945 r., cała oficjalna prasa nawoływała do otoczenia ich specjalną opieką. Na przykład lubelski „Sztandar Ludu” zwracał uwagę na problem zatrudnienia:

Dla żołnierza, który przyjeżdża do domu, po kilku latach nieobecności, nie jest to sprawą łatwą. Trzeba wyjść mu naprzeciw. Każda fabryka, każdy zakład pracy, każda instytucja powinny przygotować się na przyjęcie do pracy pewnej liczby zdemobilizowanych żołnierzy. Wśród nich jest wielu fachowców, którzy z pożytkiem będą pracować w swoim zawodzie. Również i we wsiach naszych brak fachowców, administratorów zdolnych, jakich wielu znajdzie się pośród zdemobilizowanych. Mało tego, trzeba podkreślić i to z całym naciskiem, że właśnie ci zdemobilizowani winni mieć pierwszeństwo w obejmowaniu posad sołtysów, wójtów itd. Twarda służba wojskowa niejednego ich nauczyła. Są to ludzie zahartowani, o wysokim poziomie ideowym, moralnym.

Szybko się okazało, że na zdemobilizowanych praca nie czeka, a społeczna pomoc daleko odbiega od oczekiwań. W listopadzie 1945 r. wojewoda rzeszowski zwracał uwagę, że pomoc zdemobilizowanym przerasta możliwości społeczeństwa. Pozbawione środków władze samorządowe nie były w stanie wywiązać się ze zobowiązań zapisanych w dekrecie. Na przeszkodzie stał również brak wykształcenia i kompetencji zawodowych oficerów, którzy potrafili dowodzić kompanią czy baterią, jednak nie zawsze zarządzać kancelarią czy urzędem.

Przeczytaj także: Między zemstą a zdziczeniem – powojenna nienawiść do Niemców

Dalsza część artykułu pod ramką
Zobacz również:

„Pomóżcie!” – żołnierze bez pracy i domu

Dlatego duża część firm zarówno państwowych, jak i prywatnych na swoich listach płac w ogóle nie miała byłych wojskowych. Przed zatrudnieniem ich uchylał się nawet prezydent Warszawy, prosząc premiera o zwolnienie miasta z tego obowiązku. Najgorzej było zimą 1945 r. i wiosną 1946 r., kiedy kolejne fale zdemobilizowanych natrafiały na złe nastroje w przedsiębiorstwach, związane z pogorszeniem się sytuacji gospodarczej. W listopadzie w stolicy o przetrwanie walczyło około 12 tys. żołnierzy i oficerów. Ich ówczesną kondycję psychiczną dobrze wychwycił autor reportażu zamieszczonego w „Ilustrowanym Kurierze Polskim”:

Jesteśmy w lokalu Towarzystwa Przyjaciół Żołnierza przy ulicy Żurawiej 1 m. 3. Stół i parę krzeseł tworzą skromne umeblowanie pokoju. W oknach brak szyb. Przy otwieraniu drzwi wiatr przewraca kartkami papieru. Rozmowę przerywają co chwilę wchodzący żołnierze.

– Zostałem zdemobilizowany dwa tygodnie temu. Szukam zajęcia. Do rozbiórki gruzów jestem za słaby, a to jedyna praca, którą mi dotąd zaofiarowano. (…)

– Trzeci dzień jestem w Warszawie. Chciałem odnaleźć rodzinę, ale podobno wszyscy zginęli. Od przyjazdu nic nie jadłem, spałem na gruzach. (…)

– Kazano mi opuścić szpital wojskowy z powodu braku miejsca, chociaż rany się jeszcze nie zagoiły całkowicie. Pracować nie mogę. (…)

Setki spraw, setki osób. Oficerowie, podoficerowie, szeregowi. Blade, zmęczone twarze, zniszczone mundury, w ręku czasem skromny tobołek, czasem nic. Wyjmują papiery, tłumaczą, pokazują ordery i odznaczenia. We wszystkich oczach prośba:

„Pomóżcie!”. Niektórzy mają już poza sobą długą wędrówkę od urzędu do urzędu, od instytucji do instytucji; widać, że nie po raz pierwszy powtarzają swoje wywody.

Jedni mówią głosem cichym, jakby się wstydzili swego położenia, zmuszającego ich do szukania czyjeś opieki. – Inni wymagają:

– Biliśmy się za was. Narażaliśmy życie, abyście wy mogli swoje budować spokojnie. Należy nam się kawałek chleba i dach nad głową. (…) Ludzie, którzy przeżyli sześć lat straszliwej wojny, mają zbyt stargane nerwy, by móc oprzeć się panicznym nastrojom.

Nikt po wojnie nie przeprowadził badań psychologicznych nad polskimi zdemobilizowanymi. Możemy wszelako założyć, że u części z nich, zwłaszcza pozbawionych rodzinnego wsparcia lub bezrobotnych, ujawniał się znany we wszystkich zawodowych armiach świata syndrom weterana. Kompleks przekonań, odczuć i postaw, w którym przeświadczenie o wyjątkowości doświadczenia żołnierskiego predestynującego do zajęcia po wojnie wyższego miejsca na drabinie zawodowej i prestiżu łączyło się z głębokim poczuciem żalu – „myśmy przelewali krew, a co z tego mamy”. Większość podzielała przekonanie, że za pokonanie „hitlerowskiej bestii”, za krew i cierpienie coś im się należy: lepsze życie, praca zgodna z ambicjami, szeroka pomoc państwa itp..

Zwłaszcza dla średniej kadry dowódczej degradacja z „pana oficera” na poszukującego pracy mogła być odczuwana jako bolesna, wywoływać frustrację i złość. Niektórzy zapewne obarczali winą za zaistniałą sytuację Żydów. Do takiej hipotezy skłaniają badania amerykańskich psychologów społecznych, a także wzrost nietolerancji obserwowany wśród zdemobilizowanych oficerów armii niemieckiej i włoskiej po I wojnie światowej. W polskiej armii Informacja Wojskowa odnotowywała: „wypowiedzi antysemickie, pochodzące przeważnie od osób nastrojonych tak przed 1939 r. i w czasie okupacji niemieckiej lub zazdrosnych o wyższe stanowiska zajmowane w niektórych jednostkach przez żydów”.

Rozgoryczenie, agresja i społeczne napięcia

Poczucie rozgoryczenia musiało być szczególnie duże wśród oficerów zawodowych, którzy zostali zwolnieni wbrew swojej woli, z powodów politycznych. Szef Głównego Zarządu Informacji WP nie ukrywał w swoim raporcie, że podczas usuwania oficerów z wojska kierowano się ich „wrogimi” poglądami politycznymi. W efekcie – jak pisał – „strach przed demobilizacją dał w rezultacie systematyczne zmniejszenie się ilości wrogich wystąpień ze strony oficerów”. Wielu przyzwyczajonych do wojskowego drylu weteranów mogło mieć trudności z nawiązywaniem kontaktów, preferując używanie przemocy w sytuacjach konfliktowych. Niejeden poza niewielką odprawą pieniężną wynosił do cywila specyficzny bagaż zachowań i wartości niekiedy silnie autorytarnych. „Sporo wśród nas – wspominał Franciszek Ryszka, wówczas żołnierz – odzianych w owe mundury, nosiło w sobie pospolite wojenne zdziczenie”. Pozbawieni „użytecznej funkcji”, łapali różne przypadkowe zajęcia, upijali się. W marcu 1946 r. we Wrocławiu:

Duży zamęt w życiu zbiorowym wprowadzają zdemobilizowani żołnierze WP, pochodzący ze wschodu. Twierdzą, że bardzo dużo im obiecywano przy zwalnianiu do cywila, a obecnie muszą żebrać o każdy kawałek chleba. We Wrocławiu spotyka się bardzo dużo zdemobilizowanych na ulicach i placach handlujących starzyzną, ale bardzo mało w warsztatach pracy.

fot.Nieznany – scanned from „Radio i telewizja” weekly, 3. October 1951, Warsaw, Poland

Żołnierze ludowego Wojska Polskiego w 1951 roku

Zamęt, o którym mowa, panował zwłaszcza w dużych miastach, gdzie zdemobilizowanym doskwierała anonimowość, a brak zadowalającej ich aspiracje pracy powodował, że wałęsali się po ulicach, wystawali na bazarach, zapełniali restauracje i bary. Nierzadko byli sfrustrowani i źli. W raporcie analityka WiN, pracującego w olsztyńskim magistracie, czytamy:

Zdemobilizowani opuścili oddziały napompowani propagandą i obietnicami. Przybywają w teren i żądają zrealizowania obietnic, niejednokrotnie w sposób bezczelny. W rezultacie władze centralne po wydaniu zarządzeń nakazujących udzielenie pomocy zdemobilizowanemu nie dają zupełnie środków na realizację tychże. Zdemobilizowany żołnierz mówi: „Nam w oddziale kazano żądać wszędzie pomocy, bo myśmy wywalczyli wolność Polsce, a kiedy przychodzimy, mówi się nam, że nie ma środków”. Niektórzy zdemobilizowani posiadają odręczne pisma Żymierskiego, polecające udzielić pomocy. (…) Wielu z nich żąda usunięcia już osiedlonych i przydzielenia im danej placówki, twierdząc, że oni mają pierwszeństwo, bo wywalczyli wolność.

Roszczeniowa postawa tych, „co przeszli szlak bojowy”, zapewne wywoływała irytację nie tylko urzędników. Co się tyczy zdemobilizowanych, mogli odnosić wrażenie, że społeczeństwo odwraca się do nich plecami, nie rozumie ich traumy. „Przekonaliśmy się wówczas – zapamiętał Ryszka – że Kraków nie lubi i nie szanuje »berlingowców«.

Naturalną tedy reakcją wydawało się mniemanie: skoro nas nie lubicie, to przynajmniej powinniście się nas bać”. Rzeczywiście, duża część kradzieży, napadów bandyckich bądź tylko „zwyczajnych” wybryków ulicznych była udziałem albo będących jeszcze na służbie żołnierzy, albo tych już zdemobilizowanych. Stały punkt ówczesnych milicyjnych raportów stanowiły doniesienia o przestępstwach dokonanych przez niezidentyfikowanych mundurowych. W konsekwencji pogłębiał się dystans między nimi a cywilami, żebrzący zaś żołnierze miast litości coraz częściej wywoływali niechęć.

Tekst jest fragmentem książki prof. Marcina Zaremby „Wielka Trwoga. Polska 1944 — 1947. Ludowa reakcja na kryzys” (Wyd. Znak Horyzont, nowe wyd. 2026)

Zobacz również

Druga wojna światowa

Między zemstą a zdziczeniem – powojenna nienawiść do Niemców

Po zakończeniu II wojny światowej niemal całe polskie społeczeństwo łączyło jedno uczucie – nienawiść do Niemców. Doświadczenie okupacji, terroru i masowych zbrodni rodziło pragnienie odwetu,...

6 maja 2026 | Autorzy: Marcin Zaremba

Druga wojna światowa

Strach przed wyzwoleniem – Armia Czerwona w oczach Polaków

Wkroczenie Armii Czerwonej w latach 1944–1945 przyniosło Polakom nie tylko koniec okupacji niemieckiej, lecz także nowe źródła lęku. Początkowa radość szybko ustąpiła strachowi przed rabunkami,...

29 kwietnia 2026 | Autorzy: Marcin Zaremba

Druga wojna światowa

Polska Ludowa 1944. Rewolucja na wsi i chaos pierwszych miesięcy nowej władzy

Jesienią 1944 roku Lublin stał się miejscem, w którym testowano przyszły kształt powojennego państwa. W mieście ogarniętym chaosem wojny tworzono nowe instytucje, a na wsi...

30 marca 2026 | Autorzy: Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz

Zimna wojna

Moda na Włochy w PRL

Od mody, przez muzykę, po motoryzację. W latach 60. Włochy stały się w Ludowej Polsce niezwykle modne za sprawą kina i... ortalionowych płaszczy.

23 maja 2025 | Autorzy: Łukasz Modelski

Zimna wojna

Luksus w PRL-u

Posiadając te rzeczy, w oczach znajomych w czasach PRL-u uchodzilibyśmy niemal za krezusów. Jakie towary były w Polsce Ludowej synonimem luksusu?

6 maja 2025 | Autorzy: Herbert Gnaś

Druga wojna światowa

Jak wyglądała słowacka okupacja Polski?

15 minut po ataku III Rzeszy granicę Polski przekroczyła jeszcze jedna armia. Trzecim – obok Niemiec i ZSRR – agresorem we wrześniu 1939 roku była...

4 października 2024 | Autorzy: Andrzej Chwalba

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

W tym momencie nie ma komentrzy.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.

Przeglądaj książki historyczne w najlepszych cenach

Odkryj najciekawsze książki historyczne w atrakcyjnych cenach. Sekcja powstała we współpracy z Lubimyczytac.pl, największą społecznością miłośników literatury w Polsce – dzięki temu możesz wybierać spośród tytułów najwyżej ocenianych przez czytelników.