Wkroczenie Armii Czerwonej w latach 1944–1945 przyniosło Polakom nie tylko koniec okupacji niemieckiej, lecz także nowe źródła lęku. Początkowa radość szybko ustąpiła strachowi przed rabunkami, gwałtami i chaosem, który towarzyszył przemarszom wojsk i ich kwaterowaniu.
Przemarsze wojsk i ich kwaterowanie zawsze budziły w ludziach strach1. W języku polskim oddaje go często przywoływane powiedzenie „jak nie urok, to przemarsz wojsk”. Od czasów wojny północnej Polska doświadczała tego ostatniego szczególnie często. Maszerujące wojsko i wlokący się za nim maruderzy przypominali plagę szarańczy, przed którą ludność kryła się w lasach. Z kolei kwaterunek wojska bywał wykorzystywany przez zaborców jako kara, sposób na pacyfikację buntowniczych nastrojów. W czasie wojny polsko-bolszewickiej 1920 r. okrzyk: „Budionny idzie!”, wywoływał popłoch wśród ludności cywilnej. We wrześniu 1939 r. panika przed zbliżającym się frontem popchnęła tysiące Polaków do ucieczki na wschód.
Nierzadko przerażeni ludzie wpadali w antyniemiecką histerię, doszukując się wszędzie dywersantów spod znaku V kolumny. Zdarzały się przypadki internowania osób noszących niemieckie nazwiska. Kilka tysięcy zostało zabitych. Podczas obrony Warszawy gen. Walerian Czuma musiał wydać nawet rozkaz zabraniający „stosowania podobnych szykan, nie opartych na żadnych innych podstawach, poza faktem cudzoziemskiego brzmienia nazwiska”. Niemniejsze przerażenie obudziło w mieszkańcach wschodnich województw II Rzeczypospolitej wkroczenie 17 września Armii Czerwonej.
Co majętniejsi w panice chowali kosztowności, przezorni przygotowywali skrytki na żywność. Pozbawieni nadziei zaopatrywali się w truciznę. Późniejsze doświadczenia tzw. pierwszej sowieckiej okupacji kazały sądzić, że wrześniowe lęki bynajmniej nie były bezpodstawne i zwłaszcza na terenach na wschód od Bugu pozostawały żywe mimo upływu czasu.
Z tych między innymi powodów w 1944 r. społeczeństwo polskie w obliczu zbliżającej się Armii Czerwonej było rozdarte między nadzieją a lękiem o przyszłość. Z jednej strony wyczekiwano oswobodzenia spod okupacji niemieckiej, z drugiej strony niewielu było takich, którzy cieszyli się, że wyzwolenie przychodzi ze Wschodu. Nie wszyscy zresztą przeżywali lęk w podobnym stopniu.
fot.Szymon Kobyliński – Nasza Ojczyzna szkolny atlas historyczny / CC0Operacje Armii Czerwonej na terytorium Polski
Większy udzielał się ludności zamieszkałej na terenach zagarniętych przez Związek Radziecki w 1939 r., mniej bali się mieszkańcy Polski centralnej i zachodniej. Dominowały atmosfera wyczekiwania i powszechne przekonanie: „niech przyjdzie kto chce, byle nie Niemcy”. Przykładem może być reakcja mieszkańców Tarnopola, którym niemieckie dowództwo nakazało opuszczenie miasta i udanie się do okolicznych wsi. Większość rozkaz ten jednak zbojkotowała. Część ludności Lwowa w przededniu zajęcia miasta przez Armię Czerwoną wpadła w panikę.
Jej powodem był jednak nie lęk przed spodziewaną nową sowiecką okupacją, lecz pogłoska o rzekomym mordowaniu mężczyzn przez Niemców i ukraińskie SS. Jak oceniali autorzy raportu Delegatury Rządu na Kraj z kwietnia 1944 r.: „Ludność polska nie chce w chwili obecnej opuszczać swych siedzib i gdyby terror, jaki stosują Ukraińcy, nie komplikował sprawy, nie ewakuowaliby się razem z Niemcami. Opuszcza swoje miejsce zamieszkania tylko część osób, które obawiają się rozłączenia z rodziną, i niezbyt liczne grupki inteligencji, które przebywszy poprzednią okupację rosyjską, nie chcą jej ponownie przechodzić na tym samym terenie”.
Nie doszło do masowej paniki podobnej do tej, która stała się w tym czasie doświadczeniem ludności niemieckiej Prus Wschodnich i Śląska. Niemieckim władzom okupacyjnym w 1944 i 1945 r. nie udało się zmusić ludności polskiej do ewakuacji w obliczu zbliżającego się frontu. Polacy bardziej bali się Niemców i Ukraińców niż Sowietów. W 1943 i 1944 r. około 200– 300 tys. Polaków opuściło swoje domy ze strachu przed terrorem ukraińskim na Wołyniu. „Polacy z Wołynia – czytamy w raporcie Delegatury Rządu z lutego 1944 r. – niezależnie od przymusowej ewakuacji uciekają masowo nie tyle z obawy przed wojskiem sowieckim, ile przed bandami ukraińskimi”. Nie oznacza to bynajmniej, że ludność polska nie odczuwała miejscami nawet silnego niepokoju przed zbliżającą się Armią Czerwoną. W obliczu „niemieckiej dżumy” z dwojga złego wolała jednak – jak się wydawało – „sowiecką grypę”.
fot.Mariusz Paździora – Praca własna 1. Eugenjusz Romer POWSZECHNY ATLAS GEOGRAFICZNY, Książnica-Atlas, Lwów-Warszawa 1928 / CC BY 3.0II Rzeczpospolita, skład narodowościowy
Zajęcie Polski przez wojska radzieckie nastąpiło w dwóch turach. Pierwsza zakończyła się na linii Wisły we wrześniu 1944 r. Druga przypadła na styczeń i luty 1945 r., kiedy w wyniku błyskawicznej ofensywy zimowej wojska niemieckie zostały wyparte z pozostałych terenów Rzeczypospolitej. Ludność polska z autentyczną radością przyjęła wkroczenie Armii Czerwonej.
Korespondent wojenny Wasilij Grossman wielokrotnie słyszał od spotkanych Polaków, że czekali na Armię Czerwoną „jak na Boga”. „A Polacy wprost bombardowali nas kwiatami, mimo że to zima. Nie wiem, skąd oni tyle kwiatów nabrali… Z oranżerii chyba”– tak zapamiętał reakcję mieszkańców Sandomierza gen. Nikołaj Kirillovich Popiel. Podobnie witano czerwonoarmistów w Łodzi. Mówią o tym listy wysłane w styczniu 1945 r.:
Tu przechodzące wojsko Armii Czerwonej powitaliśmy owacyjnie i kwiatami oraz oczami pełnymi łez radości, za które oni dziękowali i prosili, aby kwiaty zostawić dla Wojska Polskiego, które idzie do Łodzi za nimi. Wojsko Czerwone zyskało tem serca Łodzian, boć naprawdę mili to ludzie nie dzikie bestie jak hitlerowcy, którzy ostatniej chwili jeszcze spalili więzienie z około 3 tysiące Polakami w Radogoszczu – przedmieściu Łodzi. Hajda niemcom [sic!] i śmierć.
Jesteśmy z tej okrutnej niewoli wyrwani i zrzuciliśmy już kajdany, łańcuch niewoli niemieckiej. U nas jest już Polska kochana, na którą czekaliśmy przez 5 lat. (…) Wojska, gdy wkroczyły, były serdecznie witane przez mieszkańców, częstowane żywnością i papierosami. Nic nie pragnęli, bo wszystko mieli. Gdy mieszkańcy miasta dawali rosjanom [sic!] chleb, to oni wyjmowali kiełbasę i dali do tego chleba, aby ludność zjadła, bo oni nic nie pragną, wszystko mają.
… i z Parczewa w województwie lubelskim:
Najpierw dziękujmy Bogu i Matce Najświętszej o ocaleniu nas, a również Czerwonej Armii, że nas ocalili od tego wroga hitlerowskiego, bo gdyby się spóźnili o trzy godziny, to szatan hitlerowski był przyszykowany nas wszystkich spalić. Stała już benzyna i miasto i bliższe wioski były obstawione germanami i tej nocy miał nas wszystkich spalić. Boże, jak ci gorąco dziękujemy i oswobodzicielom Czerwonej Armii, że tak szczęśliwie zostaliśmy przy życiu.
Choć przypuszczano, że Polska może się znaleźć w kręgu radzieckiej dominacji, okazywanie wdzięczności żołnierzom zwycięskiej armii bynajmniej nie było rzadkie. Także ich zachowanie początkowo nie budziło większych zastrzeżeń.
Szybko jednak po pierwszych kontaktach z żołnierzami radzieckimi wdzięczność została wyparta przez niechęć, przerażenie, a z czasem i nienawiść. 22 stycznia 1945 r. Maria Dąbrowska zapisała: „Minęły cztery dni pełne nerwowego napięcia, oczekiwania, nadziei, lęku. Wreszcie wszystko zapadło w jakąś odrętwiałą nudę”. Jednak lęk, wcześniej niewyraźny, zaczął gęstnieć. Początkowo związany z chaosem pierwszych dni, później, gdy armia stanęła, zyskał bardziej konkretne rysy strachu. Ze stycznia 1945 r. Franciszek Starowieyski zapamiętał: „Bolszewicy zaczęli krążyć bez celu wokół wejścia kuchennego. Tu zasnął jakiś żołnierz zmęczony po prostu frontem, tam znów inny dobijał się do drzwi. W domu zapanował strach. Jeszcze nie wielki… Tak zaczynał się ten pierwszy najbardziej chaotyczny tydzień, pozbawiony reguł określonego działania się i postępowania (…)”.
Żołnierze Armii Czerwonej zaczęli budzić lęk z dwóch powodów: represji politycznych oraz rekwizycji, kradzieży i gwałtów, które stały się prawdziwą zmorą ludności polskiej zwłaszcza w pierwszym roku po zakończeniu niemieckiej okupacji. Pierwszy powód wymaga oddzielnego potraktowania (zob. rozdział Polityka strachu). Jeśli zaś chodzi o drugi, to wszędzie, gdzie pojawiły się jednostki radzieckie, zwłaszcza drugiego rzutu, dochodziło do rekwizycji, rabunków, rozbojów, gwałtów, a nawet morderstw. Naniesienie ich na przestrzenną i czasową mapę pozwoli odpowiedzieć na pytanie, gdzie i kiedy strach był największy i co budziło największą trwogę.
W 1944 r. na ziemiach rdzennie polskich grabieże i rekwizycje rzadko rozpoczynały się już z chwilą „wyzwolenia” danej miejscowości. Na ogół następowały po pewnym czasie, gdy skończyły się kwiaty, przebrzmiały okrzyki: „Hurra” i „Niech żyje!”. Bardzo często miały charakter zorganizowany, nadzorowany przez jednostki kwatermistrzostwa, dlatego ich przebieg rzadziej łączył się z agresją i brutalnością, choć ogólna liczba skonfiskowanych tą drogą na potrzeby armii środków żywności, inwentarza, różnego rodzaju ruchomości wielokrotnie przerastała to, co zabierali pojedynczy żołnierze maruderzy.
Armia Czerwona była słabo wyekwipowana i źle zaopatrzona w prowiant, jej żołnierze często cierpieli głód i zimno. Dlatego wysyłanie w teren specjalnych ekip kontyngentowych pod dowództwem oficerów dla zebrania po wsiach żywności należało do sposobu prowadzenia wojny przez wojska ZSRR i było przez nie praktykowane na ziemiach polskich także po jej zakończeniu. Rekwirowano również mienie państwowe, w tym co najmniej 1000 zakładów przemysłowych, i bardzo dużo małych zakładów rzemieślniczych. Te konfiskaty budziły jednak raczej poczucie bezsilności niż strach. Ten przede wszystkim wywoływało ogołocenie gospodarstwa przed zimą z wszelkich zapasów spożywczych, zniszczenie zabudowań. Ważne było również nie tylko to, ile i co się zabiera, ale i w jaki sposób.
Dlatego największe przerażenie wywoływały najścia o charakterze bandyckim: z bronią i krzykiem, często nocą. W 1944 r. najczęściej narażeni na tego typu rabunki byli mieszkańcy strefy przyfrontowej. W okolicach Augustowa, na północnym Mazowszu, na przyczółku sandomierskim, w niektórych powiatach Rzeszowskiego sytuacja przypominała obrazy z wojny trzydziestoletniej. Zmuszona do ewakuacji ludność cywilna żyła w lepiankach i wypalonych domach, niejednokrotnie okradana z ostatniego dobytku przez żołnierzy radzieckich, których sytuacja – podkreślmy – wcale nie była dużo lepsza. Musieli jakoś przetrwać jesień i zimę w okopach. Ich zachowanie, w okolicznościach frontu wschodniego, należy uznać poniekąd za naturalne – głodni, zmarznięci, nierzadko w stanie głębokiej traumy – ratowali się napadami na okoliczną ludność, kradnąc głównie artykuły spożywcze, bieliznę i ciepłe ubrania, pościel oraz wódkę. Skalę procederu, jak również jego charakter ilustrują milicyjne doniesienia z województwa rzeszowskiego.
Oto kilka typowych:
– „Dnia 7 X 1944 r. czterech żołnierzy sowieckich pod groźbą rewolweru dokonało
rabunku na osobie Kopczyka Mariana, zam. w Golcowej pow. Brzozów,
któremu zrabowali 2 pary butów i odeszli w niewiadomym kierunku”;
– „Dnia 14 X 1944 r. około godziny 23-ciej kilku żołnierzy sowieckich wtargnęło
do mieszkania Koniecznego Tomasza zamieszkałego w Hawłowicach, pow.
Jarosław i po sterroryzowaniu domowników bronią palną zabrali garderobę, bieliznę
i obuwie”;
– „Dnia 15 X 1944 r. żołnierz sowiecki skradł płaszcz na szkodę Smedy Kazimiery zamieszkałej w Dynowie, pow. Brzozów, który w czasie pościgu został zatrzymany, płaszcz odebrano i oddano poszkodowanej, a żołnierza odstawiono do Komendy Wojennej w Dynowie”.
Także w większych ośrodkach miejskich – Białymstoku, Rzeszowie, Przemyślu – można było odnieść wrażenie, że żołnierze radzieccy czują się bezkarni, napadając na ulicach i włamując się do mieszkań. „W Rzeszowie i w terenie powtarzają się stale kradzieże i napady rabunkowe na prywatne mieszkania przez żołnierzy Armii Czerwonej, na co komenda garnizonu absolutnie nie reaguje”.
Szczególnie narażone na ataki były miejscowości położone na szlakach komunikacyjnych. W październiku 1944 r. w Biłgoraju rekwirowano żywność, paszę dla zwierząt, także pościel, bieliznę, „wszelkiego rodzaju sprzęty domowego użytku – jednym słowem, wszystko, co się da zrabować”. Podobnie jak to wielokrotnie zdarzało się w ciągu wieków, kobiety i dzieci ze strachu przed gwałtami i rabunkami uciekały na pola bądź kryły się w lasach.
Jak raportował biłgorajski starosta: „Ludność nie dostarcza zboża, ziemniaków i innych artykułów na kontyngent – uciekając do lasu. Wojsko odnosi się do ludności z pogróżkami i wyzwaniami. (…) Pijani żołnierze w nocy dobijają się do mieszkań, niepokoją ludność, strzelając i zajmując agresywną postawę”.
Te pierwsze kontakty ukształtowały negatywny, podszyty lękiem stereotyp żołnierzy i oficerów Armii Czerwonej, bodaj powszechny w świadomości społeczeństwa polskiego. Gdyby przeprowadzono wówczas ogólnopolski sondaż i zapytano, skąd ten lęk, prawdopodobnie najczęstsza odpowiedź brzmiałaby: bo piją, kradną i gwałcą. Maria Dąbrowska katalog negatywnych cech wzbogaciła jeszcze o posępność i nieufność. W styczniu 1945 r. zanotowała: „Zabrali już wszystkie konie, krowę, dwie świnie, sporo kur i jaj. Piją, zwłaszcza oficerowie, bardzo dużo wódki, którą sobie każą dawać szklankami. Są przy tym tak nieufni, że każą gospodarzom pierwszym próbować, co jest obrazą narodu polskiego, wśród którego nie było nigdy trucicieli. Są posępni, nieuprzejmi, nie ma w nich nic z ducha oswobodzicieli”.
fot.Ilustracja poglądowa wygenerowana przez AI W 1944 r. najczęściej narażeni na tego typu rabunki byli mieszkańcy strefy przyfrontowej. W okolicach Augustowa, na północnym Mazowszu, na przyczółku sandomierskim, w niektórych powiatach Rzeszowskiego sytuacja przypominała obrazy z wojny trzydziestoletniej.
Hugo Steinhaus, który dzięki bezpośrednim kontaktom z żołnierzami i oficerami Armii Czerwonej miał mniejszy dystans wobec nich, również wskazywał na pijaństwo i skłonność do kradzieży. W styczniu 1945 r. pisał: „Rabowali i kradli co się dało. U państwa Szcześniewiczów zabrali naczynia, łyżki, mąkę, kury, zniszczyli łóżka, pościel, fortepian. (…) Pierwsza linia zdobywa sobie jedzenie po chałupach, bo kuchnie i tabory nie próbują za nią nadążyć. (…) Piją, kradną, po pijanemu nawet rabują i gwałcą kobiety. »Nie możemy rozstrzelać wszystkich za plądrowanie« – mówił nam pewien major. Przestali deklamować o Leninie i Marksie, o Związku Sowieckim i kapitalistach – zamienili się po prostu w armię rosyjską. O Żydach wiedzą, że dekują się po sztabach, intendenturach, i że porachują się z nimi po wojnie. Na grobach swoich poległych stawiają krzyże. Zapowiadają, że po wojnie będzie u nich tak jak u nas, tak jak w Anglii i w Ameryce. Zobaczyli świat”
Lęk i strach są stopniowalne. Wydaje się, że ten związany z grabieżami i rabunkami z drugiej połowy 1944 r. nie osiągnął jeszcze swojego ekstremum. W tym czasie żołnierze z czerwoną gwiazdą na hełmach byli mimo wszystko względnie zdyscyplinowani, a za maruderstwo groziły im surowe kary, z rozstrzelaniem włącznie. Jeśli zresztą weźmie się pod uwagę, że początkowo na niewielkim kawałku Polski stacjonowało w sumie ponad 2 mln żołnierzy, rozmiary maruderstwa nie wydają się już tak bardzo duże. Prawdziwie silny strach – jak się zdaje – przyszedł późną wiosną i latem 1945 r., kiedy proces demoralizacji w szeregach Armii Czerwonej uległ przyspieszeniu. Należy go wiązać przede wszystkim z przyzwoleniem Kremla na rabunki i gwałty na niemieckiej ludności cywilnej.
Psychologicznie ważne było również upojenie zwycięstwem nad Niemcami i idące z nim w parze rozprzężenie, a także naturalne po zakończeniu wojny rozluźnienie dyscypliny. Wreszcie niemniej istotny trzeci motyw – radzieccy żołnierze zostali postawieni przed koniecznością powrotu do „kołchozowej biedy”. Ci, którzy nie zdążyli wzbogacić się w Niemczech, przejeżdżając przez Polskę, mieli na to ostatnią szansę. Najgorsza sytuacja panowała na ziemiach wcześniej należących do Rzeszy oraz na szlakach komunikacyjnych prowadzących z zachodu na wschód. Do pewnego stopnia przypominała ona to, co się działo w radzieckiej strefie okupacyjnej. Dla Polaków oznaczała przeciągający się wojenny chaos i strach przed grabieżą, pobiciem, gwałtem i często morderstwem.
Tekst jest fragmentem książki prof. Marcina Zaremby „Wielka Trwoga. Polska 1944 — 1947. Ludowa reakcja na kryzys” (Wyd. Znak Horyzont, nowe wyd. 2026)

KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.