Na początku lat 30. XX wieku w mazurskiej wsi doszło do tragedii, która bardziej pasowałaby do średniowiecza niż do nowoczesnego państwa. Niewidoma znachorka, fanatyczna wiara i brutalne „wypędzanie diabła” doprowadziły do śmierci młodej kobiety. To jedna z najbardziej wstrząsających historii polskich zabobonów.
Reporter dziennika ilustrowanego „Dzień Dobry” w swoim artykule Szatan ciemnoty włada jeszcze tu i ówdzie naszą wsią użył wielu gorzkich słów. Publicysta grzmiał:
Straszna jest potęga ciemnoty, władająca wciąż jeszcze w pewnych zakątkach naszego kraju umysłami ludu wiejskiego. Co pewien czas dowiadujemy się o fakcie, który nawet gdyby się zdarzył w epoce ponurego średniowiecza, musiałby w umysłach bardziej oświeconych rodzić zdumienie i przerażenie. […] Dopiero w zestawieniu z takiemi okropnościami widać dobrze, jak wiele jest jeszcze do zrobienia na wsi polskiej, mimo tylu lat przeorywania jej pługiem oświaty, wciąż jeszcze trwiącej w okowach ciemnoty.
Cytowany tekst został wydrukowany w 1932 roku, czyli zaledwie dwa lata po koszmarnych wydarzeniach, do których doszło nieopodal ówczesnej północnej granicy z Niemcami. Ich zwiastunem było pojawienie się na terenie powiatu działdowskiego około czterdziesto- lub pięćdziesięcioletniej Marianny Ewertowskiej. Kobieta pochodziła z Prątnicy, która do dziś słynie z tak zwanej baby pruskiej – dość prymitywnego, kamiennego posągu wmurowanego w gotycki kościół pod wezwaniem Świętej Katarzyny Aleksandryjskiej.

Kamień graniczny z napisem „Granica Rzeczpospolitej Polskiej – Powiat Działdowo”, 11 i 12 lipca 1931, fot. Edward Dulewicz, Narodowe Archiwum Cyfrowe, 3/1/0/8/6429/1
Marianna miała w tejże wsi rodzinę, ale z jakiegoś powodu postanowiła, że przeniesie się do Żabin położonych około dwadzieścia kilometrów dalej na południe kraju. Jako wizjonerka i znachorka być może szukała nowych klientów. Uparcie twierdziła, że potrafi przepowiadać przyszłość oraz zna sekretne receptury na rozmaite przypadłości. Równie prawdopodobny jest fakt, że ją z Prątnicy zwyczajnie przepędzono za rzekome rzucanie uroków albo sprowadzanie chorób. Niezależnie od prawdziwej przyczyny Ewertowska przybyła do Żabin około 1929 roku i skorzystała z gościny zamężnej siostry, pani Ślesińskiej. Trzeba tu zaznaczyć, że wróżbitka nie mogła żyć samodzielnie, ponieważ była niewidoma. Brak wzroku zupełnie jej jednak nie przeszkadzał w badaniu tajemnic świata duchowego. Co więcej, dodawał jej wiarygodności.
Niewątpliwie charyzmatyczna kobieta szybko spolaryzowała okolicznych gospodarzy, zyskując gorących zwolenników, ale też zaciekłych przeciwników. Do zagorzałych wielbicieli Marianny, oprócz Ślesińskich, należeli jej czterej przyrodni bracia: Franciszek, Władysław, Józef i Bernard Kościńscy. Mężczyźni mieszkali w sąsiedniej wsi Koszelewy, w której znajdował się pokaźny, dziś już niestety zrujnowany neogotycki zespół pałacowy, park dworski oraz poświęcony w 1927 roku kościół z przylegającym do niego cmentarzem. Nie wiadomo, czy Kościńscy brali aktywny udział w życiu religijnym parafii. Zapewne o wiele chętniej pojawiali się w Żabinach, w których Marianna pod dachem siostry i swojego szwagra zaczęła odprawiać nabożeństwa.
„Gazeta Bydgoska” donosiła, że czarownica
różnemi zaklęciami zobowiązywała ich do trzymania w tajemnicy tego, czego byli świadkami. Podczas praktyk niektórzy świadkowie na jej ręce składali w ofierze poważniejsze kwoty. Jak wyglądały te praktyki niechaj mówią fakty. Ewertowska wdziewała jakiś habit biały z wyszytemi literami, a następnie siadała na stołku czy też krześle, zapalano przed nią świece i odprawiano jakieś modły, a czasami nawet różaniec. Pokój był przybrany zielenią. Ewertowska przepowiadała zebranym, gdzie znajdują się dusze zmarłych oraz zapewniała, że dusze proszą ją o modlitwę a ona za opłatą będzie się za te dusze modlić. Członkowie, którzy przychodzili na praktyki, uważali ją za kapłankę.
Grupę niewidomej szamanki wkrótce nazwano sektą, a jej założycielkę – świętą. Działania Marianny, które bezsprzecznie wchodziły w kolizję z doktryną Kościoła katolickiego, nie podobały się pobożnym żonom braci Kościńskich. Kobiety nie chciały uczestniczyć w dziwnym kulcie i robiły gospodarzom wyrzuty, że zatracają się w herezji. W domu Franciszka, który dopiero co stanął na ślubnym kobiercu, „dochodziło nawet do zrywania pożycia małżeńskiego” . Były to jednak zaledwie niewinne konflikty w porównaniu z tym, co działo się u Władysława. Ten bowiem, podobnie jak jego uduchowiona idolka, stał się ślepy – wprawdzie nie fizycznie, ale na wszelkie racjonalne argumenty. Chcąc przekonać ukochaną Leokadię do modlitwy z Ewertowską, kilka razy zaciągnął ją na zebranie u Ślesińskich. Niestety, skutek był odwrotny do zamierzonego – żona miała ogromne pretensje, że Władysław wierzy w głupoty opowiadane przez przyrodnią siostrę. Z kolei kapłanka w obawie przed utratą wpływów zapowiedziała, że jeśli ktokolwiek będzie zagrażał uczestnictwu wiernych w zgromadzeniach, „to ona go tak urządzi, że będzie latał w koszuli po polach”.
Do „urządzania”, bez dalszego czekania na zmiany, ochoczo przystąpił Władysław, który zaczął znęcać się nad żoną. Ufał Mariannie, a ta przekonywała, że Leokadia wzbrania się przed udziałem w nabożeństwach, bo nawiedził ją szatan. Po jakimś czasie u bitej i gnębionej kobiety pojawiły się niepokojące symptomy choroby psychicznej, co wzięto za oczywisty dowód opętania. Stan Kościńskiej stale się pogarszał, ale jej mąż ani myślał poradzić się doktora. Było dla niego oczywiste, że najlepsze wsparcie otrzyma od wróżbitki, która doskonale zna się na diabelskich sztuczkach. I rzeczywiście, Ewertowska przedstawiła przyrodniemu bratu szczegółowy plan uleczenia żony.
Wdrożenie antyszatańskiej kuracji nastąpiło 4 stycznia 1930 roku około północy. Właśnie wtedy proboszcza parafii w Koszelewach, księdza Feliksa Baumgarta, obudził przeraźliwy krzyk. Kapłan był pewien, że w okolicy doszło do zbrodni, dlatego natychmiast zaalarmował sąsiadów i razem z nimi pobiegł na cmentarz, skąd docierał wrzask. Okazało się, że u stóp wysokiego krzyża misyjnego miał miejsce pierwszy akt tragedii Leokadii Kościńskiej. Oczom przerażonych chłopów ukazała się zupełnie nierealistyczna, ociekająca okrucieństwem scena: pod krucyfiksem leżała kobieta przygwożdżona przez duszącego ją męża. Tylko czujność duchownego zapobiegła morderstwu.
Napastnika oderwano od ofiary, a bosą, ubraną jedynie w koszulę, skatowaną i wyziębioną Leokadię zaprowadzono do domu. Władysław tłumaczył zszokowanym świadkom, że przeszkodzili mu w „ceremonii wypędzania czarta” . Złowrogi obrzęd rozpoczął się ponoć od skropienia Kościńskiej wodą święconą i modłów pod krzyżem. Kolejnym krokiem była próba odtworzenia pięciu ran Zbawiciela za pomocą kija. Kiedy i to nie sprawiło, że opętana wyrzekła się diabła, Władysław zaczął ją dusić. Kobieta rozpaczliwie się broniła, więc w pewnym momencie ugryzła agresora w palec. Później, na dowód swoich słów, Kościński podsuwał go pod nosy sąsiadów i mówił: „Proszę powąchać, czy nie czuć siarką piekielną” . Podobno gdyby rolnicy nie przybiegli na ratunek, następnego dnia nastąpiłby drugi akt nieludzkiej procedury uzdrowienia zaleconej przez kapłankę: ukrzyżowanie opętanej. Szeptano też, że Ewertowska kazała przyrodniemu bratu zabić swoją żonę, po czym zjeść jej serce. Tego typu niesamowite historie wymyślano i przekazywano dalej w zawrotnym tempie.
fot.1936, fot. Henryk Poddębski, Narodowe Archiwum Cyfrowe, 3/131/0/-/278/8Cmentarz zimą.
Niektórzy dziennikarze nie potrafili zrozumieć, dlaczego Leokadia nie błagała o interwencję, gdy Władysław znęcał się nad nią w zaciszu czterech ścian. Sugerowali nawet: „Nie jest też wykluczonem, że K. pod wpływem niewidomej godziła się na taką ofiarę, co można wywnioskować z tego, że K. nigdy nie skarżyła się nikomu, a nawet idąc, z mężem pod krzyż, nie wołała o pomoc” . Mieszkańcy wsi też szczerze martwili się jej losem.
23 stycznia 1930 roku około trzynastej sołtys gminy Koszelewy, Bolesław Uliński, wraz z kilkoma innymi mężczyznami postanowili odwiedzić Leokadię i sprawdzić, jak się czuje. W chacie, oprócz chorej i jej męża, zastali też Józefa Kościńskiego. Wygląd ofiary zabobonów wzbudził w przybyłych przerażenie. Kobieta miała przekrwione, podkrążone oczy i posiniaczone ciało, a ręce i nogi skrępowane powrozami.
Uliński wspominał:
„Chciałem jej ręce rozwiązać, a jej mąż zawołał: „Nie rozwiązywać jej rąk, bo djabła rozwiążecie i kiedy nie macie święconych rzeczy przy sobie, to idźcie precz, bo djabeł może nad wami przemoc wziąć”. Kościński wziął kropidło i zaczął ją wodą kropić, lecz jej nie kropił, tylko uderzał ją kropidłem po twarzy” .
Tego już było dla gospodarzy z Koszelew za wiele. Mężczyźni odgonili Kościńskich od posłania Leokadii, a sołtys pozbył się sznura z jej nadgarstków. Józef i Władysław, wiedząc, że nie dadzą rady całej grupie, opuścili mieszkanie. Maltretowana kobieta była wdzięczna sąsiadom i błagała ich, żeby jej nie zostawiali – tak bardzo bała się kuracji męża i swoich agresywnych szwagrów. Równocześnie wciąż miała nadzieję, że związek z Władysławem da się jeszcze naprawić. Wieczorem tego samego dnia Uliński przywołał zatem Kościńskiego, bo chora chciała się pogodzić i przemówić mężczyźnie do rozumu. Kiedy jednak pokazała mu poobijane nogi, oprawca uciekł z izby, a na odchodne pod oknami krzyczał jeszcze do zebranych: „Trzymajcie lucypra!”.
Przeczytaj także: Tragiczna historia Zofii Paluch
Kościńska próbowała dojść do siebie, natomiast Władysław i jego bracia znów udali się do kapłanki z Żabin. „Ta wyjaśniła, że im należy Leokadję związać powrozami, położyć na ziemi i to w kole, zakreślonem kredą świeconą, poczem należy ją kropić święconą wodą i kazać odmawiać różaniec, a bić tak długo, aż szatan wyjdzie” . Nie jest jasne, gdzie ani w jakich okolicznościach mężczyźni wcielili tę ideę w życie. Być może Kościński przekonał żonę oraz sąsiadów co do swoich dobrych intencji i znów objął opieką pozornie opętaną. Niestety była to decyzja gorzej niż fatalna.
Według dalszej relacji z „Drwęcy” wynika, że 25 stycznia, zgodnie z wytycznymi Ewertowskiej skrępowano Leokadję Kościńską powrozami, włożono jej w usta krzyżyk i oblano ją wodą święconą, przytem kazano jej odmawiać różaniec i skakać przez ramki od obrazów religijnych. Za każde uchybienie bito ją rzemieniami, zaopatrzonemi w metalowe spinki oraz innemi przedmiotami, jak trzonkiem od kropidła i t. p. Najokrutniej katowali ją przytem Władysław i Bernard K. Byliby ją przytem zabili, gdyby sąsiedzi nie przybyli i nie byli wyrwali nieszczęśliwej z rąk oprawców. Świadkowie, którzy jako pierwsi byli na miejscu, zeznają, że na całem ciele nie miała ani kawałka miejsca zdrowego. Oprawcy w swej zajadłości odpychali nawet przybyłych, aby im nie przeszkadzali, bo w razie przerwania szatan by się wzmocnił. Ostrzegali ich również, żeby się mieli na baczności, aby szatan w nich nie wszedł.
Chłopi, którzy zauważyli przeprowadzanie strasznego rytuału, rzucili się na Kościńskich z pięściami. Do linczu nie doszło tylko dlatego, że braciom udało się uciec. Niestety, Leokadia była już w tak tragicznym stanie, że poprosiła o wizytę księdza. Wkrótce potem powiadomiono policję, a skatowaną ofiarę przetransportowano do Szpitala Powiatowego w Działdowie. Dopiero po kilku godzinach Leokadia odzyskała świadomość i opowiedziała lekarzom, co się stało. Zaraz potem nieszczęśliwa „popadła ponownie w stan depresji umysłowej i stała się dla swego otoczenia nawet niebezpieczna” .
30 stycznia 1930 roku wiadomości tej samej gazety na temat skutków nauk Ewertowskiej zakończyły się słowami:
„Dziwne jest, że miejscowa ludność, widząc to zgorszenie i ujemne skutki tego sekciarstwa, nie potrafi zapobiec dalszemu szerzeniu się tej zarazy wśród naszego społeczeństwa” .
Z tym że owa miejscowa ludność jeszcze z końcem stycznia postanowiła zareagować tak, jak była tego nauczona. Rozwścieczeni mężczyźni z kilku okolicznych wiosek zebrali się w grupę i ruszyli wypleniać zarazę. Z Koszelew, oprócz rolnika Franciszka Karczewskiego i robotnika Anastazego Laskowskiego, pochodził organista J. Seroczyński, który przewodził całej bandzie. Dołączyli do nich gospodarz J. Kołecki z Tuczek oraz dwaj mieszkańcy Żabin: robotnik H. Rozentalski i rolnik Stanisław Potorski. Uzbrojeni w laski i kamienie chłopi stanęli przed domem Ślesińskich z żądaniem wydania sekciarki. Jako że gniewne prośby nie przyniosły efektu, przystąpili do dzieła: wybili okna, wyważyli drzwi, a potem wtargnęli do środka.
Przerażona rodzina próbowała się bronić podobnie jak bliscy czarownicy Sołtysowej z Wieliszewa, czyli oblewając napastników wrzątkiem. Wysiłek był jednak podobnie jałowy. Rozjuszeni mężczyźni zaczęli demolować meble, a gdyby nie szybka interwencja funkcjonariuszy straży granicznej, zapewne doszłoby do krwawego samosądu.
Wkrótce ruszyły dochodzenia zarówno w sprawie awantury w Żabinach, jak i okrutnych zabobonów u Kościńskich, natomiast dziennikarze znowu wytoczyli ciężkie działa przeciwko lubawskim gospodarzom. W „Expresie Zagłębia” z niesmakiem zauważono, że „zaszedł wypadek świadczący o niskim poziomie kultury miejscowej ludności”.
Tymczasem Władysław Kościński postanowił publicznie walczyć o swoją reputację. W połowie lutego na łamach „Głosu Mazurskiego” mężczyzna wydał oświadczenie, że nie katował swojej żony i nie uciekł przed rozwścieczonymi sąsiadami, ale oddał Leokadię pod opiekę sołtysowi. Ten z kolei poczuł się w obowiązku zamieścić stosowną, ostrą ripostę w „Drwęcy”, która ukazała się 6 marca 1930 roku. Wiadomość Bolesława Ulińskiego kończyła się słowami: „A żona twoja tak nas prosiła, aby od niej nie odchodzić, bo jakbyśmy odeszli, to byś ty powrócił i twoi bracia i byście dalej złego ducha wyganiali aż może byście i życie byli wypędzili”.
fot.Ilustracja poglądowa / Narodowe Archiwum Cyfrowe / 3/131/0/-/262/6 Chata wiejska z okresu dwudziestolecie
Niestety urazy, których doznała Leokadia, okazały się fatalne. W momencie, kiedy czytelnicy zapoznawali się z wersją wydarzeń sołtysa, kobieta nie żyła od dwóch dni.
Zanim Kościńscy i ich diaboliczna przyrodnia siostra stanęli przed wymiarem sprawiedliwości, na początku stycznia 1931 roku prasa doniosła o procesie napastników, którzy napadli na rodzinę Ślesińskich w Żabinach. Sześciu wcześniej wymienionych mężczyzn odpowiadało przed tamtejszym Zamiejscowym Wydziałem Karnym za „występek publicznego skupienia się tłumu” oraz „gwałt na cudzym mieniu”. Po uwzględnieniu oczywistych okoliczności łagodzących sąd ukarał każdego z oskarżonych sześciomiesięcznym pobytem w więzieniu .
Dużo poważniejsze konsekwencje groziły Władysławowi, Franciszkowi, Józefowi i Bernardowi Kościńskim oraz domniemanej prowodyrce śmiertelnego pobicia Mariannie Ewertowskiej. Rozprawa z ich udziałem odbyła się 26 czerwca 1931 roku przed Wydziałem Zamiejscowym Karnym w Brodnicy pod przewodnictwem wiceprezesa sądu okręgowego Włodzimierza Gizińskiego. Z tej okazji lokalne dzienniki jeszcze raz, dość obszernie, opisały zajścia z poprzedniego roku, nie skupiając się zbytnio na przebiegu procesu. Wiadomo, że stawiło się dwudziestu pięciu świadków oraz jeden biegły, a linia obrony oskarżonych była spójna z zeznaniami sąsiadów. Mężczyźni przekonywali, że nie chcieli zabić Leokadii, tylko wypędzić z niej szatana.
Wspomniano przy tej okazji o ugryzionym palcu, który według Władysława cuchnął siarką, a także jego dziwacznym zachowaniu. Mieszkańcy Koszelew pamiętali, że Kościński „zwracał im uwagę na siebie i żonę, by się popatrzyli, jaki djabeł czarny a on jaki ładny” .
Przeczytaj także: Prawa kobiet w II RP – czy Polska była pionierem równouprawnienia?
Prokuratura domagała się trzech lat ciężkiego więzienia dla każdego z oskarżonych poza Józefem, przeciwko któremu nie udało się zebrać dostatecznych dowodów winy. Ostatecznie sąd ogłosił, że Władysław i Bernard Kościńscy odpokutują poprzez dwuipółletni pobyt za kratami, natomiast Marianna Ewertowska odsiedzi dwa lata za podżeganie ich do zbrodni. Franciszek i Józef zostali uniewinnieni.
W „Głosie Wąbrzeskim” podsumowano sprawę następująco:
„Jest to wprost nie do uwierzenia, że takie rzeczy dzieją się w XX wieku i to w powiecie działdowskim. Sprawcy, czyli oprawcy istotnie zasłużyli na bardzo surową karę. Sąd wziął jednak pod uwagę ich małą inteligencję i zacofanie oraz tę głęboką wiarę fanatyczną w to, że tą drogą wypędzą z swej ofiary umysłowo chorej rzekomego szatana, jakiego w ich chorobliwej wyobraźni w niej widzieli i dlatego przyznał im okoliczności łagodzące i zasądził jedynie więzienie”.
Ze strzępków późniejszych informacji wynika, że 16 sierpnia 1932 roku doszło do próby odwołania od wyroku. Nie wiadomo, czy przed Sądem Apelacyjnym w Toruniu stanęła cała trójka skazanych, czy tylko wróżbitka Marianna. Z doniesień prasowych wiadomo tylko tyle, że kobieta została oczyszczona z zarzutów. Mimo to zła sława nie opuszczała Ewertowskiej.
W marcu 1933 roku jej rodzina z Prątnicy zamieszczała w lokalnej prasie ostrzeżenia, że jeśli ktoś w dalszym ciągu będzie pomawiał prawomocnie uniewinnioną Mariannę, doczeka się własnego procesu sądowego . Losem braci Kościńskich nikt się już nie interesował.
Pozostaje pytanie, czy w przypadku zgromadzeń u Ślesińskich faktycznie chodziło o nabożeństwa tajemniczej sekty, czy o zwyczajne spotkania w gronie bliskich, które żądni sensacji dziennikarze przyprawili magią. Prawdopodobne jest też to, że nieszczęsna Leokadia Kościńska nie zapadła na chorobę psychiczną wskutek bicia, ale dużo wcześniej – i właśnie to było pierwotną przyczyną dopatrywania się w niej diabła. Prymitywni mieszkańcy wsi nie rozumieli, że depresja czy, co gorsza, schizofrenia wcale nie oznacza opętania. Z chorobami radzili sobie, jak umieli: modlitwą, rzemieniem i kropidłem. Prosto w twarz.
Fragment tekstu pochodzi z książki Demoniczne dwudziestolecie. Czarownice, znachorzy i zaświaty na usługach zbrodni w II Rzeczpospolitej autorstwa Pauliny Drożdż (Wydawnictwo Sploty) 2026.

KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.