Jak zademonstrować znienawidzonemu sąsiadowi z południa swoje prosperity, a jednocześnie przyciągnąć tamtejszych mieszkańców? To proste! Należy wybudować wzorcowe, czytaj: pokazowe miasto! Skojarzenie z wsiami potiomkinowskimi jest jak najbardziej na miejscu.
Bez podatków, ale za to pod ciągłą obserwacją
W roku 1953 Korea Północna i Południowa podpisały traktat, na mocy którego pomiędzy państwami ustanowiona została szeroka na 4 kilometry i długa na około 250 kilometrów strefa zdemilitaryzowana. Każde z państw miało prawo umiejscowić w tej strefie dosłownie jedno siedlisko ludzkie. Wybór Koreańczyków z południa padł na Daeseong-dong, wioskę, w której uprawiany był ryż. Nazywana jest ona również Wioską Wolności lub też „wioską osiągniętego sukcesu”, ewentualnie przez Amerykanów – wioską demokracji. Zamieszkało w niej zaś 250 specjalnie wyselekcjonowanych Koreańczyków – mogli to być jedynie potomkowie tych, którzy wcześniej tam mieszkali.
fot.Kristoferb z angielskiej Wikipedii / CC BY-SA 3.0Żołnierz Koreańskiej Armii Ludowej na mapie Korei wskazuje położenie strefy zdemilitaryzowanej
Jest to w rzeczywistości południowokoreańskiej miejsce wyjątkowe: tamtejsi mieszkańcy mogą cieszyć się zwolnieniem z opłacania podatków oraz obowiązkowej służby wojskowej. Ale ma to swoją cenę: obowiązuje ich godzina policyjna, która zaczyna się o 23:00, nie mogą też się przeprowadzać. Mieszkańcy Daeseong-dong byli też zobowiązani do noszenia żółtych nakryć głowy, aby byli rozpoznawalni dla służb prowadzących obserwację terenu. No i oczywiście życie tam nie może być łatwe i przyjemne ze względu na pobliskie północnokoreańskie głośniki stale sączące propagandowe treści.
Przeczytaj także: Bomba atomowa nad Koreą? Plan, który mógł zmienić historię świata
Miasto zbyt idealne, by było prawdziwe
Z kolei „północ”, w odległości dosłownie około mili, postanowiła wybudować Kijong-dong. Paradoksem było to, że miasteczko to nie pojawiało się tak naprawdę na żadnej północnokoreańskiej mapie! Kiedy dowiecie się, czym ono miało być, zapewne całkowicie przestanie Was to dziwić. Ponieważ nie miało to być zwyczajne miasteczko. Ani też przyjazne miejsce do życia. Ani w ogóle do życia. Bo tak naprawdę wstęp do niego był dla zwykłych mieszkańców wzbroniony!
Jeżeli spojrzelibyśmy na Kijong-dong przy pomocy np. map Google, zobaczylibyśmy pokaźnych rozmiarów miasto z centrami poprzedzielanymi polami uprawnymi. W każdym z tych centrów znajdują się szeregi bloków mieszkalnych oraz budynków użyteczności publicznej. Dookoła nich znajdują się zaś ogrody. Czy to możliwe, żeby komunistyczny reżim Korei Północnej gwarantował już w latach 50. XX wieku takie wygody i tak wysoki poziom rozwoju?
Gdzie oko nie może – tam lornetka prawdę odkryje
Zgodnie z oficjalnym stanowiskiem władz Korei Północnej Kijong-dong to prężnie rozwijające się miasteczko. Zamieszkująca je społeczność z entuzjazmem pracuje na jego rzecz. Na miejscu znajduje się nowoczesna farma, na której zatrudnienie znalazło aż 200 rodzin. Funkcjonują tam też zarówno przedszkola, szkoły, jak i szpitale. Jednak to, do czego tak naprawdę one służą – lub raczej nie służą – nietrudno jest dostrzec; wystarczy wyposażyć się w dobrą lornetkę.
fot.Don Sutherland, Siły Powietrzne USA / domena publicznaMaszt flagowy, na którym powiewa flaga Korei Północnej.
Zresztą dostrzec to mogą nawet turyści, którzy zechcą odwiedzić osobliwą atrakcję – wioskę Panmundżom, w której od 1953 roku odbywały się spotkania delegacji obu państw, począwszy od Wojskowej Komisji Rozejmowej. Jako ciekawostkę warto wspomnieć, że odwiedzających to miejsce uprzedza się, by nie nawiązywali żadnego kontaktu wzrokowego ze strażnikami z Korei Północnej, a już na pewno nie wykonywali w ich kierunku żadnych gestów. W każdym razie z Panmundżom budynki Kijong-dong widać jak na dłoni. Co jednak możemy tam tak naprawdę dostrzec?
Propaganda w czystej postaci
W Wiosce Pokoju – bo i tak bywa ona nazywana w Korei Północnej – tak naprawdę nikt nie mieszka. Kompletnie nikt. To prawdziwe miasto duchów. Dlatego też bardziej pasuje do niej używane chociażby przez wojskowych określenie: Wioska Propagandy. W budynkach brakuje nawet szyb. Zresztą poszczególne piętra niekoniecznie zostały podzielone na pokoje. Kijong-dong jest w pełni zelektryfikowana, ale zarówno światło na ulicach, jak i w budynkach jest po prostu zdalnie włączane i wyłączane o określonych porach.
Co ciekawe, ulice są od czasu do czasu czyszczone, ale można przypuszczać, że pracowników (którzy są jedynymi osobami widocznymi na tamtejszych ulicach – spoczywa na nich też obowiązek sprawiania wrażenia, że wioska „żyje”; można też znaleźć informacje, że mieszkają tam żołnierze) obowiązuje tajemnica co do tego, co się tam naprawdę dzieje. W czasach, kiedy powstało to miejsce, to, co zobaczyliby tam żyjący w biedzie lub nawet ubóstwie Koreańczycy z północy, musiałoby być dla nich szokiem – zaczynając chociażby od wspomnianej elektryczności na ulicach. Mogło to sprawiać wrażenie miasteczka z przyszłości. Odległej przyszłości.
Wioska Pokoju jest tak naprawdę północnokoreańskim wabikiem mającym z jednej strony pokazywać Koreańczykom z południa potęgę i luksusy północy, z drugiej zaś strony zachęcać hipotetycznych uciekinierów stamtąd, by do niej przybyli – i zapewne nie mogli już nigdy powrócić. Ponadto Kijong-dong pełniło rolę miejsca, z którego propaganda miała docierać bezpośrednio na południe. Aż do roku 2004 zamontowane tam na pustych budynkach potężne głośniki rozbrzmiewały buńczucznymi przemówieniami, odkrywającymi przed mieszkańcami południa „prawdę” na temat państwa, w którym mieszkają. Można było z nich usłyszeć także patriotyczną muzykę. Tego typu audycje emitowane były niemal co godzinę. Zresztą po 2004 roku głośniki te ucichły tylko na kilka lat – w 2010 roku powróciły do pracy. Zbiegło się to w czasie z zatopieniem przez Koreę Północną południowokoreańskiego okrętu. Śmierć poniosło wtedy 46 marynarzy.
Przeczytaj także: Koreańskie bitwy krabowe
Symboliczna wojna na wysokości
W Kijong-dong znajduje się jednak coś, co – obiektywnie patrząc – przewyższa południowokoreańskie osiągnięcie z Daeseong-dong. Otóż w tym ostatnim w latach 80. ustawiono maszt z flagą wysoki na prawie 100 metrów. Ta zniewaga wymagała odpowiedzi z północy. Sąsiedzi podjęli rękawicę i w Kijong-dong powstał jeszcze wyższy, bo mierzący aż 160 metrów maszt, oczywiście z jeszcze większą flagą północnokoreańską. Przez pewien czas był to nawet najwyższy taki maszt na świecie. Obecnie palmę pierwszeństwa dzierży w tej kategorii maszt w Kairze, który ma prawie 202 metry wysokości.
fot.Park Jong-u – https://gongu.copyright.or.kr/gongu/wrt/wrt/view.do?wrtSn=13320239&menuNo=200018 / CC BY 4.0Widok na Kijŏng-dong
Z flagą północnokoreańską związany jest zaś pewien ciekawy wątek – choć może to być jedynie plotka. Otóż za prezydentury Chun Doo-hwana, który rządził w Korei Południowej prawie do końca lat 80., podobno została ufundowana nagroda dla tego, komu uda się zwinąć ważącą około 270 kg (!) północnokoreańską flagę z Kijong-dong. Przewidziana za to była wysoka nagroda pieniężna, aczkolwiek ten ciężki dowód wykonania zadania należało wcześniej dostarczyć do siedziby prezydenta, czyli Błękitnego Domu. Jak dotąd jednak żaden taki śmiałek się nie znalazł. Tak jak i chętny, by uciec z Korei Południowej i zamieszkać w Wiosce Pokoju.
Bibliografia
- Bober, Korea zjednoczona – szansa czy utopia?, Kwiaty Orientu, Skarżysko-Kamienna 2013.
- P. Bolger, Savage Peace. Americans at War in the 1990s, Presidio Press, Novato 1995.
- Bonnett, Unruly Places. Lost Spaces, Secret Cities, and Other Inscrutable Geographies, Houghton Mifflin Harcourt, Boston 2014.
- Foer, D. Thuras, E. Morton, Atlas Obscura. An Explorer’s Guide to the World’s Hidden Wonders, Workman Publishing Co., Inc., New York 2016.
- Moore, Why We Build. Power and Desire in Architecture, Harper Design, New York 2013.
KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.