O tym, jak bardzo będą cierpieć, nikt nie myślał. Zimna wojna trwała, programy jądrowe musiały się rozwijać. Nawet kosztem ludności. I to nie tylko żołnierzy, ale i cywilów. W tym tych najbardziej bezbronnych: dzieci. Z których wiele zostało skazanych na ból jeszcze zanim przyszły na świat.
Nieśmiertelniki dla dzieci
Zacznijmy od zagadnienia stosunkowo najlżejszego kalibru, o ile w ogóle można tak powiedzieć. Nieodłącznym elementem codziennej rutyny funkcjonowania dzieci w Stanach Zjednoczonych w latach zimnej wojny było ich przygotowywanie na atak jądrowy ze strony Związku Radzieckiego. W szkołach organizowano nawet specjalne lekcje bezpieczeństwa, w trakcie których uczniów informowano, jak należy się w takiej sytuacji zachować.
Obowiązywało tutaj kilka zasad. Jeżeli dzieci znajdowały się w klasie, najbezpieczniej było schować się pod ławką i osłaniać głowę – zgodnie z dewizą „duck and cover”. Mogło to pomóc w przypadku, gdyby np. zaczął walić się dach.
Podobne zalecenia obowiązywały w przypadku korytarzy, gdzie jednak próżno byłoby szukać ławek. Najbezpieczniej w takiej sytuacji było przycisnąć się do jakiegoś muru, zapleść ręce za głową i, skulonym, próbować przeczekać. Dzieci uczono, że na bombę trzeba uważać, ponieważ może ona rzucić nimi o ścianę, drzewo, a także wywracać budynki i wybijać szyby. Zalecano im zatem, by zachowywały się jak Bert. Czyli kto?
Wyjaśnia to w książce „Atomowi. Testy nuklearne na ludziach” Łukasz Dynowski:
„Bert to żółw występujący w komiksach i filmach, które pokazywano uczniom w klasach. Gdy zwisająca z drzewa małpa robiła mu psikusa i odpalała dynamit za jego plecami, sympatyczny żółw Bert, widząc błysk, padał na ziemię i chował głowę w skorupie”.
Organizowano również inne kampanie skierowane do dzieci. Nie tylko żołnierzom, ale i dzieciom rozdawano nieśmiertelniki. Znajdowały się na nich nie tylko imiona i nazwiska, ale i grupa krwi. A wszystko po to, żeby w razie potrzeby można było jak najszybciej przeprowadzić transfuzję.
fot.Walter Albertin – Ten obraz jest dostępny w dziale Druków i Fotografii Biblioteki Kongresu Stanów Zjednoczonych pod cyfrowym identyfikatorem ds.01489 Ćwiczenia z ukrywaniem się i schylaniem się w szkole w Brooklynie w 1962 roku
Miało to jednak jeszcze inne znaczenie, nieco bardziej… upiorne. Otóż zapewne pamiętano, co stało się z ciałami dzieci, które zginęły w Hiroszimie czy Nagasaki – zostały one po prostu zwęglone. Dzięki zaś wspomnianym nieśmiertelnikom można byłoby je przynajmniej zidentyfikować i pochować pod własnym nazwiskiem.
Słoneczny materiał badawczy
Zmieniamy temat i przechodzimy do testów medycznych, o ile w ogóle można je tak nazwać. W kontekście dzieci w Stanach Zjednoczonych miało miejsce coś bulwersującego, a wręcz przerażającego. I wydawałoby się nie do przyjęcia w cywilizowanym społeczeństwie.
Wszystko to zawierało się w projekcie o niewinnej nazwie Sunshine (Słoneczko). Projekt ten został zainicjowany w 1953 roku. Był to program badawczy mający na celu stwierdzenie, jaki wpływ na ludzki organizm ma opad radioaktywny. W jego trakcie badano poziom stężenia radioaktywnych izotopów w tkankach i kościach.
Brzmi sensownie. A nawet pożytecznie. Dopóki nie zadamy podstawowego w tych okolicznościach pytania: skąd pochodził materiał badawczy? Realizacja tego programu z początku szła opornie. Dlaczego? Jak wyjaśniał uczestniczący w nim późniejszy noblista w dziedzinie chemii oraz członek amerykańskiej Komisji Energii Atomowej, dr Willard Libby, zauważalny był niedobór danych. Czyli mówiąc wprost – zwłok. Szczególnie małych dzieci.
Po latach na jaw wyszła taka oto wypowiedź noblisty w tej sprawie, którą w książce „Atomowi. Testy nuklearne na ludziach” cytuje Łukasz Dynowski:
„Nie wiem, jak to zrobić, ale wiem, że ich zdobycie, a zwłaszcza zdobycie próbek z młodej grupy wiekowej, to kwestia najwyższej wagi. Jeśli jest ktoś, kto zna się na kradzieży ciał, to niech wie, że przysłużyłby się swojemu krajowi”.
I rzeczywiście znaleźli się tacy, którzy chcieli się przysłużyć swojemu krajowi. I to nie tylko z tego właśnie kraju. W Stanach Zjednoczonych, ale i w Wielkiej Brytanii, a nawet w Australii zaczęły się kradzieże zwłok, które następnie wysyłano do USA jako materiał badawczy.
Co najbardziej szokujące, były to przede wszystkim noworodki, ale też dzieci nieco starsze. Dlaczego akurat one? Ponieważ ich młode ciała były szczególnie podatne na gromadzenie strontu-90. W procederze uczestniczyły nawet australijskie szpitale. W latach 1957–1978 otrzymywały one gratyfikację finansową za odcinanie w trakcie sekcji od zwłok dzieci – wręcz noworodków – fragmentów kości, które następnie wysyłano do Stanów Zjednoczonych lub Wielkiej Brytanii.
Dochodziło przy tym do bulwersujących sytuacji, jak ta wspomniana przez matkę jednego z noworodków, któremu przed pochówkiem odcięto nogi, a jej samej nie pozwolono ubrać dziecka do trumny. Zdarzały się też przypadki, w których rodzicom w ogóle uniemożliwiano pochówek, a ich dzieci grzebano anonimowo. Płodów zaś czasem po prostu się pozbywano.
Przeczytaj także: Stanisław Ulam i bomba atomowa
Dzieci wciąż się rodziły, ale…
O tym, że próby nuklearne nie tyle mogły, co miały niszczycielski wpływ na dzieci, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Można zresztą podać wiele przykładów potwierdzających, że tak rzeczywiście się działo. Po testach w Utah w latach 50. wiele dzieci zmarło na białaczkę, o czym można było przeczytać dopiero w 1979 roku w artykule opublikowanym na łamach „The New England Journal of Medicine”.
Szokujące były też doniesienia o tym, co działo się po testach jądrowych przeprowadzonych na Wyspach Marshalla. Matki zaczęły chorować. Pojawiały się u nich nowotwory piersi i tarczycy. Drastycznie wzrosła liczba poronień – w 1954 roku zanotowano ich aż 41. Dzieci przychodziły zaś na świat z osłabionymi układami immunologicznymi.
Analogicznie wzrosła też liczba urodzeń obumarłych płodów: przed testami był tylko jeden taki przypadek, zaś po nich odnotowano ich aż 15.
Wstrząsające było również zjawisko rodzenia się – jak je określano – dzieci-meduz. Przychodziły one na świat na tych wyspach zdeformowane, czasem z półprzezroczystą skórą i pozbawione kości. Łukasz Dynowski przytacza słowa antropologa Glenna Alcalaya, który tak wspominał tamtejsze kobiety:
„Nerik urodziła coś przypominającego jaja żółwia morskiego, a Flora coś przypominającego jelita”.
Trzeba przy tym podkreślić, że dla tamtejszych kobiet oprócz oczywistej traumy mogło to mieć jeszcze dodatkowe znaczenie w lokalnej kulturze deformacje płodów bywały bowiem uznawane za dowód niewierności.
Przeczytaj także: „Mój Boże, cóżeśmy uczynili?”. Ile osób zginęło w atakach na Hiroszimę i Nagasaki?
Nowotwór w spadku
Amerykańskie dzieci ponosiły również konsekwencje testów jądrowych jeszcze zanim się urodziły. Działo się tak w przypadku, gdy ich ojcami byli żołnierze lub marynarze uczestniczący w próbach jądrowych, którym – poza goglami, nie zapewniano praktycznie żadnej ochrony.
Przykładów można by tutaj mnożyć, prezentujemy jedynie kilka z nich.
Alonzo Edward Wallis, który był obecny na Bikini, miał czwórkę dzieci. Wszystkie cierpiały albo na wrodzone wady serca, albo na poważne problemy skórne. Wiele problemów ujawniało się dopiero po latach. Tak było w przypadku dzieci Johna Laxa. U jego syna dopiero w wieku 14 lat zdiagnozowano guza na tętnicy szyjnej wielkości piłki golfowej. Z kolei jego córka miała guzy w piersiach, które na szczęście udało się usunąć i nie okazały się złośliwe.
fot.United States Department of Energy / domena publicznaWybuch bomby jądrowej w 1954 roku, podczas testu Castle Romeo na atolu Bikini – Wyspy Marshalla, Ocean Spokojny
Niestety w przypadku jego najmłodszego syna nic nie dało się zrobić – przez całe życie mógł widzieć tylko czarno-biały świat. Powyższe rozważania warto zakończyć słowami Alberta Schweitzera, laureata Pokojowej Nagrody Nobla z 1952 roku, który w 1958 roku napisał na łamach prasy:
„Tylko ci, którzy nigdy nie byli przy narodzinach zdeformowanego dziecka i nigdy nie słyszeli skomlącego płaczu jego matki, mogą mieć czelność utrzymywać, że należy podejmować ryzyko prowadzenia testów atomowych”.
Literatura uzupełniająca:
- R. Patel, Aftermath of Nuclear Testing in the Pacific Islands, „JCO Global Oncology”, vol. 10/2024.
- T. A. Ruff, The humanitarian impact and implications of nuclear test explosions in the Pacific region, „International Review of the Red Cross”, no 97/2015.
- Situation Analysis of Children in the Marshall Islands, United Nations Children’s Fund (UNICEF), Pacific Office, Suva 2017.
- The Devastating Consequences of Nuclear Testing. Effects of Nuclear Weapons Testing on Health and the Environment, A Report by International Campaign to Abolish Nuclear Weapons and IPPNW Germany, https://www.ippnw.org/wp-content/uploads/2024/01/IPPNW_Report_Nuclear_Tests_EN.pdf, dostęp: 09.03.2026.

KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.