Ciekawostki Historyczne
Generic selectors
Tylko dokładne dopasowania
Szukaj w tytułach
Szukaj w treściach
Szukaj w postach
Search in pages

Kpt. Wiktor Łomidze 1 września 1939 roku zignorował rozkazy. Wyrzucenie min z ORP „Gryf” – rozsądek czy zdrada?

Do dziś trwają dyskusje nad zachowaniem kpt. mar. Wiktora Łomidze, który pierwszego dnia wojny pozbawił ORP Gryf jego głównego oręża.

fot.NAC/domena publiczna Do dziś trwają dyskusje nad zachowaniem kpt. mar. Wiktora Łomidze, który pierwszego dnia wojny pozbawił ORP Gryf jego głównego oręża.

Wojna obronna w 1939 roku obfitowała w błędy dowództwa i zwykłe tchórzostwo. Do dziś trwają dyskusje nad zachowaniem kpt. mar. Wiktora Łomidze, który pierwszego dnia wojny pozbawił największy polski okręt jego głównego oręża.

W chwili niemieckiego ataku na Polskę ORP „Gryf” służył pod biało-czerwoną banderą zaledwie od półtora roku. W tym czasie odbył dwie nieoficjalne podróże zagraniczne do Tallina. Ze względu na zaogniającą się sytuację prowadzono głównie intensywne szkolenia załogi.

W sierpniu 1938 roku okręt, dowodzony przez komandora podporucznika Stanisława Dzienisiewicza, uderzył w nabrzeże. Przyczyną było niezaskoczenie biegu silników wstecz. „Gryf” spędził kilka dni w suchym doku. Ponownie dokowany był w listopadzie. W międzyczasie zmienił się dowódca. Nowym „pierwszym po Bogu” został kmdr por. Roman Stankiewicz. Poprowadził on okręt do Zatoki Botnickiej na patrol, podczas którego obserwowano ruchy niemieckiej floty w czasie zajmowania Kłajpedy.

Był to jedyny dłuższy rejs „Gryfa” pod dowództwem Stankiewicza. Jeszcze w marcu dowódcą okrętu został kmdr ppor. Stefan Kwiatkowski. Miał on poprowadzić stawiacz min do wojny.

Przygotowania do wojny

Już wiosną 1939 roku rozpoczęto przygotowania do spodziewanego ataku. Zostały zrobione przeglądy dział i zdjęto niepotrzebne wyposażenie szkolne, jak np. tarcze strzeleckie. Rozpoczęły się za to forsowne ćwiczenia załogi – ćwiczono działoczyny, stawiano ćwiczebne miny, a sygnaliści doskonalili łączność i współpracę w zespołach.

Operacja trwała trzy dni i zakończyła się już po przybyciu pancernika „Schleswig-Holstein” do Gdańska.

fot.domena publiczna Operacja trwała trzy dni i zakończyła się już po przybyciu pancernika „Schleswig-Holstein” do Gdańska.

Na przełomie lipca i sierpnia przeprowadzono szeroko zakrojone manewry. Ćwiczono pojedynczo i w zespołach. Szlifowano każdy element marynarskiego rzemiosła. Po podpisaniu paktu Ribbentrop-Mołotow ogłoszono alarm.

Z urlopów i z izb chorych zostali ściągnięci wszyscy marynarze. „Gryf” wyszedł w rejon Kępy Oksywskiej, gdzie z kryp zaopatrzeniowych zaczęto ładować miny bojowe. Operacja trwała trzy dni i zakończyła się już po przybyciu pancernika „Schleswig-Holstein” do Gdańska.

Czytaj też: Tajemnica Westerplatte rozwikłana. Wiemy ile pocisków wystrzelił „Schleswig-Holstein”

Poranek 1 września

Rankiem pierwszego dnia wojny „Gryf” stał na Oksywiu. St. bosman Wojciech Klisowski, tak wspomina poranek:

1 września 1939 r. — pobudka na okręcie jak zwykle o godz. 6.00, następnie zbiórka do porannej modlitwy. Wychodzimy na pokład i słyszymy warkot niemieckich bombowców. My, marynarze, odróżnialiśmy dobrze warkot niemieckich samolotów, ponieważ latem 1939 r. kręciły się nad nami i nad innymi naszymi okrętami bardzo nisko.

Dyżurny sygnalista powtarza odbierany sygnał zapowiadający, że trzy polskie samoloty będą przelatywać przez port i nie wolno do nich strzelać. Czas przelotu i trasa były podane i w tej chwili wszystko się zgadzało. Ktoś krzyknął: „Dalmierzysta, sprawdzić”.

Mgła była bardzo silna, powyżej masztu okrętu nic nie było widać, mimo że był dzień. Właśnie ta mgła uratowała okręt przed zbombardowaniem. Podoficer zawodowy (nie pamiętam nazwiska) podaje po sprawdzeniu: „Trzy niemieckie, wysokość 500 m idą wprost na nas”. Oficer wachtowy podaje rozkaz: „Nie strzelać”. Po chwili padł rozkaz „do dział” i załoga otworzyła ogień, lecz samoloty już odlatywały, wzięły kurs na dworzec morski w Gdyni, później na Nowy Port.

„Gryf” natychmiast rzucił cumy i, pierwszy raz bez holowników, odszedł od nabrzeża i ruszył w stronę Kuźnickiej Jamy, gdzie rzucił kotwicę. Około godziny 10. wykryły go niemieckie samoloty. Kwiatkowski rozkazał podnieść kotwicę i okręt zaczął krążyć po wodach Zatoki Puckiej. Wówczas też dołączyły do niego trałowce.

Czytaj też: Tchórzliwy jak Orzeł. Wstydliwa historia polskiego okrętu podwodnego we wrześniu 1939 roku

Plan „Rurka”

O 16.00 został wydany rozkaz, który nakazywał postawienie zagrody minowej, która odcięłaby wejście do Zatoki Puckiej. Około godziny 18.00 zespół składający się ze stawiacza min „Gryf”, niszczyciela „Wicher”, sześciu trałowców i dwóch starych kanonierek znajdował się na południe od Helu.

Ppor. mar. rez. Jędrzej Giertych był jednym z oficerów, którzy mieli przeprowadzić kutry do portu w Oksywiu. Zupełnie przypadkiem znalazł się w środku bitwy.

Niespodziewanie spotkałem największy polski okręt wojenny — stawiacz min „Gryf” […]. Oficerowie stojący na dziobie przyjaźnie zamachali do mnie rękoma. Zasalutowałem im, z zazdrością patrząc z mej nie uzbrojonej łupiny na ich groźnie szczerzącą paszczę dział sylwetkę i na ich dumnie powiewającą banderę.

Zespół trałowców typu Jaskółka, które miały towarzyszyć Gryfowi podczas operacji Rurka

fot.domena publiczna Zespół trałowców typu Jaskółka, które miały towarzyszyć Gryfowi podczas operacji Rurka

Ledwo się ukazali — i już znikli w oddali. Popatrzyłem chwilę w ślad za nimi, a potem zwróciłem wzrok w przód — ku Zatoce Puckiej i ku szeroko rozrzuconej flotylli kutrów, której byłem ostatnim ogniwem. Gdy po dłuższej chwili znowu odwróciłem głowę w tył, w kierunku „Gryfa”, zobaczyłem, że naraz znalazł się on w towarzystwie kontrtorpedowca „Wicher” i sześciu trawlerów i że płynie razem z nimi mniej więcej od cypla Helu ku Gdańskowi […].

 Ledwo zwróciłem na płynący zespół okrętów wojennych uwagę — gdy nad zespołem tym pojawiły się klucze samolotów niemieckich. W jednej chwili powietrze napełniło się zgiełkiem bitewnym.

Tragiczna bitwa

Niemieckie samoloty za główny cel ataków wzięły sobie największy okręt zespołu – „Gryfa”. Dla chorążego ppor. rez. red. Józefa Iżyckiego, znajdującego się w maszynowni, były to ciężkie chwile:

Druga wachta obejmowała służbę, kiedy nagle, niespodziewanie, w szalonym pędzie zaczęły spadać z nieba „stukasy”. Zagrzmiały działa przeciwlotnicze, zaterkotały ckm-y i rkm-y. Marynarze chwycili za karabiny, woda zakotłowała się, w górę trysnęły fontanny. Rozgorzała fantazja marynarska, rozbudziły się szał i hazard… Tylko dyżurni sygnaliści, którzy musieli wysłuchiwać warkotu samolotów, widzieć tylko i liczyć spadające bomby, odruchowo zarzucali na głowę swoje granatowe kołnierze, bo zdawało się im, że każda bomba leci na okręt.

 Stary chorąży ze swoją zmianą był w maszynowni. Przebył na morzu całą wojnę światową i teraz, stojąc na swym posterunku, dobrze rozumiał sytuację. Wiedział doskonale co znaczy mieć na okręcie kilkaset min. Jedna bomba celna — i z okrętu zostaną tylko drzazgi na wodzie.

 […] Teraz zazdrościli artylerzystom, każdemu pokładowemu, wolnym od służby motorzystom. Słyszeli, jak bomby rwały się dokoła okrętu, i czekali… Trafi, czy nie trafi? I wreszcie trafiła. Okręt konwulsyjnie drgnął, zakołysał się gwałtownie, huk eksplozji na pokładzie zagłuszył wszystkie inne dźwięki.

 Na szczęście bomba nie trafiła bezpośrednio w okręt. Wybuchła tuż przy burcie.

Czytaj też: Pogrom Kriegsmarine pod Jersey. Noc chwały ORP „Piorun”

Morze krwi

St. bosman Klisowski wspominał, że:

Na pokładzie widać pełno krwi. Idąc dalej, ujrzałem przerażający widok. Przy pierwszym dziale na dziobie trzyma się kurczowo lewą ręką jakiś marynarz — stoi bez głowy. W korytarzu pełno krwi. W pomieszczeniu jest jej prawie po kostki, na łóżkach leżą ciężko ranni, lżej ranni siedzą. Ranni podają swoje adresy kolegom, proszą, aby w przypadku śmierci zawiadomić rodzinę. Dokucza odór skrzepłej krwi. Na jednym łóżku leży sygnalista z rezerwy. Wnętrzności trzyma w prześcieradle. Prosi o zawiadomienie rodziny.

 Dowódca został trafiony w pierwszym ataku. Znoszą go trapem. Ma odciętą nogę, nastąpił poważny upływ krwi. O ratunku nie ma mowy. Na okrętowej izbie chorych ciężko ranni dogorywają, służba zdrowia dokonuje pierwszych zabiegów, na dokładne zabiegi nie ma warunków i czasu. Zakładam opatrunek i idę na stanowisko.

ORP Gryf

fot.domena publiczna ORP Gryf

 Marynarzem, któremu urwało głowę, był niejaki Szlęk. Wspomina o tym st. mar. Kosiński:

Marynarz Szlęk leżał na pokładzie w wielkiej kałuży krwi z oderwaną głową. Czuć mdlący zapach krwi. Bomba wybuchła w niewielkiej odległości od okrętu. W powietrzu nad okrętem i wokół niego dzieje się coś potwornego, istne piekło.

Na pomoście bojowym sytuacja wyglądała równie tragicznie. Marynarz Piotr Wójtowicz, wspominał:

Stałem przy sterze na pomoście bojowym. W tym momencie nastąpił na nasz okręt zmasowany nalot lotniczy. Pierwsza bomba, która w nas leciała, upadła w bliskiej odległości od prawej burty, dokładnie na wysokości pomostu. Dowódca zdążył jeszcze wydać rozkaz: „Ster w prawo 20, oba motory cała naprzód!”. Natychmiast telegraf został ustawiony na oba cala naprzód. Przełożyłem ster w prawo 20.

Po wybuchu bomby dowódca upadł, nie podnosząc się już. Również sygnalista przy telegrafie został wyrzucony na prawą burtę pomostu bojowego ze wszystkimi wnętrznościami na zewnątrz. Ja zostałem ranny w lewą nogę, ale na szczęście niegroźnie. Natychmiast na odmianę przekładałem ster na lewo 20, zgodnie jak to się przerabiało podczas ćwiczeń przeciwlotniczych. Zauważyłem, że ster przestał działać. Szybko, skacząc na jednej nodze, zameldowałem na pomost nawigacyjny o awarii steru.

Straty były ogromne. Nie tylko na pomoście bojowym, ale także na pokładzie. Głównie przez niefrasobliwość załogi. Mar. Stanisław Walankiewicz wspominał, że: „Większość zabitych i rannych to byli marynarze mieszkający na dziobie z załogi maszynowej. Po prostu głupia ich ciekawość. Zamiast ukryć się pod pokładem wyszli nań, ażeby oglądać bombardowanie. Chwilę później doszło do tragedii. Pokład cały był we krwi”.

Czytaj też: Obrona Helu w 1939 roku. Wytrwali wiele razy dłużej niż Westerplatte, ale dzisiaj niemal się o nich nie mówi

Nowy dowódca

Na „Gryfa” spadło około 30 bomb. Zginęło trzech marynarzy, a kilkunastu zostało rannych. Najpoważniejszą stratę stanowiła śmierć kmdr. ppor. Kwiatkowskiego, którego na mostku zastąpił kpt. mar. Wiktor Łomidze. Nastąpiło to około godziny 18.00. Cztery godziny przed rozpoczęciem planowanej akcji minowania. Chwilę później Łomidze podjął jedną z najbardziej kontrowersyjnych decyzji. Jak się po latach okazało – wbrew rozkazom, opinii innych oficerów i wbrew załodze. Rozeszły się słuchy, że… rozkazał wyrzucić miny za burtę

Załoga była oburzona takim obrotem sprawy. Ppor. mar. Zbigniew Jagusiewicz, II oficer artylerii, wspominał:

W pewnym momencie zauważyłem Leszka Dandelskiego i Witka Szczepanowskiego stojących na rufie. Podszedłem do nich mówiąc: „No, mieliśmy trochę szczęścia, nie trafili nas”. Zbyli moją uwagę milczeniem, a jeden z nich powiedział: „Słyszałeś, mamy wyrzucić miny za burtę, nieuzbrojone”. Nie chciałem uwierzyć własnym uszom. „Co, dlaczego?”.

Dyskutowaliśmy ten rozkaz i zdecydowaliśmy pogadać o tym z Jurkiem Skowrońskim, który objął obowiązki I oficera broni podwodnej od rannego Wachtla. Po przybyciu Jurka zasypaliśmy go pytaniami na temat min i możliwości postawienia ich według planu. Był zdania, że mimo poważnych awarii w urządzeniach komory minowej mogliśmy postawić tę zagrodę. Wszystko zależało od tego, czy awaria steru będzie usunięta na czas.

Byliśmy pod wrażeniem, że decyzja wyrzucenia nieuzbrojonych min była powzięta przez Dowództwo Floty, a nie przez z.d.o. Poza tym, będąc wyszkolonymi w duchu bezwzględnej dyscypliny i posłuszeństwa nie mogliśmy się zdecydować na otwarty bunt. Rozeszliśmy się przygnębieni beznadziejną sytuacją.

ORP Wicher

fot.NAC/domena publiczna ORP Wicher

Por. mar. Konrad Wachtel, I oficer broni podwodnej, na rozkaz Łomidzego ogłosił zbiórkę wolnej załogi. St. bosman Klisowski pisał:

Okręt cały posiekany odłamkami i pociskami z broni pokładowej. Nastąpiła awaria steru. Sieć łączności i elektryczna uszkodzona. Idziemy w stronę portu Hel. Pada rozkaz „zbiórka wolnej załogi na rufie”, a następnie „miny wszystkie zatopić”. Rozkaz wykonano szybko.

Po wyładowaniu i zatopieniu min weszliśmy do portu wojennego Hel. Wchodzące okręty, w tym również ORP „Gryf”, złożyły na molo zabitych. Ciężko rannych sanitarki przewożą do szpitala, lżej ranni idą piechotą. Uzbrojenie ORP „Gryf” jest jeszcze w dobrym stanie, okręt dobija więc do molo i od strony lądu tworzy baterie obrony Helu. Na okręcie została tylko obsługa uzbrojenia przeciwlotniczego, reszta załogi lokuje się na lądzie.

Wbrew temu, co sądzili oficerowie i załoga, rozkazu nie wydało Dowództwo Floty. Ono nie wiedziało o pozbyciu się największego atutu „Gryfa”. Podobnie jak komandor de Waiden, który miał osłaniać operację minowania i zgodnie z planem wyruszył w morze. O wyznaczonej godzinie, lawirując pomiędzy niemieckimi okrętami, a „polem minowym”, wrócił na Hel, gdzie okazało się, że „Gryf” jest w porcie i że operacja została odwołana!

Dwa dni później oba okręty legły na dnie basenu portowego w Helu. Jednak sprawa wydarzeń z 1 września 1939 roku wróciła sześć lat później.

Śledztwo

Kpt. mar. Łomidze przedostał się przez Szwecję do Wielkiej Brytanii. Mimo kolejnych awansów nigdy nie wrócił na morze. Przez trzy lata, aż do 1944 roku był kierownikiem Samodzielnego Referatu Personalnego. W jego aktach personalnych był zapis „nie pływający”. Stanowisko w jednostce liniowej otrzymał dopiero po zakończeniu wojny – został I oficerem Sztabu Komendy Morskiej Południe w Plymouth. Pierwszy raport dotyczący wydarzeń z 1 września powstał 27 lutego 1940 roku. Łomidze pisał do kontradmirała Jerzego Świrskiego:

Spodziewając się zaraz drugiego ataku i nie chcąc narażać okrętu na kompletne zniszczenie w razie trafienia bomby, kazałem rozpocząć wyrzucanie min z międzypokładu. Do zachodu słońca zdążyli wyrzucić około 30 min. Kiedy zaczęło się ściemniać, poleciłem przerwać wyrzucanie min. (…) Na zapytanie Wichra, czy odbędzie się operacja stawiania min odpowiedziałem, że tej nocy prawdopodobnie nie.

Świrski uznał, że Łomidze był winny pozbawienia siły uderzeniowej stawiacza. Stwierdził jednak, że za wszystko odpowiada kontradmirał Unrug i jego sztab

fot.domena publiczna Świrski uznał, że Łomidze był winny pozbawienia siły uderzeniowej stawiacza. Stwierdził jednak, że za wszystko odpowiada kontradmirał Unrug i jego sztab

Od wybuchów bomb wszystkie miny zeskoczyły z torów. Nastąpiło z tego powodu rozregulowanie min, ciężarki głębinowe porozwijały się. Przygotowanie ponowne min zajęłoby minimum 8 godzin czasu. (…) O godz. 20.30 Wicher nadał mi migaczem – „rzucić miny”, a jednocześnie trauler przywiózł zgodę na wejście do portu. Myśląc, że Dtwo Floty, nie mogąc nawiązać łączności ze mną z powodu uszkodzenia mojej radiostacji, pośrednio przekazało ten rozkaz przez Wicher, kazałem powtórzyć sygnał – odebrali to samo.

Wiedząc o panującej obawie przed wybuchem min w basenie, przypuszczałem, że Dtwo Floty zezwala na wejście do portu po wyrzuceniu min.

Na czas wojny sprawę odłożono. Jednak już po nastaniu pokoju Świrski rozkazał rozpocząć śledztwo, które prowadził komandor Czesław Petelenz. Wkrótce okazało się, że Łomidze kłamał w raporcie z 1940 roku.

Rozkazu nie było

Zapytany o wymianę sygnałów 1 września 1939 por. mar. Aleksander Kadulski, ówczesny oficer sygnałowy na ORP „Wicher”, zeznał:

Sygnał o treści: „rzucić miny” nie był nadany przez ORP Wicher na ORP Gryf, jak również żaden inny sygnał nie mógł wyjść, ponieważ ORP Gryf nie był pod rozkazami d-cy ORP Wicher.

Wrak Gryfa

fot.domena publiczna Wrak Gryfa

Por. mar. Kadulski zeznał, że jedyne sygnały wymienione pomiędzy okrętami miały miejsce, kiedy zauważono, że z „Gryfa” zrzucane są miny. Komandor de Walden został poinformowany, że okręt zrzuca uszkodzone miny i wejdzie do portu w Helu. Dowódca „Wichra” przekonany, że stawiacz idzie pobrać nowe miny, ruszył na wyznaczoną pozycję.

Tymczasem „Gryf” wszedł do portu, a Łomidze drogą telefoniczną powiadomił dowództwo o podjętych decyzjach. Zaskoczeni sztabowcy kazali mu zostać na miejscu i czekać na kolejne rozkazy. Już nie wrócił na „Gryfa”. Obowiązki dowódcy przejął komandor ppor. Stanisław Hryniewiecki.

Kolejny przesłuchiwani oficerowie pokładowi i sztabowi potwierdzali, że nikt nie wydał rozkazu wyrzucenia min i nie było również żadnej wymiany depesz pomiędzy Dowództwem Floty i „Wichrem” w kwestii wyrzucenia min. Świrski uznał, że Łomidze był winny pozbawienia siły uderzeniowej stawiacza. Stwierdził jednak, że za wszystko odpowiada kontradmirał Unrug i jego sztab, który wedle niego był „negatywnie ustosunkowany do min”.

Być może taka ocena miałaby jakieś znaczenie, gdyby Dowództwo Floty wydało rozkaz i gdyby nie to, że Świrski od lat próbował dyskredytować Unruga. Wiceadmirał właśnie wrócił z niewoli, a podkopanie jego autorytetu było jak najbardziej na rękę Świrskiemu. Wykorzystał do tego sprawę sprzed sześciu lat.

Łomidze nie poniósł żadnych konsekwencji. Do dziś sytuacja z 1 września 1939 roku wzbudza kontrowersje. Było to tchórzostwo Łomidzego czy rozsądek i chęć uratowania okrętu?

Bibliografia

  1. Borowiak M, Plamy na banderze, Warszawa 2007.
  2. Borowiak M., Stawiacz min ORP Gryf, Warszawa 2000.
  3. Kadry morskie Rzeczypospolitej, t. 5: Polska Marynarka Wojenna. Dokumentacja organizacyjna i kadrowa oficerów, red. J.K. Sawicki, Gdynia 2011.
  4. Pertek J., Wielkie dni małej floty, Poznań 1987.

Czy wiesz, że ...

...przedstawicieli Czerwonego Krzyża zaproszono do obozu koncentracyjnego w Theresienstadt? Po odpowiednim „przygotowaniu” scenerii gościom, którzy pojawili się w czerwcu 1944 roku, pokazano sielankową miejscowość. Mogli przejść się uroczymi uliczkami, wśród kwiatów i świeżo odmalowanych frontów budynków.

...więźniowie sowieckich łagrów dopiero przy temperaturze minus pięćdziesięciu jeden stopni Celsjusza mogli pozostać w barakach? Przy minus pięćdziesięciu spędzali dzień na powietrzu, przy pracy. O odmrożenia było w takich warunkach wyjątkowo łatwo...

...pogrzeb Reinharda Heydricha w 1942 roku był kolosalną uroczystością, w której udział wzięli najważniejsi przywódcy III Rzeszy, z samym Fuehrerem na czele? Heinrich Himmler w trakcie przemówienia powiedział: „Ty, Reinhardzie Heydrichu byłeś naprawdę dobrym esesmanem”.

...nie wszyscy wierzą, że Hitler i Ewa Braun zginęli w berlińskim bunkrze? Niektórzy uważają, że mogli  wydostać się z oblężonego miasta tajnym tunelem. Następnie wsiedli na pokład samolotu, który zawiózł ich do Danii. Dalej, już na pokładzie łodzi podwodnej, przedostali się do Ameryki Południowej, ulubionej przez nazistów części świata.

Komentarze (4)

  1. Anonim Odpowiedz

    Często się pisze i mówi że Polska MW, była budowana do wojny z Rosją. Czyli co Niemcy nie byli brani pod uwagę jako nasi wrogowie ? No dobrze załóżmy że wybucha wojna z Rosją, ORP Gryf miał zaminowac zatokę Fińską, jak on miałby to niby zrobić jeśli nawet zatoki Gdańskiej nie potrafił zaminować ? Wystarczył jeden nalot, przypadkowa śmierć dowódcy i jego zastępca samowolnie wyrzuca nieuzbrojone miny za burtę. A okręty podwodne, kto zagwarantuje że takie okręty jak ORP Sęp, Żbik i Ryś, nie popłyną do Szwecji gdzie zostaną internowani również w czasie wojny z Rosją ? Jedynie Wilk i Orzeł mogły by walczyć, ale ORP Orzeł dopiero po zmianie dowódcy. Pozostają dwa nowe niszczyciel i dwa stare kontrtorpedowce, i to wszystko co mamy do walki z Rosją, no nie za wiele. Co tu dużo mówić Polska MW była uzbrojona w niewłaściwe okręty, zupełnie brakowało kutrów torpedowych, małych ,tanich i posiadających uzbrojenie groźne nawet dla krążowników i pancerników. Łatwe do ukrycia z małym zanurzeniem mogły wpłynąć do każdego portu i przystani. Aż się prosiło o 10 takich kutrów. ORP Gryf to okręt niepotrzebny i niepraktyczny, dwa mniejsze stawiacze min, były by lepszym rozwiązaniem, i po zatopieniu jednego zawsze pozostawał drugi. ORP Burza i Wicher jako kontrtorpedowce były słabo uzbrojone zaledwie 4 działa, podczas gdy nowe niszczyciele typu Grom miały tych dział 7. Lepszym rozwiązaniem było zamówienie trzech dużych torpedowcow po 1200 ton wyporności, uzbrojonych w 4 działa. Trzy podwodne stawiacze min to całkowite nieporozumienie, dwa klasyczne okręty podwodne były by lepszym rozwiązaniem. Pozostaje nasz największy niezatapialny okręt półwysep Hel na którym należało zainstalować działa większego kalibru niż tylko 150 mm. Gdyby zamontowano 4 działa kalibru od 250 do 305, po 2 z każdej strony półwyspu to chroniły by większość wybrzeża. Najbardziej szkoda ORP Wichra, który mógł w nocy popłynąć do Szwecji, zamiast rano zostać zatopiony przez niemieckie samoloty, razem z Gryfem.

    • Anonim Odpowiedz

      Podoba mi się ten pomysł z budową okrętów reprezentacyjnych. I faktycznie 3 niszczyciel reprezentowały Polskę w Angli, a 3 okręty podwodne reprezentowały Polską marynarkę w Szwecji. Podwodne stawiacze min to ślepy zaułek i np. Niemcy takich okrętów w ogóle nie budowały, co więcej zlikwidował nawet w nowych okręgach uzbrojenie artyleryjskie, pozostawiając jedynie przeciwlotnicze. Natomiast przypadkowe zatopienie 1 niemieckiego tralowca ( zresztą wybudowanego w 1918 roku ) trudno uznać za słuszność koncepcji podwodnych stawiaczy min. Zresztą już w 1939 były to okręty przestarzałe. Co do kutrów torpedowych, to gdyby zostały zbudowane to mogły by walczyć z niemieckimi trałowcami, niszczycielami, oraz z „pancernikami” takimi jak Schleswig-Holstein oraz Schleisen. Gryf to okręt nieporozumienie, ani to niszczyciel, ani stawiasz min. Do pierwszej funkcji był za wolny, natomiast do drugiej za duży i stanowił łatwy cel. To był typowy okręt reprezentacyjny i nic więcej w 1939 potrafił tylko wyrzucić za burtę nieuzbrojone miny, zamiast postawić pole minowe i zatonąc na drugi dzień. Podobnie wygląda sytuacja z Wichrem, zamiast wysłać go do Angli z innymi, lub odesłać do Szwecji, dowództwo marynarki zmarnowalo ten okręt. Natomiast stawianie pola minowego przez polskie trałowce było dobrym pomysłem. Uzbrojenie kontrtorpedowcow typu Burza – 4 działa było charakterystyczne dla 1 wojny światowej. W czasie 2 wojny tak uzbrojone były tylko korwety i tzw. niszczyciel eskortowe chroniące konwoju, budowane w USA i Anglii. Polska wcale nie musiała kupować przeciwlotniczych Boforsów, dlatego że te działa produkowano w Polsce na Szwedzkiej licencji. Wystarczyło je nie sprzedawać do Anglii oraz produkować na 100% możliwości zamiast 30-50%. Przecież Emir Rayski zainwestował w Polski silnik Foka, który okazał się niewypałem. Natomiast w Polsce produkowano silniki na Angielskiej licencji Bristola. No i te projekty myśliwców których było chyba 6-7. Ale to były tylko PROJEKTY, których nigdy nie zrealizowano. W 1939 polskie lotnictwo miało do dyspozycji tylko przestarzałe P 7 i trochę młodsze P 11. A mogło mieć produkowane w Polsce P 24, szybsze i lepiej uzbrojone. Można było w Holandii kupić produkowane tam od 1936 Fokkery D.XXI o konstrukcji mieszanej, obraz licencje na ich produkcję w Polsce. Można było też na bazie P 11 zbudować dolnoplat, tak jak zrobili Rumunii budując JAR 80. Ale nie miał przecież Emir Rayski – Wilka do którego nie było silników, oraz powstającego w bólach Jastrzębia. Projekt Jastrzębia z winy Rayskiego był opóźniony o 1,5 roku, najpierw 1 rok konstruktorzy zaprojektowali cywilnego Wichra, a później 0,5 roku czekali na składane podwozie dla Jastrzębia, jakby nie można było zbudować 2 prototypy z podwoziem stałym i przeprowadzić na nich próby w locie. Budowano lekki bombowiec Łoś, niedopracowany, trudny w pilotażu i drog, zamiast Suma, który był bardziej potrzebny a do tego szybszy od Łosia i tańszy. Żeby było zabawniej,Łoś, a więc lekki bombowiec był najszybszy samolotem Polskiego lotnictwa, szybszym od myśliwców P 7, P 11. Ale wolniejszy niż P 24, który produkowano tylko na eksport. Nawet 50 silników za słabych do Jastrzębia, nie potrafił Rayski wykorzystać przerabiajac albo budując nowe samoloty na bazie P 11, o nazwie Kobuz. Powstał tylko 1, taki samolot. I chociaż Polska sama bez sojuszników w 1939, nie miała szans na pokonanie Niemiec – głównie z powodu niekorzystnych granic, ustalonych w Wersalu. To modernizacja WP, która zaczęła w 1936, Budowa COP itp. była spóźniona o jakieś 3 lata.

  2. esekl Odpowiedz

    W naszym przypadku marynarka wojenna była budowana nie do końca jako siła zbrojna, nakierowana przeciw komukolwiek. Nasze okręty miały reprezentować kraj, powracający na mapę po ponad stu latach. Nie sądzę by delegacja na kutrze torpedowym była traktowana poważnie przez gospodarza. Na okręty większe niż niszczyciele (kontrtorpedowce) stać nas nie było, więc stąd pomysł na „Błyskawicę” i „Groma”. Zresztą legendarne a niewybudowane kutry torpedowe miałyby atakować kogo? Nie sądzę by coś większego niż „Schleswig-Holstein” czy jego siostra się pojawiło w zasięgu tych małych jednostek.

    W przypadku wojny z Rosją sytuacja byłaby podobna oprócz przygniatającej przewagi Niemiec w powietrzu. „Gryf” odpowiednio użyty, pomimo nie bycia np „Abdielem” mógł poważnie zaszkodzić wrogowi w akcji nocnej, a jeszcze bardziej wspierany przez „Ptaszki”.

    Całkiem sporo kontrtorpedowców na świecie miało 4 działa główne, już nie piszę o konstrukcjach z lat 1926-1935, główną bronią była torpedowa. Kompletnie nie zgadzam się z zarzutem wobec podwodnych stawiaczy min, to jeden z nich zatopił niemiecki trałowiec a lepsze wyposażenie i taktyka mogła z nich uczynić bolesna niespodziankę.

    Bateria Laskowskiego chroniła pas wybrzeża lepiej niż przewidywano; to Niemcy widzieli tam wieże wielkiego kalibru. Zamiast inwestycji w wielkie działa można było kupić np więcej Boforsów przeciwlotniczych czy na ląd czy na okręty, już nie mówię o inwestowaniu w polski silnik dla nowych projektów samolotów.

  3. Grot Odpowiedz

    Podpis do zdjęcia: „Świrski uznał, że Łomidze był winny pozbawienia siły uderzeniowej stawiacza. Stwierdził jednak, że za wszystko odpowiada kontradmirał Unrug i jego sztab”. Czyli kto w końcu jest na zdjęciu? Świrski?

Dodaj komentarz

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.