Ciekawostki Historyczne
Generic selectors
Tylko dokładne dopasowania
Szukaj w tytułach
Szukaj w treściach
Szukaj w postach
Search in pages

Wydział IX Departamentu II MSW. Największa tajemnica służb specjalnych PRL

Tomasz Awłasewicz

W okresie PRL w MSW działała specjalna grupa kontrwywiadu, której członkowie pod osłoną nocy wchodzili do ambasad i konsulatów, by przeszukiwać skarbce. Choć za sprawą grupy wyciekły setki tysięcy stron tajnych dokumentów, nikt nie wpadł na jej trop. Ci, którzy wiedzieli o istnieniu Wydziału IX – a była ich garstka – nazywali ich „straceńcami”. Dlaczego? Bo do otwierania drzwi skarbcowych oraz sejfów używali promieniowania gamma.

Andrzej Brzezicki: Opisana przez Pana praca Wydziału IX była jedną z największych tajemnic służb specjalnych PRL – jak trafił Pan na jej ślad?

Tomasz Awłasewicz, autor książki „Niewidzialni. Największa tajemnica służb specjalnych PRL” (Agora 2021): Dziesięć lat temu oglądałem program telewizyjny, w którym były szef Agencji Wywiadu Zbigniew Siemiątkowski krótko wspomniał o istnieniu specjalnej grupy kontrwywiadu używającej promieniowania do otwierania zamków w zachodnich ambasadach i konsulatach. Informacja nie wzbudziła jednak w społeczeństwie sensacji, bowiem po prostu trudno było w nią uwierzyć.

Wówczas ja też wkładałem tę historię między bajki. Ale parę lat później, przeprowadzając wywiady z byłymi funkcjonariuszami kontrwywiadu PRL, zorientowałem się, że ówczesne służby miały dostęp do ogromnej liczby ściśle tajnych dokumentów – w tym takich, które ewidentnie sporządzane były w siedzibie CIA. I tak, zlepiając skrawki informacji z przeprowadzonych wywiadów, udało mi się dotrzeć do byłego pracownika Wydziału IX.

Funkcjonariusze z Wydziału IX Departamentu II posługiwali się wieloma językami, znali się na fotografii, mieli umiejętności ślusarskie. Kogo i skąd werbowano do Wydziału IX?

Pracowników najczęściej szukano pośród tych, którzy byli już zatrudnieni w służbach specjalnych. Najchętniej wybierano osoby mające za sobą liczne tajne wejścia, przykładowo do mieszkań. Kluczowy był również zasób wiedzy. Do Wydziału IX trafiali najlepsi funkcjonariusze pionu techniki operacyjnej, inżynierowie, niekiedy absolwenci słynnej szkoły wywiadu w Starych Kiejkutach, informatycy, naukowcy po politechnikach.

Czytaj też: Najpilniej strzeżona tajemnica PRL. Jak przez Okęcie przeszedł „Tajfun”?

Także kobiety?

Owszem. Przykładowo za wydziałowe laboratorium fotograficzne przez wiele lat odpowiedzialna była kobieta. Pracowała stacjonarnie, czyli nie brała udziału w akcjach, ale jej rola była szalenie istotna. Jeden z pracowników Wydziału IX, również fotograf i co za tym idzie jej podopieczny, opowiadał mi, że wspomniana funkcjonariuszka była osobą starszą o pokolenie, bardzo doświadczoną, pracującą w grupie od wielu, wielu lat. Działania Wydziału IX były ściśle tajne i częsta wymiana pracowników szkodziłaby konspiracji.

Aparat bezpieczeństwa PRL nie ma – ze zrozumiałych przyczyn – dobrej opinii. Raczej kojarzy się go z represjami wobec Polaków. Bohaterowie Pana książki tymczasem wydają się oddanymi swej pracy profesjonalistami.

Represje w tamtych czasach, bardzo często wobec dobrych ludzi, to niestety niezaprzeczalny fakt. Ale odpowiedzialni za nie pracowali w innych pionach. W latach 80. Departament II był wręcz w innej służbie, bowiem wówczas funkcjonowały już osobno Służba Bezpieczeństwa oraz Służba Wywiadu i Kontrwywiadu.

Owszem, bezpośrednio po wojnie kontrwywiad PRL też dopuszczał się działań skandalicznych, ale w latach 70. i 80. jest już zupełnie inaczej. W owym okresie „łowcy szpiegów” z Wojskowej Służby Wewnętrznej, czyli kontrwywiadu wojskowego, nadal poświęcali czas na rozpracowywanie opozycji, a nawet osób, które po prostu rozpowiadają żarty o I sekretarzu KC. Natomiast Departament II MSW, o którym jest książka, nie zajmował się takimi rzeczami.

O tajemniczym Wydziale IX Tomasz Awłasewicz pisze w swojej książce „Niewidzialni. Największa tajemnica służb specjalnych PRL”, która ukazała się właśnie nakładem wydawnictwa Agora.

O tajemniczym Wydziale IX Tomasz Awłasewicz pisze w swojej książce „Niewidzialni. Największa tajemnica służb specjalnych PRL”, która ukazała się właśnie nakładem wydawnictwa Agora.

W ambasadach państw zachodnich mogły być materiały, które mogły zaszkodzić polskiej opozycji demokratycznej, na przykład ludziom, którzy kontaktowali się z przedstawicielami Zachodu…

I tu warto pochylić się nad słowami „kontakt z przedstawicielami Zachodu”. Kontakt kontaktowi nie jest bowiem równy – zarówno dziś, jak i wówczas. Jeśli w roku 2021 nawiąże pan „kontakt” z przedstawicielem kraju będącego naszym wielkim sojusznikiem, to, proszę mi wierzyć, też może panu grozić odpowiedzialność karna. Wszystko zależy od tego, jaki charakter będzie miała ta znajomość.

Dokumenty, które funkcjonariusze znajdywali w rozmaitych zachodnich placówkach, znajdują się dziś w archiwum IPN. Widać tam wyraźnie, które z nich byłyby interesujące tylko dla Departamentu III, zajmującego się opozycją, a które zawierały informacje wymagające podjęcia dalszych działań przez kontrwywiad. Te pierwsze wcale nie trafiały od razu na biurka zainteresowanych funkcjonariuszy SB – wspomniany Departament III i Departament IV, zajmujący się kościołem, w omawianych latach 80. były na szarym końcu listy odbiorców analiz sporządzanych na podstawie dokumentów zdobytych podczas tajnych wejść.

Kontrwywiad naprawdę miał w ręku ogromną liczbę dokumentów, które mogłyby zainteresować te piony, a jednak poza Służbę Wywiadu i Kontrwywiadu wypływało bardzo mało konkretnych informacji.

Czytaj też: Piractwo rodem z PRL. Jak Polska Ludowa „oszczędzała” dzięki szpiegom?

O jakich liczbach mówimy?

Wydział IX przeprowadzał nawet 200 przeszukań w placówkach w ciągu jednego roku. Do tego dochodzą jeszcze akcje w hotelach. Przykładowo, w 1985 roku grupa zdobyła łącznie 36 tysięcy stron dokumentów. Prawie półtora tysiąca zakwalifikowano jako „ważne”. A tymczasem do Departamentu III trafiły w ciągu całego roku cztery informacje, a do Departamentu IV trzy informacje.

Poza nimi piony te dostały od kontrwywiadu tylko tzw. „informacje dzienne”. Były to zbiorcze analizy, przesyłane do rozmaitych pionów i polityków. Taki dokument ogólnie omawiał sytuację, a źródło pochodzenia wszystkich danych było starannie zakamuflowane, bo przecież o tajnych wejściach wiedziała w MSW dosłownie garstka osób. Nota bene nie ma nawet pewności, ile i czy w ogóle wiedzieli o nich dyrektorzy Departamentu III i IV.

Przeszukania pokojów hotelowych, prowadzona w przebraniu obserwacja dyplomatów i biznesmenów, wreszcie wchodzenie nocami do ambasad i konsulatów państw zachodnich i otwieranie zamków oraz sejfów izotopami – co Pana najbardziej zaskoczyło w opowieści bohaterów książki?

fot.Archiwum IPN Przedmioty niezbędne funkcjonariuszom grupy lotniskowej: po lewej widoczne m.in. stojące na półkach pieczęcie, zawieszone na gwoździach plomby oraz stojące na blacie plombownice. Po prawej zestaw nazywany przez funkcjonariuszy „knopką”, zawierający m.in. skalpele i szczypce.

Nad wejściem do skarbca w konsulacie USA w Krakowie funkcjonariusze CIA zamontowali na wszelki wypadek urządzenie zliczające liczbę otwarć drzwi. Wydział IX podrobił ów licznik, dzięki czemu podczas przeszukania można było zawsze podmienić go na taki, który miał niższe wskazanie.

Któregoś razu podczas mojej rozmowy z byłymi członkami grupy okazało się, że pamiętają oni numer seryjny tego urządzenia. Jakiś czas później, w trakcie wizyty w IPN trafiłem na zdjęcie rzeczonego licznika. Spojrzałem na numer seryjny i był dokładnie taki, jak powiedzieli moi rozmówcy. Znajomość takiego detalu po parudziesięciu latach daje wyobrażenie o tym, jak często funkcjonariusze bywali w tym miejscu. I właśnie to mnie najbardziej zaskoczyło – częstotliwość wejść, wspomniana już wcześniej liczba zdobytych dokumentów.

Jak zrodził się szaleńczy pomysł, by otwierać zamki przy pomocy promieniowania?

Jeśli chodzi o same prawa fizyki, to możliwość prześwietlenia metalu nawet dla laików była czymś oczywistym.

Amerykanie wiedzieli, że taka metoda jest możliwa, ale zakładali, że nikt nie będzie na tyle szalony, by z niej skorzystać – a jednak „Polak potrafi”?

Zachodni eksperci ds. bezpieczeństwa wiedzieli, że aby prześwietlić drzwi skarbcowe albo potężny sejf w ambasadzie, potrzeba bardzo silnego izotopu – takiego, którego użycie w ciasnych pomieszczeniach placówki grozi ogromnym niebezpieczeństwem. Więc zgadza się, nikt na Zachodzie nie sądził, że ktoś w nocy wniesie do ambasady tak silne źródło promieniowania.

Drzwi, które amerykańskie służby specjalne zainstalowały w wejściach do swoich skarbców w konsulatach USA na terenie Polski, posiadały certyfikat gwarantujący, że do prześwietlenia ich potrzeba minimum 20 godzin. Tymczasem izotopy używane w Wydziale IX pozwalały na uzyskanie obrazu zamka nawet w półtorej godziny.

Kwestia izotopów jest jednak chyba dość drażliwa – w końcu chyba wszyscy funkcjonariusze, którzy mieli z nimi styczność, zachorowali na raka, a jednak pańscy rozmówcy nie mają do nikogo żalu. Jak to wytłumaczyć?

To ludzie mający ogromną wiedzę. Doskonale zdawali sobie sprawę z tego, z czym mają do czynienia i decydowali się na to, bo były to działania szalenie ważne. Nikt ich nie zmuszał do tej pracy. Jeśli chodzi o udział w tajnych przeszukaniach, to nie można tu nawet zastosować zasady „rozkaz to rozkaz”.

Jeśli ktoś bał się tego promieniowania, albo stresu wiążącego się z samym wejściem do obcej placówki, to mógł zrezygnować i nikt nie miał do niego pretensji. To była praca trudna i kierownictwo zdawało sobie z tego sprawę. A poza tym udział zestresowanego funkcjonariusza w tak ryzykownych działaniach był niewskazany.

Przywódcy PRL chyba nie mieli pojęcia, w jakich sposób zdobywane są informacje, które służby im dostarczają?

Jeśli I sekretarz KC PZPR spytał się, w jaki sposób zdobywane są te wszystkie dane, to pewnie uzyskał odpowiedź. Ale nie powinien o to pytać. Jeśli chodzi o pozostałych polityków, to bardzo wątpliwe, aby wiedzieli o tajnych wejściach. Informacje docierały do nich w formie zbiorczych analiz z MSW i najpewniej byliby bardzo zaskoczeni, gdyby dowiedzieli się, że pozyskuje je właśnie kontrwywiad i jeszcze w dodatku w taki sposób.

W książce przewija się wątek węgierskich szpiegów, którzy podczas podobnej akcji weszli do jednej z zachodnich placówek w Budapeszcie i… nigdy nie wyszli. Ponoć zostali dosłownie spaleni. To według Pana mit czy prawda?

Generał Andrzej Kapkowski, który w latach 80. zajmował w Departamencie II wysokie stanowisko naczelnika wydziału, potwierdził, że taka informacja wpłynęła. Wiadomo więc, że mężczyźni weszli i już nigdy nie wrócili do domu. Gdzie się podziali? Ambasady często wyposażone były w piece umożliwiające spalanie w bardzo wysokiej temperaturze.

O tajemniczym Wydziale IX Tomasz Awłasewicz pisze w swojej książce „Niewidzialni. Największa tajemnica służb specjalnych PRL”, która ukazała się właśnie nakładem wydawnictwa Agora.

O tajemniczym Wydziale IX Tomasz Awłasewicz pisze w swojej książce „Niewidzialni. Największa tajemnica służb specjalnych PRL”, która ukazała się właśnie nakładem wydawnictwa Agora.

Pana rozmówcy co jakiś czas wspominają o towarzyszach z Moskwy – jakie były relacje Wydziału IX ze służbami radzieckimi?

To oni pokazali polskim służbom, jak pracować z izotopami w tak specyficznych warunkach. Służyli pomocą, gdy zostali o to poproszeni, ale Wydział IX dążył do samodzielności. Polacy przeprowadzali większość akcji bez jakiegokolwiek udziału Rosjan. Większość urządzeń do pracy z izotopami też była konstruowana przez Polaków, mimo że KGB pewnie takowe by dostarczyło, gdyby Departament II o to poprosił.

Pana rozmówcy, poza generałem Andrzejem Kapkowskim, występują pod pseudonimami i z książki wynika, że chyba po 1989 roku także pracowali w służbach. Fachowiec nie ma poglądów?

Ma, bardzo sprecyzowane. Tyle że u dobrego funkcjonariusza wiążą się one nie z ustrojem i nie z rządzącą partią, a z miejscem urodzenia – własnym, matki, ojca, dziadka i pradziadka.

Więcej o tajemniczym Wydziale IX dowiecie się z książki Tomasza Awłasewicza „Niewidzialni. Największa tajemnica służb specjalnych PRL”, która ukazała się właśnie nakładem wydawnictwa Agora.

Czy wiesz, że ...

...Stalin był tak zbulwersowany "zbyt namiętnym" pocałunkiem w jednej z rosyjskich komedii, że nakazał wycięcie nieprzyzwoitej sceny z filmu? Jego urzędnicy w obawie przed powtórką incydentu zakazali jakichkolwiek pocałunków we wszystkich radzieckich produkcjach kinowych.

...część ofensywy Tet przygotował niewielki, jedenastoosobowy oddział, złożony z młodych dziewcząt? Przyczyniły się one do sprawnego zajęcia miasta Hue 31 stycznia 1968 roku - w bitwie walczyły zresztą aż do końca!

...aby zmusić władze PRL do rozpoczęcia słynnego procesu wymierzonego w przywódców opozycji, Jacek Kuroń rozpoczął głodówkę? Liderzy KSS "KOR" i NSZZ "Solidarność" byli więzieni przez ok. 2,5 roku do momentu rozprawy, która zakończyła się klęską rządzących.

...za faszerowanie pasztetówek trocinami można było w czasach PRL zostać powieszonym? Taki wyrok zapadł w "aferze mięsnej", gdzie na karę śmierci skazany został Stanisław Wawrzecki, szef przedsiębiorstwa Warszawa Praga w Miejskim Handlu Mięsem.

Komentarze

brak komentarzy

Dodaj komentarz

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.