Ciekawostki Historyczne
Generic selectors
Tylko dokładne dopasowania
Szukaj w tytułach
Szukaj w treściach
Szukaj w postach
Search in pages

Odcięte dłonie symbolem bestialstwa w belgijskim Kongo. Tragedia, o której milczał świat

Symbolem zbrodni w Kongo stały się obcięte dłonie tubylców...

fot.domena publiczna Symbolem zbrodni w Kongo stały się obcięte dłonie tubylców…

Do tubylców strzelano dla zabawy, obcinano im ręce, gotowano żywcem. Przez lata nikt nie wierzył, że słynna opowieść „Jądro Ciemności” oparta została na faktach. A kolonialna rzeczywistość była jeszcze bardziej brutalna. Znaleźli się jednak ludzie, którzy podjęli walkę z okrucieństwem.

Joseph Conrad zasłynął w świecie jako autor literackiego arcydzieła „Jądro Ciemności”, najczęściej wznawianej książki w Wielkiej Brytanii, lektury szkolnej w Polsce, na której podstawie nakręcono kilka godnych uwagi filmów, w tym kultowy już obraz Francisa Forda Coppoli. Fabuła książki rozgrywa się w belgijskiej kolonii na przełomie XIX i XX wieku i ukazuje okrucieństwa, jakich bezkarnie dopuszczali się europejczycy na ludności tubylczej. Przez całe lata „Jądro Ciemności” w szkołach oraz na uniwersytetach była omawiana w oderwaniu od historycznego kontekstu, metaforycznie, uciekając jakby od świadomości, że przedstawiona na jej kartach historia wydarzyła się naprawdę, a jej główny, zdziczały anty-bohater Kurtz, był wzorowany na realnych żyjących osobach. Jak się okazuje, rzeczywistości była jeszcze bardziej koszmarna niż literacka wizja Conrada…

Zakompleksiony suweren i ambitni odkrywcy

Ziemie afrykańskiego Konga weszły w orbitę zainteresowań króla Belgii, niesławnego Leopolda II w latach 80. XIX wieku, w wyniku sensacyjnych odkryć podróżnika Henry’ego Mortona Stanleya. Podczas kilkuletniej, nasyconej przygodami podróży odkrył on olbrzymie dorzecze rzeki Kongo, zapełniając białe plamy na mapach czarnego kontynentu dziesiątkami rozpalających wyobraźnię i chciwość miejsc. Wzorem niemalże wszystkich władców ówczesnej Europy, Leopold Ludwik Filip Maria Wiktor z dynastii Koburgów zapragnął wyciąć sobie kawałek „afrykańskiego tortu”. Z tym że Belg chciał tego tortu tylko dla siebie. Jego oddali ludzie rozpierzchli się po świecie, lobbując u wszystkich liczących się państw na korzyść zamierzeń Leopolda. Ówczesny układ polityczny sprzyjał tym zamierzeniom.

Leopold II ma na rękach krew milionów ofiar

Leopold II ma na rękach krew milionów ofiar

W końcu belgijski monarcha sfinansował kolejną wyprawę Stanleya w celu założenia w Kongu przyczółków badawczych, które miały być zalążkiem przyszłego lenna. Oczywiście kwestie badawcze czy filantropijne hasła niesienia kaganka cywilizacji biednym prymitywnym dzikusom, jak i zakładanie organizacji takich jak Międzynarodowe Stowarzyszenie Afrykańskie, Komitet do Zbadania Górnego Konga, Międzynarodowe Stowarzyszenie Konga były działaniami fasadowymi. Król Belgii za nic miał los Afrykanów, chciał pieniędzy.

Wreszcie w 1885 roku, po długiej międzynarodowej konferencji w Berlinie, na której dokonał się podział środkowej Afryki przez kolonijne mocarstwa, w prywatne ręce Koburga dostał się olbrzymi obszar ziemi. 76-razy większe od Belgii terytoria niemal natychmiast zaczęły być brutalnie eksploatowane, co oznaczało ogromną tragedię dla tubylców. Przemianowanie leopoldowych ziem na Wolne Państwo Kongo oraz zorganizowanie w 1889 roku Konferencji Antyniewolniczej pod auspicjami króla Belgii były wyrazem daleko posuniętych cynizmu i perfidii.

Szybko założono pierwsze bazy handlowe, które wkrótce rozrosły się w miasta, m.in. Léopoldville (dzisiejsza Kinszasa, stolica Konga), port Boma i dziesiątki innych. Największym problemem był transport towarów przez katarakty rzeki Kongo niedaleko jej ujścia, zaczęto więc budować podwaliny pod kolej, omijającą szerokim łukiem problematyczną przeszkodę.

Ówczesnym głównym towarem eksportowym Konga była kość słoniowa. Leopold II zamierzał ogołocić z niej całą swoją kolonię. By to zrealizować, nic nie mogło stanąć mu na przeszkodzie. Standardem ówczesnych mocarstw kolonialnych było traktowanie tubylców: Hindusów, Indian, Eskimosów, Afrykanów jako ludzi gorszej kategorii. Nieraz w ogóle nie dopatrywano się w nich cech ludzkich, a w wielu przypadkach traktowano ich jako część fauny, która albo da się podporządkować, albo zostanie wytrzebiona. Niemcy wiedli w tym prym, nie gorsi byli Brytyjczycy czy Amerykanie, ale król Leopold i jego kongijscy zwierzchnicy byli wyjątkowo bezlitośni.

Od samego początku swojej obecności w Afryce zaczęli brać masy ludzi do niewoli, palić całe wioski, łupić z żywego inwentarza plemiona, a wszelkie oznaki niesubordynacji karać śmiercią. Powołano specjalne milicyjne oddziały Force Publique złożone z Afrykanów pod dowództwem Europejczyków, by egzekwować nowe prawo. Jednostki formowane były z członków wrogich sobie plemion, co potęgowało tylko ich bezwzględność. Funkcjonowanie Konga wielu autorów porównywało do obozów koncentracyjnych i radzieckich gułagów, czy szerzej – do systemów totalitarnych ze swoim terrorem, systemem konfidentów, obezwładniającą kontroli, szkołami paramilitarnymi i rozwiniętym systemem kar oraz tortur. Z tym że w Afryce było jednak znacznie gorzej.

Bez względu na wiek, płeć i kondycję fizyczną, mimo chorób oraz ran każdy musiał harować do upadłego. Najwięcej niewolników zostawało tragarzami, niezbędnymi w jakichkolwiek przedsięwzięciach w dżungli. W połowie lat 90. roczne zapotrzebowanie na tragarzy wynosiło 50 tysięcy osób. Całe zastępy pracowały również przy budowie kolei. W tym przypadku, miesięcznie odnotowywano tysiące zgonów. Wycieńczony niewolnik po prostu konał w zaroślach, pozostawiony na pastwę losu. Z tego powodu wkrótce trupy zaczęły zaściełać całe Kongo. Jednocześnie, wiadomości przekazywane opinii publicznej w Europie na temat Wolnego Państwa Kongo rysowały nową kolonię jako istny raj na ziemi, uosobienie humanitaryzmu i filantropii.

Odcięte dłonie i stosy trupów

Sytuacja w Kongu z roku na rok zaczęła eskalować. Większość gubernatorów kolonii, oficerów czy przedstawicieli kolejnych spółek handlowych przestało widzieć w Kongijczykach ludzi. Z pozostałych po tym okresie setkach materiałów archiwalnych, głównie w postaci listów, dzienników, raportów, wspomnień oraz fotografii wynika, że życie tubylców nie przedstawiało żadnej wartości. Strzelano na przykład do tubylców dla sportu.

Jeden z oficerów, niejaki René de Permentier, stacjonujący w połowie lat 90. XIX wieku w rejonie równikowym, kazał wyciąć wokół swojego domu wszelkie zarośla, by móc strzelać z ganku do przypadkowych przechodniów. Gdy jakaś z niewolnic grabiąca podwórko pozostawiła na trawniku choć jeden liść (przypominam, że rzecz działa się w dżungli!), mordował w sumie dziesięć kobiet. Natomiast gdy ścieżka biegnąca przez las nie była należycie zadbana, zlecał zabicie pierwszego lepszego dziecka. Inni biali europejczycy wpadli na jeszcze wymyślniejsze sposoby propagowania cywilizacji, takie jak gotowanie żywcem ludzi, przywiązywanie nagich tubylców do drzew czy bambusowych pali na całe dnie, obcinanie głów, języków, uszu, nosów, dłoni i batożenie chicotte – pejczem z wysuszonej, hipopotamiej skóry. Pewien administrator skazał grupę dzieci na chłostę za to, że w jego obecności miały czelność się zaśmiać podczas zabawy.

Kalekie dzieci z Kongo

Kalekie dzieci z Kongo

Jednak to odcięta, uwędzona czarna dłoń stała się symbolem terroru. Dłoń odcinano wszystkim pod byle pozorem, tak że po kilku latach w Afryce roiło się od kalek. Dłoń służyła również za dowód. Każdy członek Force Publique otrzymywał określoną ilość naboi. Jeden nabój równał się jednemu zabitemu. By dowódca oddziału miał pewność, że jego podwładni nie marnują amunicji np. w polowaniach, kazał pokazywać sobie właśnie odcięte dłonie.

Force Publique również składali się z niewolników, często niedożywionych albo wprost głodujących, więc nie było niczym dziwnym, że niekiedy ryzykowali użycie amunicji w innych niż egzekucyjnych celach, a zdarzało się również, że chybiali. By uniknąć kary, ucinali dłonie żywym niewinnym osobom, wędzili i całymi koszami, liczącymi nieraz tysiące sztuk, wręczali dowódcy makabryczne dary. Wiele przekazów mówi, że również głowy były mile widziane.

Jak odkrywca gumowej dętki przyczynił się do agonii milionów Afrykanów

Rozbudowa administracji kolonialnej, niewolenie kolejnych plemion, morderczy wysiłek tragarzy, wśród których śmiertelność wynosiła ponad 50%, narastający głód, choroby, ciągłe poniżenia, nieludzkie traktowanie… To wszystko było w Kongu Leopolda II na porządku dziennym. Mamił cały świat woalem oświeceniowego władcy, głuchy na krzyki milionów. Kolejne ekspedycje kierowane w głąb interioru pochłaniały niezliczoną liczbę żyć. To był jednak dopiero przedsionek piekła, jakie zgotować miała tubylcom kolonialna administracja.

W 1888 roku, szkocki weterynarz opatentował gumową, dmuchaną dętkę rowerową. Odkrycie stało się gigantycznym motorem napędowym przemysłu oponiarskiego. Gumy zaczęto używać nie tylko do rowerów, a później opon samochodowych, ale również do izolacji kabli, powłok nieprzemakalnych i wielu innych. Do wyrobu surowca niezbędny był kauczuk, a tak się składało, że w Kongu kauczukowe pnącza rosły na olbrzymich połaciach dżungli, były więc w nieograniczonych ilościach dostępne na wyciągniecie (niewolniczej) ręki. Maszyna ruszyła natychmiast. Leopold był tym bardziej zdeterminowany, ponieważ w tym samym czasie spadał popyt na kość słoniową i musiał posunąć się do ratowania interesu potężnymi pożyczkami. Dzięki zbiorom kauczuku szybko stał się milionerem.

By zebrać kauczuk, należało wejść na drzewo, naciąć odpowiednie pnącze i zlać do naczynia wypływający sok. Następnie należało go lekko wysuszyć i dostarczyć w miejsce skupu. Brzmi całkiem prosto, ale w kongijskiej rzeczywistości nic nie było takie, jak pisały o tym przychylne królowi Belgii gazety. Afrykańczycy wcale nie chcieli ryzykować wysokiej wspinaczki, należało więc ich zmusić.

Pozyskiwanie kauczuku przyniosło kolejną falę cierpienia w belgijskim Kongo

Pozyskiwanie kauczuku przyniosło kolejną falę cierpienia w belgijskim Kongo

Całe wioski były zamykane w prowizorycznych zagrodach, zmuszając mężczyzn do pracy. Gdy odmawiali wykonywania pracy, gwałcono ich żony i matki, mordowano całe rodziny. Motywacje do zbierania surowca mieli więc zapewnione. Na tym nie koniec. Każda wioska była zobligowana do wyrobienia minimalnej normy kauczuku. Gdy jej nie wypełniono, zbieraczy karano batami i pozbawiano ich diet, podobnie cierpieli zakładnicy. Głód pogłębiał fakt, że pozbawione pracy pola uprawne leżały odłogiem i zarastały, a cały inwentarz tubylców został zarekwirowany przez kolonistów. To działało jak reakcja łańcuchowa. Osłabione organizmy były bardziej podatne na choroby, tym bardziej, że europejczycy przytargali ze sobą nieznane wcześniej w Afryce odmiany grypy.

Pozbawiony pożywienia i chory organizm nie był wydajny, przez co śmiertelność była jeszcze większa niż dotychczas. To jednak nikogo z zarządców nie interesowało. Afrykanie byli wysyłani coraz głębiej w dżunglę, dziesiątkowani przez sadyzm oficerów i gubernatorów, plagi i głód. W tym samym czasie parowce pływały nieprzerwanym strumieniem między ujściem Konga, a kontynentem europejskim, przewożąc drogocenny kauczuk i kość słoniową. W przeciwną stronę transportowano tysiące sztuk karabinów i amunicji oraz różne tandety, służące za walutę Kongijczyków: skrawki tkanin, paciorki oraz pocięty miedziany drut.

Emisariusze sprawiedliwości

Wśród całego bestialstwa zarządu belgijskiego Konga, cynizmu oraz hipokryzji reszty cywilizowanego świata, znaleźli się na szczęście ludzie, którym los Afrykańczyków nie był obojętny, a co najważniejsze – widzieli w nich ludzi, a nie diabłów, robactwo czy małpy, jak pisano o nich w wielu pamiętnikach.

Edmund Dene Morel był dziennikarzem o angielsko-francuskich korzeniach, który pracując w biurach firmy Elder Dempster, zajmującej się transportem między Kongiem a Europą, natrafił na niepokojące dokumenty, z których wynikało, że w zamian za olbrzymie ilości kauczuku i kości słoniowej z Konga, do Afryki płyną parowce załadowane amunicją, karabinami i praktycznie bezwartościowymi bibelotami, które służyły jako płaciwo. Z prywatnego śledztwa Morela wynikało, że Kongijczycy za swoją pracę nie dostawali praktycznie nic w zamian, ergo – w Belgijskim Kongo panuje zamordystyczne niewolnictwo.

Edmund Dene Morel

Edmund Dene Morel

Morel nie mógł przemilczeć takich zbrodni, więc cały swój wysiłek włożył w zdyskredytowanie działalności Leopolda II w oczach świata. To był pojedynek na miarę Dawida i Goliata. Szczęśliwie, dziennikarz nie był sam. Szybko o Morelu usłyszał Roger Casement, konsul Jej Królewskiej Mości w Kongu, który na początku XX wieku opublikował obszerny, makabryczny raport dotyczący belgijskiej kolonii. Ów duet założył w 1904 roku Towarzystwo Na Rzecz Reform w Kongu, które poparło wielu czołowych polityków i ludzi kultury na świecie. Każdego tygodnia publikowali artykuły, ulotki, notki prasowe na temat prawdy o biznesie Leopolda w Afryce. Ponadto Morel, niezwykle płodny jeśli chodzi o aktywność literacką, wydawał opasłe książki, w których zawierał przemycane z Konga opisy zbrodni, podparte ponadto rzeczowymi zdjęciami.

Działania tej dwójki odnosiły korzyści – wreszcie świat zobaczył na własne oczy humanitaryzm Leopolda II w praktyce. Szok i zgorszenie jednak nie pociągnęły za sobą żadnych konkretnych działań. Dopiero pewien obyczajowy skandal miał podkopać pozycję Koburga.

Małoletnia prostytutka i rzeki krwi

Król Leopold na handlu kością słoniową i kauczukiem zbił niewyobrażalną fortunę. Co rusz fundował w Belgii kolejne pałace, łuki triumfalne, parki, pomniki, które następnie wielkodusznie ofiarowywał Belgii. Był w swoim kraju uwielbiany, aczkolwiek twarz inteligentnego i charyzmatycznego władcy runęła, gdy na jaw wyszedł jego płomienny romans z zaledwie 16-letnią prostytutką, niejaką Caroline. To zbulwersowało krajan, którzy momentalnie odwrócili się od niego. Na taki skandal czekała tylko reszta świata.

Na całym kontynencie i w Stanach Zjednoczonych zaczęły powstawać karykatury, ukazujące Leopolda w wielu bardzo kompromitujących sytuacjach. Belg odpowiadał pięknym za nadobne, przekupując redakcje oraz dziennikarzy, żeby ci publikowali szkalujące inne kraje artykuły. Na porządku dziennym było manipulowanie i szantażowanie politykami, ludźmi pióra, w sprawę zaangażowały się również głowy kościołów, tak protestanckiego jak i katolickiego, jeszcze mocniej polaryzując społeczeństwo. W apogeum tych dziennikarskich wojen, Leopold postanowił w 1904 roku powołać zależną od siebie komisję, złożoną z sędziów pochodzących z Włoch, Belgii oraz Szwajcarii, którzy udali się do Konga. Zeznania setek świadków wstrząsnęły komisją, w wyniku czego planowany fortel miał skutek odwrotny do zamierzonego – pozorne śledztwo zamieniło się w prawdziwe. Podczas słuchania zeznań niektórych Afrykanów, członkowie komisji szlochali, inni potrafili targnąć się na swoje życie.

Karykatura ośmieszająca Leopolda II i jego romans z małoletnią prostytutką

Karykatura ośmieszająca Leopolda II i jego romans z małoletnią prostytutką

W 1908 roku Leopold zrzekł się władzy nad Kongiem. Zgodnie z jego testamentem Wolne Państwo Kongo przeszło we władanie Belgii. Naiwnością byłoby sądzić, że od tamtej pory życie tubylców uległo poprawie, ponieważ dalej byli okrutnie wykorzystywani, zresztą podobnie jak w innych afrykańskich koloniach. Nawet wyzwolenie się kraju z rąk europejczyków, co miało miejsce w latach 60-tych XX wieku, nie powstrzymało rozlewu niewinnej krwi.

Rachunek

Uznaje się, że przed zjawieniem się europejczyków, obszar objęty przez Leopolda we władanie zamieszkiwało około 20 milionów ludzi. Niektóre źródła podają liczbę o pięć milionów wyższą. Wskutek mordów, głodu oraz chorób, w latach od około 1884 do 1908 roku liczba mieszkańców Konga zmniejszyła się o połowę. Znaczy to, że Leopold II ma na swoim sumieniu ponad 10 milionów niewinnych ludzi. Dla porównania, w niemieckich obozach koncentracyjnych podczas II wojny światowej zginęło ok. 6 milionów Żydów.

Mimo tego, nie ustawia się Leopolda II Koburga w panteonie największych zbrodniarzy XX wieku, a jego spadkobiercy oraz rząd Belgii nigdy nie poczuli się do odpowiedzialności za to ludobójstwo, nie wystosowali też żadnych oficjalnych przeprosin. Po dziś w podręcznikach historii czasy Leopolda II są uznawane za okres wielkiego wzrostu gospodarczego i kulturalnego Belgii, tak jakby krzyk milionów ofiar z innego kontynentu nie docierał do pozłacanych pałaców Brukseli.

Niestety, na ów zew cierpienia głuche były też inne państwa, uchodzące za awangardę cywilizacji, czerpiące pełnymi garściami z dobrodziejstw egzotycznych kolonii.

Bibliografia:

  1. Conrad J., Jądro Ciemności, Vesper 2009
  2. English Ch., Przemytnicy książek z Timbuktu, Wydawnictwo Poznańskie 2018
  3. Hochschild A., Duch króla Leopolda, Świat Książki 2012
  4. Osterhammel J., Historia XIX wieku. Przeobrażenie świata, Wydawnictwo Poznańskie 2013

Czy wiesz, że ...

...największy zjazd monarchów przed I wojną światową odbył się z okazji pogrzebu króla Wielkiej Brytanii Edwarda VII? Zgromadzeni władcy dalecy byli jednak od żałobnego nastroju.

...najbardziej pogardzanym zawodem w Wielkiej Brytanii dwieście lat temu był zawód marynarza? Tych, którzy go wykonywali, określano bez mała jako "pracujące, chlejące zwierzęta".

...najsłynniejsze burdelmamy w Chicago, w ciągu dziesięciu lat swojej działalności, zbiły prawdziwą fortunę? Ich majątek, na dzień zamknięcia prowadzonego przez nie domu publicznego, szacuje się na osiem milionów dolarów!

Komentarze (18)

    • Hans Kloss Odpowiedz

      Ciekawa jest obłuda tzw. zachodniej europy. Lewica unijna na każdym kroku atakuje Kościół za tak zwane procesy czarownic. Częstym kłamstwem jest też określanie Średniowiecza jako okresu prześladowań kobiet. Tymczasem okresem w którym spłonęło na stosach najwięcej kobiet jest Renesans-Odrodzenie. Kolejnym kłamstwem jest podawana ilość kobiet spalonych na stosach 10 milionów ,gdy w rzeczywistości procesów zakończonych wyrokiem wskazującym było 100 tysięcy. Z czego połowa ,50 tyś. przypada na kraje niemieckojęzyczne – księstwa Niemieckie ,Austria ,Holandia ,Belgia ,Dania ,Szwajcaria. Procesy kościelne stanowiły tylko 10% wszystkich procesów czarownic ,natomiast 90% procesów odbywało się przed sądami świeckimi. Istniał cały świecki „przemysl”polegający na wynajdowaniu kobiet do spalenia który prowadzili tzw. Łowcy Czarownic. Polskę a właściwie Rzeczpospolita Obojga Narodów oskarża się o nietolerancję ,pomimo tego że na obszarze RON spłonęło 1000 kobiet z czego połowa przypada na ziemię Korony i miasta takie jak Gdańsk ,Kraków i Poznań ,w których duży procent stanowili mieszczanie pochodzenia Niemieckiego. Także ostatni proces o czary w Europie który odbył się pod koniec XVIII wieku ,przypisuje się Polsce ,pomimo tego że Reszel do którego w nim doszło od 1772 znajdował się w państwie…Pruskim. Tymczasem pomnik Leopolda II – zbrodniarza ,mordercy i sadysta ,który odpowiada za śmierć 10 milionów mieszkańców Konga -stoi sobie spokojnie przed budynkiem Parlamentu Europejskiego w Brukseli i zupełnie lewicowym eurokomunistom nie przeszkadza. Co więcej Belgia i inne kraje które posiadały kolonie w Azji ,Afryce ,Ameryce i Australii ,takie jak Anglia ,Niemcy ,Francja ,Hiszpania ,Portugalia ,Holandia ,Włochy ,chcą się podzielić swoimi rodakami z Azji i Afryki z Polska ,która żadnych kolonii nigdy nie posiadała. Natomiast ,sama była poddana wyzyskowi kolonialnemu w latach 1772-1918 ,przez Niemcy ,Austrię i Rosję.

  1. mw Odpowiedz

    „Dla porównania, w niemieckich obozach koncentracyjnych podczas II wojny światowej zginęło ok. 6 milionów Żydów.” To tylko Żydzi gineli w obozach koncentracyjnych?

      • Alchemik Odpowiedz

        Tylko takie podejście powoduje zakłamywanie historii. Ciągłe epatowanie jedną narodowością kończy się potem „polskimi obozami” w mediach.

    • BM Odpowiedz

      Zastanawiam się jak to się zaczęło i dlaczego Kongijczycy się nie bronili i pozwolili Belgom pozakładać miasta i zbudować całą machinę niewolnictwa, mimo że było ich wielokrotnie więcej niż Belgów. Czytałem kilka artykułów na ten temat i żaden nie wyjaśnia tej kwestii. Na Haiti za panowania Francuzów była podobna sytuacja, ale Haitańczycy walczyli z okupantem i to skutecznie, bo wygrali – rewolucja haitańska.

      • Atanazy Pustelnik Odpowiedz

        Ciekawe pytania.

        I. Po pierwsze to nie Belgowie zbudowali machinę niewolnictwa w Kongo. Obecnie za głównych jej konstruktorów uważa się Portugalczyków i lokalne elity afrykańskie zwłaszcza tzw. „kupców” z narodu Vili (Bavili, „Mobili”, Muvili).
        Już wcześniej nawiązali oni kontakt z Europą nie tylko zachodnią, jako główni eksporterzy na jej rynek miedzi. Pochodzili oni z potężnego w XVII- XVIII wieku królestwa Loango, położonego na pn. od Królestwa Kongo, państwa które najprawdopodobniej istniało już od I w. naszej ery!
        Raz jako samodzielne, a innym razem zwasalizowane przez lokalnie imperialne królestwo króla Kongo. W XVI wieku niezwykle, nawet jeśli przyjąć standardy europejskie, bogata arystokracja i szlachta Loango, postanowiła się uniezależnić od imperium kongijskiego przyjmując katolicyzm od… Węgrów (!?)
        Konkretnie dokonał tego, nazywający się z portugalska Berdardino d’Ungheria w 1663 r. Ochrzcił on króla imieniem Afonso, a także na początek ok. 6000 jego szlachetnie urodzonych poddanych. Co prawda Vili szybko na jakiś czas odrzucili chrześcijaństwo ale… wykorzystali wiedzę europejską by wzmocnić swoją potęgę. Tj. zawsze trzymali Europejczyków na „…odległość broni…” ale korzystali z ich wiedzy i pomysłów. Urzędnicy loangońscy – mafouks, sami zatem z powodzeniem organizowali manufaktury, a nawet fabryki na wzór europejski.
        Kupcy zaś loangońscy zwani „kupcami narodu Vili” – i tu dochodzimy do sedna sprawy – w interiorze kongijskim najpierw inwestowali w kowalstwo, a później…
        Zaczęli organizować lokalne grupy zbrojne doskonale wyposażone w broń europejską, które dokonywały za przyzwoleniem lokalnej starszyzny, istnych polowań na niewolników!
        Z czasem oczywiście „autowano” z interesu w większości ww. starszyznę, totalnie eksploatując i ujarzmiając, i de facto kompletnie dezorganizując, podbijane tereny. Handel niewolnikami był bowiem niewątpliwie bardziej intratny niż ten miedzią…

        Kupcy Vili mieli jednak niestety ogromny problem głównie z kupcami królestwa (i narodu) Teke (Bateke), którzy praktycznie sprawowali władzę nad większością obszarów przyszłego Konga belgijskiego, i którzy zmusili swego króla Ilo Makoko, by ten przyjął protektorat i zwierzchnictwo kolonialne, francuskie… Potężna Francja miała wg ich zamysłów, zmusić triumfujących na tą chwilę Vili, do rezygnacji z intratnego niewolniczego interesu na rzecz oczywista Teke…

        Belgowie spadli więc „biednym” Vili „z nieba”, byli dla nich niczym przysłowiowy wygrany los na loterii…
        (na marginesie: z kolei Teke się przeliczyli… Francuzi wprowadzili bowiem – wobec nich – srogi totalny reżim. Następca Ilo Makoko bezskutecznie próbował buntu w 1898 r., w wyniku czego ponad 80% Teke, mimo niezłego uzbrojenia – bo byli naprawdę stosunkowo bogaci; wtedy zginęło, a resztę najsłynniejszych afrykańskich „kupców” wszech czasów, zamknięto w jałowym górskim rezerwacie…)

        Tym bardziej Belgowie przydali się Vili, że przywrócone w 1709 roku po pokonaniu Portugalczyków i Holendrów (obu nacjom zadano „naprawdę upokarzające klęski”) ww. lokalne imperium – królestwo Kongo, chciało i ono mieć swój udział w „niewolniczym torcie” i – by poprawić swą pozycję, oddało się z kolei pod opiekę Portugalii, (w 1885 roku król Kongo Pedro V podpisał traktat „wiernopoddańczy”). Oczywiście też po niewczasie Kongijczycy się zbuntowali i skończyli jak Teke – także oczywiście totalnie spacyfikowani…

        Kolejnym lokalnym „starożytnym” królestwem o wielowiekowej tradycji, silnym rozwarstwieniu (arystokracja, szlachta, poddani) chrześcijańskim – katolickim jak i wcześniej wyżej przeze mnie wspomniane, dorabiającym się najwcześniej z nich na niewolnictwie, było zależne od Portugalii królestwo Ndongo (= Angoli – mniej więcej to obecna Angola)…

        Jak widać kupcy Vili mieli wielu wrogów, których król Leopold jednym ruchem ręki (przy podpisywaniu odpowiednich traktatów), usunął…

        II. Czy to Vili wynaleźli takie okrucieństwa jak np. obcinanie rak, aby podporządkować całkowicie sobie swoich czarnych jak i oni pobratymców?
        A nie – to już wynalazek Portugalczyków, a raczej arabski, który przyswoili sobie Ci pierwsi.

        III. No i jeszcze jedno, obecnie uważa się – wg najnowszych szacunków, że „kupcy Vili”, przepraszam oooczywiiiiiiście Leopold II i jego Belgowie – trzeba być przecież „poprawnym politycznie”, wymordowali nie 10, a co najmniej 15 milionów mieszkańców Konga…

        IV. Jakoś nikt nie domaga się dzisiaj przeprosin od najokrutniejszych kolonizatorów Afryki, tj. Portugalczyków i Portugalii, ale od Belgii – czyżby to również i dlatego, że to tam w Belgii jest stolica Unii Europejskiej, a nie w dość obecnie zmarginalizowanej a niegdyś tylko imperialnej, Portugalii?

        • Alchemik

          Ty się ciesz, że nie napisano, że Polska chciała mieć kolonie! Nie wymienię tutaj tytułów dzienników ani nazwiska europosłanki Róży która to twierdzi, że jesteśmy moralnie odpowiedzialni na kolonializm (film był na YouTube) i musimy według niej ponieść konsekwencje kolonializmu. Kiedyś napisałem na tym portalu (bodajże w 2016), że doczekamy się czasów kiedy to będzie się pisać o „dobrych” esesmanach i złych „dzikich” Polakach i proszę doczekałem się, urabiania opinii publicznej. Poczekaj 10 do 15 lat i dowiesz się, że największym kolonizatorem w Europie była Rzeczpospolita. Historia to taka materia, gdzie ludzie chcą oddziaływać na historię, kształtować jej przebieg i sterować wydarzeniami. Poszukują różnych sposobów ingerencji w dzieje i instrumentów manipulacji. Wszelkiego rodzaju organizacje oraz kraje czy narody posiadają możliwość celowej ingerencji w dzieje wymaga to znaczącego nakładu środków i trochę wiedzy głównie historycznej, o prawidłowościach historii, dynamice i mechanizmie ewolucji społecznej.

  2. As Odpowiedz

    Panie autorze, Europejczykow pisze sie z Duzej litery. Artykul to polityczna czytanka dla lewakow. Dunlop przyczynil sie do smierci Kongijczykow, bo wymyslil detke? Serio?

    • Filip Bogaczyk Odpowiedz

      Dziękuję za zwrócenie uwagi, w edycjach kolejnych artykułów będę do takich szczegółów przykładał większą uwagę.

  3. Waldi Odpowiedz

    „ twarz inteligentnego i charyzmatycznego władcy runęła„… kto tak pisze? Uczen podstawowki? Albo ten „zew cierpienia” nawer w Harkequinach nie pisano az tak zle 🤣

    • Filip Bogaczyk Odpowiedz

      Rozumiem krytykę, aczkolwiek podniosłe i trącące „myszką” słownictwo bardzo lubię i nie zamierzam tego zmieniać. Podstawówkę skończyłem z całkiem nie najgorszym świadectwem, czego nie uważam za przytyk.

      • Jarosław Odpowiedz

        Zestawie tutaj kulturalnego pana, króla, kapitalistę np. z krwawym lewakiem Pol Potem. Kto wypada gorzej? Czyje zbrodnie są gorsze – prawaków, czy lewaków? Zbrodnia pozostaje zbrodnią, nieważne pod jakim kolorem flagi jej się dokonuje.

  4. Takie buty Odpowiedz

    Może by tak sami spróbowali napisać jakiś artykuł a nie czepiać się szczegółów nie wnoszących nic w całym artykule. Trzepaki pokażcie co potraficie i napiszcie jeden artykuł dla mnie mało wymagającego,,

  5. Atanazy Pustelnik Odpowiedz

    Może jeszcze dodam, jeśli pozwolicie oczywiście, co się stało z potężnymi, wysoko (wg wielu zdecydowanie najwyżej w czarnej Afryce) cywilizacyjnie „postawionymi” Vili – mieli nawet własne wydawnictwa, system kształcenia – bo to chyba jednak wymaga wyjaśnienia.

    Mimo bogactwa i władzy szybko bowiem oni „zniknęli z kart historii”. No może nie dosłownie i raczej tylko się w nich skryli….
    Oficjalnie ok. 45 tys. przetrwało w samym Kongu, a blisko 5 tys. w Gabonie. Wielu najbogatszych udało się na emigrację i obecnie najprawdopodobniej (no bo ze względu na wyżej opisaną rolę w eksterminacji w belgijskim Kongu, potomkowie Vili niechętnie przyznają się do swego pochodzenia) stanowią być może nawet większość czarnych elit zwłaszcza biznesowych, tak w Afryce jak i Azji, Europie, obu Amerykach a podobnoż nawet i w Australii!
    Mimo zachowanych w oryginałach czy odpisach ponad 200 z kilkuset umów podpisanych z Belgami, obecnie Vili robią wszystko aby „wybielić” swoją rolę w niewolniczym procederze: „…owszem handlowaliśmy niewolnikami ale praktycznie tylko jako pośrednicy i tak naprawdę na stosunkowo niewielką w porównaniu z innymi, a zwłaszcza Belgami i Portugalczykami, skalę…”, to są ich najczęstsze tłumaczenia.

    A dlaczego praktycznie „zniknęli” oni (jako zwarta grupa etniczna) i ich królestwo?
    Otóż na konferencji w Berlinie w roku 1885 Belgowie mimo ww. licznych umów, po prostu ich po części wykiwali (choć wg wielu odbyło się to za zgodą gro elit Vili – tutaj bowiem wiele jest do dzisiaj okryte iście totalną tajemnicą i część tego co powyżej ustalili badacze, a ja tutaj relacjonuję, może nawet mocno mijać się z prawdą) i de facto „sprzedali” te „starożytne” królestwo (o blisko 8 wieków przecież starsze od naszego!) Francji, co…
    Co nie przeszkadzało im – tutaj już państwu belgijskiemu, dalej współpracować z paramilitarnymi bojówkami organizowanymi i dowodzonymi jak dawniej głównie jeśli nie wyłącznie przez Vili, w drenażu ekonomicznym Konga.

    Francuzi zaś liczyli głównie na ogromny kapitał bajecznie bogatego portowego Loango. Loango zaczęło tracić jednak na znaczeniu mając zbyt płytki port dla coraz większych 20 wiecznych statków. Francuzi oczywiście torpedowali wszelkie próby bardzo kosztownego pogłębiania owego portu. Doprowadzili bowiem linię kolejową do innej miejscowości portowej, Pointe-Noire, a nie do Loango, by ostatecznie dobić dawną stolicę. To – tj. linia kolejowa i nowoczesny port, jednak spowodowało na początku XX w., ogromny napływ imigrantów zarobkowych (głównie z tzw. ludów Yombe), a wraz z nimi chorób na które Vili okazali się rzekomo być bardzo wrażliwi: ospy i śpiączki afrykańskiej. Liczne przypadki śmierci były jednak bardziej niż bardzo podejrzane – oskarża się (i są na to dowody) że za przyzwoleniem kolonizatorów – być może i z udziałem francuskich jednostek specjalnych, po prostu systematycznie przez całe dekady eliminowano, głównie ponoć truto (także zarażano?), najbogatszych zwłaszcza Vili zagarniając ich majątki i uprzywilejowaną pozycję…
    No i – co być może ważniejsze, widziano w nich – Vili – nieźle przecież wykształconych, główne dla siebie – tj. Francji, zagrożenie, jako potencjalnie tworzących zalążki ruchów niepodległościowych.
    Stąd naciskano na ich emigrację, bardzo im ją zresztą ułatwiając. A dla Vili nie było to niczym specjalnie złym czy niezwykłym. Jak bowiem wyjaśnia Wikipedia: „Ponadto Vili, w przeciwieństwie do ludów Yombe, byli mniej przywiązani do ziemi, ze względu na dominujące u nich nakierowanie się na działalność handlową oraz ich dominującą pozycję jako pośredników w kontaktach z populacjami w głębi całego afrykańskiego lądu; i z europejskim handlem.”

    Jeśli więc prowadzicie Państwo firmę handlową i odwiedzi was czarujący, doskonale wykształcony czarnoskóry przedstawiciel handlowy waszego kontrahenta… :)

  6. Atanazy Pustelnik Odpowiedz

    A żeby była jasność – Belgowie podpisywali umowy i, lub dogadywali się, prowadzili interesy w tym niewolnicze (od samego początku obecności nieformalnej i formalnej w Afryce), już na co najmniej kilka lat przed konferencją w Berlinie. Wiedzieli bowiem na pewno, że dostaną jakąś część Konga, nie wiedzieli tylko dokładnie jakie obszary.

Dodaj komentarz

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.