Ciekawostki Historyczne
Generic selectors
Tylko dokładne dopasowania
Szukaj w tytułach
Szukaj w treściach
Szukaj w postach
Search in pages

O tym, jak polscy partyzanci z grupy „Zenona” uratowali amerykańskich lotników

Załogę Boeinga B-17 uratowali polscy partyzanci. Zdjęcie poglądowe

Utrata Latającej Fortecy, ofiarna pomoc ze strony Polaków, walki wraz z oddziałem polskich partyzantów i przedzieranie się do linii rosyjskich by ostatecznie powrócić do swoich. Tyle zaangażowania potrzeba było by pomóc Amerykanom zestrzelonym na terytorium okupowanej Polski.

21 czerwca 1944 roku, niedaleko wsi Woroniec leżącej w gminie Biała Podlaska, runął na ziemię amerykański bombowiec. Był nim Boeing B-17, zwany Latającą Fortecą. Należał do . Wystartował z lotniska Norfolk w Anglii. Samolot należał do grupy złożonej z 112 maszyn, która odbywała akcję pod kryptonimem „Frantic” (Rozszalały). Polegała ona na wahadłowym wykonywaniu zadań – samoloty startowały z Anglii, bombardowały cele w Niemczech i lądowały na terytorium ZSRR w okolicach Połtawy.

Tym razem celem była rafineria paliwa syntetycznego w Ruhland, na północ od Drezna. Po wykonaniu zadania samoloty poleciały na wschód. Na wysokości Międzyrzeca Podlaskiego formacja bombowców została zaatakowana przez niemieckie myśliwce Messerschmitt Me 109. Jeden z nich celnie ostrzelał B-17 z działka 20 mm, co spowodowało wyłączenie z użytku dwóch silników oraz uszkodzenie kokpitu. Samolot zaczął gwałtownie tracić wysokość, więc pilot wydał rozkaz opuszczenia pokładu. Załoga bombowca liczyła 10 osób. Wszystkim udało się wyskoczyć ze spadochronem, pomimo tego, że dwóch strzelców zostało rannych.

Alfred Lea

Porucznik Alfred Lea, pełniący rolę nawigatora, tak wspomina ten moment: „Miałem ogromne trudności, by otworzyć właz ewakuacyjny w samolocie. W końcu się udało!”. Lea wykonał skok z wysokości 915 metrów. W momencie, w którym otworzył mu się spadochron zauważył, jak jego samolot uderza w ziemię:

Wylądowałem na polu pszenicy, około pół mili od płonącego bombowca. Rozpocząłem bieg w jego kierunku, gdy nagle zostałem zatrzymany przez miejscowego gospodarza i jego żonę, którzy myśleli, że jestem Rosjaninem.

Lea zauważył też swego kolegę lądującego w pobliżu. Wokół nich zebrała się grupka ludzi: „Nie mogliśmy zrozumieć, co do nas mówią, dlatego ruszyliśmy w kierunku niedalekiej wsi”. Polacy zatrzymali Amerykanów, dając im do zrozumienia, że bezpieczniej będzie dla nich schować się w zbożu. Zaopiekowali się ich spadochronami i przynieśli im  wodę. Decyzja o ukryciu się w wysokiej pszenicy okazała się słuszna, jako że w okolicy nagle pojawiła się ciężarówka wypełniona niemieckimi żołnierzami.

B-17G pod ostrzałem artylerii przeciwlotniczej. Zdjęcie poglądowe

Amerykanom udało się odnaleźć jeszcze kilku kolegów, po czym ruszyli za jednym z Polaków. Zaprowadził ich do gospodarstwa, gdzie, jak zapewniał, miał mieszkać polski partyzant, który dobrze mówił po angielsku. Na miejscu okazało się, że jego angielski jest jednak marny. Był jednak dobrze uzbrojony, miał polskie mapy wojskowe, co mogło oznaczać, że jest dowódcą. Amerykanie zrozumieli, że muszą pójść za nim, jednak upierali się, że powinni odnaleźć resztę swojej załogi. Próbujący udzielić im pomocy Polak zdenerwował się, ponieważ niecałe 150 metrów od nich znajdowała się ciężarówka z niemieckimi żołnierzami. Nie było czasu na dyskusję: „Zagroził, że nas zastrzeli, jeśli go nie posłuchamy, co w jego ustach zdawało się całkiem wiarygodną groźbą”.

Ruszyli w drogę. Trafili do głównej bazy partyzantów, (którzy również okazali się być całkiem dobrze uzbrojeni), a potem do sąsiedniej wioski, gdzie, ku ich radości, czekał na nich sierżant Herschell Wise, strzelec boczny. Rozdzielił swoją grupę: Lea wraz z dwoma innymi Amerykanami ruszyli wieczorem do kolejnej wsi, gdzie dołączyli do czterech pozostałych ze swej załogi.

Anthony Hutchinson

Technik pokładowy, sierżant Hutchinson, gdy usłyszał rozkaz przygotowania się do skoku, znajdował się na górnym pokładzie. Upewniwszy się, że ma przy sobie wszystko co potrzebne nagle stracił równowagę i upadł. Czasu miał jedynie tyle, by sprawdzić czy wszystko jest w porządku z linką jego spadochronu: „Zauważyłem, że oprócz pilota, który właśnie kierował się do opuszczenia pokładu, nie pozostał już nikt”. Hutchinson przeturlał się do otworu wylotowego i, znajdując się 240 metrów nad ziemią, zdołał opuścić pokład.

Niemal natychmiast pociągnął za linkę spadochronu. Bezpośrednio nad nim zatoczył koło niemiecki Me 109. Hutchinsonowi udało się bezpiecznie wylądować na polu. W chwili, gdy zaczął zwijać swój spadochron, pojawił się przy nim mężczyzna. Powiedziałem do niego „American”, na co on odrzekł „Comrade”.

Następnie pomógł mi poradzić sobie ze spadochronem oraz całą resztą sprzętu i zabrał mnie do swego domu, gdzie na stole czekało na mnie gorące jedzenie.

Hutchinson wyjął swoją kartę z podstawowymi zwrotami i spytał, gdzie jest najbliższa linia frontu z Rosjanami. Pomachali w taki sposób, że zrozumiałem, że front jest gdzieś daleko za horyzontem. „Dali mi do zrozumienia, że polska armia jest o wiele bliżej i że zabiorą mnie do niej”. Na miejscu miał znajdować się ktoś, kto potrafił dobrze mówić po angielsku. Do Hutchinsona dołączył także porucznik Hernandez.

Louis R. Hernandez

Hernandez pełnił funkcję pilota. To on wydał rozkaz aby przygotować się do opuszczenia pokładu. Starał się utrzymać samolot na stabilnym kursie, podczas gdy drugi pilot zakładał mu spadochron. Samolot mocno skręcał na lewą stronę i bardzo trudno było utrzymać stabilny lot. Gdy drugi pilot Thomas Madden oraz technik pokładowy Anthony Hutchinson wyskoczyli ze spadającej maszyny, Hernandez nadał komunikat, aby upewnić się, że już nikogo nie ma na pokładzie.

Wstawałem właśnie ze swego fotela, gdy nagle samolotem mocno szarpnęło i poczułem przeszywający ból w ramieniu. Nie pamiętam zupełnie nic od momentu, w którym pociągnąłem za linkę spadochronu, aż do chwili, w której leżałem na plecach na polu a naokoło mnie znajdowali się ludzie.

Hernandeza zabrano do jednego z domów, gdzie spotkał sierżanta Hutchinsona. Obaj otrzymali posiłek i zostali ukryci w polu. Po godzinie przyjechał do nich tłumacz, który ukrył ich na wozie wypełnionym sianem. Tak zamaskowanych przetransportowano do obozu partyzantów. Dwa razy zatrzymywali się, by zmienić wozy, a podczas jednego z takich postojów dołączył do nich sierżant Gilbert, boczny strzelec. Na miejscu lekarz udzielił im pomocy medycznej, a lotnicy zostali ukryci w stodole. Tam też dołączył do reszty Madden, Lea, Baker oraz Wise.

W pewnym momencie niemiecki patrol wpadł do domu, w którym znajdowali się Amerykanie. Lotnicy błyskawicznie podzielili się na grupy, po czym schowali się w polu pszenicy.

Leżeliśmy w polu nie więcej niż 20 metrów od niemieckiego czołgu, który prowadził ostrzał wioski aż do zmroku. Słyszeliśmy, jak Niemcy powtarzali okrzyki „Amerykanie”. Wieczorem się wycofali. Pobliska wieś płonęła.

Będący z Hernandezem sierżant Wise doszedł do wniosku, że ich polscy opiekunowie musieli zostać zabici. Rozpoczęli więc samodzielny marsz na wschód. O godzinie drugiej w nocy ktoś skierował w ich kierunku  wiązkę światła. Przez 15 minut stali jak zamurowani, by nie zdradzić swojej obecności.

O poranku ruszyli do widocznego niedaleko gospodarstwa, gdzie otrzymali wodę a właściciel pozwolił im zostać w swojej stodole. Nie wiadomo jakim sposobem po zaledwie 20 minutach pojawił się Niemiec. Na szczęście poszukiwania prowadził na „pół gwizdka” i nie znalazł ukrytych pod sianem lotników. Po południu gospodarz ukrył lotników na swym wozie i przewiózł ich przez las do partyzantów. Tam, po 24 godzinach, spotkali resztę załogi, z którą rozstali się wcześniej.

Partyzanci „Zenona”

Całej załodze, złożonej z 10 osób, udało się wyskoczyć z trafionego bombowca. Trzech z nich: sierżant Jack White (radiooperator), sierżant William Cabaniss (strzelec okrągłej wieżyczki) oraz sierżant Arnold Shumate (tylny strzelec), trafiło w ręce Niemców. Pozostałymi zaopiekował się oddział „Zenona”, który należał do 34 pułku Piechoty Armii Krajowej. Ich dowódcą był major Stefan Wyrzykowski pseudonim „Zenon”. Już w grudniu 1943 roku zasłynął tym, że dowodził oddziałem osłaniającym radiostację R-31 Komendy Głównej AK, która zapewniała łączność z rządem polskim na uchodźstwie w Londynie.

Gdy grupa ludzi podległa Wyrzykowskiemu powiększała się, utworzono z niej, obok plutonu radiotelegraficznego, także oddział partyzancki liczący około 200 osób.

mjr Stefan Wyrzykowski ps. Zenon

20 maja 1944 roku oddział „Zenona” osłaniał akcję w okolicach wsi Sarnaki. Jej celem było wydobycie niewybuchu rakiety V2 z rozlewiska rzeki Bug. Zadanie ludzi „Zenona” polegało na organizowaniu akcji zaczepnych w lasach Mierzwickich około 10 kilometrów od miejsca wydobycia rakiety. Miało to odwrócić uwagę Niemców. Następnie części rakiety wraz ze specjalnie przygotowaną dokumentacją trafiły do aliantów (akcja Most III).

Jeszcze innym razem „Zenon” wykazał się doskonałymi umiejętnościami dowódczymi, gdy doszło do walki we wsi Jeziory. Dzięki manewrowi taktycznemu oddział „Zenona” zadał Niemcom straty szacowane na 120-190 ludzi. Sam stracił zaledwie dwóch partyzantów.

Pod skrzydłami „Zenona”

Na miejscu Amerykanie poznali tłumacza i zarazem kwatermistrza, zapisanego w amerykańskich archiwach pod nazwiskiem Leniovietz, pułkownika Janczara oraz majora Mueliera (pisownia zgodna z archiwami amerykańskimi) – dowódcę 35 Pułku Piechoty. Partyzanci drogą radiową połączyli się z głównym dowództwem polskim w Londynie i przesłali imiona, numery oraz stopnie wojskowe Amerykanów. Polacy poinformowali też załogę bombowca, że w potyczce, w której brał udział niemiecki czołg, Zenonowi udało się zastrzelić pięciu lub sześciu Niemców. Później Amerykanie dowiedzieli się także, że mężczyzna, który poczęstował ich obiadem, zapłacił za to wysoką cenę. Niemcy zabili go na miejscu, jego żonie „tylko” wybili zęby a ich gospodarstwo doszczętnie spalili.

Ku frontowi wschodniemu

Przez następne trzy tygodnie partyzanci kierowali Amerykanów w kierunku Brześcia, gdzie znajdowali się Rosjanie. 26 lipca partyzanci próbowali skontaktować się z nimi z wioski w pobliżu Białej Podlaskiej, jednak dostali się pod ogień jednej z niemieckich dywizji. Niemcy prowadzili silny ostrzał z broni maszynowej do pozbawionych amunicji partyzantów. Sytuacja stawała się krytyczna. Gdy atakującym Niemcom już prawie udało się zamknąć drogę ucieczki Amerykanów i Polaków, z pomocą przyszli Rosjanie. Mały oddział, który akurat wysłany został na „przeszpiegi” do linii niemieckich, zauważył, co się dzieje i poinformował dowództwo.

Tablica pamiątkowa. Sanktuarium w Leśnej Podlaskiej

Rosyjski porucznik, dowodzący grupą żołnierzy na lewym skrzydle, wysłał swego człowieka wraz z jednym z polskich partyzantów, aby ponownie przebili się przez linie niemieckie i pokierowali ostrzałem artyleryjskim. Rosyjska artyleria prowadziła ogień przez trzy godziny, który nie dość, że ocalił Polaków i amerykańskich lotników, to jeszcze pozwolił wziąć do niewoli sporą grupę Niemców.

Następną noc Amerykanie wraz z partyzantami spędzili w lesie, tuż za rosyjską linią frontu. Następnie lotnicy przesłuchani zostali przez rosyjskiego porucznika, który wysłał ich dane, z tym, że tym razem do dowództwa w Moskwie.

Polacy nie opuszczają Amerykanów

Następnego dnia Amerykanów przejął rosyjski pułkownik. Dwoma ciężarówkami przetransportował ich do dowództwa polowego w okolicach Białej Podlaskiej. Zarówno Zenon, jak i tłumacz pojechali z nimi. Zenon chciał mieć absolutną pewność, że trafią pod właściwą opiekę, mało tego: żądał, by Rosjanie wystawili mu potwierdzenie przekazania im siedmiu amerykańskich lotników. Nalegał także, by w dokumencie zaznaczono, że Polacy oddali ich pod opiekę Rosjan w dobrej kondycji zdrowotnej.

Polacy towarzyszyli Amerykanom w drodze do głównego dowództwa, znajdującego się osiem mil na południe od Międzyrzecza. Gdy mijali Międzyrzecz, Amerykanie dowiedzieli się, że pozostała trójka z ich załogi dostała się w ręce Gestapo i zmarła w pobliskim szpitalu. Ich ciała pochowane zostały przez mieszkających w pobliżu Polaków. Amerykanie upierali się, że chcą pójść na ich groby w celu identyfikacji zwłok, jednak miasto w dalszym ciągu znajdowało się pod ostrzałem i Rosjanie nie chcieli narażać zarówno ich jak i siebie samych.

Gdy w końcu dotarli do dowództwa, Zenon opuścił ich, by wrócić do swoich żołnierzy. Pozostawił na miejscu tłumacza, który pojechał z nimi aż do Radzynia. Tam po dwóch dniach przejęci zostali przez pułkownika rosyjskich sił powietrznych.

Pomnik Amerykańskich Lotników. Woroniec

3 sierpnia Amerykanie opuścili Radzyń samolotem pilotowanym przez rosyjskiego kapitana Anatola Nathana Merzona. W nocy wylądowali w Chełmie. Następnie polecieli w kierunku Połtawy. Tam spotkali się z rosyjskim generałem dowodzącym lotniskiem, który niemal bez przerwy dopytywał, czy Amerykanie traktowani byli właściwie przez żołnierzy rosyjskich.

Następnie lotników przesłuchał generał major Welsh i jego zwiad. Madden wraz z Bakerem zostali zabrani przez niego do Moskwy. Reszta ocalałej załogi samolotu udała się 6 sierpnia w kierunku Teheranu i następnie Kairu, gdzie Wise i Gilbert trafili do szpitala. Lea, Hernandez i Hutchinson kontynuowali swą podróż do Algieru a następnie Casablanki, gdzie spędzili dwa dni. W końcu wysłani zostali do Wielkiej Brytanii, do której ostatecznie przybyli 12 sierpnia 1944 r.

Po dziś dzień istnieje pamięć o tym wydarzeniu. Przy drodze E-30, w okolicach miejscowości Woroniec, znajduje się Pomnik Amerykańskich Lotników wzniesiony w 2000 roku. Jest to hołd oddany grupie 41 802 lotników amerykańskich, którzy poświęcili swe życie wykonując zadanie bojowe nad terytorium Europy.

Bibliografia:

  1. Headquarters European Theater of Operations P/W and X Detachment, Military Intelligence Service, E&E Report No 922-923-924, Evasion in Poland, USA Paperless Archive.
  2. Ewa Podniesińska, Barbara Wyczółkowska-Lotocka: Ślady pamięci o Oddziale Partyzanckim „Zenona” Intergraf 2008, Międzyrzec Podlaski.

Czy wiesz, że ...

...Heinrich Himmler po zakończeniu wojny sam się „odnalazł”? Oddał w ręce aliantów 23 maja 1945 roku. Przybył do Obozu Przesłuchań Cywili nieopodal Lüneburga. Przedstawił się i podpisał, by udowodnić swoją tożsamość.

...Adolf Hitler w każdą podróż zabierał szczoteczkę do pielęgnacji swojego charakterystycznego zarostu. Był przekonany, że jego ikoniczny wąsik stanie się ostatnim krzykiem mody. Do pewnego stopnia miał rację – "na Hitlera" goliła się nie tylko partyjna wierchuszka, ale i zwyczajni Niemcy.

...angielski historyk wojskowości Lawrence Freedman uważa, że Blitzkrieg wcale nie był tak skuteczny, jak nam się wydaje? "Blitzkrieg w Europie Zachodniej miał w dużej mierze improwizowany charakter" - podkreśla.

...po II wojnie światowej liczbę ofiar obozu koncentracyjnego w Auschwitz obliczano w oparciu o ilość i przepustowość pieców krematoryjnych? Nadzwyczajna Radziecka Komisja Państwowa do Badania Zbrodni Niemiecko-Faszystowskich Agresorów oparła się na na zeznaniach ocalałych (w tym członków Sonderkommanda) i schwytanych esesmanów, a także na częściowo zachowanej infrastrukturze fabryki śmierci. Jej członkowie policzyli piece w krematoriach, ustalili ich dobową przepustowość oraz okres funkcjonowania. 

Komentarze (2)

  1. juniors Odpowiedz

    Ma to raczej małe znaczenie ale informacyjnie warto o tym wspomnieć. B17 to ogólnie YB17. I było 13 szt tych bombowców. Wersji jest wiele. Ogolnie przyjęło się że bombowiec B17 to model B17B czyli ten który pierwszy został seryjnie produkowany. 39 szt. W powietrzu od 27.06.1939. Silniki Wright 1000 konne. Uzbrojony w 5 karabinów maszynowych i 8 bomb 272kg… Dokładnie modelowo zwał się 299M. B17 299M. Od tego modelu do modelu z historii było jeszcze 5 innych B17 seryjnie produkowanych. Różnica w wersjach w większości dotyczyła mocy silników i możliwości załadowania większego ekwipunku na pokład.
    Model opisany w tym artykule to ten najmłodszy i wyprodukowany w największej ilości. Az 8680 szt wyjechało z hal produkcyjnych. W powietrzu od 21.05.1943. Jego moc różniła się od pierwszego seryjnego modelu B o 200 KM. Model G posiadał 1200KM. Zamiast 5 karabinów maszynowych jak w modelu B zamontowano ich aż 13. A waga bomb jaka mógł zabrać wzrosła dwukrotnie. Model B 2176 model G 4355kg. Na bazie modelu G powstało 147 samolotów ratownictwa morskiego. W użyciu między 45 a 59r.

    Do dziś przetrwało 9szt. i jest to model B17G. Wszystkie 9 są zdolne do lotu.

  2. Przemo Zwoliński Odpowiedz

    Ma to raczej małe znaczenie ale informacyjnie warto o tym wspomnieć. B17 to ogólnie YB17. I było 13 szt tych bombowców. Wersji jest wiele. Ogolnie przyjęło się że bombowiec B17 to model B17B czyli ten który pierwszy został seryjnie produkowany. 39 szt. W powietrzu od 27.06.1939. Silniki Wright 1000 konne. Uzbrojony w 5 karabinów maszynowych i 8 bomb 272kg… Dokładnie modelowo zwał się 299M. B17 299M. Od tego modelu do modelu z historii było jeszcze 5 innych B17 seryjnie produkowanych. Różnica w wersjach w większości dotyczyła mocy silników i możliwości załadowania większego ekwipunku na pokład.
    Model opisany w tym artykule to ten najmłodszy i wyprodukowany w największej ilości. Az 8680 szt wyjechało z hal produkcyjnych. W powietrzu od 21.05.1943. Jego moc różniła się od pierwszego seryjnego modelu B o 200 KM. Model G posiadał 1200KM. Zamiast 5 karabinów maszynowych jak w modelu B zamontowano ich aż 13. A waga bomb jaka mógł zabrać wzrosła dwukrotnie. Model B 2176 model G 4355kg. Na bazie modelu G powstało 147 samolotów ratownictwa morskiego. W użyciu między 45 a 59r.

    Do dziś przetrwało 9szt. i jest to model B17G. Wszystkie 9 są zdolne do lotu.

Dodaj komentarz

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.