Kontrowersje, odkrycia, bohaterowie i łajdacy. Fascynujące opowieści na każdy dzień od najpopularniejszego magazynu o historii w Polsce

Generic selectors
Tylko dokładne dopasowania
Szukaj w tytułach
Szukaj w treściach
Szukaj w postach
Search in pages

Budowa elektrowni w Czarnobylu. Jak wyglądało miasto przed katastrofą?

fot.pixabay Jak wyglądało miasto, kiedy nikt jeszcze nie wiedział o nadchodzącej katastrofie?

Kim był pierwszy dyrektor elektrowni? Dlaczego w Prypeci mieszkali głównie młodzi ludzie z małymi dziećmi? I skąd wziął się tam… basen?

Wieczorem 6 marca 1986 roku, gdy ożywiony Michaił Gorbaczow wystąpił w roli gospodarza urządzonego w Pałacu Kremlowskim przyjęcia dla zagranicznych gości zjazdu – w większości przedstawicieli partii komunistycznych, którzy przybyli do Moskwy na koszt sowieckiego państwa – delegaci opuszczali Moskwę na pokładach samolotów, w pociągach i samochodach. Wiktor Briuchanow i inni członkowie kijowskiej delegacji wsiedli do nocnego pociągu jadącego do stolicy Ukrainy.

Nazajutrz rano byli w Kijowie, gdzie powitali ich partyjni funkcjonariusze. Były uściski ramion i dłoni oraz kwiaty dla kobiet delegatów – następnego dnia, w sobotę, 8 marca, wypadał Międzynarodowy Dzień Kobiet, powszechnie obchodzony w Związku Sowieckim. Zdjęcie zrobione przez fotoreportera na kijowskim dworcu głównym rankiem 7 marca ukazywało Briuchanowa w futrzanej czapce i kożuchu, otoczonego przez pozostałych delegatów; jednym z nich była kobieta trzymająca bukiet goździków. Briuchanow musiał kupić kwiaty dla żony Walentyny, lecz jazda samochodem do domu miała jeszcze potrwać ponad dwie godziny – odległość z Kijowa do Prypeci wynosiła sto pięćdziesiąt kilometrów.

fot.domena publiczna Wiktor Briuchanow – pierwszy dyrektor Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej

Kierowca firmowego samochodu przyjechał po niego na dworzec i ruszyli aleją Moskiewską w kierunku szosy PO2. Prowadziła ona na północ od Kijowa wzdłuż Zbiornika Dnieprzańskiego, który stworzono dla potrzeb hydroelektrowni zbudowanej tam w latach sześćdziesiątych, po czym skręcała na północny wschód w stronę miasta Iwanków, wiodąc przez brzozowe zagajniki, a w pobliżu Czarnobyla przez obszar lasów sosnowych.

Briuchanow po raz pierwszy podróżował szosą Kijów–Prypeć autobusem w zimie 1970 roku, gdy miasto Prypeć jeszcze nie istniało. Był młody i pełen zapału. Nominacja na dyrektora elektrowni jądrowej w tak młodym wieku stanowiła nie lada osiągnięcie, ale przez pewien czas żadnej elektrowni nie było. Musiał ją dopiero zbudować – elektrownię, swoje biura razem z domem dla swojej rodziny: żony Walentyny, ich dziewięcioletniej córki Lilii oraz rocznego syna Olega. Wynajął pokój w podupadłym hotelu w niewielkim mieście Czarnobylu – w języku rosyjskim Czernobyl – którego nazwą miano obdarzyć przyszłą elektrownię. Rozłożył dokumenty na łóżku i zaczął analizować wstępne wersje planów budowy oraz umowy na wykonanie pierwszych tymczasowych budynków w miejscu wybranym dla nowego zakładu przemysłowego i nowego miasta. Budowa miała się rozpocząć za rok.

Artykuł stanowi fragment książki Czarnobyl. Historia nuklearnej katastrofy, która niedawno ukazała się nakładem Wydawnictwo Znak.

Tymczasem młoda rodzina Briuchanowa została w Słowiańsku, liczącym wówczas sto dwadzieścia pięć tysięcy mieszkańców mieście w Donieckim Zagłębiu Węglowym na wschodzie Ukrainy, gdzie poprzednio pracował. Słowiańsk miał się stać znany w 2014 roku jako miejsce, gdzie zaczął się rosyjsko-ukraiński konflikt zbrojny i gdzie zginęli pierwsi uczestniczący w nim ludzie. Walki tam były tak zażarte, ponieważ Słowiańsk stanowił lokalny węzeł drogowy i kolejowy, a także ważny ośrodek przemysłowy. Właśnie dlatego Briuchanow wylądował tam w roku 1966 – pracował w elektrowni, która wytwarzała energię elektryczną ze spalania miejscowego węgla.

Pierwsza elektrownia, w której pracował, znajdowała się w Angrenie, niedaleko Taszkientu, stolicy Uzbekistanu, gdzie się urodził 1 grudnia 1935 roku. Był najstarszym z dzieci w dużej rodzinie z klasy robotniczej, która przybyła do tego miasta z Saratowa nad Wołgą. Z lat drugiej wojny światowej zapamiętał tylko tyle, że był stale głodny. W wieku dwudziestu czterech lat ukończył miejscowy Instytut Politechniczny i zatrudnił się w pobliskim Angrenie. Właśnie tam poznał Walentynę, która również pracowała w elektrowni; dodatkowo studiowała wieczorowo w miejscowej uczelni. Urzekły go jej oczy – jak później wspominał, czuł, że mógłby w nich utonąć.

Gdy Walentyna po raz pierwszy natknęła się na nazwisko Wiktora w lokalnym czasopiśmie, on zyskiwał już sławę jako kompetentny i sumienny inżynier. W ciągu zaledwie roku został kierownikiem swojego wydziału i Walentyna pomyślała: „Boże broń mieć takie nazwisko” – pochodziło ono od rosyjskiego słowa „brzuch” albo po prostu było z nim zgodne. Już niebawem, poznawszy człowieka noszącego to nazwisko, młodego, szczupłego i energicznego Wiktora, miała zapomnieć o swoich obawach. Zdobył jej serce, w dowód swojej miłości obsypując ją kwiatami. Samochody przyjeżdżające z pobliskich Gór Kuramińskich przywoziły dzikie tulipany, a Wiktor przynosił ich do domu wystarczająco dużo, by zastawić wazonami wszystkie parapety. Rok później się pobrali i byli w Angrenie bardzo szczęśliwi.

Kres życia w tulipanowym raju Briuchanowów nastał wczesnym rankiem 26 kwietnia 1966 roku, dokładnie dwadzieścia lat przed katastrofą w Czarnobylu. W ów wtorek potężne trzęsienie ziemi zniszczyło niemal całe śródmieście Taszkientu, rodzinnego miasta Briuchanowa, położonego w odległości stu dwunastu kilometrów od Angrenu. Ponad dwieście trzydzieści budynków biurowych i ponad siedemset sklepów oraz kawiarń zostało albo całkowicie zniszczonych, albo przestało się nadawać do użytku. Jakimś cudem wskutek trzęsienia ziemi zginęło zaledwie osiem osób, wiele jednak doznało obrażeń, a blisko trzysta tysięcy, niemal jedna trzecia ludności miasta, obudziło się bez dachu nad głową. Byli wśród nich rodzice Wiktora, których ceglany dom mocno popękał i był bliski zawalenia się. Dla Walentyny Briuchanowej okazało się to zbyt trudne do zniesienia. A gdyby kolejne trzęsienie ziemi zniszczyło Angren tak jak Taszkient? Co by się stało z nimi oraz ich małą córką? Chciała, żeby się przeprowadzili. Zachęcony przez żonę Wiktor zaczął się dowiadywać o pracę w elektrowniach w innych częściach Związku Sowieckiego. Okazało się, że na Ukrainie szukają ludzi takich jak on. Briuchanowowie spakowali walizki i pojechali do Słowiańska, gdzie Wiktor szybko awansował w hierarchii na kierownika wydziału turbin, a potem głównego inżyniera elektrowni.

Czy wiesz, że ...

...w okresie zimnej wojny rząd Trumana opublikował broszurę „Przetrwanie ataku atomowego”, w której można było przeczytać, że aby przeżyć bombardowanie, wystarczy wskoczyć do rowu, nie zostawiać łatwopalnych śmieci w pobliżu zabudowań i nie spieszyć się z wychodzeniem na zewnątrz?

...odpowiedzialność za najkrwawszy zamach izraelskich grup politycznych wzięła organizacja, której przewodził późniejszy premier Izraela, Menachem Begin? W wybuchu bomby, podłożonej pod hotelem King David, zginęło 91 osób.

...liczba tajnych współpracowników Służby Bezpieczeństwa była najwyższa w ostatniej dekadzie istnienia PRL i mogła sięgnąć nawet 100 tysięcy?

...w zamachu na Jana Pawła II 13 maja 1981 roku ranna została Ann Odre? Kobieta była amerykanką polskiego pochodzenia i według prasy urodziła się tego samego dnia i w tym samym miejscu, co papież. W rzeczywistości urodziła się ona w USA i była trzy lata młodsza od Jana Pawła II… Z Wadowic pochodziła natomiast jej matka.

Komentarze (4)

  1. Atanazy Pustelnik Odpowiedz

    Pewno to błąd tłumacza ale… Lecz tak bylica pospolita jak i piołun to byliny czyli rośliny zielne wieloletnie, a nie krzewy czy nawet krzewinki, tj. nie mają one – byliny, części zdrewniałych wieloletnich jak krzewy. Ich część nadziemna jest więc – w przeciwieństwie do krzewów, odtwarzana co roku w sezonie wegetacyjnym na nowo.
    Ale rzeczywiście jedną z ukraińskich naz tej rośliny – byliny z rodzaju bylica, jest czornobyl – czarnobyl. Co ja jako pustelnik żywiący się korzonkami przecież, jak najbardziej muszę wiedzieć :)
    Oczywiście ta ostatnia sentencja to żart, bowiem prawda (już niestety mocno) „historyczna” jest taka, że na studiach mych po prostu miałem botanikę, a ocena celująca z egzaminu z tego przedmiotu, co nie podlega dyskusji, mnie szczególnie zobowiązuje ;)
    Fragment książki tutaj przedstawiony brzmi jednak – mimo tego powyżej przeze mnie wspomnianego „roślinnego” lapsusu, zachęcająco. Mam przy tym jednakowoż nadzieję, że co do innych kwestii merytorycznych np. technicznych, to tłumacz „podszedł” do nich, zabrał się za nie z wnikliwością temu należną, bardziej solidnie niż do tych stricte botanicznych.

  2. Atanazy Pustelnik Odpowiedz

    No cóż sprawdziłem, tłumaczem jest tutaj, dodajmy wybitnym, Marek Fedyszak, który przetłumaczył już wiele znakomitych pozycji z bardzo różnych dziedzin literatury, idąc dalej i wiedzy; co oczywiście daje nadzieję, że odnośnie najistotniejszych zagadnień merytorycznych…

Dodaj komentarz

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.