Ciekawostki Historyczne
Generic selectors
Tylko dokładne dopasowania
Szukaj w tytułach
Szukaj w treściach
Szukaj w postach
Search in pages

Czy Polska naprawdę była krajem bez stosów?

Czy w Polsce naprawdę nie płonęły stosy? Ilustracja poglądowa.

fot.domena publiczna Czy w Polsce naprawdę nie płonęły stosy? Na ilustracji spalenie kobiet oskarżonych o czary w szwajcarskim Baden.

Nowożytna (i nowoczesna) Rzeczpospolita – kraina mlekiem, miodem i tolerancją płynąca. Taki obraz XVI- i XVII-wiecznej Polski, wolnej od prześladowań religijnych, zbrodni inkwizycji i procesów o czary, lansuje się do dziś. Ale czy rzeczywiście nad Wisłą nigdy nie płonęły stosy?

W XV wieku, gdy na zachodzie Europy zaczęto masowo rozpalać ogień pod stopami osób podejrzewanych o czary i konszachty z diabłem, w Rzeczpospolitej o podobnych zabobonach mało kto jeszcze słyszał. A nawet jeżeli, to do domniemanych wiedźm podchodzono raczej z pobłażaniem. Stąd też właściwie brak ofiar bestialskich egzekucji na stosie. Taki stan rzeczy nie trwał jednak wiecznie.

Polski historyk zajmujący się dziejami procesów o czary w dawnej Polsce, Bohdan Baranowski, podkreślał, że „na przełomie XVI i XVII wieku pojawił się w Polsce nowy rodzaj procesu o czary, ściśle według niemieckich wzorów. Procesy związane z osobą diabła odbywały się już nie przed sądami kościelnymi, lecz świeckimi, najczęściej miejskimi”. To właśnie wtedy zaczęto zasądzać za uprawianie magii najwyższy wymiar kary.

Według badacza, od XVI do XVIII wieku na terenie obecnego państwa polskiego ofiar polowań na czarownice było nawet 20–40 tysięcy. Współcześnie wyliczenia te uznaje się za zdecydowanie przesadzone, co jednak nie jest równoznaczne z twierdzeniem, jakoby w naszym kraju stosów w ogóle nie było. A zatem ile istnień pochłonęła wiara w zabobony?

Wiedźma przed sądem

Najprawdopodobniej pierwszym przypadkiem wydania wyroku śmierci na domniemaną czarownicę była sprawa pewnej kobiety z Chwaliszewa koło Poznania. W 1511 roku zapłaciła ona głową za zniszczenie za pomocą magii kilku browarów i narażenie ich właścicieli na duże szkody materialne. Z czasem podobne procesy zaczęły się mnożyć.

fot.domena publiczna „Czarownica” z Chwaliszewa koło Poznania trafiła w 1511 roku na stos za rzekome zniszczenie kilku browarów za pomocą uroków.

Co groziło skazanej bądź skazanemu (bo wśród podejrzanych zdarzali się również mężczyźni)? Przebieg „typowej” egzekucji w sugestywny sposób opisuje w swojej najnowszej powieści historycznej „Czas pomsty” Maciej Liziniewicz:

Schwyciwszy czarownicę, tłum zaczął ją wywlekać ze świątyni. Nie szczędzili wierni chrześcijanie razów. Ludzie zbici u wejścia deptali się wzajem, byle prędzej na rynek się dostać. A między nimi ciągnięto już skrwawioną Rytę. Dziesiątki rąk szarpały jej ubranie. Każdy chciał choć jeden cios zadać przeklętej (…).

Nagość jeszcze bardziej rozjuszyła motłoch. Podnieciła mężczyzn i zasiała nienawiść w zazdrosnych kobietach. «Śmierć! Śmierć! Spalić kurwę!» – niosło się przez plac (…). Szarpnęli oprawcy nieszczęsną kobietę w dół, przez skarpę (…). Nad San ją powlekli i spalili.

I choć przedstawione w książce wydarzenia są fikcją literacką, podobny los stał się w Rzeczpospolitej szlacheckiej udziałem co najmniej kilkuset domniemanych wiedźm i czarnoksiężników. Jak wylicza historyczka Małgorzata Pilaszek, od XVI do XVIII wieku w Polsce przed sądami świeckimi przeprowadzono ogółem 867 procesów o uprawianie magii. Podczas 309 z nich zapadł przynajmniej jeden wyrok śmierci, a 139 skończyło się uniewinnieniem.

Inspiracją do napisania artykułu stała się powieść historyczna Macieja Liziniewicza „Czas pomsty” (Wydawnictwo Dolnośląski 2019).

Inspiracją do napisania artykułu stała się powieść historyczna Macieja Liziniewicza „Czas pomsty” (Wydawnictwo Dolnośląskie 2019).

Do tego należy dodać procesy kościelne, których w latach 1413–1550 odbyło się łącznie 76. Co ciekawe, podejrzanym nie zawsze zarzucano czary jako takie; do tej kategorii „zaliczano” również trucicielstwo, bluźnierstwo, paranie się alchemią, zniesławienie, a nawet… impotencję. Ile było ofiar wiary w czarownice? Badaczka podaje szczegółowe dane:

Wśród 1316 osób oskarżonych o czary życie straciło 558, co stanowi 42% ogółu. Sądy znacznie surowiej wyrokowały w procesach kobiet. Wśród oskarżonych o czary kobiet (1174) skazano na śmierć 535, co stanowi około 45%. W procesach wytaczanych przeciw mężczyznom ginął zaś co szósty oskarżony – wśród 142 oskarżonych skazano na śmierć zaledwie 23 osoby (16%).

Pilaszek podkreśla jednak, że „wbrew temu, co sugerował Baranowski, według którego 90% oskarżonych trafiło na stos, osoba podejrzana o czary nie stała na z góry straconej pozycji i mogła ujść z życiem”. W przypadku nieszkodliwych uroków zazwyczaj zasądzano niższe kary, na przykład wygnanie, chłostę czy pokutę kościelną. Warto przy tym pamiętać, że dla ówczesnych ludzi bynajmniej nie były one lekkie – wiązały się z ostracyzmem społecznym i niejednokrotnie oznaczały długą, powolną śmierć.

Ostatnia czarownica w Europie

Nawet przy dużej dawce dobrej woli trudno jednak nazwać Rzeczpospolitą krajem bez stosów. Do Polski należy zresztą również niechlubny tytuł państwa, w którym spalono ostatnią wiedźmę na Starym Kontynencie. Ukoronowaniem trwających przeszło trzy stulecia polowań na czarownice była rzekomo egzekucja Barbary Zdunk, straconej 21 sierpnia 1811 roku w miejscowości Reszel (obecnie w województwie warmińsko-mazurskim).

Zwykło się uważać, że ostatnią kobiet spaloną na stosie za rzekome paranie się czarami była Barbara Zdunk. Wiele jednak wskazuje na to, że została skazana na stos z zupełnie innego powodu.

fot.domena publiczna Zwykło się uważać, że ostatnią kobiet spaloną na stosie za rzekome paranie się czarami była Barbara Zdunk. Wiele jednak wskazuje na to, że została skazana na stos z zupełnie innego powodu. Ilustracja poglądowa.

Kobietę skazano podobno za wzniecenie pożaru, oczywiście – przy użyciu magii. Profesor Jacek Wijaczka z Instytutu Historii i Archiwistyki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu przedstawia jednak nieco inny obraz całej sytuacji. Przekonuje, że Barbary wcale nie sądzono za uprawianie magii, więc i nie z powodu czarów spłonęła na stosie:

Sdunk [alternatywna pisownia nazwiska – przyp. M.P.] nie została oskarżona czy nawet pomówiona o to, że była czarownicą lub parała się zabiegami magicznymi. Osądzona i skazana została za podpalenie domu, w którym w efekcie jej czynu spłonęło kilka osób, a więc za czyn kryminalny. Sąd skazał ją na spalenie na stosie, wcześniej każąc katu ją dyskretnie udusić.

Co więcej, w tamtym okresie Reszel nie znajdował się już w granicach Rzeczpospolitej. Tereny te od czterech dekad znajdowały się w zaborze pruskim – a Barbara Zdunk podlegała jurysdykcji berlińskiej. Jej wyrok zatwierdził sam król Fryderyk Wilhelm III, czarnoksięstwo zaś formalnie nie było już wówczas karane.

O tym, że kobieta przeszła do historii jako ostatnia czarownica w Europie, zadecydowała… tradycja. Otóż w XIX wieku wciąż śmierć w płomieniach silnie kojarzono z podejrzeniami o uprawianie magii (zresztą do dziś niewiele się w tym względzie zmieniło). Poza tym w Reszlu i okolicach dwa czy trzy stulecia wcześniej faktycznie sądzono kobiety za konszachty z diabłem.

Śmierć na stosie była - i nadal jest - jednoznacznie kojarzona z karą za paranie się czarami.

fot.domena publiczna Śmierć na stosie była – i nadal jest – jednoznacznie kojarzona z karą za paranie się czarami.

Sprawa Katarzyny W.

Na stosie można było jednak „wylądować” nie tylko za rzekome uprawianie czarów. Kara śmierci w płomieniach w dobie reformacji groziła również heretykom. Również pod tym względem nasi przodkowie nie mają całkowicie czystego sumienia, nawet jeśli – jak podkreśla Janusz Tazbir – na terenie Polski przypadki egzekucji na innowiercach były marginalne:

I wówczas [w XVI i XVII wieku – przyp. M.P.] spalono kilkadziesiąt czarownic czy wyznawców judaizantyzmu, oskarżanych o rzekome mordy rytualne, ale za samo odstępstwo od katolicyzmu zapłaciło głową jedynie parę osób, na stosie zaś spłonęła jedna tylko Katarzyna Weiglowa (1539). Trudno więc porównywać tych ludzi z ofiarami prześladowań wyznaniowych we Francji,w Niemczech, Hiszpanii czy nawet Anglii.

Nawet pojedynczy stos pozostaje jednak stosem. A za co dokładnie skazano Katarzynę Weiglową? Jej „zbrodnią” było to, że… nie chciała uznać Jezusa za Syna Bożego. Kobietę skazano za powtórną apostazję, w której dopatrzono się przejścia na judaizm. Zdaniem Tazbira cała sprawa nie miała jednak wiele wspólnego z reformacją:

Jej proces pozostawał w dość luźnym związku z rozwojem protestantyzmu, choć trudno zaprzeczyć, iż poprzez stracenie krakowskiej mieszczki Kościół chciał przypomnieć wszystkim jego zwolennikom, że nie zamierza patrzeć obojętnie na porzucanie katolicyzmu. W stosunku do wszystkich innych odstępców, jeśli odwoływali swe błędy i składali wyznanie wiary, poprzestawano na pokucie kościelnej czy karach pieniężnych.

Inspiracją do napisania artykułu stała się powieść historyczna Macieja Liziniewicza „Czas pomsty” (Wydawnictwo Dolnośląski 2019).

Inspiracją do napisania artykułu stała się powieść historyczna Macieja Liziniewicza „Czas pomsty” (Wydawnictwo Dolnośląskie 2019).

Wyroki skazujące na najwyższy wymiar kary i egzekucje na stosach za taką czy inną formę herezji faktycznie zdarzały się w Rzeczpospolitej sporadycznie – ale się zdarzały. Poza Katarzyną wystarczy wymienić krakowianina Matatiasza Calahora, spalonego w 1663 roku za obrazę Matki Bożej czy Dorotę Łazęcką z Sochaczewa, która w 1556 roku rzekomo ukradła hostię, aby przekazać ją swoim żydowskim chlebodawcom.

Rękopisy nie płoną?

Nie można też zapominać, że stosy rozpalano nie tylko dla ludzi, ale niekiedy również dla… książek. Żyjący na przełomie XVII i XVIII wieku pisarz Serafin Gamalski donosił na przykład o procederze wykupywania książek opisujących nadużycia sądów w procesach o czary. Wykorzystywano je następnie jako podpałkę.

W marcu 1689 roku na Rynku Starego Miasta w Warszawie spalono też jedyny egzemplarz pierwszego polskiego traktatu ateistycznego „De non existentia Dei” – a wraz z nim jego autora, Kazimierza Łyszczyńskiego. „To był jeden z najwybitniejszych umysłów XVII-wiecznej Polski” – mówi o straconym filozofie Andrzej Nowicki.

Współcześni Łyszczyńskiemu nie potrafili jednak docenić jego geniuszu. Choć nie był on (wbrew temu, co zwykło się przyjmować) pierwszym polskim ateistą, a „zaledwie” pierwszym twórcą dzieła o tej tematyce – to właśnie ze względu na ateizm został uznany za heretyka i skazany na śmierć. Przy tym, ściśle rzecz ujmując, myśliciel nie zginął na stosie: kat ściął mu głowę, po czym zwłoki wywieziono za miasto i dopiero wówczas wydano je na pastwę płomieni.

Na stosie skończył również filozof i ateista Kazimierz Łyszczyński.

fot.domena publiczna Na stosie skończył również filozof i ateista Kazimierz Łyszczyński.

Co ciekawe, o przypadkach palenia literatury donoszono również w czasach PRL-u, kiedy to cenzura uznała kilka tysięcy tytułów za zdezaktualizowane bądź niebezpieczne dla nowego systemu. Lecz nawet jeśli faktycznie ktoś gdzieś podłożył ogień pod kilka egzemplarzy zakazanych książek, to zasadniczo nie uprawiano tego procederu na masową skalę. Komunistyczne władze podeszły do sprawy bardzo pragmatycznie i tępiły wrogie pisarstwo „metodą racjonalnego zagospodarowania surowców wtórnych”, a więc… przerabiając księgozbiór na makulaturę.

Równie racjonalną postawą w kwestii „podejrzanych” lektur nie wykazali się natomiast księża, którzy parę miesięcy temu postanowili ożywić tradycję sprzed czterystu lat. Rozpalili ognisko, używając jako podpałki kilku znanych tytułów literatury fantasy. Jak widać nawet w XXI wieku o Polsce nie można mówić, że jest krajem bez stosów…

Inspiracja:

Inspiracją do napisania artykułu stała się powieść historyczna Macieja Liziniewicza „Czas pomsty”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Dolnośląskiego, przybliżająca zapomniany skrawek szlacheckiej Rzeczypospolitej, gdzie o sprawiedliwość trzeba było walczyć z szablą w dłoni i gdzie nadprzyrodzone mieszało się z realnym.

Bibliografia:

  1. Bohdan Baranowski, Pożegnanie z diabłem i czarownicą, Wydawnictwo Łódzkie 1965.
  2. Bohdan Baranowski, Procesy czarownic w Polsce w XVII i XVIII wieku, Łódzkie Towarzystwo Naukowe, 1952.
  3. Andrzej Nowicki, Wykłady o krytyce religii w Polsce, Książka i Wiedza 1965.
  4. Małgorzata Pilaszek, Procesy o czary w Polsce w wiekach XV–XVIII, Universitas 2008.
  5. Janusz Tazbir, Państwo bez stosów. Szkice z dziejów tolerancji w Polsce XVI i XVII wieku, Iskry 2009.
  6. Janusz Tazbir, Reformacja w Polsce. Szkice o ludziach i doktrynie, Książka i Wiedza 1993.
  7. Adam Węgłowski, Ani czarownica, ani ostatnia, tylko stos prawdziwy, Focus.pl 12.10.2011 (dostęp: 19.06.2019).

Sprawdź, gdzie kupić „Czas pomsty”:

Czy wiesz, że ...

...w 1680 roku szczytem mody w Moskwie był… polski kontusz? To, co polskie, uchodziło za lepsze i bardziej wyrafinowane. Nawet prosty lud wtrącał w rozmowach polskie słówka, a znajomość polskich obyczajów i literatury była w dobrym tonie.

...słynne afrykańskie miasto, słynące z chodników pokrytych złotem, założył lud wyspecjalizowany w handlu niewolnikami? Tuaregowie wzbogacili się, sprzedając swoich współrodaków: najpierw Rzymianom, a następnie Europejczykom, którzy transportowali ich do Nowego Świata.

...26 maja 1604 roku król Francji Henryk IV cudem uniknął śmierci w wyniku otrucia. Zabójczy specyfik próbował mu podać ksiądz – podczas komunii. Władcę uratował jego pies, który chwycił zębami królewskie szaty i go odciągnął. Do spożycia trucizny zmuszono za to duchownego. Mężczyzna zmarł na miejscu. 

Komentarze (15)

    • Andrzej T Odpowiedz

      I co za idioci napisali taką bzdurę o „ostatniej w Europie kobiecie spalonej na stosie w Polsce w okolicach Reszla? W tych latach Polski nie było na mapach, a okolice Reszla to Prusy Wschodnie, barany!

  1. Miroslaw Odpowiedz

    No to pięknie. 20-30tysięcy w samej Polsce. Można oszacować liczbę ofiar w całym świecie katolickim na kilkaset tysięcy. Ciekawe co wtedy myślał Jezus w niebie? KK nie ma nic wspólnego z Jezusem i tak jak Polska domaga się odszkodowań od Niemców tak powinno się domagać odszkodowań od KK.

    • A... Odpowiedz

      No to obaj chyba czytaliśmy całkiem dwa inne artykuły. Autorka przecież napisała być może o jednym tylko udokumentowanym stosie (co nie znaczy, że w rzeczywistości nie było ich o kilka, ale chyba „góra” kilkanaście, więcej), a liczbę rzekomych 20-40 tys. uznaje de facto za „wziętą z sufitu”…

      „…ściśle według niemieckich wzorów…”

      I tutaj właśnie „da liegt der Hund begraben!” – czyli chyba jest najpełniejsza odpowiedź na pytanie o rzeczoną „polską” nietolerancję.

      W skrajnie narcystycznym blogu „Se czytam”, autor w jednym z postów oskarża nas Polaków o prześladowanie Żydów i innowierców. Czyni to na podstawie akt archiwalnych patrycjatów miast polskich, gdzie donoszono np. o oskarżeniach żydowskich mieszkańców o mordy rytualne ale… Ale najprawdopodobniej – wg autora blogu, skrzętnie usuwano z czasem – usunięto, informacje o rzekomych pogromach będących efektem tych oskarżeń… Ma to obciążać nasze polskie sumienie. Problem jednak w tym, że patrycjaty polskich miast praktycznie zawsze od czasów piastowskich w I Rzeczypospolitej były prawie w 100 %. niemieckie…

      Twierdzić więc, że Rzeczypospolita Obojga Narodów była krajem nietolerancji ze strony polskiej szlachty i włościan, to tak jakby suponować Żydom, podobnie jak np. Hugenotom, czy protestanckim, Holendrom czy Szkotom etc., którzy uciekając od prześladowań w wielkiej liczbie osiedlali się wówczas w Polsce, że robią to zapewne „jeno” z przyrodzonej im, w genach nieomal zapisanej, masochistycznej skłonności do perwersji…
      ………………….
      Prawda jest jednak inna: do Polski – RON, uciekali oni masowo z „renesansowo – oświeconych” krajów zachodu, gdzie najwięcej stosów postawiono właśnie w czasach odrodzenia – renesansu, a renesansową tutaj „biblią” stały się wypociny dwóch, a jakże, tak, tak – zgadliście, niemieckich profesorów, czyli „Młot na czarownice”…

      Jednak dzisiaj zdecydowana większość mieszkańców Europy to Polskę uważa za odwieczną kolebkę nietolerancji. Bijąc się bez żenady za swoje winy w nasze piersi!

      Dlaczego?

      Problem w tym, że w Polsce zapłonęły, i co z tego że incydentalnie?, stosy w tych czasach, gdy w Europie zachodniej one już dogasały.
      Głównie „winien” jest tutaj tak zwany tumult (16 lipca 1724), a dalej proces toruński powstały (którego opis – jako obraz polskiej „typowej” nietolerancji, pewnie autorka artykułu pozostawiła – zachowała sobie na następny celowo „kontrowersyjny” post).
      Tutaj jednak też, żeby było „śmieszniej”, głównymi autorami rozruchów byli również w zdecydowanej większości, niemieccy protestanci i katolicy. Tylko sędziami niestety byli praktycznie wyłącznie Polacy – katolicy, choć głównym podżegaczem do wydania surowych wyroków, jakże by inaczej, był król August II Mocny, i… I chyba nie muszę wyjaśniać czytającym jakiej był on narodowości, a co za tym idzie z jakiego kręgu kulturowego pochodził.

      A w jaki sposób wpłynęło to na utrzymujące się do dzisiaj oskarżenie Polaków rzekomo samych katolików o „odwieczną” skłonność do nietolerancji?

      Oddam na dosłownie „chwilę” tylko głos Wikipedii:
      „Jednostronny i okrutny wyrok [12 skazanych na śmierć – wyłącznie protestantów] sprawił, że sprawa odbiła się szerokim echem poza granicami kraju, protest w sprawie toruńskiej złożyło wiele państw wśród nich Dania, Holandia, Prusy, Rosja, Szwecja i Wielka Brytania. Wykorzystały go one do ANTYPOLSKIEJ KAMPANII, oskarżając Rzeczpospolitą o nietolerancję [dodajmy bardzo skutecznej kampanii – bo aż do dzisiaj przynoszącej obrzydliwie kłamliwe efekty]. Warto zauważyć, że w rzeczonych państwach NIETOLERANCJA RELIGIJNA BYŁA PODSTAWĄ USTROJU, a sam Piotr I osobiście mordował odstępców od prawosławia. Wydarzenie stanowiło jednak kolejny sygnał zmierzchu epoki tolerancji.”

      …i co gorsza:
      „Tragedia z 1724 roku TRWALE zapisała się w pamięci zbiorowej niemieckich [ale i europejskich] protestantów. Otto von Bismarck nawiązywał do tego symbolicznego wydarzenia, uzasadniając swoją niechęć wobec Kościoła katolickiego (realizowaną w ramach Kulturkampfu).”

      Prawda jest więc taka, że „niestety” Polska jednak była jedynym w Europie krajem właściwie bez stosów, i tylko dziwi mnie dlaczego aż tak stoi to, ten fakt, (k)ością w gardle lewicującym „liberałkom” z kręgu tzw. „prawdziwych europejczyków” (pisowni z małej litery użyłem świadomie).

    • Anonim Odpowiedz

      Skąd ty wziąłeś te 20-30 tysięcy w samej Polsce. O jakiej Polsce piszesz ? O tej współczesnej od 1945 ? Czy o Koronie Krolewstwa Polskiego ? A może o Rzeczypospolitej Obojga Narodów ,czyli Koronie i Litwie. Ilość ofiar na terenie RON oblicza się na 10-15 tysięcy.więc na teren Polski czyli Korony przypada 7-10 tysięcy.

  2. Bul Odpowiedz

    „Według badacza, od XVI do XVIII wieku na terenie obecnego państwa polskiego ofiar polowań na czarownice było nawet 20–40 tysięcy. Współcześnie wyliczenia te uznaje się za zdecydowanie przesadzone, co jednak nie jest równoznaczne z twierdzeniem, jakoby w naszym kraju stosów w ogóle nie było. A zatem ile istnień pochłonęła wiara w zabobony?”

    A więc Pomorze, Prusy i Śląsk! (Teren obecnego państwa polskiego). Ostatni stos w Europie również na terenie obecnego państwa polskiego (Reszel, wtedy Prusy).

  3. pavise Odpowiedz

    „Jak wylicza historyczka Małgorzata Pilaszek, od XVI do XVIII wieku w Polsce przed sądami świeckimi przeprowadzono ogółem 867 procesów o uprawianie magii.”

    „Według badacza, od XVI do XVIII wieku na terenie obecnego państwa polskiego ofiar polowań na czarownice było nawet 20–40 tysięcy. Współcześnie wyliczenia te uznaje się za zdecydowanie przesadzone, co jednak nie jest równoznaczne z twierdzeniem, jakoby w naszym kraju stosów w ogóle nie było. A zatem ile istnień pochłonęła wiara w zabobony?”

    Trochę sobie przeczymy…fakty kontra mity?

    No i ostatnia osobą skazana za czary była Jane Rebecca Yorke skazana w Wielkiej Brytanii w bodajże 1944 roku…

    Ciekawostki idą w stronę pudelka , co chyba ma niewiele już wspólnego z historią….

    • Członek redakcji | Autor publikacji | Maria Procner Odpowiedz

      Nie, nie przeczymy sobie – podajemy wcześniejsze ustalenia (Baranowskiego), następnie piszemy, że współcześnie pojawiła się polemika i w dalszej części artykułu przytaczamy tę polemikę (Pilaszek – serdecznie polecam jej książkę, sporo w niej odwołań do obliczeń Baranowskiego, a że pozycja ma przeszło 500 stron, jest więc zdecydowanie więcej miejsca na przedstawianie argumentów, niż w artykule liczącym kilka tysięcy znaków). Co do ostatniej czarownicy – faktycznie w śródtytule umieszczono Europę jednak już w tekście uściślone jest, iż chodzi o Europę kontynentalną.
      Pozdrawiam serdecznie

    • Anonim Odpowiedz

      > No i ostatnia osobą skazana za czary była Jane Rebecca Yorke skazana w Wielkiej Brytanii w bodajże 1944 roku…

      Nie w 1944, a ponad dwieście lat wcześniej!

      • Parostatek Odpowiedz

        1836 Chałupy (te od golasów) – co prawda nie stos, ale spławienie „czarownicy”. Wyroków innych, niż stos przecież nie brakowało…

  4. ja Odpowiedz

    „Komunistyczne władze podeszły do sprawy bardzo pragmatycznie i tępiły wrogie pisarstwo „metodą racjonalnego zagospodarowania surowców wtórnych”, a więc… przerabiając księgozbiór na makulaturę. „ – to jest wierutne kłamstwo.
    Wszystkie książki w PRLu były traktowane z wielkim szacunkiem, ludzie nauczywszy się czytać wiedzieli, ile jest warta literatura, nawet typu „Trędowata”. Nie znam nikogo, kto by dawał na makulaturę książki. Gazety, owszem, jakie były, ale nie książki.
    Natomiast w ramach „transformacji” stało się to naprawdę, to niszczenie książek. Pod pretekstem „remontów bibliotek” przeczesywano księgozbiory pod kątem poprawności politycznej niezwykle bezwzględnie, zastępując niemal całą wartościową, np. młodzieżową literaturę z czasów Polski Ludowej byle czym, harlekinami i innym badziewiem.
    Na śmietnikach było takich książek pełno, ludzie ratowali to ile mogli, ale większość traktowała to barbarzyństwo obojętnie. Dziś na internetowych aukcjach jest mnóstwo książek wycofanych z bibliotek. Można je kupić za parę złotych; one mają numery katalogowe i skreślone pieczątki na pierwszych, wewnętrznych stronach.
    Palenie na stosach to wiadomo, co to było.
    Ale czym jest nadgorliwa poprawność polityczna współczesnych „historyków”? Czy nie czymś znacznie gorszym niż stosy w średniowieczu? W ten sposób nie zabija się pojedynczych ludzi, ale morduje tożsamość całych pokoleń Polaków.

  5. Zouave Odpowiedz

    Jedno zdanie z artykułu dezawuuje wszystko. 1811 i Reszel. Na pewno Państwo Polskie i polskie władze? Albo ktoś pojęcia nie ma, albo manipuluje pod tezę.

  6. Robert Odpowiedz

    Zo za nieuki piszą takie artykuły? Reszel przed 1945 r. nie należał do Polski nigdy nawet przez 5 minut. Najpierw ziemia pogańskich Prusów, potem Państwo Krzyżackie, potem Królestwo Prus itd. To przecież nie Warmia (ta była przy Polsce w l. 1466 – 1772) a Prusy Książęce / Prusy Wschodnie. I jak można pisać „na terenie współczesnej Polski”, skoro Polskę okrojono od wschodu i przesunięto na mapie na zachód w 1945 r…

Dodaj komentarz

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.