Ciekawostki Historyczne
Generic selectors
Tylko dokładne dopasowania
Szukaj w tytułach
Szukaj w treściach
Szukaj w postach
Search in pages

Przy nich superbohaterowie wymiękają! 5 spektakularnych akcji polskich strażaków

Fragment okładki książki „Strażacy. Tam, gdzie zaczyna się bohaterstwo" wydanej nakładem wydawnictwa Znak Horyzont.

fot.mat. prasowe Fragment okładki książki „Strażacy. Tam, gdzie zaczyna się bohaterstwo” wydanej nakładem wydawnictwa Znak Horyzont.

Każdego dnia bezinteresownie narażają zdrowie i życie, by ratować innych. Polscy strażacy niejednokrotnie stawali w obliczu niewyobrażalnych katastrof, walcząc z żywiołem i udzielając pierwszej pomocy poszkodowanym. Oto ich najbardziej brawurowe akcje w ostatnim półwieczu.

Praca strażaka to nie tylko gaszenie ognia – ale także wielodniowa harówka, w której nie mniej ważne od kondycji i siły są spokój, odwaga i ponadprzeciętna odporność psychiczna. Nie ma tu miejsca na strach czy wątpliwości. Stawką w tej „grze” jest bowiem ludzkie życie, a walka o nie odbywa się w krytycznych warunkach: śmiercionośnym gorącu, wodzie, albo walących się budynkach.

W ciągu ostatniego półwiecza polscy strażacy niejednokrotnie dawali świadectwo swojego bohaterstwa – między innymi próbując okiełznać największy pożar w powojennej historii Europy, który wybuchł 26 sierpnia 1992 roku w Kuźni Raciborskiej. Poniżej przypominamy jeszcze pięć niesamowitych akcji, w jakich wzięli udział.

1. Nie było gdzie uciekać

Nic nie zapowiadało tragedii. 24 listopada 1994 roku miał być radosną datą w historii Gdańska. Na ten dzień zaplanowano koncert zespołu Golden Life, którego hit „Wszystko to, co mam” ściągnął widownię z całej okolicy. Sala była wypełniona po brzegi. Na posterunku przeciwpożarowym – średni samochód gaśniczy GBA 2,5/16 oraz pięciu strażaków.

Jak później ustalono, płomienie pojawiły się około godziny 20:55. Pod trybunami znajdowały się magazyny, wypełnione materacami gimnastycznymi, ławkami, deskami, stolikami oraz brezentowymi plandekami. To właśnie tam do dziś nieznany podpalacz podłożył ogień. Początkowo nie zwrócono szczególnej uwagi na pożar. Dopiero gdy zgasło światło, publika wpadła w panikę.

Zespół Golden Life po tragicznym pożarze nagrał utwór „24.11.94". Fragment jego refrenu znalazł się na pomniku, który stanął przed miejscem, gdzie niegdyś znajdowała się feralna hala.

fot.Artur Andrzej/CC0 Zespół Golden Life po tragicznym pożarze nagrał utwór „24.11.94″. Fragment jego refrenu znalazł się na pomniku, który stanął przed miejscem, gdzie niegdyś znajdowała się feralna hala.

Hala Stoczni Gdańskiej momentalnie zamieniła się w piekło. Co gorsza, większość wyjść awaryjnych okazała się zamknięta na kłódkę! Otwarte główne drzwi prowadziły wprost na ciasny chodnik. Stworzył się zator, kilka osób się przewróciło, ludzie zaczęli wzajemnie się tratować. „Ktoś zaczyna krzyczeć, że palą mu się włosy, ktoś inny płacze, bo ogień wskakuje mu na ręce. I wtedy jest już za późno na cokolwiek” – relacjonują w książce „Strażacy. Tam, gdzie zaczyna się bohaterstwo” dziennikarze Joanna i Rafał Pasztelańscy.

Dopiero około godziny 21 udało się uwolnić przerażony tłum. Usunięto fragment płotu przy wyjściu – i to najprawdopodobniej uratowało dziesiątki żyć. Sytuacja wewnątrz hali była dramatyczna. Jak zapisał w notatce służbowej oficer operacyjny PSP w Gdańsku: „Ludzie leżą w tym miejscu warstwami [przy ogrodzeniu oddzielającym chodnik od torowiska – przyp. aut.], ogień wydostał się już na dach, rozpoczynam ewakuację”.

Do środka nie dało się już wejść, temperatura powietrza osiągnęła prawdopodobnie około 1000 stopni. Stalowa konstrukcja pod wpływem ognia zaczęła się zniekształcać. Rannych trudno było zliczyć. Lżej poparzeni o własnych siłach docierali do szpitala. Tych w najgorszym stanie przewoziły karetki. Brakowało środków, by pomóc każdemu.

Szacuje się, że w chwili wybuchu pożaru w hali znajdowało się około 2000 młodych ludzi. Na miejscu zginęła 13-letnia dziewczynka stratowana przez uciekających oraz reporter telewizji Sky Orunia, który wrócił do płonącego budynku po sprzęt. Kolejne 5 osób zmarło w szpitalu. Nic dziwnego, że ten dzień przeszedł do historii Gdańska jako „czarny czwartek”.

2. Powódź tysiąclecia

Wielka powódź z 1997 roku pochłonęła 114 ludzkich żyć. Siedem tysięcy Polaków straciło dach nad głową, a ponad 40 tysiącom żywioł odebrał cały dobytek. A wszystko zaczęło się tak niewinnie, 6 lipca. Mieszkańcy Opolszczyzny jeszcze nie wierzyli w powtarzane przez media ostrzeżenia meteorologiczne. Tymczasem straż pożarna już szykowała się do walki.

Więcej o spektakularnych akcjach polskich strażaków:

W głównym sztabie zlokalizowanym w Głuchołazach powstał plan: ewakuować ludność, bronić wałów i mostów, a następnie – dostarczyć wodę, żywność i leki. Już po kilku godzinach okoliczne miejscowości zaczęły wyglądać, jakby przygotowano je do wojny! Na ulicach układano ochronne wały, a ludzi w pośpiechu przewożono w bezpieczne miejsca.

Kiedy nadeszła fala, wielu strażaków z Opola i okolic pracowało, jednocześnie samemu starając się przetrwać. „W takiej chwili nie wiadomo, jak się spakować. Czy na dwa dni, czy na dwa tygodnie. Wrzucałem do torby po kolei bieliznę, skarpetki” – wspominał w książce „Strażacy. Tam, gdzie zaczyna się bohaterstwo” Adam Janiuk, który brał udział w akcji od samego początku. Podczas gdy on całymi dniami brodził w wodzie, jego żona w punkcie medycznym podawała innym strażakom leki przeciwtężcowe.

Każde wypłynięcie wiązało się z dużym ryzykiem – woda była rwąca, tworzyła wiry. Łódkami miotało na wszystkie strony. Wielu strażaków z wycieńczenia trafiało do punktów medycznych, gdzie dostawali kroplówki z glukozą i elektrolitami. Ich poświęcenie nie było doceniane. Ludzie buntowali się, nie chcieli opuszczać mieszkań  – bali się o swój dobytek. Doszło do kradzieży zasuwy w wale powodziowym, ktoś celowo zamknął wał, by przekierować wodę w inne miejsce. Strażacy musieli walczyć nie tylko z żywiołem, ale i… z ludzką głupotą.

Podczas powodzi tysiąclecia w 1997 roku dziesiątki miast i wsi znalazło się pod wodą. Tysiącom Polaków żywioł odebrał dorobek całego życia.

fot.domena publiczna Podczas powodzi tysiąclecia w 1997 roku dziesiątki miast i wsi znalazło się pod wodą. Tysiącom Polaków żywioł odebrał dorobek całego życia.

Woda opadała aż do 30 lipca. Nurt niósł ze sobą fragmenty budynków, drzewa, wymywał całe odcinki dróg. Nie brakowało też bardziej drastycznych widoków – płynące zwłoki, a także trumny wypłukane z grobów na zawsze odcisnęły się w pamięci ratowników. Nie bez powodu nazwano wydarzenia z 1997 roku „powodzią tysiąclecia”.

3. Brakujący wagon

19 sierpnia 1980 roku o godzinie 4:18 pociąg osobowy numer 5130 do Łodzi opuścił stację Toruń Główny. Dwie minuty później z Otłoczyna wyjechał w kierunku Torunia skład towarowy numer 11599. Maszynista pociągu towarowego, Mieczysław Roschek nie powinien tego dnia przychodzić do pracy. Przemęczony mężczyzna na trasę wyruszył mimo braku zezwolenia, nie czekając na dyspozycję. Następnie wybrał niewłaściwy tor na zwrotnicy. Jedna błędna decyzja doprowadziła do tragedii.

W 1980 roku maszyniści nie posiadali radiostacji. Mimo że dyżurni ruchu kolejowego zdawali sobie sprawę z zagrożenia, nie mogli nikogo powiadomić. O godzinie 4:30 lokomotywy zderzyły się czołowo: pociąg osobowy jechał z prędkością 85 kilometrów na godzinę, a prędkościomierz składu towarowego wskazywał około 33 kilometrów na godzinę.

Na miejscu jako pierwsi pojawili się przechodnie – choć o tej porze nie było ich zbyt wielu. Na szczęście świadomi zagrożenia dyspozytorzy powiadomili zawczasu Milicję Obywatelską, która z kolei wysłała do wypadku zastępy straży pożarnej z okolicznych miast: Torunia, Aleksandrowa Kujawskiego i Włocławka. Widok, jaki zastali strażacy był makabryczny: ludzie uwięzieni w zmiażdżonych wagonach błagali o pomoc, ale nie można było się do nich dostać. Wszędzie leżały plamy rozlanego paliwa, co uniemożliwiło pracę przy pomocy pił do metalu. Strażacy musieli rozbierać wagony przy pomocy… łomów.

W miejscu katastrofy pod Otłoczynem stanął pomnik poświęcony pamięci ofiar. Na zdjęciu: msza święta przeprowadzona przy pomniku w 4 rocznicę wypadku.

fot.Jacek Krzyżyński/CC BY-SA 3.0 W miejscu katastrofy pod Otłoczynem stanął pomnik poświęcony pamięci ofiar. Na zdjęciu: msza święta przeprowadzona przy pomniku w 4 rocznicę wypadku.

Dopiero po pewnym czasie ktoś zauważył, że… brakuje jednego z wagonów. Pociąg osobowy miał ich z początku siedem, ale teraz na torach znajdowało się ich tylko sześć. Dopiero po zliczeniu wózków nośnych okazało się, że pierwszy wagon został doszczętnie sprasowany. Wynoszone z niego zwłoki w niczym już nie przypominały ludzi.

„Przed godziną ósmą na szczycie pod lasem leży już ponad trzydzieści ciał. Nikt nie wierzy, aby liczba ofiar tragedii mogła się powiększyć. Ale po chwili milicjanci i żołnierze przynoszą kolejne zwłoki, niektóre do tego stopnia zmasakrowane, że nawet najtwardsi mężczyźni nie wytrzymują tego widoku” – relacjonował obecny na miejscu reporter toruńskich „Nowości”, Zbigniew Juchniewicz. Bilans katastrofy: 67 zabitych, 64 rannych. Strażacy, którzy brali udział w akcji, latami nie potrafili otrząsnąć się z traumy.

4. Fatalny błąd

Niestety, podczas niesienia pomocy na ryzyko narażeni są również ratownicy. Tak było w czerwcu 1971 roku, kiedy zapaliła się rafineria ropy naftowej w Czechowicach-Dziedzicach. Wszystko zaczęło się od… uderzenia pioruna. Pechowo trafił dokładnie w komin oddechowy jednego ze zbiorników ropy. Płyn się zapalił, wskutek czego zapadł się dach i doszło do pęknięcia ściany. Trzeba było działać szybko, bo nieopodal znajdowały się kolejne budynki pełne łatwopalnych substancji.

Już po 15 minutach na miejscu zjawiły się trzy sekcje straży pożarnej. Okazało się, że lokalne punkty gaśnicze nie działają, więc strażacy byli zdani jedynie na przywiezione zapasy. Wezwali pomoc w postaci ciężkiego sprzętu służącego do gaszenia przy pomocy piany gaśniczej. Jednocześnie lali wodę do wnętrza zbiornika. Kilkadziesiąt tysięcy litrów płynu opadło na dno. W pewnym momencie temperatura osiągnęła punkt krytyczny. Woda zaczęła parować, wyrzucając położoną wyżej ropę…

Podczas akcji gaszenia rafinerii zginęły 33 osoby, zniszczeniu uległy 22 samochody, 1,5 kilometra torów kolejowych, lokomotywa oraz nieprzebrane ilości sprzętu gaśniczego.

fot.domena publiczna Podczas akcji gaszenia rafinerii zginęły 33 osoby, zniszczeniu uległy 22 samochody, 1,5 kilometra torów kolejowych, lokomotywa oraz nieprzebrane ilości sprzętu gaśniczego.

Eksplozja była potężna. Świadkowie mówią, że słup ognia osiągnął wysokość 200 metrów. Płonąca ropa wraz z pianą zalała wszystko dookoła, na miejscu zabijając 33 osoby i niszcząc stojący w zasięgu rażenia sprzęt. „Przed samym wybuchem wyszedłem na wał. Pamiętam, że nagle zrobiło się cicho, ziemia zaczęła drżeć, a wokół przez chwilę jakby zabrakło powietrza. Usłyszeliśmy syczenie w zbiorniku. Padła komenda „wycofać się!”. Wtedy strasznie rąbnęło…” – wspominał Andrzej Klimaniec z OSP Zabrzeg.

Trzy dni później przystąpiono do kolejnej próby gaszenia. W natarciu brało udział 85 samochodów pożarniczych wspieranych przez 11 podobnych jednostek z Czechosłowacji oraz 7 samochodów proszkowych, 5 agregatów na pianę lekką, 8 pomp wodno-pianowych, 16 motopomp, 10 000 metrów węży strażackich oraz 200 ton środka pianotwórczego. O 17:00 udało się wreszcie zdławić ogień. Łącznie w tej niesamowicie trudnej akcji gaśniczej wzięło udział 2610 strażaków. Rafinerię odbudowano po 4 miesiącach, tym razem stosując nowoczesne urządzenia odgromowe i przeciwpożarowe.

5. Przeładowany autobus

Ostatni autobus na trasie Zawory – Gdańsk odjechał przeładowany. Majówkowicze koniecznie chcieli jeszcze tego dnia znaleźć się w domach, więc nie zważając na protesty kierowcy, zajęli dosłownie całą wolną przestrzeń. Zamiast 51 osób, w środku znalazło się ich aż 75.

500 metrów od przystanku w Kokoszkach, na prostej drodze pojazd zboczył z jezdni i uderzył w drzewo, które wbiło się w autobus na głębokość 4 metrów. Nikt nie wyszedł z wypadku cało. Najszczęśliwsi „tylko” odnieśli rany. Wielu pasażerów poniosło śmierć na miejscu.

Artykuł powstał m.in. w oparciu o książkę „Strażacy. Tam, gdzie zaczyna się bohaterstwo", wydaną nakładem wydawnictwa Znak Horyzont.

Artykuł powstał m.in. w oparciu o książkę „Strażacy. Tam, gdzie zaczyna się bohaterstwo„, wydaną nakładem wydawnictwa Znak Horyzont.

 

Straż pożarna pojawiła się w Kokoszkach po kilku minutach od zderzenia. W przeciwieństwie do karetek, których aż do godziny 20 nie było. Dlaczego? Nie wiadomo. Pierwszej pomocy rannym musieli udzielać strażacy. Jeden z lekarzy, którzy zjawili się później na miejscu, relacjonował: „To, co zastaliśmy, to był po prostu koszmar. Tego się nie da opowiedzieć, nie da opisać słowami. Ciała rannych, ofiar porozrzucane wzdłuż drogi po jednej i po drugiej stronie, w autobusie pomiażdżone ciała. W najgorszym horrorze sobie tego wyobrazić nie można”.

O wydarzeniach z 2 maja 1994 roku strażacy wspominają dziś, porównując je do apokalipsy. Pasztelańscy przywołują w swojej książce relację aspiranta sztabowego Przemysława Glapiaka:

Niewiele było zadań dla specjalistycznego sprzętu. Pełniliśmy głównie rolę ratowników. Reanimacja, zabezpieczanie poszkodowanych, chociaż wydawało się na pierwszy rzut oka, że większość nie żyje. Ludzie leżeli na drodze, na polu, pod drzewami.

Tego dnia strażacy musieli stawić czoła nie tylko katastrofie, ale także presji psychicznej o niewyobrażalnej skali. Większość nie była na to gotowa – w 1994 roku jednostki PSP, które znalazły się na miejscu wypadku, nie przeszły jeszcze szkoleń obejmujących wypadki masowe. A kolizja w Kokoszkach do dziś pozostaje polską „rekordzistką” wśród wypadków drogowych pod względem liczby ofiar: 32 zabitych i 45 rannych.

Bibliografia:

  1. 19 lat temu w Kokoszkach autobus uderzył w drzewo, Radio Gdańsk [dostęp: 23.10.2018]
  2. R. Borowski, Rocznica pożaru hali Stoczni Gdańskiej, Trójmiasto.pl [dostęp: 27.10.2018]
  3. J. i R. Pasztelańscy, Strażacy. Tam, gdzie zaczyna się bohaterstwo, Znak Horyzont 2018.
  4. W. Polak, 30 lat od katastrofy kolejowej pod Otłoczynem. Na stokach leżało ponad 60 ciał, w lesie panowała przerażająca cisza, „Gazeta Pomorska” [dostęp: 29.10.2018].
  5. T. Semik, Pożar rafinerii w Czechowicach: Ludzie płonęli jak pochodnie, biegnąc przed siebie, „Dziennik Zachodni” [dostęp: 29.10.2018]
  6. S. Spandowski, Katastrofa kolejowa pod Otłoczynem. Dziś 36. rocznica tragedii, „Nowości Dziennika Toruńskiego” [dostęp: 29.10.2018].

Więcej o spektakularnych akcjach polskich strażaków:

Czy wiesz, że ...

...w czasie operacji "Rolling Thunder" amerykańskie lotnictwo zrzuciło 864 tysiecy ton bomb na terytorium Wietnamu Północnego, a 1,6 miliona ton – na terytorium całego kraju? Naloty pozbawiły życia około 90 tysięcy Wietnamczyków.

...szpiegowskie gadżety mogły przybierać najbardziej niezwykłe formy? Posługujący się kodem Morse’a radionadajnik, który  informował żołnierzy U.S. Army o ruchach Wietkongu, miał kształt... psiej kupy!

...w strukturach amerykańskiej armii jest jednostka, do której nie można się zgłosić. To jej przedstawiciele wyszukują najlepszych z najlepszych we wszystkich siłach zbrojnych, po to by stali się częścią supertajnego oddziału, którego najważniejszym zadaniem jest bezwzględne zwalczanie terrorystów.

...jedna z najsłynniejszych egzekucji mafijnych w historii Polski została wykonana w warszawskiej restauracji Gama? Odpowiadał za nią zbuntowany członek grupy wołomińskiej – Karol S. Jego ofiarami byli między innymi dwaj jego byli przełożeni – Ludwik Adamski „Lutek” oraz Marian Klepacki „Maniek”.

Komentarze (3)

  1. Anonim Odpowiedz

    STRAŻACY SĄ BOHATERAMI nawet w mniejszych akcjach. Zawsze idą tam gdzie jest najbardziej niebezpiecznie.
    Są służbą najlepiej wyszkoloną, a jednocześnie najniżej opłacaną. To oni mają bezpośredni kontakt z koszmarem wypadków i katastrof. Zawsze są pierwsi na miejscu. Wydobywają zmasakrowanych ludzi z zakleszczonych pojazdów, idą po ludzi w dym i płomienie, ratują pod wodą, Trzeba przypomnieć, że to strażacy określają kolejność i rodzaj udzielanej pomocy medycznej ofiarom wypadków, oraz profesjonalnie udzielają pierwszej pomocy przed przyjazdem pogotowia. Polscy strażacy biorą udział w zagranicznych akcjach ratowniczych w trzęsieniach ziemi, wybuchach wulkanów.
    Przykro o tym wspominać, że takich specjalistów traktuje się „per noga”, To oni sprzątają jezdnie po wypadku drogowym. To oni w trakcie powodzi noszą na plecach worki z piaskiem wobec biernych gapiów. Są jak kiedyś „dziewczyny do wszystkiego”.
    Nie są cenieni przez polityków i szanowani przez szefów. Ci przypominają sobie o strażakach gdy mogą się przydać w akcjach promocyjnych i propagandowych.

    • Członek redakcji | Maria Procner Odpowiedz

      Tym bardziej powinno się nagłaśniać ich gigantyczne zasługi – na przykład o zagranicznych akcjach polskiej straży w ostatnich latach niewiele było niestety słychać. Miejmy nadzieję, że książka państwa Pasztelańskich przynajmniej częściowo to zmieni. Pozdrawiamy serdecznie

  2. sss Odpowiedz

    kolizja w Kokoszkach jest rekordzistką jeśli chodzi o wypadek komunikacyjny ale nie liczbę ofiar w jednej akcji strażaków – np. pożar w 1980 w miejscowości Górna Grupa, podczas którego zginęło 55 pacjentów. W katastrofie budowlanej (Katowice) zginęło 65osób.

Dodaj komentarz

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.