Kontrowersje, odkrycia, bohaterowie i łajdacy. Fascynujące opowieści na każdy dzień od najpopularniejszego magazynu o historii w Polsce

Tak szkolono „Kompanię braci”. Ci, którzy przetrwali, mogli się uważać za elitę

Żołnierze 506. Pułku Piechoty Spadochronowej w trakcie szkolenia w Camp Toccoa. 1942 rok.

fot.Jim „Pee Wee” Martin/CC BY 2.0 Żołnierze 506. Pułku Piechoty Spadochronowej w trakcie szkolenia w Camp Toccoa. 1942 rok.

Wielokilometrowe marsze. Forsowny bieg pod górę choćby po sutym posiłku. Skoki spadochronowe, biegła obsługa najróżniejszych rodzajów broni, a nawet jazda konna. Szkolenie amerykańskich spadochroniarzy robiło z nich elitę armii… o ile oczywiście udało im się je przetrwać.

Zaciąg do amerykańskich jednostek spadochronowych był ochotniczy. Dzięki temu trafiali do nich ludzie zmotywowani, oczekujący od służby wojskowej czegoś więcej niż tylko przemarszów i okopywania się. Tacy, którzy wcale nie uważali, że służba wojskowa to katastrofa, klęska życiowa i dziura w biografii.

Oddziały powietrznodesantowe wybierali rekruci, którzy szukali mocnych wrażeń i chcieli być lepsi, niż reszta „zwykłych piechociarzy”. Ale chodziło też o coś więcej. Tak pobudki przyszłych spadochroniarzy opisał znany amerykański historyk Stephen E. Ambrose:

(…) Wiedzieli, że idą na wojnę. Skoro tak, nie mieli zamiaru trafić tam w towarzystwie niedouczonych słabowitych poborowych. Mając do wyboru – skakać ze spadochronem jako awangarda ofensywy albo iść noga za nogą, w tłumie ludzi, którym nie można ufać – uznali, że mniejsze szanse na przeżycie mają jako szara masa armatniego mięsa. Kiedy zaczną do nich strzelać, woleli trafić gdzieś, gdzie mogliby na sąsiada patrzyć z nadzieją, a nie z obawą.

I trudno nie przyznać im racji. Zwłaszcza, że poziom wyszkolenia żołnierzy wojsk desantowych rzeczywiście był zdecydowanie wyższy, niż w innych, mniej prestiżowych jednostkach. Jak to zapewniano?

W szeregi spadochroniarzy dostawali się tylko najlepsi.

fot.State Archives of North Carolina/domena publiczna W szeregi spadochroniarzy dostawali się tylko najlepsi.

Szkolenie aż do wyczerpania

Już sama selekcja ochotników do służby spadochronowej była ostra. Rekrutowano tylko najlepszych. Spośród ponad 500 mężczyzn, którzy zgłosili się na podoficerów do 506. Pułku Piechoty Spadochronowej, wybrano jedynie 148. Dołączyło do nich 1800 żołnierzy, wyłonionych spośród aż 5300 chętnych. Oddział wszedł później w skład słynnej 101. Dywizji Powietrznodesantowej.

Wybrańcy musieli przejść wręcz mordercze szkolenie. Przypomnijmy, że do szeregów trafiali chłopcy zupełnie zieloni, którzy nigdy wcześniej nie mieli nic do czynienia z wojskiem. Trzeba było ich zahartować ich fizycznie i psychicznie. Uczono ich musztry, obsługi broni strzeleckiej i obsługi broni wsparcia, czyli erkaemów, moździerzy i granatników przeciwpancernych. Poznawali taktykę piechoty i wojsk powietrznodesantowych. Ćwiczyli skoki  spadochronowe, posługiwanie się materiałami wybuchowymi i udzielanie pierwszej pomocy.

Rekruci musieli wyrobić sobie niezwykłą kondycję fizyczną. Jak wspomina w swojej książce „Poza Kompanią Braci” Dick Winters, dowódca kompanii E 506. Pułku Piechoty Spadochronowej, uwiecznionej w serialu Stevena Spielberga „Kompania braci” :

Czy wiesz, że ...

...niechlubną praktyką niemieckich okrętów podwodnych podczas II wojny światowej było ostrzeliwanie z dział i broni maszynowej ewakuujących się ze storpedowanych statków rozbitków? Ofiarą takiego postępowania była załoga brytyjskiego transportowca „Severn Leigh”. Z 43 członków załogi ocalało jedynie 10.

...we wrześniu 1939 roku w jednostkach frontowych pojawiło się co najmniej 270 duchowych? Ich losy w większości były tragiczne. Wbrew konwencji genewskiej Niemcy wysyłali schwytanych księży nie do obozów jenieckich z resztą żołnierzy, lecz do obozów koncentracyjnych.

...jedna z najważniejszych radzieckich snajperek w przeciwieństwie do większości ochotniczek, które zgłaszały się do Armii Czerwonej nie była młoda, a jednak stała się śmiertelnie skuteczna. Zdążyła zabić ponad 100 Niemców i wyszkolić setki następczyń.

...w okupowanej Polsce jednym ze sposobów na wmieszanie żydowskiego dziecka w tłum było "opalanie" go? Ukrywające się w piwnicach i innych zakamarkach maluchy zazwyczaj były tak blade, że natychmiast rzucały się w oczy. Trzeba było więc chodzić z nimi na spacery, by nabrały kolorów.

Komentarze (2)

  1. Adriano Odpowiedz

    Ciekawy artykuł, powstał serial Kompania braci, gdzie pokazano te treningi w pierwszym odcinku m.in. bieg na Currahee

    Pozdrawiam :)

    • Nasz publicysta | Anna Dziadzio Odpowiedz

      Drogi Adriano, dziękujemy za miłe słowa w imieniu Autora i Redakcji. Również pozdrawiamy :)

Dodaj komentarz

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.