Przez dziesięciolecia powtarzano, że Kraków uniknął zniszczenia dzięki błyskotliwej operacji Armii Czerwonej. Opowieść o „ocalonym mieście” na trwałe weszła do powojennej narracji historycznej. Problem w tym, że rzeczywisty przebieg wydarzeń ze stycznia 1945 roku był znacznie bardziej złożony, a legenda o uratowaniu Krakowa nie wytrzymuje konfrontacji ze źródłami
Tekst jest fragmentem książki Jana Jakuba Grabowskiego „Okupowany. Przewodnik po stolicy Generalnego Gubernatorstwa”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Otwartego.
O niemieckiej obecności w mieście świadczą też pozostałości fortyfikacji wybudowanych w związku z przekształcaniem Krakowa w twierdzę. Niemcy mieli nie tylko szeroko zakrojone plany budowy umocnień, znanych jako Wał Wschodni (Ostwall), lecz postanowili także wznieść w samym mieście i jego bezpośrednich okolicach różnego rodzaju konstrukcje, by bronić się przed sowieckim atakiem. Prace fortyfikacyjne obejmowały obszar kilku państw, w efekcie powstała strefa obronna, którą nazwano Stellung a2.
Na przedpolu Krakowa zbudowano linie Friedrich Stellung i Heinrich Stellung. Miasto znajdowało się w odległości zaledwie 85 km od linii frontu, którą wyznaczyła Armia Czerwona w wyniku operacji Bagration. Front był zatem bardzo blisko, a odgłosy artylerii docierały do mieszkańców, którzy z uwagą nasłuchiwali kolejnych komunikatów. Niepodważalnym dowodem niemieckiej klęski było również zachowanie samych okupantów: „W Krakowie widać od wczoraj wyraźnie, że Niemcy ze Wschodniej Małopolski na potęgę wyrywają. Przez cały dzień widać w Krakowie, głównie na Starowiślnej, auta osobowe i ciężarowe wypełnione sprzętem wojskowym i cywilnym, wojskiem i ludnością cywilną, zmierzające ku zachodowi (…)”. Już w lipcu 1944 roku odnotowano:
Odwrót Niemców pośpieszny. Wyjeżdżają na gwałt i to już od przeszło tygodnia. Jadą przede wszystkim kobiety i dzieci, urzędnicy, władze cywilne. Wywieziono już wszystkie prawie urzędy. Ładują sprzęty, materiały – co się da, a przede wszystkim żywność oraz wszystko, co jakąkolwiek przedstawia wartość. Ładują na auta ciężarowe, które ciągną się bez końca, łańcuchami. Ciągną ze wschodu, ciągną z Krakowa, okolicy. (…) W Krakowie trudno przejść po ulicach!
Powszechny był również widok zdemoralizowanych żołnierzy, koczujących głównie na Plantach, gdzie sprzedawali broń, amunicję, sprzęt i umundurowanie. Nielegalny handel bronią kwitł, niemiecki pistolet maszynowy MP 40 można było kupić już za 10 tysięcy złotych, a pepeszę – za 14 tysięcy. Polskie podziemie powołało nawet specjalne grupy, których członkowie byli odpowiedzialni za skupowanie broni i amunicji.
fot.S. Kolowca – Jan Dąbrowski (1946) Kraków pod Rządami Wroga 1939-1945, Kraków: Drukarnia Uniwersytetu Jagiellońskiego, ss. 90 no ISBN / domena publicznaMost Dębnicki na Wiśle zniszczony przez wycofujących się Niemców. W tle Wzgórze Wawelskie
Za Niemcami przez miasto przechodziły oddziały węgierskie i chorwackie oraz Legiony Wschodnie (Ostlegionen); formacje ukraińskie, rosyjskie, gruzińskie oraz „mongolskie”, czyli złożone z ludów zamieszkujących Azję Centralną. Niektóre z nich zostały w Krakowie i później oddelegowano je do obrony miasta, ponieważ Niemcy, mimo fatalnej sytuacji, starali się zorganizować ją na najwyższym poziomie, a z samego miasta uczynić miejscowy punkt umocniony – Ortsstützpunkt Krakau (czasem określany mianem Festung, czyli twierdzy). Na komendanta wyznaczono gen. mjr. Heinricha Kittela. Powstało wtedy nawet 250 żelbetowych zapór przeciwczołgowych oraz 50 punktów, z których niemieccy żołnierze mieli prowadzić defensywę (rozmaite raporty różnią się jednak co do liczby umocnień). Nad wszystkimi pracami czuwali członkowie Organizacji Todta (Organisation Todt).
Ponadto od 5 listopada umacniano rozmaite budynki zajmowane dotychczas przez wojsko: „Kraków Niemcy obmurowują dokładnie. I tak, w Rynku Głównym wszystkie ważniejsze budynki zamurowano po okna pierwszego piętra, czyniąc z każdego domu fortecę (…). Kraków nie do poznania: bunkry i bunkry, kamienice zamienione na fortyfikacje (…)”. Miasto podzielono na cztery strefy bezpieczeństwa (Schutzgebiete). System stworzony przez okupantów gwarantował skuteczność działań obronnych na wypadek walk ulicznych, które pierwotnie przewidywano, oraz powstania, ponieważ podejrzewano lokalne struktury Armii Krajowej o chęć wywołania takiego zrywu.
Dodatkowym wzmocnieniem miały być fortyfikacje polowe, do których wykonania zmuszono ludność cywilną – w literaturze można znaleźć informację o 8000 osób zaangażowanych przymusowo w te prace. Roboty zaczynano o godzinie szóstej rano, z miejsca zbiórki na placu przed Dworcem Głównym kierowano Krakowian dalej, m.in. do podmiejskich miejscowości. Dla zatrudnionych Niemcy wydali nawet specjalne czasopismo – „Na Szańcach. Pismo informacyjne dla robotników na okopach”. Ostatecznie do kopania okopów wykorzystywano również młodzież powyżej czternastego roku życia. Piętnastoletnia Zenona Stróżyk pozostawiła po sobie bogate w szczegóły wspomnienia:
Stwierdzono, że jestem już dość dorosła i poszłam ratować tysiącletnią Rzeszę. Razem z mamą zostałyśmy odesłane do Pychowic, bo od południowego wschodu [zachodu] też się miasto umacniało. Musiałyśmy być na miejscu już o szóstej rano, szczęściem było ciepło i jeszcze jasno (…). Z nami pracowali przeważnie rzemieślnicy, modniarki, krawcy, ale także dziewczynki jak ja. Zaraz zaprzyjaźniłam się z dwoma bliźniaczkami i razem przenosiłyśmy pnie brzozowe na umocnienia rowów. Wkrótce miałyśmy swoją metodę – szło się z brzózką pięć kroków, potem następowały przysiady, skręt tułowia w lewo, w prawo, przerzut pniaczka do drugiej ręki, dziesięć kroków w przód i nowa seria ćwiczeń. Ale mimo tej niezwykłej pilności drzewa zabrakło i musiałyśmy pójść po łopaty. Albo na łące wycinać faszynę, czyli darń, przenosząc ją na rowy i równo i gęsto układać, żeby się kępki trawy nie rozleciały. Jeden wachman był bardzo wymagający i wiecznie mu coś było mało dokładnie zrobione. A tak w ogóle, to się dało żyć (…). Budowaliśmy też, oprócz skomplikowanych w kształcie rowów z odgałęzieniami, wypustkami na działka i innymi trudnościami, na których się nie rozumiałam, także podziemne bunkry [ziemianki]. Niektóre były wielkości trzy na cztery metry, dość wysokie, porządnie pniakami podstemplowane, oszalowane i w ogóle fachowo wykończone, że można było i w nich zimować. Na deski sufitu sypało się ziemię, a potem starannie maskowało darnią.
Zaangażowanie Krakowian w prace fortyfikacyjne spotkało się z uszczypliwościami ze strony mieszkańców Warszawy, wśród których krążył nieżyczliwy wierszyk: „Warszawskie kobiety chwyciły za bagnety, a krakowskie szmaty lecą do łopaty”. Istniała również druga, może nieco bardziej cenzuralna wersja: „Warszawskie kobiety idą na bagnety, a krakowskie krowy kopią Niemcom rowy”. Na „złą” kondycję mieszkańców miasta narzekali również członkowie konspiracji – np. Tadeusz Studziński ps. „Kurzawa” wspominał o rozmowie z „Gryfem”, który mówił wprost, że:
(…) nas [konspiratorów – przyp. aut.] garsteczki małe, po trzydziestu, najwyżej stu, a kilkadziesiąt tysięcy krakowiaków okopy kopie. Będą się oni tego wstydzili przez długie lata. W Warszawie powstanie. Niemcy jatkę robią, a Kraków na okopach każdego wieczora fasuje wódę od Niemców. Wielu dzielnych chłopaków nie mogło patrzeć na to obrzydliwe lokajstwo.
Inny konspirator w tej samej rozmowie dodawał:
Opowiadał mi jeden krawiec z Grzegórzeckiej ulicy (…), że pół Krakowa jeździ na okopy, a reszta oczekuje na nich wieczorem i macha chusteczkami pod wiaduktem, za pocztą. A co za radość, gdy zobaczą, że pociąg wraca! Jaka wesołość, jakie okrzyki! Zupełnie jakby witali bohaterów z pola bitwy, a nie bandę niewolników. Na lorach śpiewają piosenki, grają na harmoniach, wrzeszczą. Po prostu wielką zabawę mają z okopami lajkonikarze
Opinie te były jednak mocno niesprawiedliwe – jakikolwiek opór ze strony Krakowian byłby bezsensowny. Olbrzymia liczba wojska stacjonującego w mieście latem 1944 roku skutecznie (na szczęście) studziła zapały do podjęcia zbrojnego oporu, który nie dość, że zostałby błyskawicznie stłumiony, to jeszcze mógłby przynieść nieodwracalne zniszczenia. Jakkolwiek brutalnie to zabrzmi – krakowskie AK na szczęście nie popełniło błędu warszawskiej Komendy Głównej, choć plany powstania pod Wawelem w pewnym momencie rysowały się bardzo poważnie:
Dnia 24 lipca 1944 r. dowództwo Okręgu Krakowskiego AK zarządziło stan czujności. Dla wtajemniczonych był to rozkaz wyjątkowej wagi. Według ustalonych założeń najpóźniej w ciągu dwóch tygodni powinien być ogłoszony stan pogotowia, a w drugą noc jego trwania miało wybuchnąć powstanie. Na wszystkich szczeblach dowodzenia zapanował ruch i podniecenie. Zbliżał się – oczekiwany od lat – moment generalnego rozrachunku z okupantem.
Cztery dni później wydano rozkaz mobilizacji i koncentracji oddziałów w rejonie Kocmyrzowa, więc wszystkim się wydawało, że niebawem rozpoczną się walki o Kraków. Ze względu na interwencję arcybiskupa Sapiehy nie doszło jednak do wydania żadnych rozkazów – w skuteczność powstania wątpił również komendant Okręgu Kraków – płk Edward Godlewski ps. „Garda” . Płynące z powstańczej Warszawy wieści potwierdzały, że Niemcy niczym zraniony wilk wciąż są w stanie pokazać kły i podjąć walkę.
Wróćmy jednak do pomysłów uczynienia z Krakowa twierdzy (wątek powstania i warszawskich uchodźców pojawi się jeszcze niebawem). Mimo szeroko zakrojonych prac fortyfikacje nie zostały w pełni wykorzystane – przed sowiecką ofensywą w mieście stacjonowało zaledwie 3000 niemieckich żołnierzy, którzy nie byli w stanie nawet obsadzić wszystkich stanowisk. Zaraz po wojnie konstrukcje zostały w większości rozebrane, ponieważ utrudniały codzienne funkcjonowanie. Dzisiaj wciąż możemy odnaleźć ich pozostałości, spośród których największą grupę stanowią wspomniane wcześniej zapory przeciwczołgowe.
Niemiecka nazwa tego typu obiektów brzmi Fallkörpersperre lub Panzersperre-Fallkörper, co w wolnym tłumaczeniu oznacza „zaporę spadającego ciała” lub „kładzioną zaporę przeciwpancerną”. Był to masywny słup wykonany ze zbrojonego betonu, z umieszczoną u podstawy trójkątną komorą na ładunek wybuchowy. Zapora była długa na dwa do pięciu metrów. Po detonacji przewracała się całą swą masą na drogę, tym samym uniemożliwiając czołgom przejazd. Konstruktorzy przewidywali, że skutecznie zatrzyma pojazd o wadze do 60 ton, czyli taki jak czołg sowiecki T-34 (25,5 tony) czy IS-2 (około 46 ton). Jedną z najlepiej widocznych zapór, do których można bez przeszkód podejść, jest ta przy ul. Zabłocie, umiejscowiona dokładnie pod wiaduktem kolejowym. Pozostałe zapory znajdują się w pobliżu ulic: Melchiora Wańkowicza, Wodnej, Żołnierskiej oraz przy bocznicy kolejowej (osobowej) stacji Kraków-Płaszów od strony ul. Gromadzkiej (przy ul. Radzikowskiego została zlikwidowana podczas prac modernizacyjnych w 2020 roku). Zapory te stały się celem dywersji żołnierzy krakowskiego Kedywu:
„Spokojny” wydał (…) rozkaz przecinania przewodów elektrycznych biegnących do betonowych, zlokalizowanych na wielu ulicach bloków [chodzi o zapory – przyp. aut.], które miały tarasować jezdnie i utrudniać marsz nacierającym wojskom radzieckim. Taką akcję patrole Kedywu podjęły w dniach 16–17 stycznia 1945 r. Pchor. „Andrzejowi” przypadło w udziale rozbrojenie bunkrów u wylotu ulicy Grodzkiej na plac Dominikański i Wszystkich Świętych. (…) Aby wykonać zadanie, trzeba było dostać się – jak mówiła instrukcja – do ulicznego włazu, bo tam biegły powodujące przewrócenie bloku połączenia elektryczne. Pchor. „Andrzej” pożyczył od dozorcy pobliskiego domu kilof. Odciągnął nim właz i wszedł do środka. A że narzędzie było odpowiednie, nie miał więc dużego kłopotu z przecinaniem i zniszczeniem kabli.
Kolejną pozostałością po fortyfikacjach są schrony bojowe, a w zasadzie schron, ponieważ udało mi się odnaleźć na terenie miasta tylko jeden. Obiekt ten znajduje się na Bulwarze Kurlandzkim, a dokładniej pod przęsłem mostu kolejowego. Warto zauważyć, że choć kilka lat temu prowadzono w tym miejscu zaawansowane prace, nie zlikwidowano go, co daje szansę, aby objąć ten niezwykły zabytek stosowną opieką.
Walki o miasto
Walki o Kraków, wbrew temu, co twierdziła komunistyczna propaganda, nie były zaciekłe, lecz mimo to w przestrzeni miasta wciąż możemy odnaleźć ślady po kulach i pociskach, najczęściej na fasadach i dziedzińcach kamienic. W starciach uczestniczyły oddziały 1 Frontu Ukraińskiego, dowodzone przez marsz. Iwana Koniewa.
Sowieci dominowali zarówno na lądzie, jak i w powietrzu, a ich przewaga nad Niemcami była ogromna (stosunek
sił wynosił 9:1).
Lotnictwo jako pierwsze przypuściło atak na miasto. Sowieci bombardowali głównie cele strategiczne, jak
lotnisko w Rakowicach czy Dworzec Główny. Bomby spadały również na kolumny ewakuacyjne, dzielnice Płaszów i Grzegórzki oraz ulice: Loretańską, Franciszkańską, Lubicz, Stradom, Dietla i Pierackiego (na tej ostatniej zginęły dwie osoby). Pocisk armatni zabił też Józefa Kwiatkowskiego, zastępcę dyrektora Muzeum Narodowego, który 18 stycznia 1945 roku biegł do Muzeum Czapskich, by uratować znajdujące się tam zabytki. Sowieckie bomby dosięgły Szpital św. Łazarza przy ul. Kopernika, gdzie zginęli m.in. Maria Chromińska oraz dr Jerzy Reichan, który, nie
zważając na niebezpieczeństwo, trwał przy pacjentach. Bomba spadła 17 stycznia 1945 roku na Wawel, poważnie niszcząc jedną z kaplic krakowskiej katedry. Prawdopodobnie był to przypadek, a pilot celował w pobliski Most Dębnicki:
W dniu 17 stycznia o godz. 15 po południu padła pierwsza i ostatnia bomba lotnicza na Wawel, padła tak szczęśliwie na podworczyk Batorego, pomiędzy zachodnim skrzydłem Zamku a katedrą, że bezpośredniego zniszczenia nie wyrządziła, chociaż wyrwała lej aż do skały. Wyleciały prawie wszystkie okna w promieniu kilkudziesięciu metrów, przypora gotycka została oderwana od fasady zachodniego skrzydła i spadła na dach kaplicy Batorego. Górna część tej przypory zniszczyła część sklepienia i wpadła do środka kaplicy
fot.Kaplica Mariacka na Wawelu po zrzuceniu przez Wojskowe Siły Powietrzne Armii Czerwonej bomby lotniczej na dziedziniec Stefana BatoregoKaplica Mariacka na Wawelu po zrzuceniu przez Wojskowe Siły Powietrzne Armii Czerwonej bomby lotniczej na dziedziniec Stefana Batorego
Tego samego dnia miasto opuścił Hans Frank, który o godzinie 12:00 poprowadził jeszcze posiedzenie „rządu” Generalnego Gubernatorstwa. Mimo zapewnień o swoim rychłym powrocie do miasta, o godzinie 13:25 Frank ewakuował się z Wawelu na dobre, zabierając ze sobą co cenniejsze zabytki. Części z nich nigdy nie odnaleziono.
Po kilkudniowym bombardowaniu i ostrzale artyleryjskim 18 stycznia żołnierze Armii Czerwonej przystąpili do szturmu. Zaatakowali od zachodu i od północy. Pierwszy silny opór Sowieci napotkali w rejonie Krowodrzy, skąd początkowo zostali wyparci, ponieważ niemiecka obrona była dobrze przygotowana do walki z oddziałami pancernymi. Zaciekłe walki wywiązały się w rejonie ul. Kazimierza Wielkiego, gdzie Sowieci musieli zdobywać niemal każdą kamienicę.
To właśnie tam zachowało się zresztą bardzo dużo śladów tych potyczek, które możemy odnaleźć choćby na fasadach kamienic pod numerami 31 i 54, a ponadto na budynkach przy ulicach: Królewskiej 54, Pielęgniarek 6, Prądnickiej 61, Bronowickiej 58 i 60, Czarnowiejskiej 47 i 57, Kujawskiej 3, 18, 24 i 26, Wyspiańskiego 7, Sienkiewicza 6, 7 i 8, Urzędniczej 55 i 59, Łokietka 4 i 18a, Zbrojów 1, Friedleina 10b, 21, Szymanowskiego 12–13, św. Teresy 16, Wrocławskiej 14, Jabłonowskich 9 (częściowo zaszpachlowane), Studenckiej 21, Czystej 14 i 18, Syrokomli 23, na rogu Sereno Fenna i Biskupiej, Kotlarskiej 2, Topolowej 18, Warszawskiej 12, 14 i 16, Garncarskiej 16 i 19, Krzywej 10–12, Biskupiej 2, Łobzowskiej 9, 46, Krowoderskiej 33, Kremerowskiej 3 i 12, Garbarskiej 2 i 12, Asnyka 10 oraz Krupniczej 18. Na dziedzińcu przy Al. Artura Grottgera 1 zobaczyć można całą podziurawioną ścianę. Nieco mniej spektakularne są ślady przy Al. Juliusza Słowackiego 26.
Część takich śladów widać również na Kazimierzu, m.in. na rogu ulic Paulińskiej (nr 10) i Elizy Orzeszkowej, przy ul. Halickiej 8 czy ul. Józefa 40 (mowa tu jednak o Synagodze Wysokiej, więc te zniszczenia mogą być wcześniejsze).
Równolegle ze szturmem prowadzono ostrzał, a niektóre z pocisków trafiały w najważniejsze krakowskie zabytki. Tak było z liczącym blisko 1000 lat Kościołem św. Wojciecha, który w ten sposób utracił bezcenne witraże, oraz Collegium Witkowskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie na fasadzie wciąż widać duży ślad po ostrzale artyleryjskim. W nocy z 18 na 19 stycznia 1945 roku Niemcy wycofywali się na prawy brzeg Wisły, wysadzając za sobą mosty (ostał się jedynie most-wiadukt przy ul. Grzegórzeckiej). Rzeka była jednak w tym czasie zamarznięta, dzięki czemu żołnierze Armii Czerwonej mogli się przez nią od razu przeprawić i zająć kilka przyczółków w Podgórzu.
fot. Nieznany – Armia Czerwona w Krakowie, styczeń 1945 , Archiwum Romualda Broniarka / CC0Oddziały Armii Czerwonej w Krakowie (styczeń 1945)
To tam stoczono najcięższe walki, o których świadczą wciąż zachowane ślady na kamienicach przy ul. Rzemieślniczej 7 i 9 (w mniejszym stopniu), Wierzbowej 16, Stawarza 14 i 16, Bocznej 7, Rękawka 20, Piwnej 7, Sokolskiej 3, Traugutta 11 oraz Bieżanowskiej 311. Choć walki na południu Krakowa trwały jeszcze przez kilka dni – miasto zostało „wyzwolone” przez Armię Czerwoną. Tym samym dla stolicy Małopolski rozpoczął się nowy, momentami równie trudny okres. Śladów walk było niegdyś zdecydowanie więcej. Z roku na rok ich liczba spada, co z jednej strony wynika z remontów, a z drugiej – ze słabej świadomości tego, że Kraków, administracyjna „stolica” okupowanej Polski, podobnie jak wiele innych miast, również doświadczył wojny. Okupacyjnych blizn na terenie miasta jest zresztą dużo więcej – niemała ich część jest związana z niemiecką polityką terroru, która przez całą II wojnę światową oznaczała areszty, więzienia i miejsca masowych mordów.
KOMENTARZE
W tym momencie nie ma komentrzy.